Wspomnienia

1993.05.02 Warta Poznań – Bałtyk Gdynia

Dawno nie opisywałem archiwalnych wyjazdów Bałtyku, na wszelki wypadek przypominam, że czasy się zmieniły. Dziś wyglądają one całkiem inaczej…Nie nawołuję do przemocy ani nie pochwalam agresji, ja tylko opisuję, jak było… Taka rola kronikarza.

Wyjazd na Wartę zapowiadał się atrakcyjnie. Raz, że bardzo blisko – bliższe od wyjazdu do Poznania były tylko wyjazdy do Bydgoszczy. Dwa, że z Lechem Poznań mieliśmy wtedy świeżą zgodę. Trzy, że Warta Poznań to był nasz bezpośredni przeciwnik w walce o awans. To była okazja aby wyjątkowo licznie odwiedzić Gród Przemysława. Zresztą z czasem okazało się, że był to nasz najliczniejszy wyjazd w okresie pięcioletniej gry w drugiej lidze w latach 90-tych. Do Poznania jechaliśmy na 3 sposoby. Najpierw, w piątek ok 23 godziny ruszał pociąg. Zebrało się na niego około 50 osób, prym w tej grupie wiodło „Stare Obłuże”… Młode Obłuże z kolei niosło wesoło brząkające siatki, a w nich butelki z wódką. To nie było jeszcze pokolenie piwoszy, to była stara, wódczana kadra. Pamiętam scenę, gdy ktoś ze starych poprosił o jakiś emblemat Bałtyku, bo nic nie miał… dostał odznakę Bałtyku. Myślał, co z nią zrobić, aż wpadł na pomysł. Przekłuł nią sobie ucho, po czym zagiął, aby nie zgubić… Ja zasiadłem „do stołu” z FC Wejherowo. Zapasy wódki szybko topniały, zaś wesołość wzrastała. Ledwie do Tczewa dojeżdżaliśmy, gdy już we trzech mieliśmy 1,2 litra osuszone. Małolat z Wejherowa padł nam przy stole biesiadnym (zwykły, podokienny stolik w przedziale), a ja zwierzyłem się G z mojego marzenia pociągowego. Bo wiecie, a starzy pamiętają, że gdy jeszcze byłem młodym głupkiem, miałem manię tłuczenia luster pociągowych. No cóż, widok mojej mordy w lustrze zawsze mnie przerażał, może to jakaś lustrzana fobia… ? Ale zawsze czułem niedosyt. Jebnął człowiek 3-4 lustra i koniec, a baby, żeby się w nim przejrzeć, poszły sobie wagon dalej i załatwione…Moje marzenie było takie, żeby raz w życiu pozbyć pociąg kompletu tychże luster. 100% ! Wszystko albo nic! Kolega mnie wysłuchał, po czym zaproponował pomoc. Tego mi było trzeba. Ja wtedy śmigałem na mecze obcięty na zero, w zielonym flyersie i w butach wojskowych, tzw. opinaczach. Namiastka obuwia Dr. Martensa … Zaczęliśmy od tyłu składu. G był gorzej wyposażony, bo w adidasach chodził, więc wziął tą większą butelkę po wódce. Problemu kanarów nie było, „na śmierć” zapomnieli o sprawdzaniu biletów w ostatnim, zajętym przez nas wagonie… Wesoło trzaskały lustra, rozbawiona gawiedź z Bałtyku śledziła nasze poczynania. Roboty było huk, w każdym wagonie takich luster są 4 sztuki, jeśli mnie pamięć nie myli. Wszystko szło dobrze przez mniej więcej pół pociągu. Tam niestety nieomalże „na gorącym” złapali nas sokiści i spisali… Mandaty te natychmiast po powrocie zapłaciliśmy, jak wszystkie zresztą mandaty i kolegia w naszym życiu…   8-) Dojechaliśmy w końcu do Poznania w okolicy 3 w nocy. Po wyjściu na miasto bawiliśmy się nadzwyczaj wesoło. Mniej wesoło z okazji naszych zabaw było kilku właścicielom kilku samochodów na „białych blachach”, czyli niemieckich, którym wskakiwaliśmy na maski i dachy. Potem wjazd do tramwaju, gdzie nadal piliśmy wódkę… Dotarliśmy do olbrzymiego i zaniedbanego stadionu Warty. Wtedy niestety urwał mi się film… Obudziłem się po kilku godzinach na twardej, stadionowej ławce. Nieopodal kilku kolegów. Koło mnie stało pół butelki wódki, butelka taniego wina, jak tez napój gazowany w półtoralitrowej butelce. Z dala słychać było dźwięk radiowozu na sygnale. Szybko się wyjaśniła przyczyna tego dźwięku, otóż dojechało dwoma autokarami 100 – osobowa banda Bałtyku. Szli wesołą grupą środkiem ulicy, donośnie śpiewając kto, i w jakim celu przybył do Poznania, przy okazji tamując ruch kołowy. Cos tam się zbiło przy okazji… Po wypiciu alkoholu chwiejnym krokiem udaliśmy się w stronę sektora dla przyjezdnych. Nie graliśmy na wielkim, zniszczonym stadionie Warty, tylko na jakimś mniejszym, nieopodal. Dojechała załoga kilku aut i uformowaliśmy się w około 200 osobowy młyn. Wspierało nas 30-40 kibiców Lecha Poznań. Na wyposażeniu mieliśmy 5 dużych flag – cztery nasze i jedną Lecha Poznań. Poza nami na stadionie było może 500 emerytowanych kibiców Warty, mnóstwo milicji i ochrony. Mecz nie i przebiegał po naszej myśli, Bałtyk nie dał rady skorumpowanej Warcie i walkę o awans do ekstraklasy przegrywał… Drugim wielkopolskim złodziejem był wtedy Sokół Pniewy. Przerwa meczu była nudna, spędzaliśmy jej na poszukiwaniu płynów mogących ugasić pragnienie, kac męczył podejrzewam 90% wycieczki… Rozpoczęła się druga połowa meczu i jakże brzemienna w wydarzenia 55 minuta spotkania. Ktoś zdenerwowany rzucił czymś na boisko. Była to petarda gazowa, przeznaczana zapewne na tłumienie zamieszek… Zrobiło się lekkie pandemonium. Piłkarze natychmiast przerwali grę i ze łzami w oczach podbiegli do ławki rezerwowych lub szatni. Z trybun w panice i z płaczem uciekali ludzie. Szczęście że w naszą stronę nie wiało. Trochę dziwnie wyglądał stadion, na którym nikt nie grał, byli tylko kibice przyjezdni, a piłkarze i sędziowie rzewnie płakali. W nasz sektor wjechała rozwścieczona milicja. Zaczęli nas tłuc. Chwilę się tylko opieraliśmy, nie mieliśmy szans tego dnia. Mnie i kilku kolegów z różnych przyczyn wyciągnęli z tłumu, zaczęli kopać i lać – mnie osobiście w trzech – pałami. Było to kilkuminutowe tłuczenie, które można wręcz nazwać katowaniem. Osłaniałem tylko głowę. Trochę mi się śmiać z nich chciało, przez znieczulenie alkoholowe aż tak bardzo nie bolało. Potem wyciągali kolejne osoby z tłumu, np. za odmowę ściągnięcia szalika z szyi. Myślę że lista obitych po kolei osób osiągnęła około 12 – 15 ludzi. Mecz w końcu, po ok 15 minutach przerwy był kontynuowany i zakończył się oczywiście niekorzystnym wynikiem. Odeskortowano nas do autokarów i na dworzec. Ruszyliśmy w drogę powrotną… Nie była ona zbyt komfortowa, kac gigant straszliwie dręczył, a wraz z ulatnianiem się alkoholu z organizmu wzmagał się ból po milicyjnym katowaniu. Wróciliśmy do domu, a w poniedziałek prasa – nie tylko trójmiejska – szeroko się rozpisywała o naszym najeździe na Poznań. To był wyjazd, który wiele osób zapamiętało na dłużej…

