Najbliższy przeciwnik: Energetyk Gryfino

W Wielką Sobotę o 11 czeka nas wielki mecz. Mecz ostatniej szansy. Przedostatni mecz z drużyną będącą niżej od nas w tabeli (jeszcze zostanie tylko Chemik Police), mecz w którym nie ma już żadnego marginesu błędu. Mecz z Energetykiem musimy wygrać, aby zachować cień szansy na utrzymanie. Drużyna z Gryfina jest jedną z ostatnich drużyn słabszych od nas – i to aż o 6 punktów. Nie mają już żadnych szans na utrzymanie. Będą grali na luzie i są dla nas bardzo groźnym przeciwnikiem – jak każdy zresztą. Mimo beznadziejnej sytuacji tej wiosny Energetyk gra nie najgorzej. W pierwszych 4 meczach wiosny zdobyli aż 9 punktów i dopiero w ostatniej kolejce dali ciała – przegrali u siebie z Potęgowem 1-2. Jak gra Bałtyk – wiemy wszyscy. Dobry mecz na Lechii II, reszta – tragedia. Nieoczekiwana zmiana trenera przyniosła tragiczny efekt w postaci załamania, i tak kiepskiej formy. Do tego dochodzi kontuzja jedynego naszego gracza potrafiącego grać w piłkę – Bułki. Ponoć w Wielką Sobotę nie zagra… Dość już tego biadolenia, przecież Bałtyk będzie reprezentować 11 facetów, którzy mają jakiś honor, ambicje i chęć czegoś udowodnienia, nieprawdaż? Niech po prostu wygrają z tymi amatorami z Gryfina, ta drużyna bez kibiców powinna nie wychodzić z 5 ligi. My natomiast, tak jak przez poprzednie 84 lata istnienia – nigdy nie powinniśmy do niej spadać. Wierzę w 1-0 dla Bałtyku, oby się spełniło.

Bitwa Pod Kircholmem

Dotychczas przedstawiałem obrazy twórców europejskich, dziś czas na wielkiego malarza polskiego, jakim był Wojciech Kossak. Człowiek wszechstronnie wykształcony, był profesorem Szkoły Sztuk Pięknych w Warszawie. Był też dobrym malarzem – miał to w genach po znamienitym w tej materii ojcu, Juliuszu. Jako wielki patriota lubował się w scenach historycznych i batalistycznych. Przedstawiam wam obraz, jaki namalował w roku 1928 w wieku 71 lat (dożył 85) – „Bitwa Pod Kircholmem”. Kircholm to obecnie miejscowość Salaspils, niedaleko Rygi. Bitwa ta została stoczona w 1605 roku podczas polsko – szwedzkiej wojny o Inflanty. To było wspaniałe, spektakularne zwycięstwo nad armią szwedzką odniesione głównie dzięki polskiej husarii pod dowództwem Chodkiewicza. Dość powiedzieć, że armia szwedzka straciła w tej bitwie ponad 8.000 żołnierzy, podczas gdy polsko –litewska armia straciła zaledwie 100 ludzi! Manewr pozorowanego odwrotu skusił Szwedów do ataku, po którym wpędzili się w maliny, tj. nadziali na kontrę. Cała ta bitwa to kunszt maestrii dowódców polskich i doskonała strategia. Mając armię trzykrotnie mniejszą, odnieśli Polacy niewiarygodne zwycięstwo. Na pierwszym planie obrazu jest oczywiście niezwyciężona polska husaria. Świetnie ją Kossak ujął, obraz wygląda niczym kadr filmu akcji. Pędzące konie, łopot husarskich skrzydeł, wystawione lance z powiewającymi na wietrze chorągwiami… A przed nimi uciekający Szwedzi… bezład, panika, przeskakiwanie nad ciałami swoich towarzyszy… Nieopodal, na wzgórzu, na białym koniu siedzi wódz – Jan Karol Chodkiewicz, a przy nim chorągiew Rzeczypospolitej. Spójrzcie jeszcze na lewą stronę obrazu – widać tam żaglowce. Nawiązują one do tego, co było bezpośrednio po bitwie. Szwedzi byli gonieni i dobijani po drodze niczym wściekłe psy. Gdy dotarli do swoich statków zostało ich ledwie kilkuset. Zresztą eskadra szwedzka też poniosła niedługo później przykra porażkę od Chodkiewicza, no lał ich jak psów jednym słowem. Niestety to zwycięstwo nie miało później aż tak dobrych konsekwencji politycznych, jakie mieć powinno, nie umiano go właściwie wykorzystać. Niemniej ten czas zatrzymany w pięknym momencie przez Kossaka warto podziwiać  w niemym zachwycie. Ku chwale oręża polskiego.

