Wspomnienia

08.04.1995 Wisła Kraków – Bałtyk Gdynia

To był chyba jedyny w ostatnim ćwierćwieczu sezon, w którym Wisła Kraków spadła do drugiej ligi. Szybko z niej wyskoczyła, ale dzięki temu mieliśmy okazję zaliczyć wyjazd do Krakowa. Zbieramy się na stadionie Bałtyku w równe 50 osób i wyruszamy w trasę. Niestety, gdzieś w centrum Polski obrobiliśmy sklep z żarcia i gorzały, co spowodowało godzinny postój i utratę jednej osoby. Tak więc w 49 osób dojeżdżamy do Krakowa na godzinę przed meczem. Cztery osoby z FC Rumia na ten wyjazd pojechały pociągiem. Zamroczeni alkoholem po wyjściu z pociągu krzyknęli „Bałtyk Gdynia”. Od razu podbiło do nich kilku typów, przedstawili się jako Hutnik Kraków i zaprosili na małe pijaństwo. Trochę popili, jeśli się nie mylę na stadionie Korony Kraków. Gdy poszło kilka kieliszków, miejscowi zaatakowali. Albowiem był to nie Hutnik, a Cracovia. Nasi dostali oklep i stracili 2 szale. Były dwa szycia – 4 i 7 szwów na głowach. Ten z siedmioma miał na głowie rozbitą pełną butelkę wódki. Spotkaliśmy się z nimi na stadionie tuż przed meczem, potem dojechały jeszcze 2 osoby i ogółem w Krakowie zjawiło się nas 55 osób. Wisły w młynie bardzo dużo jak na tamte czasy, chyba z 800 w młynie. Próbowali biec do nas, ale psów było bardzo wielu i nie było na nic szans. Obwiesiliśmy się 7 flagami i próbowaliśmy dopingować. Nawet prowadziliśmy przez chwilę, ale ostatecznie polegliśmy 1-3. Po meczu spokojny powrót do domu grupy autokarowej. Ci ze szwami na głowach wrócili z nami, zamienili ich inni z Rumi, bo nie dało się upchnąć wszystkich w autokarze. No i ci mieli też przygodę. Dojechali do Katowic, gdzie zakupili bilety do Gdyni. W pociągu podbił do nich Ruch Chorzów na pełnej agresji, gdyż grali tego dnia derby z Górnikiem i byli pewni, że to Arka wraca ze wspomagania swych ziomali. Wtedy Arka miała zgodę z Górnikiem. Gdy okazało się, że to Bałtyk a nie Arka, agresja z nich zeszła. Zabrali naszym szal i kazali pić bełty, K z Rumi miała nakaż wypicia bełta za jednym zamachem, bo jak nie, to wp…l 8-) . Co miał zrobić K? Krztusząc się i dusząc wypił :lol: . Potem zaprowadzili ich do takiej grubej i wielkiej fanki Ruchu i kazali im ją macać. Trzeba przyznać, że dowcipnie podeszli do tematu. W końcu fani Ruchu wysiedli, a nasi już w spokoju dojechali do domu. Pewnie już więcej w życiu nie spotkamy się z żadną Wisłą, bo ta z Krakowa gra z 8 lig wyżej niż my, a ta z Tczewa już nie istnieje…

10.04.1994 Lechia Dzierżoniów – Bałtyk Gdynia

Sezon 93/94 był sezonem, gdy FC Lębork był praktycznie wszędzie. Nie inaczej było w przypadku wyjazdu do Dzierżoniowa. W 4 osoby z Lęborka imprezowaliśmy trochę w Gdańsku, po czym udaliśmy się na PKP w Oliwie, aby wsiąść w pociąg do Wrocławia. Kilkanaście minut przed odjazdem pociągu na peron wtoczyło się ok. 40 kibiców Śląska i Lechii, mocno rozbawionych dodajmy… Tego dnia bowiem miał w Gdańsku miejsce mecz zgodowy Lechii ze Śląskiem. Nie rozkminili nas, ale woleliśmy nie prowokować losu i ten pociąg sobie odpuściliśmy. Około godzinki czekania i wbijamy się w pociąg na Katowice. Już spokojni wyciągamy co tam mamy w plecaku… butelka wódki i 2-3 wina to był nasz zestaw podróżny. W Laskowicach Pomorskich słyszymy wesołe śpiewy… to oczywiście Śląsk. Wywalili ich tam za jazdę bez biletów i jednak musieliśmy z nimi jechać. Wbili nam się do przedziału i na pytanie dokąd jedziemy, skłamaliśmy niestety – że jedziemy do kolegi z wojska. Miło, że nie trzepali nam plecaka, mieliśmy tam flagę i 4 szale. Kanar był trochę jebnięty – nic mu się nie podobało. A to jazda bez biletów mu przeszkadzała, a to picie alkoholu, a i do fałszywych dokumentów kolegi P z Lęborka się przyczepił… Do samego Inowrocławia się czepiał. Tam już i my, i Śląsk musieliśmy wysiąść, bo pociąg odbijał na Zduńską Wolę. Stoimy tak sobie na peronie, gdy zapowiadają opóźniony pociąg z Katowic do Gdyni. Muszę wam powiedzieć, że wtedy miałem w głowie wszystkie mecze, połączenia kolejowe itd. No i błysnąłem stwierdzeniem, że w tym pociągu na pewno będzie Zawisza wracający z Górnika Zabrze i że na pewno ktoś będzie z Inowrocławia. Niezła wiedza jak na laika jadącego do kolegi z wojska, ale nikt nie załapał. Chowamy się w poczekalni i faktycznie… z pociągu wysiada 2 fanów bydgoskiego Zawiszy z Ina z jednym plecakiem (wszystkich razem z Zawiszy było wtedy 32 w Zabrzu). Chłopaki ze Śląska Idą za nimi i parę metrów za dworcem atakują, Zawisza traci flagę i 2 szale – Zetki i ŁKS-u.  Niestety, Śląsk bierze sobie to wszystko. W końcu jedziemy dalej. Zaraz za Poznaniem (Puszczykowo?) wyrzucają znowu Śląsk z pociągu, a my na kredytach w końcu sami dobijamy do Wrocławia. Do końca się nie zorientowali, kim jesteśmy. We Wrocławiu kolejny kłopot. Do meczu zostało pół godziny, Do Dzierżoniowa 60 km i żadnego transportu. Podbijamy na taxi ale ich stawki przyprawiają o zawał serca. W końcu jeden facet zbija trochę z ceny, ale nadal to zbyt wiele dla nas… Z westchnieniem ciężkim wyciągam kasę, którą od matki dostałem na opłacenie internatu… P. zdejmuje z szyi srebrny łańcuszek i jedziemy. Złotówa wczuł się w  rolę, większość drogi jedziemy 130 km / h. Wjeżdżamy na stadion Lechii w 5minucie spotkania. Wchodzimy na stadion i wieszamy flagę. Dołącza do nas P. z Vitavy, więc jest nas razem 5 na tym wyjeździe. Po drugiej stronie małe poruszenie i w naszą stronę idzie ok. 25 miejscowych. Bierzemy w ręce 2 pasy, 2 butelki i czekamy. Lechia podchodzi i pyta: „Z Wałbrzycha jesteście?”, na co my „Z jakiego k…wa Wałbrzycha? Bałtyk Gdynia”. „Aaa to spoko. Pijecie wino?” . „Czemu nie”. Szybka zbiórka kasy, leci jakiś małolat do sklepu, po chwili na sektorze ląduje 8 win i wesoło oglądamy mecz i rozmawiamy na kibicowskie tematy. Pod koniec meczu chłopaki z Dzierżoniowa proponują układ. Mówimy, że owszem przybijemy go, ale jak się zjawią u nas na meczu. Na szczęście nigdy się nie pojawili i układ nie powstał. Po tych wszystkich stresach podróżnych zgłupiałem i zgodziłem się na wymianę flagami. To była moja wielka głupota, ale trzeba się umieć do tego przyznać… Mecz chyba w plecy, rozpadał się deszcz. Piłkarze nas wzięli ze sobą autokarem, za co poczęstowaliśmy ich paletą jajek Kinder – niespodzianka „pożyczoną” gdzieś po drodze. Około 3 w nocy z niedzieli na poniedziałek dobiliśmy do Lęborka. To były wyjazdy! Dalekie, niebezpieczne i ciekawe – nawet w kilka osób, i ta podróż pociągiem… warto było po to żyć, żeby sobie raz na dwa tygodnie gdzieś pojechać.