2002.05.18 Olimpia Sztum – Bałtyk Gdynia

To był dla mnie pamiętny wyjazd chociażby ze względów statystycznych – był to bowiem mój setny wyjazd z Bałtykiem Gdynia. Zbieraliśmy się na pętli autobusowej w Sopocie, nieopodal stacji SKM Sopot Wyścigi. Zbiórka szła marnie, chętnych było niewielu i bez kasy. W końcu ruszamy, dość solidnie spóźnieni. Warunki podróży mieliśmy dość luksusowe, jechaliśmy autokarem w zaledwie 13 osób. Każdy miał do wypicia przynajmniej butelkę szampana, a właściwie nazywanego tak wina musującego, które otrzymał z okazji mojego jubileuszu… Pod stadion Olimpii dojechaliśmy w 25 minucie spotkania. Ludzi na meczu było sporo, Olimpia była wtedy w czubie tabeli, natomiast brak było jakiegokolwiek młyna miejscowych. Obstawa psiarni na tym meczu to dwa radiowozy. Rozwiesiliśmy flagę i zajęliśmy się dopingiem. Bajerą na wysokim grypserskim poziomie uraczył nas dżentelmen chwalący się tzw „ćwiarą”, odbytą w miejscowym zakładzie karnym… 8-) Niestety innym od nas gazowane wina trochę uderzyły do głowy, bo zaczęli trochę prowokować miejscowych.  Kilka kilometrów od Sztumu, w Starym Targu, swój mecz rozgrywała Lechia, która wtedy mozolnie odbudowywała swą pozycję, począwszy od A-klasowego szczebla rozgrywek, przewidywałem ich wizytę. Mecz przebiegał nam nie najlepiej. Do przerwy wprawdzie prowadziliśmy, ale w drugiej połowie straciliśmy bramkę, a w ostatniej minucie meczu drugą, by ostatecznie przegrać 1-2. Jeden z naszych – S. Z Vitavy wkurzył się strasznie po tym drugim golu, wbiegł na murawę, przebiegł przez całe boisko, po czym dobiegł do klubowego masztu i zaczął zrywać Olimpii flagę klubową. W miejscowych jakby piorun strzelił. Rzucili się na nas. Wbiliśmy się na murawę, oczywiście od razu sędzia gwizdnął koniec meczu, a za nami płotek przeskoczyły dziesiątki miejscowych. Zaczęliśmy się nap…lać z miejscowa ludnością na środku płyty boiska, i chociaż to byli cywile, o dużej rozpiętości wieku, ciężko było, bo każdy miał po kilku przeciwników. W tym czasie pod bramę stadionu podjechało kilku bojówkarzy z Lechii. Trochę się zdziwili gdy ujrzeli, że na stadionie awantura trwa w najlepsze :mrgreen: . Zaczęło się robić naprawdę ciężko, dupy uratowali nam piłkarze Olimpii, którzy otworzyli nam bramę stadionu. Zrywamy się, przebiegamy obok chłopaków z Lechii, a za nami ze 150 chłopa  z nienawiścią wypisaną na pyskach… Uciekaliśmy pod górę, zrobiliśmy sobie przewagę kilkunastu metrów nad goniącymi. Stanęliśmy, wywróciliśmy 2 śmietniki i zaczęliśmy bombardować  z góry goniący nas tłum butelkami, kamieniami, a na końcu pustymi kiblami. Stanęli, ale gdy skończyła się nam amunicja, znów ruszyli. Podgonili nas znów ze 150 – 200 metrów, gdy znów stanęliśmy, tym razem na przystanku, i znów zaczęliśmy w nich rzucać czym tylko się dało. Miejscowi stanęli, ich szeregi się uszczupliły, nas też zostało 8, reszta gdzieś się rozbiegła na boki. Wtedy tu usłyszeliśmy syreny policyjne. Podjechało kilka kabaryn, wyskoczyły z nich zamaskowane psy i zaczęły zgrywać komandosów. Lali nas pałami wrzeszcząc „na ziemie bo was zaj…my!”, chyba byli świeżo po jakimś szkoleniu, debile 8-)   .Skuli nas wszystkich i przy aprobacie miejscowych chamów, którzy dopiero odważyli się zbliżyć do nas, zawinęli nas w komplecie do radiowozów. Zawieźli nas na KP w Sztumie, tam już była prawie cała reszta naszych pozwijana po drodze przez kundli. Spisali nas wszystkich, zbadali alkomatem, oraz po około godzinie puścili. Wsiedliśmy w końcu w 12 osób do autokaru (jedna z tych, co się odłączyły, wróciła PKS-em) i solidnie spóźnieni wróciliśmy do Trójmiasta. W drodze do domu jeszcze chwile pogadałem z trenerem Bałtyku, który stwierdził, że trudno nie było zauważyć naszej bytności na stadionie 8-) .  To był udany i zabawny wyjazd! Bo wyjazd udany jest zawsze wtedy, kiedy jest awantura  :twisted:

2003.09.27 Chojniczanka Chojnice – Bałtyk Gdynia

W roku 2003 kibicowsko prezentowaliśmy się całkiem nieźle. Tydzień po efektownym ultrasowsko meczu przy światłach z Wisłą Tczew wybraliśmy się do Chojnic.  Na ten mecz zmobilizowaliśmy się i do grodu tura wyruszyliśmy w dwa autokary. Wraz z nami jechali przyjaciele z Pogoni Lębork. Wesoła wycieczka wsparta wysokoprocentowymi napojami bez problemów dojechała do granicy Chojnic. Tutaj zatrzymały nas psy i sapały o jakiejś drobnej promocji, którą uskuteczniliśmy po drodze. Czas mijał, już 15 minut staliśmy w miejscu, a głupkowate psy nie chciały nas puścić. W końcu im oznajmiliśmy, że mecz się właśnie rozpoczął i idziemy na piechotę i dopiero teraz będą mieli burdel. Po tych argumentach psy odpuściły i wsiadamy z powrotem do autokarów.  Dojeżdżamy pod stadion, na którym widzimy młyn 70-80 miejscowych wspartych drobnymi posiłkami z Bydgoszczy i ze Słupska. Na płocie wisiały ich 3 flagi. Wysypujemy się z autokarów i atakujemy bramę wjazdową. Ta jednak była solidna, dodatkowo  z drugiej strony ochrona cały czas psika w nas gazem. Olewamy ta bramę i biegniemy pod główne wejście na stadion. Ta też jest zamknięta, więc zaczynamy ją szturmować. Było ciężko, bo ze strony Chojniczanki mieliśmy gęsty ostrzał. W nasza stronę leciało wszystko – kamienie, butelki, rolki, kawałki płyt chodnikowych. Ekipa z przodu napierdziela w bramę ile wlezie, a ekipa z tyłu odrzuca Chojniczance ich kamienie i inne badziewie.  Coś tam psy machają pałkami, ale szczerze mówiąc nikt nie zwraca na nich uwagi. Ktoś potem mówił, że dym pod bramą trwał 4 minuty, wydawało się że dłużej – wiadomo. W końcu brama pęka. Rozwścieczony tłum kibiców Bałtyku wbija się na stadion Chojniczanki. Do bezpośredniego starcia z chojnickimi kibicami nie doszło, bo w tym momencie robią oni w tył zwrot i całą bandą, gremialnie spierdalają! Biegniemy za nimi, doganiamy kilku, których okopujemy. Przebiegamy wzdłuż całej prostej i dobiegamy aż do muru okalającego stadion, przez który skacząc na łeb, na szyję uciekają gospodarze obiektu, aby następnie w panice rozbiec się pomiędzy bloki. Zasiadamy sobie na ich wyludnionym sektorze, ale co to za mecz bez gospodarzy? Udajemy się na swój sektor, dla przyjezdnych, głośnym wołaniem przywołując Chojniczankę, obiecując, że już nie będziemy bić. Dopingujemy trochę naszą drużynę, ale widzimy, że przetrzebiona grupka Chojniczan wraca na swój sektor w około 40 osób, więc po chwili znów wyrusza w ich stronę ekspedycja karna. Urywamy się psom w 19 osób, podbijamy pod te resztki fanów Chojniczanki, znów obrywają. Chłopaki po prostu marzyli, aby ten mecz w końcu już się skończył. Już na spokojnie zasiadamy w swoim sektorze i dopingujemy naszych do końca meczu. Jest nas 101 – 85 z Bałtyku + 16 z Pogoni Lębork. Na płocie wiszą 4 flagi – 3 Bałtyku i 1 Pogoni.  Mecz wygrywamy, piłkarze w komplecie dziękują nam za doping.  Potem nawet dzwonią do nas w trakcie drogi powrotnej, słyszymy jak się bawią w swoim autokarze. Nic nie zwiastowało nadchodzącej tragedii. Dojechaliśmy do Żukowa, gdzie nasze autokary rozdzieliły się. Za jednym z autokarów ruszyło 7 aut, nazwijmy ich nieznanych sprawców. Jechali sobie cichutko za naszymi i oczekiwali okazji. Ta natrafiła się na parkingu Geanta w Gdańsku Osowej. Autokar tam stanął, gdyż pasażerowie chcieli się odlać. Gdy wysiadło kilka osób, nieznani sprawcy zaatakowali. Zaczęła się bójka, posypały się szyby w autokarze, jak to zdarza się niekiedy kibicom. Gdy jednak wyskakiwały kolejne osoby i ochoczo dołączały do dymu, nieznani sprawcy zorientowali się, że tego dnia z Bałtykiem będzie im bardzo ciężko. Wtedy nagle wyciągnęli broń ostrą, jakiej nie powstydziłyby się wojska Jagiełły w bitwie pod Grunwaldem. To już była szybka akcja… poszło kilkanaście cięć, po czym nieznani sprawcy wskoczyli do aut i zerwali się z pola bitwy. Parking Geanta przypominał pobojowisko. Wszędzie tłuczone szkło, porzucony sprzęt, krew i ranni. Ogółem u nas 6 osób rannych – 5 od noży, 1 od kijów bejsbolowych. Najbardziej ranni byli U i M z Dąbrowy z raną ciętą klatki piersiowej i przeciętymi płucami, Sz z Obłuża miał bodajże 5 ran kłutych w dupę i w plecy. Mało się nie wykrwawił. Psy po tym meczu szalały, zwijały różne osoby, na szczęście brak zeznań uchronił napastników od konsekwencji. Ten mecz to swoista sinusoida nastrojów. Po spektakularnym zwycięstwie w Chojnicach nieomalże ofiary śmiertelne od noży nieznanych napastników. Od siebie dodam, że napastnicy zachowali się jak rury w tym dymie, tak bardzo im zależało aby nas zatrzymać w rozwoju, że aby cel osiągnąć w dupie mieli wszelkie zasady kibicowskie. Należy też przyznać im niestety, że pomimo całej nienawiści do nich zachowali się genialnie strategicznie. Uderzyli na nas w najlepszym momencie. Gdy mieliśmy bandę ponad 50-ciu dobrych ludzi do bicia, gdzie coraz częściej byliśmy z nimi do przodu w różnych potyczkach i bójkach osiedlowych.  Poczekali na nasz najlepszy wyjazd, poszli na całość i z ich strony był to strzał w 10—tkę niestety, cokolwiek nie mówić by o środkach dojścia do celu – swoisty makiawelizm tu się kłania. Rozjebali nam psychikę, morale siadło. Wielu ludzi przestało jeździć na mecze od tej pory, z tych co nadal jeżdżą, wielu przestało się udzielać chuligańsko. Atmosfera padła na ryj. Za tydzień był następny wyjazd – na Gryfa Słupsk do Ustki, gdzie wtedy Gryfici rozgrywali mecze. Z zamówionych 3 autokarów dwa odprawiliśmy, pojechało nas w sumie zaledwie 46 osób, na szczęście wsparło nas 30 z Pogoni i 10 z Kotwicy. Ten wyjazd i te noże w naszych dupach to początek końca ekipy Bałtyku, wpadliśmy w dołek z którego generalnie do dziś wydostać się nie możemy. Szkoda, że akurat to było w tak pięknym dniu pogromu chojnickiego, bo nagle rozgonienie Chojnic stało się niezbyt ważnym incydentem.