Kircholm_Wojciech Kossak (1)

10.04.1994 Lechia Dzierżoniów – Bałtyk Gdynia

Sezon 93/94 był sezonem, gdy FC Lębork był praktycznie wszędzie. Nie inaczej było w przypadku wyjazdu do Dzierżoniowa. W 4 osoby z Lęborka imprezowaliśmy trochę w Gdańsku, po czym udaliśmy się na PKP w Oliwie, aby wsiąść w pociąg do Wrocławia. Kilkanaście minut przed odjazdem pociągu na peron wtoczyło się ok. 40 kibiców Śląska i Lechii, mocno rozbawionych dodajmy… Tego dnia bowiem miał w Gdańsku miejsce mecz zgodowy Lechii ze Śląskiem. Nie rozkminili nas, ale woleliśmy nie prowokować losu i ten pociąg sobie odpuściliśmy. Około godzinki czekania i wbijamy się w pociąg na Katowice. Już spokojni wyciągamy co tam mamy w plecaku… butelka wódki i 2-3 wina to był nasz zestaw podróżny. W Laskowicach Pomorskich słyszymy wesołe śpiewy… to oczywiście Śląsk. Wywalili ich tam za jazdę bez biletów i jednak musieliśmy z nimi jechać. Wbili nam się do przedziału i na pytanie dokąd jedziemy, skłamaliśmy niestety – że jedziemy do kolegi z wojska. Miło, że nie trzepali nam plecaka, mieliśmy tam flagę i 4 szale. Kanar był trochę jebnięty – nic mu się nie podobało. A to jazda bez biletów mu przeszkadzała, a to picie alkoholu, a i do fałszywych dokumentów kolegi P z Lęborka się przyczepił… Do samego Inowrocławia się czepiał. Tam już i my, i Śląsk musieliśmy wysiąść, bo pociąg odbijał na Zduńską Wolę. Stoimy tak sobie na peronie, gdy zapowiadają opóźniony pociąg z Katowic do Gdyni. Muszę wam powiedzieć, że wtedy miałem w głowie wszystkie mecze, połączenia kolejowe itd. No i błysnąłem stwierdzeniem, że w tym pociągu na pewno będzie Zawisza wracający z Górnika Zabrze i że na pewno ktoś będzie z Inowrocławia. Niezła wiedza jak na laika jadącego do kolegi z wojska, ale nikt nie załapał. Chowamy się w poczekalni i faktycznie… z pociągu wysiada 2 fanów bydgoskiego Zawiszy z Ina z jednym plecakiem (wszystkich razem z Zawiszy było wtedy 32 w Zabrzu). Chłopaki ze Śląska Idą za nimi i parę metrów za dworcem atakują, Zawisza traci flagę i 2 szale – Zetki i ŁKS-u.  Niestety, Śląsk bierze sobie to wszystko. W końcu jedziemy dalej. Zaraz za Poznaniem (Puszczykowo?) wyrzucają znowu Śląsk z pociągu, a my na kredytach w końcu sami dobijamy do Wrocławia. Do końca się nie zorientowali, kim jesteśmy. We Wrocławiu kolejny kłopot. Do meczu zostało pół godziny, Do Dzierżoniowa 60 km i żadnego transportu. Podbijamy na taxi ale ich stawki przyprawiają o zawał serca. W końcu jeden facet zbija trochę z ceny, ale nadal to zbyt wiele dla nas… Z westchnieniem ciężkim wyciągam kasę, którą od matki dostałem na opłacenie internatu… P. zdejmuje z szyi srebrny łańcuszek i jedziemy. Złotówa wczuł się w  rolę, większość drogi jedziemy 130 km / h. Wjeżdżamy na stadion Lechii w 5minucie spotkania. Wchodzimy na stadion i wieszamy flagę. Dołącza do nas P. z Vitavy, więc jest nas razem 5 na tym wyjeździe. Po drugiej stronie małe poruszenie i w naszą stronę idzie ok. 25 miejscowych. Bierzemy w ręce 2 pasy, 2 butelki i czekamy. Lechia podchodzi i pyta: „Z Wałbrzycha jesteście?”, na co my „Z jakiego k…wa Wałbrzycha? Bałtyk Gdynia”. „Aaa to spoko. Pijecie wino?” . „Czemu nie”. Szybka zbiórka kasy, leci jakiś małolat do sklepu, po chwili na sektorze ląduje 8 win i wesoło oglądamy mecz i rozmawiamy na kibicowskie tematy. Pod koniec meczu chłopaki z Dzierżoniowa proponują układ. Mówimy, że owszem przybijemy go, ale jak się zjawią u nas na meczu. Na szczęście nigdy się nie pojawili i układ nie powstał. Po tych wszystkich stresach podróżnych zgłupiałem i zgodziłem się na wymianę flagami. To była moja wielka głupota, ale trzeba się umieć do tego przyznać… Mecz chyba w plecy, rozpadał się deszcz. Piłkarze nas wzięli ze sobą autokarem, za co poczęstowaliśmy ich paletą jajek Kinder – niespodzianka „pożyczoną” gdzieś po drodze. Około 3 w nocy z niedzieli na poniedziałek dobiliśmy do Lęborka. To były wyjazdy! Dalekie, niebezpieczne i ciekawe – nawet w kilka osób, i ta podróż pociągiem… warto było po to żyć, żeby sobie raz na dwa tygodnie gdzieś pojechać.

Nie płacz, Bałtyku mój

Na melodię „Rozszumiały się wierzby płaczące…”. Ten piękny, wojenny utwór posłużył mi za udoskonalenie starej kibicowskiej piosenki śpiewanej ponad 20 lat temu, między innymi na Bałtyku. Dodałem trochę słów, dostosowałem do dzisiejszych czasów… i jedziemy. Oto oryginał, posłuchajcie…

A teraz wypijcie szklankę wódki, weźcie głęboki oddech i jedziemy na tą samą melodię: Acha, 3 i 4 linijkę jedziemy zawsze 2 razy.