20.03.1993 Igloopol Dębica – Bałtyk Gdynia

Początek roku 1993 był specyficzny. Otóż pierwsze dwa mecze wiosny graliśmy u siebie i dopiero w trzeciej kolejce był wyjazd. Wygraliśmy te mecze u siebie i w ten sposób po raz pierwszy i w zasadzie ostatni w moim życiu mieliśmy wyjazd o miejsce gwarantujące awans do ekstraklasy. Po wygraniu w Dębicy mielibyśmy wicelidera II ligi, a wchodziły wtedy dwie drużyny. Kilka osób postanowiło jechać pociągiem. Już na dworcu w Gdyni przetrzepały ich psy no i kolega P nie pojechał – był obwiązany łańcuchem i zawinęli go na godzinkę na komisariat. Przyjechał na Obłuże pod „Fonograf” i razem z nami wybrał się autokarem. Tymczasem pociągiem do Dębicy ostatecznie pojechało 10 osób. My tym czasem wsiedliśmy w autokar i ruszyliśmy w daleką wyprawę. Było nas 55 osób. Droga mijała nam szybko i zabawnie, w oparach alkoholu rzecz jasna. Dojeżdżamy w okolice stadionu jakieś pół godziny przed meczem i od razu widzimy zabawny widok – biegnie około 15 gości z Dębicy, a za nimi nasi, w tym jeden wymachuje gałęzią. Niestety zjawiły się też psy i zabawy zostały przerwane. Okazało się, że od kilku godzin typki z Igloopolu się czaiły na naszych, ale po prostu nie byli w stanie im zagrozić, gdy już się zebrali w kilku, to nasi ich gonili. Połączyliśmy się w grupę i razem ruszyliśmy na stadion, jeszcze zapamiętałem typa z Dębicy, który groźnie wymachiwał nunczakiem, po czym niestety się w nie zaplątał. Ostatecznie na meczu w Dębicy nas 65 osób. Wywiesiliśmy bodajże 6 flag i z całych sił dopingowaliśmy naszych. Młyn Igloopolu (a raczej młynek) liczył sobie 20 osób, a dowodził nimi… cygan. A przynajmniej gość o bardzo mocno śniadej karnacji. Mieli ze 3 flagi lecz doping wychodził im znacznie słabiej niż nam. Zresztą trochę to obciach, że mieliśmy do nich 650 km a było nas 3 razy więcej… Chłopki z Igloopolu wyzywali nas, więc w przerwie meczu postanowiliśmy się do nich przebiec. Nawet nieźle nam szło, trybuny z ich strony opustoszały. Niestety zatrzymaliśmy się na psach. Poszło trochę pał i w końcu wróciliśmy na sektor. Mecz zakończył się remisem i zostaliśmy na 3 miejscu w tabeli i nigdy już nie wskoczyliśmy na premiowane awansem. Był to bowiem sezon, w którym na Wartę Poznań nie było bata, a gówniany Sokół Pniewy kupował mecz za meczem. Wydawało się, że to już koniec emocji na ten dzień, pakujemy się wszyscy w autokar i wracamy do domu. Kierowca miał jakieś kłopoty z orientacją w Warszawie, ale w końcu wyjechał z niej na Gdańsk. Środek nocy, ciemno jak w dupie i nagle huk. Wszyscy momentalnie się budzą. Widać, że coś nie gra, bo jesteśmy przechyleni pod niezłym kątem. Okazało się, ze kierowca zasnął na kierownicy. Zjechał z drogi i wjechał w drzewo. Na szczęście nie czołowo, a bokiem. Przetarł po nim i w końcu wyhamował. Cały bok wgnieciony a my zawieszeni nad urokliwym mazowieckim bagnem. Trzeba było się z niego wydostać, musieliśmy to zrobić przez okienko w kabinie kierowcy, który spanikowany… uciekł. Niektóre grubasy, szczególnie B z Vitavy mieli problem z wydostaniem się z pułapki :mrgreen: . Rzut okiem na autobus dał nam pewność, że dalej nim nie pojedziemy. Część poszła do wiejskich domostw leżących nieopodal celem zorganizowania jakiegoś żarcia. Poczciwi rolnicy wystraszeni hukiem wypadku karmili nas obficie . Grupa niedopitych (niemała) postanowiła dorobić. W tym celu z bagna powyciągaliśmy gałęzie i wystawiliśmy je na drogę, w ten sposób zatrzymywaliśmy auta i pobieraliśmy od nich opłaty za przejazd. Zabawa się znudziła, więc udaliśmy się do centrum wiochy celem konsumpcji i dalszej rozrywki. Okazało się, że owa wiocha to Glinojeck. Była tu urokliwa knajpa. Jacyż byliśmy głodni! Wesoła grupa około 30 osób zasiadła przy stołach. Kelnerki uwijały się jak w ukropie, bo zamówień było sporo i zróżnicowane. Dobrze tak po długiej podróży się najeść. Problem niestety pojawił się w momencie regulowania rachunków. Nikt nie miał pieniędzy, a wszystko zeżarte. Powiedzieliśmy obsłudze, że zapłacimy następnym razem. Obsługa nic a nic nie znała się na żartach i wezwała psy. Komisariat był 50 metrów dalej – i cóż z tego? Służbę tego dnia pełniło na nim dwóch psów. Podjechali, uchylili szybę i powiedzieli „proszę natychmiast zapłacić!”, po czym odjechali… Do Gdyni wracaliśmy potem już na różne sposoby. Stopem, PKS-em, pociągiem. Ja jechałem pociągiem z bodajże Ciechanowa, w Działdowie dosiadło się kilka osób (kompletnie pijanych) od nas i razem dobiliśmy do trójmiasta. Największa grupa dorwała jakiś pusty autobus, który szczęśliwie dowiózł ich do Gdańska. Tam jeszcze widowisko zrobił B z Chwarzna, który w centrum tego miasta dostał ataku padaczki. Generalnie jakoś tam wszyscy dojechaliśmy do domów i ten wyjazd w końcu się zakończył…

Polska – Anglia ’93 i ’99

Kiedyś, gdy na meczach kadry było jeszcze normalnie, kibice poza meczami swoich drużyn klubowych obowiązkowo jeździli właśnie na kadrę, bo często coś ciekawego się działo. Naszym dyżurnym przeciwnikiem we wszelkich eliminacjach była Anglia i dziś chcę wam przedstawić dwa dość odległe czasy, w których to kibice Bałtyku uczestniczyli właśnie w meczach z Anglikami. Albowiem to mecze z Brytyjczykami mimo swej powtarzalności najbardziej przyciągały ekipy z naszego kraju, gdyż mimo naszej odwiecznej mizerii sportowej na te mecze przyciągał właśnie klimat trybun – tam to się działo! Zapraszam do lektury.