1994.08.27 Krisbut Myszków – Bałtyk Gdynia

Drużyna KS Myszków większość swojego istnienia tułała się po niewysokich ligach, w chwili obecnej jest na przykład w częstochowskiej lidze okręgowej. Miała jednak swoje 5 minut w połowie lat 90 – tych. Pod swoje skrzydła wzięły ją firmy „Krisbut” i „Papiernik”, dość bogate jak na tamte lata, co spowodowało grę Myszkowa na drugoligowym poziomie przez 2-3 sezony. W sezonie 94/95 był to absolutny beniaminek, toteż ciekawi byliśmy wrażeń w tym mieście. Wyjazd był dla nas standardowo daleki, Myszków leży nieco poniżej Częstochowy. Wyruszyliśmy na ten wyjazd w 17 osób.  W Częstochowie mieliśmy przesiadkę, co wykorzystaliśmy na zrobienie napisu sprayem na moście, oczywiście SKS Bałtyk Gdynia. Już po godzinie 8 rano byliśmy w Myszkowie. W tej mieścinie w tamtych czasach kibicowało się wyłącznie Ruchowi Chorzów, pewnie i dziś jest podobnie, zaś największą nienawiścią cieszył się zabrski Górnik. Nawet stare dziady opowiadały, jak to nienawidzą Górnika. Znaleźliśmy pijacką metę o nazwie „Bar nad Wartą”, gdzie w niewyszukanej cenie sprzedawano browar, a koneserzy tego trunku od rana przesiadywali w owym przybytku.  Pękało piwo za piwem, trochę się nudziliśmy, do meczu ciągle było daleko. Postanowiliśmy udać się na miasto. Gdy zobaczyliśmy salon fryzjerski, padła radosna myśl, byśmy wszyscy ostrzygli się na łyso. Ostatecznie zrobiło to 13 lub 14 osób, zdecydowana większość ekipy. Wyglądaliśmy kozacko. Po wizycie u fryzjera lekko się rozeszliśmy. Została już ledwie godzina do meczu, gdy przybiegła do nas, zalegających pod stadionem grupka trzech od nas, która piła wódkę w pobliskim parku. Mówili że w naszą stronę idzie większa od naszej grupa w barwach Ruchu Chorzów. Zdjęliśmy pasy i ruszyliśmy w ich stronę, gdy ich spotkaliśmy, z okrzykiem „Bałtyk Gdynia” zaatakowaliśmy. Trzech eskortujących ich psów nawet nie drgnęło, natomiast grupka ok. 25 myszkowskich Ruchofanów rozbiegła się w popłochu.  Próbowali się zebrać, ale po kilku minutach znów ich gonimy i znów uciekają. Niestety to już koniec zabawy, pomiędzy nas na sygnale wjeżdżają dwie kabaryny i wyskakują z nich psy , kilku miało na ryjach kominy. Zaprowadzili nas na stadion. Wywieszamy trzy flagi i rozpoczyna się mecz. Miejscowi utworzyli 60 – 80 osobowy młynek, doping ich dotyczył głównie Ruchu, krzyczeli też m.in. „Deutschland” i „Zabić skina, sk…na” w naszą stronę, ale generalnie nie mieli szans przebić nas dopingiem, po prostu raczkowali dopiero. Po 7 minutach meczu przegrywaliśmy już 2-0, by ostatecznie zremisować 2-2. Po meczu psy ładują nas do lodówy i zawożą na dworzec. Daleko nie było, za nami przyszło chyba z pół miasteczka. W pewnym momencie jeden od nas dostaje w głowę butelką, od razu wybiegamy w bodajże czterech przed dworzec, miasteczko się rozbiega, chyba z 70 ich tam przyszło, ale siła bojowa – zerowa. Psy już mają nas dosyć, ale wsiadamy w końcu w pociąg do Częstochowy. Tam mamy trochę czasu, więc udajemy się do znajomych zakonnic na jasnej Górze, gdzie dostajemy dzbanek herbaty – bardzo nam smakowała, kac bowiem się zaczynał robić gigantyczny. W końcu jest pociąg do Gdyni, podbija kanar, a jadący z nami ksiądz wmawia kanarowi, że jesteśmy trudną młodzieżą wracającą z pielgrzymki. Jakoś ten bajer w końcu przechodzi i reszta powrotu do Gdyni przebiega już w spokoju. Ten wyjazd trwał około 30 godzin i w tamtych czasach była to normalka dla nas, a dziś niektórzy beczą, jak muszą spędzić 10 godzin poza domem z powodu wyjazdu, inne czasy, inne obyczaje, inni ludzie wtedy jeździli – ot, co…

1992.10.30 Sokół Pniewy – Bałtyk Gdynia

Nienawidzę takich gównianych drużyn, sponsorskich prymitywnych wybryków typu Sokół Pniewy. Mała, obsrana mieścina leżąca na trasie Poznań – Berlin, która nigdy nie miała kibiców, historii, uznania, prestiżu… Nic, zapadła wielkopolska dziura w rejonie, gdzie liczy się tylko Lech Poznań. W Wielkopolsce sporo ludzi bogatych a głupkowatych, którzy swoje kradzione, śmierdzące pieniądze lokowali w lipnych klubikach, bo taki klub to doskonała pralnia kasy dla złodziei. Stąd złodziejskie inwestycje w jakieś Sokoły, Amici, Dyskobolie w tamtych rejonach, te gówna awansowały do ekstraklasy, pograły po rok, dwa nawet i pięć i znikły, a wielu wielkopolskich „biznesmenów” ogląda świat zza krat bądź uciekło za granicę. Skąd ta moja nienawiść? Bo przez te bandyckie pralnie i gangsterskie machlojki kluby które grały dobrze i ambitnie, ale nie miały układów i kasy, skazane były na porażkę. Takim też klubem był Bałtyk. Dobry kolektyw, bez gwiazd i bez kasy, rozumiejący się i walczący o ekstraklasę. Może wszystko byłoby inaczej, gdyby nam się to udało w czerwcu 1993? Niestety, korupcyjny Sokół Pniewy nas wysadził z siodła. Gdy gangsterom  z Pniew prorok dobrał się do tyłka, zwinęli interes. Obecnie Sokół spadł do poznańskiej okręgówki i nikt o nim nie pamięta. Jednak ten akurat najlepszy dla nas sezon, 92/93 straciliśmy bo Sokół „niepodziewanie” wszystko wygrywał na wiosnę i że tak powiem, złamał nam kręgosłup, i popadamy w ruinę, stan ten trwa do dziś. Do rzeczy…