1 zwrotka

Rozszumiały się media pomorskie

Że skończony już Bałtyku los

Rozpłakali się kibice starzy

Co z Bałtykiem 30 lat są

Refren: Nie płacz, Bałtyku mój

Z żalu, co serce rwie

Nie płacz, Bałtyku mój

Bo w piątej lidze nie jest źle.

Pogoń Lębork gra tam

I Pomezania też.

Nie płacz, Bałtyku mój

Bo w piątej lidze nie jest źle.

2 zwrotka

Koło historii znów się zatoczy

Znów po Redłowie pójdzie nasz śpiew!

Bo nasz Bałtyk chcą zniszczyć źli ludzie

Oni odejdą, lecz my – nigdy nie!

Refren:  Nie płacz Bałtyku mój… itd

3 zwrotka

Zemsty nadejdzie czas

I się poleje krew!

Wstaniemy jeszcze raz

Nasz Gdyński Bałtyk Eskaes!

Refren: Nie płacz Bałtyku mój…

 

Artysta? Grafoman? idiota? Nieważne, tak mam i co zrobić…

 

koral

Bałtyk Gdynia – Koral Dębnica

Mecz z Koralem był wczoraj, a ja dopiero dzisiaj o nim piszę. Po westchnieniu ulgi jakim było zwycięstwo na Lechii II znów spadliśmy na samo dno. Jak inaczej można określić remis u siebie w meczu z outsiderem, drużyną która już na bank spadła? Swój na swego trafił. Na dzień dzisiejszy na 90% lecimy. Zobaczycie jak na koniec rundy zabraknie tych dwóch punktów. Co tu właściwie pisać? Odgrzewać stare kotlety? Znów puszczać zdartą do niemożliwości płytę?  Znów o żenujących efektach pracy zarządu? Znów o kiepskich piłkarzach? Za tydzień to samo? Obecnie jesteśmy w ostatniej jakiejś normalnej lidze. 5 liga to już poziom podwórkowy, gdzie spotykają się faceci brzuchaci i po kilku głębszych Idą grać – dla siebie, dla kondycji, dla zabawy. To już nie jest piłka, a jej marna namiastka. Tam właśnie zmierzamy. Żeby było śmieszniej, to Koral miał więcej groźnych sytuacji i powinien wygrać. Jest mi smutno i wstyd. Jestem na co dzień optymistą, mimo tragicznego stanu i pełnej zapaści w naszym kraju wierzę, że wyjdziemy na prostą i Polska będzie Polską, choć już niejeden na niej krzyżyk postawił. Jeszcze zobaczycie chamy z całego świata, co to znaczy Polska. Tymczasem w Bałtyku mój optymizm już się prawie skończył. Prawie, bo tak już ze mną jest, i z niektórymi innymi z Bałtyku też, że jeszcze tli się ta iskierka nadziei – bezsensowna, nielogiczna, głupia, ale jest. Życie kibicowskie i rozsądek / logika rzadko idą w parze. A jak jednak zlecimy, to już scenariusz wielokrotnie przerabiany – że będę się wkurzał i narzekał, a potem jak co roku będę niecierpliwie przeglądał terminarz na nowy sezon. Fajnie będzie, wszędzie dojedziemy SKM. Po śniadaniu się pojedzie na wyjazd, a na obiad wróci. Potem rok – dwa i trolejbusami będziemy dojeżdżać. Takie życie, co zrobić. Nie każdy kibicuje Barcelonie. A jak już wszyscy odejdą, zgaszą światło i zaplombują drzwi, to zrezygnuję z pracy zawodowej, okradnę jakiś bank i rejestruję Bałtyk w B klasie, co już dawno proponowałem zresztą. Bo Bałtyk choć marny i zdychający był, jest i na zawsze będzie. Teraz i na wieki wieków. Amen

Najbliższy przeciwnik: Koral Dębnica

Dziś o 18 gramy jeden z dwóch pod rząd meczów u siebie. Przeciwnikiem jest drużyna śmieszna – Koral Dębnica. Na tej wsi pod Człuchowem jest ładna infrastruktura – eleganckie kameralne boisko, niedawno zbudowane trybuny. I to na tyle. Nikt się nie interesuje poczynaniami drużyny Korala, ich mecze rzadko obserwuje 50 osób. W ubiegłym sezonie udało im się utrzymać w 4 lidze, między innymi dzięki remisowi na Bałtyku. W tym sezonie nie mają już na to żadnych szans,  do utrzymania się brakuje im 14 punktów i grają słabo, czyli mają już pozamiatane. Jedyne punkty – 3 – zdobyli tej wiosny z Lechią II Gdańsk. Na wyjeździe jesiennym w Dębnicy wygraliśmy aż 4-0, więc po prostu nie ma o czym mówić. Musimy dziś wygrać pewnie, i najlepiej wysoko. Bo te punkty są nam potrzebne jak tlen, jeśli mamy się utrzymać. Przestrzegam przed lekceważeniem rywala, bo Bałtyk w tym sezonie spieprzył już niejeden wygrany mecz, jednak tym razem niespodzianki być nie powinno. Spokojne 3-0 i na luzie spędzamy weekend notując wyniki rywali. Tylko tak może być.