29.05.1993, Chorzów. Polska – Anglia.

Na ten mecz kibice Bałtyku wybierali się na dwa sposoby. Ja, wraz z dwoma koleżkami udawałem się z mojej rezydencji w Gdańsku Przymorzu, gdzie wtedy mieszkałem w bursie. Noc poprzedzająca wyjazd była spędzona na piciu nędznych, acz wysoko procentowych trunków (kasy nie było, ciężkie czasy…) i wyliczaniu matematycznych szans, jakie jeszcze mieliśmy na awans. Bo muszę wam powiedzieć, że rok 1993 to był jeszcze rok, gdy byłem naiwny, wierzyłem w walkę do końca i takie tam, no ale z drugiej strony… jak miałem nie wierzyć, nasz Bałtyk walczył wtedy o ekstraklasę… Poważnie skacowani dotarliśmy do dworca Gdańsk – Oliwa, gdzie oczekiwaliśmy na pociąg do Katowic. Wraz z nami wsiadło kilku łysych, we Wrzeszczu wsiadła kolejna grupa, a w Głównym to już chyba z 50 Betonów z Lechii wsiadło. Przeprowadzili oni kontrolę pociągu, pytając wszystkich nieznajomych „Nie jesteś, kurwa, z Arki przypadkiem?”. Przypadkiem nie byłem, więc wszystko grało. Na każdej kolejnej stacji dosiadali się ludzie z Polski zmierzający na mecz, ależ było wesoło :lol: .  W warsie wódka lała się strumieniami, ludzie się dzielili tym co mieli i wesoło zapowiadali, co to zrobią angielskim chuliganom, jeśli tylko ich dopadną. Mnie wprawdzie jakiś cham z Kwidzyna potraktował gazem, ale przeprosił bo pomylił mnie z kimś, a ja pamiętliwy nie jestem ;-). Na Górnym Śląsku to już pociąg pijany w trzy dupy, wisiały flagi narodowe z okien, ja akurat waliłem szlampy z jakimiś koleżkami z Sosnowca, śpiewy, atmosfera na medal i to złoty! Dojechaliśmy do Katowic, a tutaj western. Właśnie 600 osobowa banda kiboli goniła psów. Ochoczo dołączyliśmy. Psy stanęły ze 200 metrów dalej i zrobiły kontrę. Kostka brukowa latała koło głowy, trzeba było uważać. Kilka minut i zapanował względny spokój. Za jakiś czas okazało się, że psy dlatego nie chciały żebyśmy szli główną trasą, bo 10 minut wcześniej doszło do poważnego spięcia w tramwaju może z pół kilometra od dworca. Cracovia zaatakowała z użyciem ostrych narzędzi, śmierć poniósł kibic Pogoni Szczecin. My uformowaliśmy pochód i w końcu w jakieś 700 osób ruszyliśmy w stronę stadionu. Dochodzimy do hotelu „Katowice” a tu w ogródku piwnym chleją Angole, z okien pokojowych powiewają białe szmaty z czerwonymi krzyżami, ewentualnie Union Jacki… leci atak. Angole się stawiają, co mile zaskoczyło, ale w końcu uciekają. Co rusz słychać brzęk szkła – lecą szyby w oknach hotelowych. Dochodzimy do stadionu, ja pierdzielę, co tu się dzieje. Watahy żądnych krwi kiboli krążą w koło stadionu, pełno psów, ale niezorganizowanych, sytuacja ich zaskoczyła. Wbijamy się w końcu na stadion. Olewamy nasze miejsca, podbijamy na sektor Lecha. Nasi, którzy jechali autokarem z Gdyni jeszcze nie dotarli, spotykamy ich dopiero w przerwie meczu. Oni też mieli wesoło. Jadą w 11 autokarem razem z… Arką. Pijani na parkingach wspólnie śpiewali, dziwne to były czasy ;-). Gdzieś tam w Polsce mijali się z autokarem Legii, furia i agresja, przy wymijaniu latały pasy, poszła jedna szyba. W drodze powrotnej chłopaki  sami sobie z nudów rozwalili autokar. Czyli w sumie na Polska – Anglia było tego dnia 14 kibiców Bałtyku Gdynia. Tymczasem rozpoczyna się mecz. Angole prezentowali się godnie, przyjechało ich 2.000 solidnej bandy, wiedzieli co może się dziać. Piąta minuta meczu i Arka z Cracovią atakuje Angoli. Dym przy płocie, jest wyginany w obie strony, Angole walczą, w obie strony lata kupa sprzętu. Polaków na stadionie około 60.000 ludzi. Mija kilka minut i rozpoczyna się na dobre. W sektorze Lechii i Śląska następuje atak na milicję, z 1000 chłopa wali w mundurowych czym popadnie, psy pękają i uciekają z sektora zostawiając paru kolegów. Po chwili wracają po nich w znacznej sile, w tym czasie do boju ruszają inni, kocioł się rozpoczyna w sektorach Wisły Kraków, coś widzę zamieszanie na Motorze czy Legii, przynajmniej za flagami tych ekip. Nikt raczej nie patrzy na mecz, w pewnej chwili naliczyłem 5 miejsc w których naraz coś się dzieje, cała Polska walczy z psami, niektórzy próbują dostać się do Angoli. W końcu się uspokoiło, bo na murawie sensacja – prowadzimy z Anglią! Potem niejaki Leśniak zmarnował dwie „setki”, na koniec meczu Anglia wyrównała i skończyło się jak zawsze. Ten mecz odbił się echem w całej Europie, wszystkie stacje telewizyjne pokazywały walki stadionowe, angielski chuligan w swej książce o tym meczu napisał, iż był to najbardziej zwariowany wyjazd w jego życiu. Powrót mieliśmy spokojny, aczkolwiek miesiącami jeszcze o tym meczu opowiadało się w barach i na stadionach…