Wyjazd do Pniew zaczął się w chłodny, październikowy piątkowy wieczór. Wyruszyliśmy w 31 osób bardzo dobrej jak na nas ekipy. Mieliśmy bardzo dużo alkoholu, to był chyba najbardziej patologiczny nasz wyjazd w tym 5 – letnim okresie gry na zapleczu ekstraklasy, ale dojdziemy do tego. Mieszanie alkoholi, pijackie śpiewy i agresja – cóż rzec można, tak wtedy się jeździło… Wybijanie szyb butelkami od wina, totalna demolka jednego przedziału – „pani wstanie z tego siedzenia, bo muszę je wyrzucić przez okno” – do końca życia zapamiętam to zdanie, acz słowo „wyrzucę” było w nieco wulgarniejszej formie. Dojeżdżamy do Poznania, wytaczamy się z pociągu, chóralne śpiewy, trzask świetlówek na peronie, idziemy na drugi pociąg. Wbijamy się w przedziwny, przedpotopowy pociąg wyglądający niczym skradziony z muzeum kolejnictwa. Z rozkładu wynikało, iż ten zabytek łączy Pniewy z cywilizacją 3 razy w ciągu doby. Ruszamy w stronę Pniew. Jakiś kanar chodził i szukał „tego pana, co ma bilet grupowy dla wszystkich” ale ten pan niestety się nie znalazł, nie dziwiliśmy się oburzeniu kanara, który nie do końca nam wierzył w istnienie tegoż pana. Liczyliśmy się i okazało się, że dwóch brakuje. Byli ze starej ekipy z Rumi, która zawsze piła najwięcej, nawet chyba więcej od Vitavy. Starzy z Rumi po prostu kończyli pić w momencie, gdy co najmniej 2 innych kolegów musiało ich nieść, ale to mało istotna dygresja, bo generalnie piło 95% wyjazdowiczów. Tamci dojechali bodajże do Leszna, po czym jednemu udało się do nas wrócić, a drugi pojechał do Katowic bodajże, tak więc na meczu było nas równe 30 osób. Wysiadamy w Pniewach o godzinie 5.20. Ciemno jak w dupie u murzyna, pełna wieś, zimno jak cholera, ani jedna osoba poza nami nie wysiadła i nikt też nie wsiadał, witamy w Pniewach…  A my swoje Baaaałtykkk… Gdyyyyniaaa… poszło wesoło w przestworza. Po kilku minutach dochodzimy do pierwszego sklepu, zamkniętego jeszcze, ale stał przed nim transporter z mlekiem, było w nim chyba 12 butelek tej cennej zapitki, to był nasz pierwszy łup. Pamiętacie jeszcze z końcówki komuny te duże litrowe szklane butelki z mlekiem? Miały zależnie od procentu tłuszczu 2 rodzaje takich jakby kapsli ze złotka, można je zobaczyć w pierwszych scenach starego filmu „Nie lubię poniedziałku”. To właśnie takie mleko zdobyliśmy, ale 2-3 butle zaraz straciliśmy, bo przypadkiem poleciały w szyby dwóch zaparkowanych aut na niemieckich blachach. Ani mleka, ani szyb, taki to był interes. Dochodzi mniej więcej 5.45 dochodzimy do spożywczego, otwierają go o 6, ale kręci się jakaś baba na zapleczu. Walimy w szyby i wołamy „pani otwiera, bo tu ludzie czekają!”.  No i kobieta otworzyła, to była chyba najgorsza decyzja w jej życiu. Dwóch kolegów robi sztuczny tłum, idą do lady z żarciem i kłócą się z babą o flaczki w słoiku i paluszki, jednym z tych dwóch był pijany B z Chwarzna, bo wtedy pił jeszcze. On się śmiesznie jąka, a jak był pijany, to chyba tylko ci co rozwalili „Enigmę” byliby w stanie go zrozumieć, wydziera się że baba ma te flaczki drogie strasznie, ta go nie rozumie i coś tam gada, ale przenieśmy się w drugą, nieobstawioną strefę sklepu… z alkoholem. T z Rumi kładzie się na podłodze i przeczołguje pod ladą (jego stary numer, kilka razy tak zrobił) po czym wyciąga po butelce wódki (a usadowił się przy tych litrowych) i nam podaje. Wszystko lądowało w dużym, białym marynarskim worku G z Wejherowa. Proceder trwał chwilę, któraś butelka trzasnęła o podłogę i baba ze sklepu zaczęła drzeć ryja, trzeba było już iść. Gdy odeszliśmy kawałek podliczyliśmy zdobycze i okazało się, że mamy gratis 12 litrów gorzały. Rozpoczęło się pijackie pandemonium. Kilka osób wróciło do malutkiej poczekalni dworcowej i tam pochlali się aż pospadali z krzeseł i zalegli na podłodze. Kilka chlało w jakimś parku czy w sadzie. Ja byłem w grupie, która przestawiła bramki, skroiła tablice z wynikami i imprezowała na środku stadionu pniewskiego. Najdziwniejszą miejscówkę na picie miało jednak kilka osób, które piły na cmentarzu. Przy każdym toaście gadali do faceta, który tam leżał, na przykład „Twoje zdrowie” albo „Dzięki, że nic nie masz do nas, że tu pijemy”. Powoli nadszedł dzień, rozjaśniło się. Okazało się, że zniknęła kasa biletowa. To była taka buda z desek i jacyś nieznani sprawcy ją najzwyczajniej w świecie rozebrali, a deski rozrzucili po okolicy, bilety rozkradli. Idziemy mocno zadżumieni z powrotem na miasto… przyjechały jakieś psy i stały pod oknem kamienicy, przez które (zamknięte) nieznany sprawca z vitavy z biało niebieskim szalem na pysku wrzucił kosz na śmieci do mieszkania. Dojeżdżają radiowozy na sygnale wzywane masowo przez „przerażonych mieszkańców miasteczka”. Zgarniają nieprzytomnego z pijaństwa dżentelmena z Chwarzna, który wbrew obiegowym opiniom wcale nie jest nieślubnym synem Krystyny Jandy ;-) . Policyjna nysa rusza, zaskoczony K. wybija głową szybę w nysce. Dużo takich i podobnych wesołych incydentów miało tego dnia miejsce w Pniewach. Psów całe multum nagle się robi, zabawa się kończy, wbijamy wszyscy na stadion i kibicujemy naszym. Oczywiście nie mieliśmy prawa zdobyć punktów w Pniewach. Na dworcu czas do pociągu umila nam miejscowy kryminał z odsiedzianą ćwiarą (25 lat w kiciu) popisując się żarcikami z kryminału wronieckiego i połykaniem żyletki. Dojeżdżamy do Poznania, po wydarzeniach pniewskich eskortują nas psy. W Poznaniu wychodzimy z dworca i na umówiony sygnał rozbiegamy się gubiąc psów, po czym w komplecie odwiedzamy stadion Lecha Poznań na ich meczu ze Stalą Mielec. To była nasza pierwsza wizyta na Lechu od przybicia zgody z pyrami. Kilka piw i naprawdę już znużeni tym wyjazdem spokojnie wracamy do domu… Wyjazd z cyklu tych niezapomnainych.