Minął tydzień

     To już 4 lata jak spadł samolot. Nasza wiedza na temat katastrofy przez ostatni rok nie posunęła się zbytnio do przodu. Polska racja stanu wymaga, aby ten temat rozwiązać jak najszybciej. No właśnie – polska… a nie żydowska, niemiecka czy rosyjska. Dlatego opieszałość naszego „rządu” w tej materii nie dziwi – widać mało tam Polaków. Jedynie Macierewicz próbuje dociec prawdy – raz wychodzi mu to lepiej, raz gorzej – vide słynna kompromitacja z Biniendą. Jakieś kwestie kluczowe, że np. do dzisiaj nie mamy nawet wraku naszego samolotu jest tak żenująca, w  takim świetle stawia naszych rządzących, że wszelkie inne dociekania na temat szczegółów Smoleńska tracą sens. Cały czas społeczeństwo dzieli się na wierzących, bądź nie wierzących w zamach. Tu tymczasem już dawno nie powinno być ani jednych, ani drugich. Po 4 latach od tragedii powinna to być kwestia faktów, a nie wiary. Wierzyć to sobie można w zielonych ludzików na Marsie, a tu już rzetelna polska prokuratura, niezawisły sąd i przedstawiciele polskiego rządu dawno już powinni przedstawić fakty, które powinny rozwiać wątpliwości. Śmiech was ogarnia? No właśnie… Tusk z wesołym uśmiechem na ryju obejmujący się z Putinem w dniu tragedii, oddanie sprawy rosyjskim prokuratorom, prorosyjski zespół „ekspertów rządowych” wskazują, że nikomu z ekipy rządzącej tu nie zależy na wyjaśnieniu prawdy. Albo inaczej – nikomu nie zależy, by tą prawdę poznało polskie społeczeństwo. I już teraz wiem, ze w 5 rocznicę wydarzeń smoleńskich nadal nie będziemy ani o jotę mądrzejsi, nasza wiedza się nie powiększy…

     Ciekawe są wyniki węgierskich wyborów parlamentarnych. Wygrała partia premiera Orbana – Fidesz. To trochę taki nasz polski PiS, ale lepsza odmiana – bardziej prawicowy gospodarczo i ekonomicznie. Prognozy kasandryczne dobiegały zewsząd, gdy Orban został premierem Węgier. Unia europejska była przerażona jego poczynaniami. Zamrożenie kursów walut, zmniejszenie cen energii o 20%, indywidualna polityka zagraniczna – inna od preferowanej przez unię, spory wzrost gospodarczy, to niektóre z sukcesów rządu Orbana. No udał się naszym bratankom premier, pozazdrościć tylko… A my mamy debila i prorosyjskiego śmiecia, za którego nam tak bardzo wstyd i tyle upokorzeń mamy… Fidesz zdobył ok. 45% poparcia, a to jeszcze nie koniec. Bardzo silną pozycję na Węgrzech ma także Jobbik – skrajnie nacjonalistyczna partia! Przekroczyli 20% poparcia. Mają ci Węgrzy łeb na karku i żyje im się coraz lepiej. A u nas od zawsze przy władzy socjaliści… zazdroszczę i gratuluję Madziarom.

     W momencie gdy piszę te słowa, w stolicy jeszcze trwają obchody 4 rocznicy Smoleńska. Sporo ludzi uczestniczyło w marszu pamięci i słuchało przemówień prominentnych działaczy PiS-u.  wszystko ładnie, tylko martwi zażyłość PiS-u z „Gazetą Polską” i całym tym stukniętym Sakiewiczem. Przez zamieszki na Ukrainie Jarek całkiem już odjechał mentalnie, przez co stracił wielu zwolenników. W warszawskim klubie „Gazety Polskiej” miała dziś miejsce zabawna „afera” a mianowicie zniknęła żółto – niebieska (ohydne barwy) ukraińska flaga z podpisami różnych banderowców i innych ukraińskich gamoni – teraz przyjaciół Polski, heh. Była ona wywieszona na eksponowanym miejscu w klubie „GP”, no i cóż, już nie wisi. Widocznie „ulica” postanowiła inaczej. Widocznie dla niektórych nienawiść do ruskich nie jest jednoznaczna z miłością do ukraińskich banderowców. Smutne, ze z takim potępieniem pisze o tym portal „Niezalezna.pl”.  Prawica, przynajmniej taka z nazwy po raz kolejny się dzieli i nie jest dobrze, w to graj aktywistom z PO, SLD czy innego lewactwa. Porządnej, zjednoczonej prawicy już chyba za mojego życia nie zaznam. Zawsze się wtrąci jakaś „Ukraina”…