08.09.1999 Warszawa. Polska – Anglia.

Na ten mecz było bardzo wielu chętnych, tymczasem Legia na stadion mogła wpuścić jedynie 15.000 kibiców, w tym 3.000 z Anglii, więc otrzymanie wejściówki graniczyło z cudem. Ostatecznie nie uzyskaliśmy ani jednego biletu, więc do boju ruszyli fałszerze. Podróbki biletów były naprawdę profesjonalne, nawet hologramy były zrobione ;-). Już przed 10 zbieramy się w okolicy baru „Alcatraz” (był kiedyś taki na Redłowie). Gdy było nas 7 osób, wjeżdża Arka w trzy auta. Trzech z nas obijają, kroją reklamówkę, w której był szalik, komórka i 3 race świetlne. Muszę też przyznać, że jeden z nas był o kulach, bodajże śp. Poldi, i jego Arka nie ruszyła. Teraz takie zachowanie nie dziwi, wtedy taka postawa u Arki była ewenementem. W końcu jedziemy busem i 5 autami w 32 osoby do Warszawy. Już 2 godziny przed meczem jesteśmy pod stadionem, ścisk niemiłosierny, niby sprzedali Polakom 12.000 biletów, a chyba z 50 tysięcy się tłoczy pod stadionem 8-)  . Z tymi biletami to były jaja, bo na tych podróbach w pełnym składzie dostaliśmy się na obiekt! Komuś się udało, ktoś dał łapówkę, ktoś uciekł ochronie… jak to w Polsce :roll: . Mecz był w miarę spokojny. Poleciały z płotu flagi „Wronki” i „Września” potraktowane jako tereny Lecha (Triada A – L – C była wtedy poza układem na kadrę). Do Angoli nie szło się dostać, dzielił nas sektor buforowy pełen psów, więc chłopaki strzelali w nich jakimiś świecidełkami 8-) . Angole się wkurzyli, zaczęli wyrywać krzesełka, wskoczyli na płot, takie tam drobne zakłócenia. Zbliża się 80 minuta meczu. Podbiega do nas młody kibic Bałtyku z Rumi i mówi, że jakiś pijany cham skroił go z barw, podając się przy tym za Górnika Wałbrzych. Typ ten wulgarnie się odnosił do Bałtyku. „Rozpoznasz go?”, „Tak”. „No to idziemy”. Czteroosobowa ekspedycja karna ruszyła na poszukiwanie chama. No jest, i ma nasz szal. Na grzeczne zapytanie coś burknął no i była kara. Poszedł strzał z bańki, potem piękny sierp piszącego te słowa, jeszcze jeden strzał, kop i załatwione. Każdy dał panu po razie, pan leży zwinięty na ziemi i mówi tak: „chrrr chhrrr” ;-). Szalik wrócił do właściciela, wróciliśmy na swój sektor. Mija chwila i zaczyna się dziać coś dziwnego. W naszej okolicy robi się pusto, niektórzy z Bałtyku chowają barwy. Nagle z płotu lecą obie nasze flagi. Co jest grane? Umięśnione typy otaczają nas z góry i z dołu, chyba będzie jatka. Okazało się, że ten pijany cham tylko prowokował mówiąc iż jest z Wałbrzycha, w rzeczywistości był to stary Legionista, który między innymi był z Legią na pamiętnym wyjeździe na Hajduka Split, gdzie Legii było ok. 50, zaraz po wojnie domowej. Więc przypadkowy nie był. Czepiał się do wszystkich, ale tamci wiedzieli skąd jest, więc go olali. Opisał to szczegółowo potem Romek Zieliński w „Fan Śląsku” w artykule „Jak warszawski cwaniaczek bicie od Bałtyku zaliczył”. My nie wiedzieliśmy skąd jest na jego nieszczęście a zarazem i nasze :lol: . Chłopaki w nas wjechali z dwóch stron jak w masło. Mnie ciągnęli po krzesełkach za szalik kopiąc jednocześnie, na chwilkę nawet film mi się zerwał. Ja pierdzielę, tak okopany byłem maksymalnie ze dwa razy w życiu, cały spuchłem. Potem już luzik. Powrót spokojny, we wtorek czy środę po tym meczu nie mogłem już wytrzymać z bólu i udałem się do lekarza. Był zdziwiony moim wyglądem  8-)  .  To były bardzo pamiętne mecze i chyba za mojego życia już tak fajnie na kadrze nie będzie…

11.04.1992 Stilon Gorzów Wlkp. – Bałtyk Gdynia

Bardzo byłem podniecony tym meczem, albowiem był to mój pierwszy wyjazd z Bałtykiem. Od pół roku już jeździłem regularnie na mecze u siebie, a wszyscy mi mówili, że wyjazdy to całkiem inne przeżycie, najciekawsze w życiu kibica. Okazało się, że mieli rację ;-) . Debiut wyjazdowy, jak to często bywa miałem do ówczesnego zgodowicza – Stilonu Gorzów. Na dworcu w Gdyni zebraliśmy się w około 100 osób. Przy dworcu stało kilku psów, a nieopodal, przy salonie gier automatycznych zebrało się około 40 śledzi. Spodziewaliśmy się tzw. kamionki i słusznie. Zaraz po starcie pociągu z Gdyni Głównej poleciał w niego grad kamieni, już na Wzgórze wjechaliśmy ze stratą ok. 10 szyb. My też od Sopotu począwszy kamieniowaliśmy mijane stacje. W Gdańsku pociąg stanął na dobre. Po około pół godziny rozległy się sygnały – zjeżdżały się psy. Zrobili nam małą pacyfikację, wygnali wszystkich z pociągu, zaczęły się przeszukania i spisywanie. Dwie osoby zwinęli na dołek, kilkanaście się wykruszyło. Przez ten incydent padło nam połączenie z zaledwie 1 przesiadką w Bydgoszczy, musieliśmy się zdecydować na jazdę jakimiś łamańcami. Już w Tczewie mieliśmy kolejną przesiadkę i aż 3 godziny czekania na pociąg do Bydgoszczy. Znaczna większość naszej grupy wykorzystała ten czas na zakupy potężnej baterii alkoholu. Już mniej więcej po godzince stada pijanej gawiedzi z Bałtyku krążyły po Tczewie wesoło śpiewając bądź wykrzykując wulgaryzmy 8-) . Pamiętam jak na przykład kolega T z Rumi mimo zamkniętego kiosku metodą siłową zdobył gazetę do czytania, kolega W z Obłuża pijany oddawał mocz  na środku jadłodajni dworcowej, a z kolei 4 pijanych z Rumi niosło piątego nieprzytomnego z nadużycia ;-). Psy się znów pojawiły w znacznej sile i około 20 osób zwinęły, ale tuż przed odjazdem pociągu puściły wszystkich. Największy stres miał dzisiejszy członek zarządu Bałtyku, któremu zapowiedzieli, że jak będzie miał 2 promile – jedzie na izbę. Miał 1,98 ;-). W końcu ruszyliśmy. Gdy dojechaliśmy do Bydgoszczy, czekał na nas kolejny kordon psów. Ci byli bardzo agresywni i pojebani. Kilka osób od nas obili, flagę Bałtyku nam zabrali i wrzucili do kibla, mundurowe dziwki! Mi podczas rewizji znaleźli nóż tzw. finkę, która wziąłem ze sobą i oczywiście zabrali.  Debile przy tych marnej jakości popisach bardzo się cieszyli. Gdy już od tej milicyjnej swołoczy się uwolniliśmy, było już spokojniej. Kolejne przesiadki w Pile i Krzyżu odbyły się już bez perturbacji. Dojechaliśmy do Gorzowa na około 3 godziny przed meczem. Tam na dworcu czekało na nas około 20 ziomali ze Stilonu. Miejscowych psów też trochę było, ale widząc atmosferę przyjaźni nie zatruwały nam życia dyskretnie kukając na nas z oddali. Czas pozostały do meczu spędziliśmy na pijackich zabawach i umacnianiu zgody. W końcu zaczął się mecz. Ostatecznie na wyjeździe w Gorzowie było nas 79 osób. Na płocie wisiało bodajże 7 flag. Cały mecz trwał nasz głośny doping, który nie uchronił nas przed wysoką porażką. Stilonu w młynie było około 60 osób, wywiesili 5 flag. Po meczu pękło jeszcze kilka browarów czy wódeczek i do domu. Przesiadka w Stargardzie Szczecińskim spokojna, cyrki zaczęły się w pociągu relacji Szczecin – Gdynia. Olewka kanara, zero biletów i wesołe bieganie po pociągu spowodowały, że pajac wezwał psy. W Słupsku pociąg zanotował dłuższy postój, podczas którego mnóstwo kundli wpadło do pociągu i wyciągały ludzi. Od razu na peronie ich fotografowali i po raz kolejny spisywali. To już stawało się nudne… Emocje tego wyjazdu dobiegły końca. Około 2 w nocy ostatni pociąg z kibicami Bałtyku dojechał do Gdyni.