2000.03.25 Wigry Suwałki – Bałtyk Gdynia

W 2000 roku mieliśmy pierwszy w historii wyjazd na Wigry Suwałki  i, jak do tej pory ostatni. Odległość do Suwałk zaliczała się do tych większych, aż 590 km koleją w jedną stronę. Z Trójmiasta wyruszyliśmy pociągiem na Białystok w 8 osób. Na tym wyjeździe rządziła Rumia, która wystawiła 6 zawodników ;-)  . Jak na tamte czasy był to zaskakująco niealkoholowy wyjazd, w zasadzie jechaliśmy trzeźwi. W Białymstoku mieliśmy ponad godzinę czasu na kolejną przesiadkę, wyskoczyliśmy na chwilę na miasto. Zauważyliśmy nieopodal zbierających się kilku kibiców Jagi, grali wtedy w jakiejś niskiej lidze, zbierali się na wyjazd gdzieś pod Warszawę. W pociągu już do Suwałk wesołość nasza wzbudzili jacyś Ukraińcy wyglądający na popromienne ofiary Czarnobyla. W końcu dojechaliśmy do celu. Wrażenie straszne, czy to jeszcze Polska? Dworzec wyglądał jak sklecony naprędce z przygodnych desek kurnik. W koło las i 2 taksówki przy dworcu. Do miasta chyba z tego dworca kilometr albo i dwa, no masakra po prostu. Po zwiedzeniu tego biegunu zimna wbiliśmy się na stadion już z godzinę przed meczem, za darmo zresztą. Po jakimś czasie dołączyła do nas 5 – osobowa załoga auta, więc razem było nas 13 osób.  To dobry wynik był na tamte czasy, grająca z nami w lidze Arka i Pogoń Lębork odwiedziły Suwałki po 2 osoby. Mieliśmy ze sobą dwie duże flagi i parasol biało – niebieski 8-)  . Miejscowi zebrali się w 40 osób bardzo młodzieżowego młyna, mieli jedną flagę na płot i jedną na kiju. Dopingowaliśmy całkiem nieźle. No i już przed przerwą Bałtyk zdobył prowadzenie, którego już nie oddał. W drugiej połowie miejscowi wkurzeni niekorzystnym przebiegiem meczu zaczęli nieśmiało coś wrzucać nam i Pogoni. To spowodowało reakcję, w ich młyn wpadło dwóch od nas i wypłacili kilka liści. Wtedy stała się rzecz zaskakująca – wszystkie zgredy ruszyły na nas! Chyba z 70 osób, nawet nas trochę pogonili, ale stanęliśmy przy flagach, oni też stanęli nieco dalej. Do końca meczu stek wulgaryzmów z ich strony, nawet jakaś puszka w nas poleciała, ale na krzykach się skończyło. Nie odważyli się zaatakować. Po meczu miejscowi się rozeszli, a grupa samochodowa jeździła po Suwałkach i obijała fanów Wigier, nawet skrojono jeden szalik. W Suwałkach już po pierwszym meczu przestali nas lubić jednym słowem i za jakiś czas próbowali romansów z Arką, ale chyba im do końca nie wyszło. Powrót spokojny, piłkarze podrzucili nas do Olsztyna, stamtąd z jedną przesiadką w Iławie dotarliśmy około 4 w nocy do Trójmiasta. To był ciekawy wyjazd, a opisuję go między innymi z przyczyn porównawczych. W roku 2000 kibice i drużyna Wigier byli lata świetlne za nami, a dziś? Kibice Wigier to porządna ekipa, ciężko byłoby w ewentualnym starciu z nimi. O piłce to już w ogóle nie wspominam, odjechali nam strasznie, właśnie awansowali do drugiej ligi…

1992.08.08 Ślęza Wrocław – Bałtyk Gdynia

Pierwszy wyjazd w sezonie 92/93 wypadł nam do dalekiego Wrocławia. W upalne piątkowe popołudnie, w okolicach godziny 18 wyruszyliśmy z Gdyni. Było nas 11 osób.  Droga do Wrocławia nieco się dłużyła, umilił ją G z Obłuża zakupując paletę piwa w warsie… Potem do naszego przedziału dosiadła się jakaś panna, nie najpiękniejsza, ale za to lekko stuknięta, podobało jej się nasze chamskie towarzystwo. Dość powiedzieć, że coraz wulgarniejsze propozycje przyjmowała z uśmiechem i kto wie, co tam by się działo w wesołym przedziale, gdy niestety ściągnęła buty. Zaczęło strasznie śmierdzieć, atmosfera prysła i panna wyleciała z przedziału na kopach .  Pamiętam, że miałem bardzo jaskrawą pomarańczową kurtkę wtedy, trochę zajeżdżałem wiochą trzeba przyznać 8-) . We Wrocławiu w okolicach 6 rano wyszliśmy, nieco zwarzeni przed dworzec. Byliśmy w barwach i błyskawicznie zainteresował się nami Śląsk, który gdzieś w okolicach gościł ŁKS z Łodzi. Najpierw podeszło dwóch typów obciąć, potem zniknęli, a za kilka minut zobaczyliśmy całkiem pokaźną wycieczkę zmierzającą w naszą stronę i było wiadome, że za chwilę może być gorąco. Na szczęście podjechał tramwaj i nie bacząc na numer, wskoczyliśmy do niego i po prostu się zerwaliśmy. Potem gdzieś się przesiedliśmy i w końcu dojeżdżamy pod stadion Ślęzy. Ciągle jest jeszcze dość wcześnie, więc przechodzimy przez jakąś dziurę w płocie i jesteśmy w jakimś parku. Rozkładamy sobie naszą flagę i drzemiemy trochę… Obudził nas dzik. Wyszedł sobie z krzaków i stanął naprzeciw nas. Zdenerwował się naszą wizytą i zaczął grzebać przednią łapą w ziemi i głośno chrumkać. Byliśmy trochę w szoku, a gdy z krzaków wyszła sobie najzwyczajniej w świecie lama, spieprzyliśmy czym prędzej, na spotkanie z jakimiś innymi zwierzętami nie byliśmy przygotowani. Okazało się po prostu, że stadion Ślęzy graniczy z ZOO znanych komuchów Gucwińskich. Nieświadomie weszliśmy na teren tego zoologu, a potem znacznie szybciej go opuściliśmy ;-) . W końcu doczekaliśmy się meczu, rozwiesiliśmy dwie flagi, ale z dopingiem tego dnia nie było najlepiej… Po drugiej stronie ulokował się kilkunastoosobowy młynek Ślęzy z jedną flagą.  Otaczało nas czterech psów, popijaliśmy sobie gorącą wódkę z plastikowych kubków, upał był nie do zniesienia. Chwilę po rozpoczęciu meczu na obiekt weszło 30 – 40 fanów Śląska Wrocław, podeszli i usiedli nieopodal nas. Zaczęły się słowne wrzuty, znów zaczęło się robić gorąco, psy stały z pałami w rękach i nie bardzo wiedziały co robić. Po kilkunastu minutach Śląsk się zawinął, grali tego dnia na Lechu w Poznaniu. Skończyło się na niczym, choć mogło być nieciekawie. Mecz przegraliśmy 0-3, a do domu wzięli nas ze sobą piłkarze. To był wyjazd pełen emocji  :roll:

1993.04.17 Miedź Legnica – Bałtyk Gdynia

Wiosna  ’93 była wyjątkowo ciepła. Bałtyk też grał dobrze – czołówka drugiej ligi, to były czasy! Więc wiadomym było, że w piątek wieczór trzeba się udać na wyjazd. Po południu w mojej rezydencji w Gdańsku Przymorzu odwiedził mnie kolega G z Wejherowa, wypiliśmy po dwa piwa i udaliśmy się do sklepu spożywczego, celem zaopatrzenia na wyjazd. Nasze finanse były wyjątkowo marne, a czekał nas wyjazd do dalekiej Legnicy – ponad 500 km w jedną stronę, ponad 24 godziny w trasie, bilety, żarcie, inne pierdoły, tymczasem po podliczeniu wspólnych zasobów finansowych wyszło nam, że mamy licząc na dzisiejsze czasy około 30 złotych. Na dwóch. Na pierwszy ogień poszły bilety PKP – natychmiast z nich zrezygnowaliśmy. Potem zrezygnowaliśmy z biletów na mecz i z jedzenia. W końcu dokonaliśmy zakupu – kupiliśmy 6 win owocowych, a resztę zainwestowaliśmy w jedzenie, starczyło na 5 suchych bułek. Z tym oto prowiantem ruszyliśmy SKM w stronę Gdyni. Jeszcze przed Sopotem nastąpił dramat, albowiem G się pośliznął i uderzył butelką w ścianę przedziału, na skutek czego odpadła szyjka, na szczęście nie wylała się zawartość. Ciężko było pić, bo ostre zręby w butelce groziły poranieniem, z kolei żal było wylać. Wpadliśmy na pomysł, że jak pociąg stawał, jeden wyglądał przez okno i dawał natychmiast znać, gdy pociąg miał ruszyć, a drugi w tym momencie ostrożnie pił. W ten oto sprytny sposób wypiliśmy całe wino, choć przyznać trzeba, że jeszcze przez kilka godzin odłamki szkła chrzęściły w zębach. W Gdyni czekało na nas jeszcze dwóch wyjazdowiczów, więc razem zaledwie w 4 osoby ruszyliśmy do dalekiej Legnicy. Bodajże w Lesznie mieliśmy przesiadkę, a pociąg do Legnicy wlókł się niemiłosiernie, więc G wymyślił konkurs. Otóż miał on przy sobie 2 prymitywne ruskie koziki przywiezione z niedawnej wyprawy do Rosji. No i wymyślił ,że przy użyciu zaledwie tego kozika trzeba wyciąć i wyrzucić jedną rzecz przez okno, kto nie da rady nic wyrzucić, przegrywa. Walka była zacięta, po wszystkich siedzeniach poleciały za okno stoliki, frytkownica, aż w końcu skończyło się na remisie, bodajże 6-6, gdyż przedział był już kompletnie pusty. W Legnicy w związku z naszymi zawodami jak też uporczywym uchylaniem się przed okazaniem dokumentów wkroczyli SOK-iści i coś tam nam wypisali. Idąc wesoło przez Legnicę w swoich barwach spotkaliśmy w parku nieopodal stadionu P. z Vitavy, który przyjechał z piłkarzami i oznajmił nam, że załapał się na pokój w hotelu „Piast”, gdzie nasi piłkarze nocowali. Tak więc zaliczyliśmy ten wyjazd w sumie w 5 osób. Udaliśmy się do hotelu, który miał przygnębiające otoczenie. Legnica zwana była „Małą Moskwą”, w mieście tym stacjonowało mnóstwo rosyjskich okupantów, kwiecień ‘93 był to okres, kiedy to dopiero co opuścili nasz kraj. W koło walały się zdemolowane koszary, ruscy brali wszystko jak leci łącznie z wyrywaniem zlewów i wanien ze ścian, właśnie wśród tych zgliszczy mieścił się „Piast”. Na pokoju skorzystaliśmy z możliwości odświeżenia się, jak też na naszej biało – czerwonej fladze pastą do butów namalowaliśmy zgrabnego celtyka. Potem porżnęliśmy nożami wszystkie łóżka i wygłupialiśmy się wyciąganymi z nich sprężynami, sam nie wiem dlaczego. Przyszedł czas meczu. Na stadionie usiedliśmy naszą piątką w sektorze dla przyjezdnych, wywiesiliśmy dwie flagi – biało czerwoną z celtykiem i Bałtyku. Miedź zebrała się w 70 – 80 osób, trochę nas wyzywali, a w swych pozdrowieniach wymienili chyba z siedem klubów, wywiesili 3 flagi. Mecz przegraliśmy 1-0. Po meczu piłkarze zgodzili się wziąć nas autokarem do Gdyni, widać wieści z hotelu nie dotarły do nich. Przejeżdżając koło dworca PKP zauważyliśmy, że uratowaliśmy sobie dupy, byłoby bardzo gorąco, albowiem czekało na nas 25  -30 osobników, w większości łysych i nie wyglądali oni na nastawionych przyjaźnie. Reszta wyjazdu była już spokojna, a jakieś 3 tygodnie później przyszedł do mnie jakiś kosmiczny rachunek za dewastację pociągu. Pałany strasznym oburzeniem napisałem protest do biura przejazdów bezbiletowych na ul. Lecha 10 w Gnieźnie. Mój protest uznano i znowu przyszedł rachunek, ale już normalny, za jazdę bez biletów tylko.  To były piękne lata, bez kalkulacji, obstawy, pieniędzy… fantazja, miłość do klubu, chęć przeżycia przygody i prawdziwe koleżeństwo – oto co powodowało, że aż trząsłem się z niecierpliwości, kiedy to będzie następny wyjazd. Co nam zostało z tych lat… Aż przykro mówić. Szanujmy wspomnienia…