20.03.1993 Igloopol Dębica – Bałtyk Gdynia

Początek roku 1993 był specyficzny. Otóż pierwsze dwa mecze wiosny graliśmy u siebie i dopiero w trzeciej kolejce był wyjazd. Wygraliśmy te mecze u siebie i w ten sposób po raz pierwszy i w zasadzie ostatni w moim życiu mieliśmy wyjazd o miejsce gwarantujące awans do ekstraklasy. Po wygraniu w Dębicy mielibyśmy wicelidera II ligi, a wchodziły wtedy dwie drużyny. Kilka osób postanowiło jechać pociągiem. Już na dworcu w Gdyni przetrzepały ich psy no i kolega P nie pojechał – był obwiązany łańcuchem i zawinęli go na godzinkę na komisariat. Przyjechał na Obłuże pod „Fonograf” i razem z nami wybrał się autokarem. Tymczasem pociągiem do Dębicy ostatecznie pojechało 10 osób. My tym czasem wsiedliśmy w autokar i ruszyliśmy w daleką wyprawę. Było nas 55 osób. Droga mijała nam szybko i zabawnie, w oparach alkoholu rzecz jasna. Dojeżdżamy w okolice stadionu jakieś pół godziny przed meczem i od razu widzimy zabawny widok – biegnie około 15 gości z Dębicy, a za nimi nasi, w tym jeden wymachuje gałęzią. Niestety zjawiły się też psy i zabawy zostały przerwane. Okazało się, że od kilku godzin typki z Igloopolu się czaiły na naszych, ale po prostu nie byli w stanie im zagrozić, gdy już się zebrali w kilku, to nasi ich gonili. Połączyliśmy się w grupę i razem ruszyliśmy na stadion, jeszcze zapamiętałem typa z Dębicy, który groźnie wymachiwał nunczakiem, po czym niestety się w nie zaplątał. Ostatecznie na meczu w Dębicy nas 65 osób. Wywiesiliśmy bodajże 6 flag i z całych sił dopingowaliśmy naszych. Młyn Igloopolu (a raczej młynek) liczył sobie 20 osób, a dowodził nimi… cygan. A przynajmniej gość o bardzo mocno śniadej karnacji. Mieli ze 3 flagi lecz doping wychodził im znacznie słabiej niż nam. Zresztą trochę to obciach, że mieliśmy do nich 650 km a było nas 3 razy więcej… Chłopki z Igloopolu wyzywali nas, więc w przerwie meczu postanowiliśmy się do nich przebiec. Nawet nieźle nam szło, trybuny z ich strony opustoszały. Niestety zatrzymaliśmy się na psach. Poszło trochę pał i w końcu wróciliśmy na sektor. Mecz zakończył się remisem i zostaliśmy na 3 miejscu w tabeli i nigdy już nie wskoczyliśmy na premiowane awansem. Był to bowiem sezon, w którym na Wartę Poznań nie było bata, a gówniany Sokół Pniewy kupował mecz za meczem. Wydawało się, że to już koniec emocji na ten dzień, pakujemy się wszyscy w autokar i wracamy do domu. Kierowca miał jakieś kłopoty z orientacją w Warszawie, ale w końcu wyjechał z niej na Gdańsk. Środek nocy, ciemno jak w dupie i nagle huk. Wszyscy momentalnie się budzą. Widać, że coś nie gra, bo jesteśmy przechyleni pod niezłym kątem. Okazało się, ze kierowca zasnął na kierownicy. Zjechał z drogi i wjechał w drzewo. Na szczęście nie czołowo, a bokiem. Przetarł po nim i w końcu wyhamował. Cały bok wgnieciony a my zawieszeni nad urokliwym mazowieckim bagnem. Trzeba było się z niego wydostać, musieliśmy to zrobić przez okienko w kabinie kierowcy, który spanikowany… uciekł. Niektóre grubasy, szczególnie B z Vitavy mieli problem z wydostaniem się z pułapki :mrgreen: . Rzut okiem na autobus dał nam pewność, że dalej nim nie pojedziemy. Część poszła do wiejskich domostw leżących nieopodal celem zorganizowania jakiegoś żarcia. Poczciwi rolnicy wystraszeni hukiem wypadku karmili nas obficie . Grupa niedopitych (niemała) postanowiła dorobić. W tym celu z bagna powyciągaliśmy gałęzie i wystawiliśmy je na drogę, w ten sposób zatrzymywaliśmy auta i pobieraliśmy od nich opłaty za przejazd. Zabawa się znudziła, więc udaliśmy się do centrum wiochy celem konsumpcji i dalszej rozrywki. Okazało się, że owa wiocha to Glinojeck. Była tu urokliwa knajpa. Jacyż byliśmy głodni! Wesoła grupa około 30 osób zasiadła przy stołach. Kelnerki uwijały się jak w ukropie, bo zamówień było sporo i zróżnicowane. Dobrze tak po długiej podróży się najeść. Problem niestety pojawił się w momencie regulowania rachunków. Nikt nie miał pieniędzy, a wszystko zeżarte. Powiedzieliśmy obsłudze, że zapłacimy następnym razem. Obsługa nic a nic nie znała się na żartach i wezwała psy. Komisariat był 50 metrów dalej – i cóż z tego? Służbę tego dnia pełniło na nim dwóch psów. Podjechali, uchylili szybę i powiedzieli „proszę natychmiast zapłacić!”, po czym odjechali… Do Gdyni wracaliśmy potem już na różne sposoby. Stopem, PKS-em, pociągiem. Ja jechałem pociągiem z bodajże Ciechanowa, w Działdowie dosiadło się kilka osób (kompletnie pijanych) od nas i razem dobiliśmy do trójmiasta. Największa grupa dorwała jakiś pusty autobus, który szczęśliwie dowiózł ich do Gdańska. Tam jeszcze widowisko zrobił B z Chwarzna, który w centrum tego miasta dostał ataku padaczki. Generalnie jakoś tam wszyscy dojechaliśmy do domów i ten wyjazd w końcu się zakończył…