28.08.1993 Raków Częstochowa – Bałtyk Gdynia

Wspominając wyjazd na Raków, który odbył się prawie 21 lat temu spłacam dług mentalny wobec mojego dobrego kolegi z Częstochowy, bodajże od 6 lat mam mu dostarczyć opis tego wyjazdu. Nie mogłem znaleźć odpowiedniego numeru mojej „Zadymy”, by tą prośbę spełnić, ale w końcu się udało. Z okazji robienia porządków odnalazłem w końcu 26 numer  „Zadymy” z lipca 2000, w której to ten wyjazd był opisany. Swoją drogą to, co wtedy (w roku 2000) było opisywane jako wydarzenia bieżące, dziś też już jest historią, bo 14 lat to też szmat czasu i większość ludzi jeżdżących dziś na mecze roku 2000 już nie pamięta. Czy ktoś mi kiedyś ufunduje jakiś pomnik za to nieocenione wręcz kronikarstwo, dzięki któremu historia Bałtyku nigdy nie zaginie?

Na wyjazd do Częstochowy wyruszyliśmy nocnym pociągiem, którym regularnie jeździliśmy, gdy mieliśmy wyjazd w okolice Górnego Śląska.  Wyruszyło nas 15 osób. Były to takie czasy, że górował ten, kto zrobił większą trzodę w pociągu. Najpierw zlikwidowaliśmy toaletę – wyleciała cała przez okno, w podłodze została jedynie dziura po sraczu.  Potem odbywaliśmy niczym rycerze Jedi pojedynki na świetlówki. Marny to materiał do pojedynków, poszły  w drobiazgi wszystkie :roll: . Upojenie alkoholowe zmorzyło nas w okolicach Zduńskiej Woli, tuż przed celem podróży obudził nas kanar, który zdenerwował się, że nie może zapalić światła by sprawdzić nam bilety. Niepotrzebnie się trudził, nie mieliśmy ani jednego :mrgreen: . Po 6 rano wysiadamy w Częstochowie. Czasu do meczu było aż nadto, więc udaliśmy się na Jasną Górę. W klasztorze jasnogórskim zdumiał nas kolega Cece który udał się do spowiedzi, a był doprawdy ostatnią osobą, którą można było o to podejrzewać.  W domu pielgrzyma niektórzy pili napój pielgrzyma, którym było kakao, jednakże większość z nas popijała nieco inne napoje, acz ukradkiem.  Wychodząc z klasztoru zahaczyliśmy o jakiś bar, w którym zauważyliśmy poruszenie wśród tubylców, gdy ujrzeli nasze barwy. Dość długo zajął nam marsz w kierunku stadionu, w tym czasie dołączyło kilka osób od nas. Pod stadionem rozdzieliliśmy się na kilka grupek, w tym czasie jak się okazało organizował się Raków na wieść o naszym przybyciu. To rozdzielenie się to był oczywiście błąd taktyczny, na wyjazdach zawsze należy się trzymać razem. Raków też się rozdzielił gdy już się stawił w okolicach stadionu i zaatakował.  Byliśmy w trzech miejscach, w każdym z nich Rakowa było więcej niż nas. Ja z dwoma innymi kolegami piłem winko na koronie stadionu RKS-u, podbiło do nas 6-7 „Medalików”, wymiana kilku słów, poszły ze dwa gongi i zrywamy się. Porażka nasza, ale dzięki zrywce uratowałem flagę Bałtyku, którą miałem w plecaku.  Inni koledzy biesiadowali w okolicach hotelu na stadionie, ich było ze siedmiu, gdy podbił Raków w dwukrotnie liczniejszej grupie, chwilę trwała szarpanina, po czym nasi wycofali się do hotelu, gdzie zabarykadowali się fotelem i znad niego ciskali butelkami w Raków. Do hotelu chłopaki z Częstochowy się nie wdarli, a za chwilę musieli się zrywać, bo już jechał wiadomo kto na sygnale. Jedyne zwycięstwo w tych potyczkach odnieśliśmy w knajpie, gdzie siedziało ze 6 od nas. Raków wjechał, nasi kopnięciem wyjebali stół z żarciem i piciem i zaatakowali z butelkami w łapach, tu Raków musiał się zerwać. Generalnie jednak byliśmy w defensywie, Raków trochę nas pogonił i wykroił 2 szale.  Sytuacja się uspokoiła, potem jeszcze ja z kolegą Skrzydłem otworzyliśmy patentem jakiś śmieszny zamek w klubie i wdarliśmy się do suszarni, skąd skroiliśmy 2 koszulki piłkarskie Rakowa. Czas meczu się zbliżał, zasiedliśmy w klatce dla przyjezdnych i rozwiesiliśmy bodajże 4 flagi, co chwila dołączał ktoś od nas, kto dojechał na swój sposób później. Tuz przed meczem dołączył kolega z FC Lębork zwany jako Tramwajarz ze względu na zawód, który uprawiał. W ręku miał jeden ze skrojonych szali Bałtyku! Okazało się, że gdy szedł na nasz sektor, zobaczył skrojony szal Bałtyku na nodze jednego z kibiców RKS-u. Podszedł do niego i zażądał zwrotu. Chłopak z Rakowa szal zdjął i oddał… Fakt faktem, że Tramwajarz miał 1,95 wzrostu i wyglądał nieprzyjemnie, każdy z kolegów Częstochowianina udawał, że patrzy akurat gdzieś indziej… Tak więc nasze straty w świętym mieście to tylko 1 szal ostatecznie.  Na meczu ogółem nas 23 osoby, Rakowa ok 60 w młynie. Muszę powiedzieć, że była to kolorowa menażeria, mieli różne przedziwne szale na sobie, widziałem Wisłę, ŁKS, kluby zagraniczne…  W trakcie meczu festiwal uprzejmości. Raków ma szarpaninę z psami o transparent, na którym w wulgarny sposób uwłaczano Legii Warszawa. Mecz się skończył naszą porażką 3-0 niestety. Po meczu psy zapakowały nas w kabaryny i wywiozły z Częstochowy do pierwszej miejscowości, w której stawały pociągi w stronę Gdyni! Ci, których było stać dokupili coś z alkoholi i po jakimś czasie znów w 15 osób wsiadamy w pociąg do Gdyni. Porozsiadani po całym pociągu zapadaliśmy w drzemki… kolejny błąd tego dnia. Gdy dojechaliśmy do Zduńskiej Woli, zobaczyliśmy bandę chłopa na peronie, która krzyknęła „Lech, Lech, Kolejorz!”. Mieliśmy w tym czasie zgodę z Lechem. Uradowany, wraz z kolegą odkrzyknąłem im „Bałtyk Gdynia”, na co goście z peronu: „jeeest! Tutaj są”. Albowiem była to podpucha. Ludźmi z peronu był Zawisza Bydgoszcz, który w 60 osób wracał z Widzewa Łódź. Wjechali w pociąg i zrobili nam niezłą jazdę. Większość osób dostała oklep, straciliśmy ze 4 szale i sporo rzeczy prywatnych – kurtki, zegarki, pieniądze… ja z kolegą B z Bolszewa barykadowaliśmy się w kiblu, ale po pół godzinie musieliśmy otworzyć drzwi, nie mieliśmy już sił. Potem wjechały psy, ale nikt nic nie widział i nie miał pretensji, więc nic nie zdziałali. Gdy psy sobie poszły dalej, chłopaki z Zetki oddali mi flyersa, dzięki czemu nie musiałem wracać na gołej klacie do domu (przedtem mi ukradli nawet  t-shirta z celtykiem). Akcja Zety była dobra, niepotrzebnie kroili rzeczy prywatne, ale to były inne czasy niż dzisiaj. Jako ciekawostkę powiem, że to był pierwszy wyjazd kolegi Pracusia z FC Lębork, który był wtedy chudym 60-kilowym 15-latkiem (dziś jest 120 – kilowym 36 – latkiem heh) i myślałem, że  to będzie jego pierwszy i ostatni wyjazd, jednak on jeszcze ponad 10 lat jeździł na wyjazdy, to wydarzenie jedynie go zahartowało. Drugą ciekawostką jest fakt, że flaga która bezczelnie sobie leżała na frytkownicy została uratowana, bo nikt w ferworze ganianek nie zwrócił na nią uwagi…Reszta powrotu była już spokojna. Nie da się ukryć, ciekawy był to wyjazd, choć happy endu ciężko się w nim doszukać.

