Recenzje

Miasto 44

Z wielką uwagą oglądam wszystkie filmy o Powstaniu Warszawskim, gdyż w naszej historii najnowszej jest to najważniejsze wydarzenie, o największym znaczeniu dla Polski. Tematyka filmu jest oczywista, powstanie od pierwszych jego dni. Bardzo jasno jest przedstawiona geneza powstania, na co warszawiacy liczyli doprowadzając je do wybuchu. To dla tych wszystkich kretynów wątpiących w sens wybuchu powstania, podważających ofiarę warszawskich żołnierzy AK. Dużo mówiło się o tym, że jest to film jakby edukacyjny dla młodszych pokoleń i nie można odmówić racji temu stwierdzeniu. Jest wątek romansowy który mnie osobiście trochę drażni, jest metafizyka miłosna, która do mnie specjalnie nie przemawia. No ale dzięki termu młodzi walą do kin, więc niech będzie. Wiele się mówiło i pisało o tym, że kasę na film zbierano 8 lat i jest to najdroższy film polski. Trzeba przyznać, że ma to przełożenie na efekty wizualne, że nie zmarnowano tego szmalu. Wybuchy pocisków, strzały karabinów, szatkowani ludzie, rozpadające się budynki – te wszystkie sceny są zrobione starannie i na bardzo wysokim poziomie, w filmie polskim jak dotychczas nie spotykanym. Aktorzy biorący udział w filmie to nie są starzy wypaleni aktorzy grający od zawsze i wszędzie – to bardzo pozytywne posunięcie, obsadzenie filmu młodymi nie znanymi szerzej ludźmi. Nie są oczywiście oni wolni od pewnych wpadek aktorskich, ale wprowadzają świeżość i naturalizm. Film jest dobrze skręcony, w zasadzie brak dłużyzn i jałowych momentów. Jest też odrobina erotyki, dylematy młodych ludzi, ich przeżycia i emocje. No cóż, nikt nie jest cyborgiem, jedni obecną hekatombę i zbliżającą się nieuchronnie śmierć przeżywali spokojnie, inni panikowali, generalnie było to wszystko przedstawione w dobrych proporcjach i bez przegięć. Film jest dobry, nie tyle wart polecenia, co wręcz konieczny do obejrzenia. A jeśli wam się nie chce iśc do kina, to przynajmniej wyślijcie tam swoje dzieci. Ciągle jeszcze czekam na film idealny o powstaniu, spełniający moje najbardziej wygórowane kryteria, aczkolwiek to dzieło jest najbliższe ideałowi. Moja ocena to 8,5 w skali 0-10.

miasto44

Stukostrachy

Akcja „Stukostrachów” dzieje się, jak to często bywa u Kinga w niewielkim, sielskim miasteczku w stanie Maine. Miejscowa średniej klasy pisarka znajduje w lesie metalowy przedmiot, którego część wystaje, ale znaczna większość jest głęboko zakopana w ziemi.  Oczywiście nie jest to przygoda zbieracza złomu, akcja przybiera wymiar metafizyczny, ludzie w miasteczku zaczynają się dziwnie zachowywać. Całe Haven, bo tak się owe miasteczko nazywa, staje się bardzo nieprzyjazne dla obcych, dzieją się coraz dziwniejsze rzeczy.  Ludzie się zmieniają, są jakby opanowani umysłowo przez inne istoty. Akcja jest wartka i wciągająca, powieść liczy sobie z 500 stron , ale szybko się ją połyka. King tradycyjnie ma świetne dialogi, dobrze dozuje napięcie, z jednej strony coraz więcej elementów horrorystycznych, z drugiej zaś widzimy obraz drobnomieszczaństwa amerykańskiego, ich codziennego życia. Akcja zmierza ku finałowi, który niby jest fajny, ale trochę jednak przewidywalny i trochę nazbyt, jak na moje oczekiwania baśniowy, rodem z powieści S-F. Inaczej rzecz biorąc super lektura 90% książki i średnio zaskakujące zakończenie, to już kolejna taka książka po ”Pod kopułą”, którą czytałem poprzednio tego autora. No cóż, „Miasteczko Salem”, „Misery” czy „Zielona mila” to to nie jest, niemniej śmiało polecam, nie czeka was zmarnowany wieczór… kilka wieczorów, sądząc po ilości stron. W mojej ocenie 8 w skali 0-10.