rodz

O dzieciach i rodzicach

„Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie” – trudno się nie zgodzić z tym zdaniem kanclerza Jana Zamoyskiego. Trzeba też zgodzić się ze znanym już od czasów głębokiej komuny truizmem, że młodzież jest przyszłością narodu. Bo jaka by nie była, kiedyś się weźmie za rządzenie tym krajem, będzie płaciła i zbierała podatki, zakładała firmy, wydeptywała kolejki w MOPS-ie , piła wódkę, zakładała rodziny itd. Dlatego oczywistym chyba jest, że najważniejszą kwestią jest przygotowanie tej młodzieży do życia, wychowanie jej w rodzinie i później w szkole. Tymczasem w naszym kraju wszystko leży i kwiczy. Ja naprawdę nie wiem, skąd rodzice czerpią wzorce wychowania swoich dzieci, ale jest coraz gorzej. I to w czasach zalewu informacji – dziesiątki stron internetowych poświęconych tematowi, dziesiątki książek zalegających w księgarniach, i co? I gówno. Strony i książki nie zastąpią myślenia. Zacznijmy od wychowywania dzieci najmłodszych, w domach. Są one wychowywane bez wpajanych podstawowych zasad moralnych i społecznych. Chyba, że za zasadę przyjmiemy wyłącznie pęd ku kasie i karierze – jakież to żałosne… Rodzice, którzy często sami między sobą zatracili jakiekolwiek głębsze relacje, nie poświęcają  należytej uwagi swoim latoroślom. Dzieje się to w czasie, gdy dzieci tej opieki najbardziej potrzebują. Gdy dorastają i dojrzewają. Powiedzmy że większość rodzin (o patologiach tu pisać nie będę) dba o zabezpieczenie materialne i warunki do nauki swoich dzieci. I nic więcej. Standardowe pytanie rodziców w ciągu dnia  do dzieci – jak tam w szkole, jak zdrowie? Na tym koniec, a temat znam niejako z autopsji, prawie codziennie widzę takie przypadki. Kompletnie zanikły więzi emocjonalne i rozmowy z dziećmi… zastąpiły je wszechwładna telewizja i wszechwładny Internet. Czyli gówno totalne i siedziba zła. Dzieci po przyjściu ze szkoły i, powiedzmy odrobieniu lekcji, siadają do komputera lub włączają tv. Przeciętny rodzic dzisiaj nie zna kolegów i koleżanek swojego dziecka. Nie zna zainteresowań, ulubionych kolorów, książek, stron internetowych. Nie zna trosk i zmartwień. „lekcje odrobione? To wszystko gra”. Dzieci pogrążają się w samotności i działają na własną rękę. Nie poprowadzeni przez nikogo często… prawie zawsze wybierają źle. Nie wiedzą o zasadach współżycia społecznego, nie znają zasad etycznych i moralnych. Nie są wychowywane ani w duchu wiary, ani patriotyzmu. Nie są im propagowane zasady koleżeństwa, potrzeba ruchu sportowego na świeżym powietrzu, nie wspominając o zaszczepianiu pociągu do kultury i sztuki. Iluż dzieci nie wie, jak ważne są godło, flaga, hymn, honor, wierność, więzy rodzinne, przykazania dekalogu. „Pokój posprzątany? Lekcje odrobione? To OK.” No i dzieci nam się edukują za pomocą najgorszego ścierwa, które ukierunkowane jest na robienie z nich debili. „Edukacja” za pomocą MTV, Facebooka, Aska, oraz „wiedzy” kolegów i koleżanek. W wieku kilkunastu lat mamy już prawie ukształtowanych niewolników i rasowych kretynów. Już nie raz wspominałem, że jest to ruski model działania. Wychowywanie dzieci na maszynki do głosowania i debilków do roboty. Idzie to stopniowo, od najmłodszych lat. Skracanie wieku przedszkolnego, żeby były szybciej w szkolnym kieracie. Szybciej – to nie znaczy lepiej. Małe wymagania edukacyjne, niewolnik nie ma być zbyt inteligentny, zbyt świadomy. Można zdać z dwoma jedynkami, a na dyktandzie pokazać dokument, że ma się jakąś „dys” – dysleksję, dysgrafię, dysdupę. Już nie trzeba umieć pisać po polsku, łatwiej załatwić papierek. Wyrzucanie historii ze szkół. W zamian faszerowanie dzieci debilną i niepotrzebną wiedzą, edukacją szkodliwą. Obywatel rodzic 1 i rodzic 2 zamiast taty i mamy. Bajka o pingwinkach pedałach czytana w młodszej klasie. Uczenie że wszyscy są sobie równi i tacy sami. Trzeba wiedzieć że murzyni są fajni a Niemcy mili, nie trzeba wiedzieć kiedy był chrzest Polski czy bitwa pod Grunwaldem. Zmiana materiału nauczania, rugowanie z programów rzeczy ważnych, program Gender wkracza do szkół! W końcu podstawówka się kończy. Wchodzą w grę teraz pieniądze. Matura w jeden rok, studia w dwa lata! Wystarczy zapłacić wysokie czesne. Lekcje odrabiane za pomocą ściągania z netu, a  po lekcjach telewizja – zboczone teledyski, rozebrane panienki i czarnuchy obwieszone złotem. Ośmieszanie patriotyzmu, koleżeństwa, wiary i zasad, propagowanie konfidenctwa, cynizmu, frajerstwa i lewactwa. O to właśnie chodzi naszemu „rządowi”. Nasze dzieci, młodzież a później dorośli obywatele  mają być idealnymi niewolnikami – głupimi, strachliwymi, służalczymi donosicielami. Posłusznymi, z małymi wymaganiami. Pozbawieni tego, co czyni człowieka silnym – wiary, idei, przyjaźni, zasad, uczciwości, charakteru, niezłomności… Szkoła powoli upada – edukacja jest zależna od rządu, mało tu miejsca na inwencję nauczycieli – są w kieracie systemu i zbyt wiele nie mogą zrobić, muszą realizować program albo fora ze dwora. Większości też zbytnio nie zależy…  Cała nadzieja w rodzicach i rodzinie, na szkołę już praktycznie liczyć nie można. Cała nadzieja w dobrym towarzystwie. Jeżeli ten „rząd” czegoś lub kogoś nienawidzi i zwalcza, to już jest to dość czytelna wskazówka, bo tenże „rząd” nie lubi ludzi prawych, odważnych, mogących mu się postawić. Tak, o nas mowa – o kibicach. „Rząd” nienawidzi kibiców, bo kibice jako jedyni się potrafią zorganizować, są patriotami, wiedzą co to honor, zasady i pamięć o bohaterach. Nie potrafi tego absolwent zaocznej politologii robiący karierę w biurze. Nie potrafi tego przeintelektualizowana feministka po prywatnym, dwuletnim liceum. Nie potrafi tego Zdzisiek, pomocnik murarza, co to jak nie wypije 200 gram gorzały,  do roboty się nie bierze. Dlatego, rodzice, wychowujcie swoje dzieci najlepiej jak potraficie. Rozmawiajcie z nimi. Uczcie ich wiedzy, jak ją zdobywać i jak użytkować. Interesujcie się nimi, ich problemami. Wpajajcie im prawdziwe wartości. Jak nie wiecie które to są – piszcie maile, redakcja podpowie. Nauczyciele – starajcie się nie być bezdusznymi manekinami ściśle realizującymi „jedyny i słuszny” program nauczania. Nie przymykajcie oczu na ściąganie na klasówkach i nie tolerujcie lewych zwolnień z WF-u. A jeżeli, rodzice,  macie syna i pójdzie on kiedyś na mecz… to dobrze. Nawet jeśli kiedyś spałują go psy albo straci jedynkę w awanturze. To nie taka wielka cena za stanie się mężczyzną. Jeśli wasza córka będzie miała chłopaka kibica.. jest dobrze. Może jeszcze coś z niej będzie… Chyba że lubi Kazię Szczukę i „profesor” Środę. Wtedy trzeba się niepokoić i to poważnie. Wasze dzieci być może są do uratowania, ale zacznijcie pracę już dziś, bo niedługo już nie będzie na to czasu. Bo gdy nadejdzie czas wieszania, czas nauki się skończy. Chyba że nauki ostrzenia toporów, ładowania karabinów i robienia pętli z konopnych sznurów… czego wam i sobie życzę :twisted: .