12.06.1996 Ruch Chorzów – Bałtyk Gdynia

 

Piękny, gorący czerwiec roku 1996 nie był dla fanów Bałtyku wesołym miesiącem. Już było wiadomym, że po 5 latach pobytu w drugiej lidze spadamy do trzeciej. Jak się okazało – do dziś nie udało nam się powrócić na ten poziom rozgrywek… Kibice Bałtyku jakoś zawsze mocno uzależniali jeżdżenie na mecze od wyników piłkarskich i ten wyjazd olali. Na szczęście nie wszyscy. W przeddzień meczu do Sopotu, gdzie wtedy mieszkałem, przyjechał kolega Skrzydło i rozpoczęliśmy całonocną libację, której ukoronowaniem miał być wyjazd do Chorzowa. Libacja była na tyle udana, że w sobotni ranek w barwach Bałtyku, głośno śpiewając, szliśmy we dwójkę przez Sopot na dworzec PKP, co – zapewniam was  - szczytem rozsądku nie było. Szczęśliwie nikt nas nie trafił.  Wsiadamy do pociągu zmierzającego w kierunku Katowic, którym już jechali Butelka i M. z Karwin, tak więc jechaliśmy w 4 osoby. Na wyposażeniu mieliśmy 4 szale i 2 flagi. Oraz ilość wódki zdolną do powalenia stada nosorożców. W pociągu było niezmiernie wesoło, aczkolwiek młodzi nie dawali rady pić równo z nami wódki i trochę oszukiwali, a my udawaliśmy, że nic nie widzimy. Dość powiedzieć, że w Bydgoszczy byliśmy już solidnie zrobieni. Kolega Skrzydło oznajmił, że idzie po paluszki, gdyż potrzebuje zagrychy, a  finanse miał mocno ograniczone. Gdy próbowałem mu uświadomić, że na pewno nie zdąży na pociąg, bo ten stoi w Bydgoszczy tylko 5 minut, Skrzydło odparł – „zdążę, zdążę”. I poszedł. Oczywiście nie zdążył. Smętnie patrzyłem na pociąg który ruszył i szybko nabierał prędkości, a Skrzydła nie było widać na peronie… Dworzec się skończył, pociąg przyspieszał.  Przenieśmy się teraz z pociągu na peron. Wybiega z tunelu zasapany Skrzydło z paluszkami w łapie, widzi że pociąg odjechał… stanął sobie, a życzliwa pani kolejarz mówi: – Co, uciekł panu? – E tam, nie uciekł… odpowiada Skrzydło.  – No jak to, przecież odjechał panu? Kontynuuje pani kolejarz. – No i co, zaraz się zatrzyma… odpowiada Skrzydło. – To niestety niemożliwe – odpowiada z pobłażaniem pani kolejarz. W tym momencie zgrzyt, pisk… Pociąg staje. – Mówiłem, że się zatrzyma? Powiedział do lekko oniemiałej pani kolejarz Skrzydło i majestatycznym krokiem wkroczył na tory, by udać się do swojego przedziału. Muszę wam powiedzieć, że pociąg zatrzymali nieznani sprawcy, a te czerwone koło na końcu pociągu to ciężko bardzo przekręcić w pozycję hamowanie, powinni oliwić albo coś… Po lekkim zamieszaniu wywołanym zaciągnięciem hamulca, wypisywaniem jakiś mandatów i tego typu pierdół ruszyliśmy dalej. Jak już wspomniałem nieopatrznie całość pieniędzy wydaliśmy na wódkę i zabrakło na takie drobiazgi jak jedzenie, bilet na pociąg czy inne sprawy. Postanowiliśmy ze Skrzydłem dorobić trochę grosza. Udaliśmy się w tym celu do przedziałów zajętych przez zwykłych podróżnych promować nasz program artystyczny. Polegał on  na tym , że ja śpiewałem skoczne, nasycone wulgaryzmami piosenki, a Skrzydło improwizował choreografię taneczną. No i ludzie płacili, acz muszę przyznać iż nie byli zachwyceni, dawali kasę raczej za to, byśmy przerwali jak najszybciej. Chamstwo bez obycia. Naprawdę, ten pociąg tętnił życiem dzięki naszej skromnej grupce.  Przed Częstochową pojawił się kanar z zapytaniem o bilety, powiedzieliśmy mu „idź sobie” jednak w znacznie dosadniejszej formie. Poszedł, ale w Częstochowie przyszedł z sokistami, cwaniak jeden. Po drobnej szarpaninie wyciągnęli mnie i Skrzydła za szmaty z pociągu, aż się słyszało westchnienie ulgi pasażerów, że oto już nie muszą dalej z nami jechać. Młodzi pojechali dalej, gdyż pieniądze które dostali od rodziców na bilety przeznaczyli o dziwo na bilety i mniej się awanturowali od nas. Generalnie jakoś tam dojechaliśmy osobowym pociągiem do stacji Chorzów Batory. Stamtąd udaliśmy się na stadion Ruchu. Tu dostaliśmy pijackich lęków, że Ruch nas rozkmini, zajrzy do plecaków, skroi i obije. Wpadliśmy na pomysł, że będziemy udawali hanysów. Stanęliśmy w kolejce po bilety i gadaliśmy coś w stylu: – Mosz kasę na bileta? –  No żech wziął przeca, nie mortw się. Jacy z nas debile, przecież śląskiego nie znaliśmy kompletnie i takim gadaniem zamiast się uwiarygodnić, mogliśmy się wkopać :lol: . W końcu weszliśmy na nasz sektor. Nasi młodzi już byli, do tego doszedł kibic Bałtyku pracujący akurat w pobliskich Katowicach i nasza liczba na tym wyjeździe to ostatecznie 5 osób. Wywiesiliśmy nasze dwie flagi i byliśmy fantastycznie widoczni, gdyż byliśmy pośrodku 3 sektorów, poza nami całkowicie pustych, otoczeni psami. Na wielkim acz zrujnowanym chorzowskim stadionie było 2500 widzów, z tego ok 1000 chorzowskich stanowiło młyn.  Super dopingowali, cały mecz skakali, świecili, atmosfera wyborna! Nic dziwnego, ten mecz rozdzielał nas o dwie klasy rozgrywkowe, my spadaliśmy a oni właśnie awansowali do ekstraklasy. Ze 3 razy byli przez kilka sekund cicho i wtedy natychmiast darliśmy ryja, a fantastyczna akustyka powodowała, że chyba nas nawet słyszeli. Albo mi się wydaje ;-) . Mecz się skończył i wtedy… dopiero zaczęły się emocje. Aha, chyba skromnie 1-0 przegraliśmy. Udaliśmy się na dworzec PKP, z nami może 5 psów. Czekamy na pociąg do Katowic, mieliśmy ok. pół godziny. Gdy tak staliśmy na peronie, z każdego kąta dworca zaczęli wyłazić fani Ruchu, gwizdać do siebie, wskazywać nas… Powiem szczerze że miałem solidnego stracha, bo mogli pozamiatać i nami i tymi psami, co nas pilnowały. Atmosfera gęstniała. W końcu… uff. Wjechał pociąg do Katowic. Ulga… Ruszyliśmy. Jedziemy kilkanaście minut, spokojnie kukamy przez okna i widzimy nagle tłum… wielki tłum. Cały peron stacji Katowice – Załęże zajebany kibicami! Calutki! To kibice GKS-u Tychy w liczbie 1000 osób wracali z decydujących o ich utrzymaniu w ekstraklasie derbów na GKS-ie Katowice… szybko się rozdzielamy i palimy Jana, że niby tak sobie jedziemy. Pociąg błyskawicznie wypełnił się Tyszanami. Dorwali jakiś pikników z Ruchu wracających tym składem. Tamci, żeby ratować swoje dupy wsypali nas, że wracamy też tym pociągiem. No i niosą się krzyki przez cały pociąg: „Eee..! Gdzieś tu jedzie kilku kadłubów z Bałtyku! Macie ich? Tu ich nie ma! Tu też nie! W końcu nasz przedział. Jakiś duży łysy chłop spojrzał na nas: – A wy skąd?. Westchnęliśmy ciężko. – Tutaj są! Poszedł okrzyk po pociągu. Nawet nie było źle. Poszedł tylko jeden czy dwa liście. Jeden plecak udało się skitrać, ale jeden niestety znaleźli. Straciliśmy połowę dobytku – flagę i 2 szale. Już mieliśmy naprawdę dosyć.  Wysiedliśmy chwilę po Tychach na dworcu w Katowicach. Do pociągu mieliśmy ze dwie godziny. Wchodzimy na hall dworca, a tu wyskakuje na nas w około 20 typów… GKS Katowice. „Skąd kurwa jesteście?” pada dobrze nam znane pytanie… I wtedy w Butelce coś pękło, hi hi. Podszedł do największego i powiedział: „jesteśmy kurwa z Bałtyku Gdynia, wracamy z Ruchu Chorzów. Jest nas 4. Mamy już dość, możecie nas zajebać teraz jak chcecie, proszę bardzo”. Chłopaki z Gieksy zaniemówili. Liczyli raczej na jakiś FC Ruchu. „Nie, no już spokojnie, nic wam czterem nie zrobimy, ty gruby, uspokój się” – powiedzieli. Nawet wzięli nas na jakieś skromne żarcie, a po miłej pogawędce dostaliśmy na pamiątkę skrojony przez nich szalik Górnika Radlin jak dobrze pamiętam. W końcu emocje tego wyjazdu się zakończyły. Kupiliśmy za resztę kasy browary i spokojnie, na kredytach wróciliśmy do domu.