10 . 06 . 2000 Goplania Inowrocław – Bałtyk Gdynia

Tego czerwcowego dnia było bardzo ciepło. Na ostatni wyjazd w sezonie zamówiliśmy sobie autokar. To był chyba jedyny, albo jeden z bardzo nielicznych wyjazdów osobnika o ksywie Italia, który ze 20 lat chodził na Bałtyk, acz na wyjazdach nie bywał. Zawsze pod bramami stadionu zbierał na wino lub piwo :lol: . Wtedy jednak zapłacił normalnie za wyjazd, po czym ze 20 razy dopytywał, czy aby na pewno jest na liście. Spod stadionu wyruszyliśmy w równe 30 osób, w tym 29 z Bałtyku plus 1 z Pogoni Lębork. Po drodze zrobiliśmy tak popularną w tamtym czasie „promocję” na artykuły spożywcze i alkoholowe w przydrożnym sklepie. Dojeżdżamy do Torunia, gdzie dosiadają się nasi ziomale z Elany w 18 osób i ogółem, w 48 osób dojeżdżamy do Inowrocławia. Tam do bramy wejściowej prowadziła prosta droga, z 50 metrów lekko pod górę. Rozpędzamy się i z okrzykiem „Bałtyk Gdynia” wjeżdżamy w bramę. Ta pęka, a ochroniarze rozbiegają się w popłochu. Wbijamy się na stadion i pędzimy dalej. Jacyś cywile wstają oburzeni że biegniemy przez nich, paru dostaje po gongu. Dobiegamy do ok. 30 – osobowego młynka miejscowych, który nie wytrzymał psychicznie i rozbiegł się w ucieczce. Mieli mało miejsca, więc niektórzy uciekają przez murawę. Mecz przerwany, dopadamy zaledwie kilku miejscowych, reszta uciekła przez płot lub na drugą stronę stadionu. W końcu nie ma już kogo gonić, wybieramy sobie sektor, zasiadamy w nim i wywieszamy naszą flagę. Bilans tych starć to mecz przerwany na 3 minuty, kilku obitych miejscowych, jak tez 2-3 lekko trafionych psów i ochroniarzy. U nas i w Elanie po jednej osobie z lekkimi obrażeniami. Śmiesznie to wygląda, gdy po kilku minutach od otoczenia nas przez psów i ochronę schodzą się stadionowi uciekinierzy, ale młyna już nie tworzą. Mecz przegrywamy. Po meczu trochę się droczymy z psami, chodzimy w koło stadionu i udajemy że nie wiemy gdzie jest nasz autokar. W końcu wzywamy naszego kierowcę i wyjeżdżamy. Jedziemy do Torunia, gdzie w pubie nad Wisłą pijemy sobie z Elaną browary. Gdy już tak ze 3 godziny siedzimy, widzimy trzech brudasów z łańcuchami, którzy idą i śpiewają „Hamburg St.Pauli”. No to ruszamy na nich w trzech, doganiamy ich przy lewackim lokalu, z którego wyskakuje kilku kolejnych brudasów z kijami i teraz my jesteśmy w odwrocie – ale nie na długo, bo oto już leci banda około 20 chłopa od nas. Lewaki zrywają się do swojej knajpy o nazwie „Pilon”, w której się barykadują.  Lecą szyby, szturmujemy to siedlisko syfu, jest ciężko się wedrzeć, padają wesołe koncepcje np. żeby wziąć ich ogniem. Niestety, wjeżdża kilka radiowozów na sygnale, wyskakują z niego strasznie spięte psy i drą ryja, żebyśmy w końcu już wyp…li z ich miasta, bo pozawijają wszystkich jak leci. W Toruniu zostają na dalsze balety 3-4 osoby od nas, reszta wsiada w autokar i do domu. Przez te awantury dostaliśmy milicyjny ogon aż do trójmiasta. Trochę szkoda, bo ponoć w Świeciu czekali na nas chuligani Zawiszy, ale widząc eskortę odpuścili sobie. Dzień później rozśmieszyła mnie prasa, chyba „Głos Wybrzeża”, który stwierdził, że kibice nie chcąc płacić za bilety, wyłamali bramę i wjechali na stadion. No pewnie, na bank o te bilety chodziło,  generalnie wszystkie awantury są o bilety, cóż za zajebisty pismak – detektyw  8-)

13.04.1996 Zawisza Bydgoszcz – Bałtyk Gdynia

Kwiecień ’96 to był jeden z ostatnich jak dotychczas miesięcy Bałtyku w 2 lidze. Wtedy jeszcze o tym nie wiedzieliśmy, liczyliśmy na utrzymanie. Wybraliśmy się na ten wyjazd autokarem, zbiórkę sobie urządziliśmy na Vitavie. Już od początku wyjazdu były komplikacje, bo na miejsce zbiórki wpadły psy i zrobiły nam rewizję autokaru, wynosząc z niego cały nasz sprzęt. Wtedy jeszcze niekiedy się go używało, aczkolwiek my bardzo rzadko. Potem był kolejny kłopot, bo na 50 – osobowy autokar przyszło prawie 60 chętnych i trzeba było zrobić lekką selekcję, kierowca przy psach bał się wziąć choćby jedną osobę ponad stan. To fatalna sprawa, gdy trzeba zostawiać ludzi  chętnych, by jechać za Bałtykiem… W końcu ruszyliśmy w te 50 osób. Natychmiast rozpoczęliśmy alkoholizację, psy z nami nie jechały, więc było miło. Ja imprezowałem z kolegą P. z Vitavy, który miał spirytus i zapomniał go rozcieńczyć, co spowodowało, że musieliśmy pić czysty spiryt i zapijać go piwem. Nie polecam :roll: . Gdy dojechaliśmy do Bydgoszczy, większość wycieczki była już nieźle „zrobiona”. Kierowca omyłkowo podjeżdża pod kasy Zawiszy. Wyskakujemy z autokaru i od razu atakujemy. Pod kasami popłoch, Zetka się rozbiega, kilku jest dorwanych i miło tego dnia nie wspominali. Wpadają psy i zabawa się kończy. Gdy już nas otoczyli, dwóch z nas zawinęli na izbę, konkretnie mnie i F. z Obłuża. Trochę mieliśmy pecha, bo wzięli nas dwóch pierwszych z brzegu – tego dnia na izbę to nadawał się cały autokar 8-) .  Pod tymi kasami skroiliśmy ze 2-3 szale, niestety wyszło na remis, bo z kolei Zawisza zapolował na naszych na PKP. Przyjechało 8 od nas pociągiem i zostali wykrojeni mniej więcej z takiej samej ilości barw. Tak więc ogółem w Bydgoszczy tego dnia 58 z Bałtyku. Młyn miejscowych to nieco powyżej 100 osób. Tradycyjnie przegrywamy, choć jakoś tam grali… na rogatkach Bydgoszczy opuszczają nas psy, a za kilka minut kolejne emocje. W miejscowości Trzeciewiec lecą na nas kamienie. Leci szyba, bodajże przednia. Autokar natychmiast staje, wyskakujemy, ale po napastnikach (3 auta) nie ma już ani śladu. Adrenalina udzieliła się nawet kierowcy i wracamy do Bydgoszczy, ale po kilku minutach wpadamy znów na te same psy, zdziwione i już wkurwione nieźle. Nie ma możliwości wjazdu do Bydgoszczy, więc pozbawieni jednej szyby wracamy do Gdyni. Duet z izby następnego dnia dostaje kwitki z promilami (ja 2,55 kolega F. 1,73) i w Trójmieście jesteśmy dopiero przed południem dnia następnego. To był naprawdę ciekawy wyjazd!