Minął tydzień

     Sportowcy w naszym państwie, ci będący reprezentantami kraju zarabiają znacznie powyżej średniej krajowej i po zakończeniu kariery są na ogół ustawieni finansowo. Jednak albo im tej kasy mało, albo nadal łakną sławy medialnej, dość rzec że spore ich grono pcha się do europarlamentu. Liczą na magię swoich nazwisk, ze pozwoli im ona zarobić kolejne miliony, tym razem już na nicnierobieniu w Brukseli. Bo na co mają liczyć? Z całym szacunkiem dla dokonań sportowych, większość sportowców delikatnie rzecz biorąc nie zalicza się do tytanów intelektu. Ja to rozumiem i pretensji nie mam, całe życie swoje młode spędzili w hali treningowej lub na boisku, ale kandydować i pchać się na „salony” to spory brak samokrytyki i wyobraźni w ich wykonaniu… Parę przykładów pierwszych z brzegu. Były piłkarz Wisły Karków i Celticu Glasgow, Maciej „Różowy Sweterek” Żurawski  – będzie startował z list SLD. Zawsze mi się wydawał nieco pedałkowaty, ale o debilizm go nie podejrzewałem, heh. Otylia „Jeden brat mniej” Jędrzejczak zamiast gnić w kryminale będzie startować z list PO.  No i tu zdziwiony nie jestem. Chłopaki z PO pomogli zatuszować przestępstwo, swój swojego kryje, teraz czas się zrewanżować. Kryminalna partia, kryminalne metody. Pani, która uprawiała sport poprzez… no nie, młodzież czasem to czyta. W każdym razie pani Łukomska, żenująca intelektualnie lalka z rozkładówki Playboya, z pyskiem wypełnionym botoksem i fajnymi cyckami (co trzeba przyznać, to trzeba) startuje z listy Palikota jakiegoś tam ruchu… hmmm i znów nie jestem zdziwiony, do partii Grodzkiej, Biedronia i innych zboczonych dziwadeł pani Iza „Sponsor Warty” Łukomska nadaje się idealnie. Przy tej całej żałosnej menażerii jedynym normalniejszym jest Tomek Adamek, były bokser. On będzie startował z list „Solidarnej Polski” , pewnie szanse na dostanie się do żłobu ma małe, ale zobaczymy. W każdym razie on chyba tego nie robi dla forsy, bo ma jej jak lodu, ale z drugiej strony czy ktokolwiek z tych co mają kasę powie, że więcej mu nie potrzeba? Pewnie i Kulczyk czasem ponarzeka, taka to już mentalność bogatych…