11.06.1994 Gwardia Koszalin – Bałtyk Gdynia

Mecz na Gwardii był dla nas ostatnim w sezonie 93/94 i był już meczem o pietruszkę. My mieliśmy zapewnione utrzymanie w 2 lidze, a Gwardia spadek. Mimo to było pewne, że przyzwoicie się pokażemy, bo był to dla nas atrakcyjny i bardzo bliski wyjazd – w tamtym czasie znaczna większość wyjazdów to Dolny Śląsk albo Hanysewo…  Już dzień wcześniej nasz lęborski FC zaprosił na alkoholizację koleżków z Rumi i Szemuda. Impreza była bardzo wesoła, zakończona konkretną awanturą pod dyskoteką z jakimiś Niemcami i ochroną tejże. Powodem był nasz agresywny nacjonalizm i niechęć do obcych  8-) . Dyskoteki  w Lęborku odbywały się wtedy na terenie dzisiejszego kina „Fregata”. Rano, mocno skacowani spotkaliśmy się na lęborskim dworcu. Po chwili wsiedliśmy do pociągu, którym już trochę naszych jechało. Dojechaliśmy do Koszałkowa w 37 osób. Na dworcu już czekały na nas psy, które eskortowały nas pod stadion. Do meczu było jeszcze trochę czasu, więc rozsiedliśmy się w okolicach stadionu na Fałata i oddaliśmy drobnej alkoholizacji. Psy były w lekkim oddaleniu i zbytnio się nie wpieprzały. W końcu zobaczyliśmy kilkunastu typów z Gwardii zbliżających się do nas. Wstaliśmy do nich, zerwali się. Potem to powtórzyliśmy, a potem gdy było ich już więcej, poleciały jakieś kamienie, ale znów ich pogoniliśmy. Wtedy już interweniowały psy, zepchnęły nas pod stadion i stanęli koło nas. Gwardia tego dnia była bardzo słaba, nawet nie miała jak podejść do nas.  Jakiś czas przed meczem dojechał autokar z naszymi oraz kilka aut i razem, w całkiem już niezłej bandzie wbiliśmy się na sektor dla przyjezdnych. Było nas razem 110 osób. Wywiesiliśmy 4 dość duże flagi, w tym jedną Lecha Poznań, z którym wtedy była zgoda. Od strony ulicy czy sąsiedniego sektora co jakiś czas leciały w nas kamienie, odpowiadaliśmy tym samym. Psy zawinęły 2 osoby od nas. Zaczął się mecz. Nasi piłkarze „błysnęli” wakacyjną formą i do przerwy przegrywali 0-4. Wraz z Gwardią, której młynek był nieco mniejszy niż nasz cały czas wymienialiśmy „uprzejmości”. Mecz się skończył porażką 2-4 i mogliśmy wracać do domu. Pod dworcem psy puściły tych dwóch, co ich wcześniej zawinęli. Kilka godzin po meczu byliśmy już spokojnie u siebie. Był to zaledwie mój 25 wyjazd z Bałtykiem 8-) .

12.08.2000 Astra Krotoszyn – Bałtyk Gdynia

Najwyższy czas rozpocząć rubrykę dotyczącą wspomnień kibicowskich z naszych wojaży po Polsce. Ponieważ już jestem bardzo stary, wydaje mi się, że przecież wszyscy wiedzą jak było, bo to niedawno temu się odbywało. Tymczasem czas mija niepostrzeżenie i wielu młodych nie ma pojęcia, co się działo 10, 15 czy 20 lat temu na wyjeździe. A, jak dochodzą mnie czasem słuchy – chcą o tym czytać. Starzy zapewne też z chęcią sobie powspominają. Co jest w ogóle ciekawe, to mam bardzo dobrą pamięć do przeróżnych detali wyjazdowych sprzed kilkunastu lat, natomiast kwestie dotyczące porządków domowych i innych codziennych obowiązków chronicznie zapominam, aż mi moja kobieta lecytynę ostatnio kupiła 8-) .  Myślę, że zacznę od wspomnień, na których było po kilka – kilkanaście osób, czyli tych mniej znanych i opisywanych. Sięgam do archiwum… OK już mam. Powiem jeszcze tylko, że nie wiedziałem czy uczestnicy wyjazdów chcą, by pisać ich ksywy (większość jeszcze żyje, ha ha), więc będę ich nazywał wyrazami bliskoznacznymi, ułatwiającymi identyfikację, np. moją ksywę Łysy przedstawiłbym jako Włochaty, a Grubego jako Tłustego bądź Chudego. Na koniec tego przydługiego wstępu ostrzeżenie. UWAGA!!!! Opisy meczów Bałtyku zawierają treści nieprzyzwoite, patologiczne, o dużym ładunku przemocy, alkoholizmu i wulgaryzmów. Osoby wrażliwe, o wysokiej kulturze, kobiety i dzieci prosimy o zaniechanie lektury  wspomnień. No to jedziemy:

12.08.2000 Astra Krotoszyn – Bałtyk Gdynia.

Jak to mówią – nowy sezon – nowe nadzieje. Zarząd zapowiadał walkę o górną część tabeli, trzeba było jechać to zobaczyć.  Piękna, upalna pogoda sprzyjała zapewne żniwom i wypadom nad jezioro. Wsiedliśmy w 6 osób w pociąg rejsowy relacji Gdynia – Katowice. Na drogę wzięliśmy pokaźny zapas piwa i jakoś czas mijał… Po kilku godzinach wysiedliśmy na stacji Zduńska Wola Karsznice. Zduńska Wola jest specyficzna, aby pojechać w stronę Krotoszyna musieliśmy się udać na inną stację – Zduńska Wola Południowa. Stacje te dzieli kilka kilometrów i  musieliśmy iść w jej stronę, albowiem kolej nie zapewniła żadnego połączenia na tej krótkiej trasie. Na szczęście mieliśmy zapas czasowy kilku godzin. Udaliśmy się do centrum Zduńskiej Woli, po czym zasiedliśmy w miejscowym parku – ładnym i zadbanym – fontanny, trawniki i te sprawy… Natychmiast po zajęciu miejsc na ławkach delegacja wybrała się do sklepu spożywczego celem zakupu piwa. Ponieważ nasze zasoby finansowe były skromne, dwóch z nas kupowało piwko robiąc przy tym sporo hałasu, a kolega Brokuł w tym czasie kradł kolejne piwa i chował je do plecaka. Operacja się udała i w cieniu parkowych drzew urządziliśmy sobie miłą libację. Potem nieco pijany Brokuł chciał bezczelnie wymienić kradzione butelki na kaucję, ale mu to wyperswadowaliśmy. W końcu ruszyliśmy jakimś syfiastym pociągiem w stronę celu podróży.  Nuda nam doskwierała, pociąg się wlókł, trzeba było coś wymyślić. W Ostrowie Wielkopolskim zaanektowaliśmy z dworca ławkę i kosz na śmieci, ale upierdliwi sokiści odebrali nam zdobycz. Wymyśliliśmy inny plan. Mianowicie wyszukiwaliśmy wzrokiem piękne panie na peronach mijanych wiosek, i gdy pociąg ruszał, wołaliśmy je. Gdy te, zadowolone z zainteresowania odwracały się do nas, charkaliśmy i pluliśmy na nie. Wtedy były już mniej zadowolone, a my jechaliśmy dalej :twisted: . W końcu dojechaliśmy do Krotoszyna. Upał był niemiłosierny. Udaliśmy się na miejscowy kameralny stadion i wywiesiliśmy naszą mikroskopijną flagę Bałtyku. Miejscowi zebrali się w około 25 osób marnego składu, poza swoimi 2-3 flagami mieli tez płótno Ostrovii Ostrów Wlkp. Dzielnie dopingowaliśmy naszych orłów, choć nie bardzo było kogo, bo nic nie grali. W przerwie meczu wraz z Ubranym udaliśmy się do budynku klubowego Astry w celach fizjologicznych. Gdy wracaliśmy, zaatakowało nas 5-6 miejscowych. Byli bardzo nieporadni, poszło kilka kopów, po czym wbiłem się na murawę i zacząłem w nich rzucać bidonami z piciem, które były w wiadrze z wodą. Wtedy żywo zareagowały siedzące na trybunach dziady, które w milczeniu patrzyły na bójkę, a gdy zacząłem rzucać, od razu się rozdarli „nie bidonami, kurwa!”.  Śmieszni fani Astry po wymianie tych kilku kopów zmyli się, gdy zobaczyli dwóch psów idących w naszą stronę. Podczas drugiej połowy meczu było spokojnie, podeszło do nas na bajerę dwóch fanów Zagłębia Lubin, którzy gdzieś w okolicy przebywali na wakacjach. Mecz się skończył, marzenia o czołówce tabeli również, bo 0-4 w plecy już w pierwszej kolejce sezonu nie nastrajało zbyt optymistycznie… Piłkarze podwieźli nas kawałek do Środy Wlkp, skąd już sami podjechaliśmy do Gniezna. Do pociągu powrotnego zostało nam ze 2 godziny, więc Brokuł i Guzik z Rumi udali się do sklepu celem zakupów. Mieli pochowanych trochę zaskórniaków, gdyż chcieli uczcić swoje urodziny, które obydwoje tego dnia obchodzili. Zakupili piwo i wódkę, które wesoło spożywaliśmy w parku nieopodal PKP. W końcu ruszyliśmy do domu. Mimo iż wódkę musieliśmy zapijać wodą z pociągowego kranu, było fajnie. Nawet jeden z nas – Ubrany zasnął podpity na tzw. frytkownicy i niezauważony przez kanara dojechał gratisowo do Gdyni. Aha, na tym wyjeździe swój debiut, jeśli się nie mylę, zaliczył Gawronek. Był bardzo nieśmiały, po 10 godzinach bycia razem po raz pierwszy się odezwał… Na pytanie „Chcesz wódki?” odpowiedział „Eche” i w ten sposób Gawronek dał głos po raz pierwszy :lol: .Wyjazd bardzo udany.