     Jastrzębie Zdrój mi się kojarzyło dotychczas z kopalniami, oraz ze znacznie lepszymi kibicami od nas (nie jest to wielkie osiągnięcie) i z jeszcze słabszą drużyną niż nasza (i tu już pełen szacun, to naprawdę bardzo trudne jest do zrealizowania, ale są liderem w swojej 5 lidze, więc już niedługo…). Teraz nowym, krwawym newsem są doniesienia właśnie z Jastrzębia, gdzie prawie rok temu spłonęło mieszkanie, w którym było 5 osób. Wszystkie zginęły w męczarniach, płonąc żywcem.  Afera zrobiła się dopiero teraz, bo okazało się, że facet spalił swoją własną rodzinę celem wyłudzenia ubezpieczenia. Jak do tego doszło? Pan Dariusz miał kłopoty z kasą, firma jego się zadłużyła. Wymyślił więc sprytny w jego mniemaniu plan. Ubezpieczył wysoko mieszkanie, po czym po kilku tygodniach je podpalił. Zapewne w celu uwiarygodnienia „strasznego pożaru” gościu zrobił to, gdy jego żona i dzieci spały jeszcze. Spalił je wszystkie. Rozmiar patologii, skali tego prymitywnego mordu jest nie do oszacowania. Facet zrobił to celowo, bo gdyby chciał zachować rodzinę przy życiu, to włączyłby gaz, podpalił jakąś szmatę w drugim końcu mieszkania i wyjechał na weekend do Częstochowy (na przykład). Typ pozbawiony jakiejkolwiek empatii, uczuć  wyższych, bardzo niebezpieczny dla otoczenia. Jeśli wina jego jest w 100% udowodniona, powinien zostać natychmiast stracony. Z chęcią osobiście bym wykonał wyrok. Niestety, w Polsce już nie ma ani prawa, ani sprawiedliwości, i wcale nie chodzi mi tu o partię Kaczyńskiego. Teraz będzie z 5 lat trwał proces, po którym gość zapewne dostanie dożywocie, ale wykarmi się przy nim armia „fachowców” – prawnicy, psycholodzy, socjolodzy, lekarze, po czym dostanie dożywocie i kolejne 40 lat będzie szła na pana Dariusza kasa z naszych podatków. Będzie sobie jadł, pił i wypoczywał w luksusach, o jakich nasi renciści czy emeryci mogą tylko pomarzyć. I tylko zapałki będą od niego trzymać z daleka, żeby pierdla nie podpalił…

     Nie tak dawno, przez dobrych kilka dni koczowała w sejmie liczna delegacja rodziców z niepełnosprawnymi dziećmi celem protestu i wymuszenia spełnienia swoich roszczeń. Generalnie gdyby każda niezadowolona grupa społeczna odwiedziła sejm, to dni w roku by nie starczyło na przyjmowanie gości, bo chyba zadowolonych w tym kraju nie ma… Słyszałem nawet o wkurzonych lekarzach, prawnikach czy emerytowanych wojskowych… Ten rząd to jedna wielka kompromitacja, to w ogóle nie jest polski rząd, itd. itp. – wiele razy to już pisałem, moje zdanie znacie. Jednak, nie ukrywam, wkurza mnie takie przychodzenie i biadolenie. Poza tym skandalem jest targanie ze sobą chorych, często upośledzonych dzieci. Jak można próbować ugrać coś nachalnym pokazywaniem schorowanych dzieci, zresztą kosztem ich zdrowia, spokoju, czasu. Wiem o co chodzi tym rodzicom, i twierdzę, że to chamstwo zbijać kapitał na niedołężnych dzieciakach. Im bardziej niedołężne, skopane przez życie, tym lepiej („telewizja pokaże mojego powykręcanego dzieciaka i współczucie, zrozumienie i przychylność dla naszych protestów wzrośnie” – jakżeż czytelna to idea). Druga kwestia to powód ich wizyty w sejmie – oczywiście była to wizyta roszczeniowa. Daj, daj, daj… każdy chętnie to powtarza i wyciąga łapę. Gdy wszystko w koło się wali akurat, gdy nie ma już prawie nic, rodzicom dzieci chorych się poprawiło nieco ostatnio. Mają ok. 1200 zł miesięcznie na takie chore dziecko od państwa. To trudne, co napiszę, ale prawdziwe –  przynajmniej połowa takich chorych dzieci jest zasługą właśnie rodziców. Zachlany tatuś, pijana albo naćpana mamusia, potem pełna impra podczas ciąży -  pety, alkohol, zabawa trwa. Rodzi się nieszczęśliwe, schorowane dziecko, a mamusia pierwsze co – wyciąga łapę, bo jej się należy. MOPS, zasiłki, dożywotnia renta. Całe życie na kredycie. Jałmużna, żebractwo, gdzie by tu jeszcze się zgłosić? Taki gówniany dochód ma wiele grup społecznych – renciści, którym inwalidztwo przerwało pracę, emeryci, którzy po 35 lat ciężko tyrali, młodzi ludzie pracujący za najniższą krajową. Biednych w tym kraju jest niemało, rościć sobie można niejedno, może najpierw dać coś od siebie zanim się łapę wyciągnie… Mnie by wstyd zwyczajnie było.