stuk

galernik

Z pamiętnika galernika

Niezbyt często czytam książki autorów, których znam osobiście. Ełkaesiaka Artura znam całkiem nieźle od jakiś 15 lat. On był gwiazdą medialną ŁKS-u, ja Bałtyku heh 8-) . Jego „Galera News” to zdecydowanie najdłużej ukazujący się klubowy zin polski. Bardzo dobra jest ta gazetka, tak więc byłem pewien wydawnictwa na wysokim poziomie, gdy dowiedziałem się że niebawem wyjdzie książka. Pierwszy wyjazd Artura to październik ’91, a mój kwiecień ’92, więc zaczynaliśmy prawie jednakowo. Wyjazdy meczowe, awantury, pijatyki dzielnicowe – znajome tematy, bliskie nam klimaty. Trochę się z tej książki dowiedziałem o znanych mi osobach nowości… myślałem że Artur to taki ułożony chłopak, spokojny ultras nie przesadzający  z alkoholem. Tymczasem ułożony to on może jest, ale za młodu pił i rozrabiał, niczym nie przymierzając – ja, i wielu mi podobnych :mrgreen: . Z kolei Szulcu to myślałem, że największy handlarz pamiątkami Europy Środkowej, a też okazało się, że pijak i rozrabiaka poza tym. To my wszyscy mieliśmy takie same hobby w latach 90-tych? Na to wygląda :twisted: . Język autora może jest pozbawiony przesadnych metafor i ozdobników, raczej suche fakty, wzbogacone lekkim komentarzem na podstawie danych z pamiętnika Artura. Niemniej czyta się dobrze, wspomnienia z młodości odżywają. Szkoda tylko że Bałtyk już od tak wielu lat gra na prowincjach, rozmijamy się przez to z ŁKS-em i brak opisów z naszym udziałem… Jest tylko wspomnienie z Lechia – ŁKS o jednorazowym wybryku 3 kibiców Bałtyku, którzy chcieli tworzyć FC ŁKS-u w Gdyni i pojawili się na tym meczu (Flacha z dwoma kolegami), oraz na 230 stronie o najlepszych dawnych korespondentach Artura, wśród których był… wiadomo kto z Bałtyku ;-) . Reasumując – tematyka świetna, czyta się jednym tchem, jeżeli Artur poprawi kilka drobnych błędów składniowych i ożywi nieco swój styl literacki, kontynuacja książki będzie miała notę idealną. A na dzisiaj 9 w skali 0-10, zdecydowanie polecam! Oto link do aukcji na Allegro z tą książką, kupcie koniecznie!

http://allegro.pl/z-pamietnika-galernika-nowa-ksiazka-o-kibicach-i4535054333.html

galernik

Miko

Wakacje Mikołajka

Dziś poszedłem do kina na, co tu ukrywać, film dla dzieci. To dlatego, że w książkach Sempe i Gościnnego o niesfornym Mikołajku zaczytywałem się w dzieciństwie i młodości. Film był nie aż tak bardzo ściśle związany z książkami o Mikołajku, acz znane mi sceny z książek były… Koniec roku szkolnego i początek wakacji. Mikołajek wraz z matką, ojcem i – o zgrozo dla ojca – jego teściową, wyruszają na wakacje do nadmorskiego kurortu. Jak zauważył tata Mikołajka z przekąsem, słowa „teściowa” i „Udane wakacje” całkowicie się wykluczają i trudno mu odmówić racji. Oczywiście Mikołajka i jego rodzinkę spotyka mnóstwo zabawnych perypetii, romanse, awantury i niesamowite pomysły dzieci powodują, ze cały czas coś się dzieje. Perspektywa świata dorosłych widziana oczami dziecka jest zabawna i pełna trafnych skojarzeń… choć nie zawsze ;-) . Pytanie – wrzuciliście list do skrzynki i okazuje się, że nie może dojść do adresata, jeszcze jest nie wyjęty ze skrzynki. Co robicie? Otwarcie śrubokrętem lub łomem nie ma szans powodzenia. Jest sposób, idźcie na „Wakacje Mikołajka” do kina, to się dowiecie 8-) . Bardzo dobra, wesoła i inteligentna rozrywka dla dzieci, młodzieży i nawet trochę starszych osób. Zdecydowanie polecam! 8 w skali 0 – 10.

Miko

sezon

Sezon Burz. Wiedźmin

Sapkowski to pisarz doskonały. Mało że stworzył Wiedźmina, to jeszcze stworzył modę na polskie fantasy, okazało się, że jesteśmy w tym gatunku całkiem nieźli. Nie wiem czy Dukaj, Białołęcka, Oramus, Zajdel, Parowski i inni byliby znani, chciano by ich czytać, gdyby Sapkowski swym „Wiedźminem” nie przetarł im szlaku. Przetarł – na całe szczęście, bo akurat w tej dziedzinie stoimy mocno i czytać naszych twórców warto. Tymczasem „Sezon Burz” trąci jednak małym przekrętem. Sapkowski bowiem kiedyś głośno zapowiadał, ze żadnego powrotu do Wiedźmina nie będzie, fakt faktem minęło 14 lat, ale nowy Wiedźmin jednak jest. Skok na kasę? Co ciekawe, opowiadania zawarte w „Sezonie Burz” nie są żadnym sequelem, prequelem ani srelem pierdzielem. Występują znane z pięcioksiągu o Wiedźminie postaci czyli główny bohater, Jaskier, Yennefer i kilka innych, jak też spora garść nowych. Dochodzi też kolejna garść potworów, złych czarodziejów, magie, talizmany, namiętności, korupcja i złodziejstwo czyli jak zwykle. Jest ciekawie, sprawnie, ten świat nakreślony przez Sapkowskiego po prostu wciąga i choć drażnią mnie niekiedy jego zakończenia, nie ma w nich happy endów w amerykańskim stylu, to czyta się go dobrze, szybko i przyjemnie. Nawet jeśli Sapkowski zrobił skok na kasę, to kij mu w oko, niech sobie skacze, bo formy nic nie stracił. Moja ocena to solidne 7 w skali 0 – 10.

sezon

Beksińscy. Portret podwójny

„Beksińscy. Portret podwójny” to dziwna biografia. Przede wszystkim rzadko zdarza się, by jedna biografia była poświęcona aż dwóm osobom naraz, cóż, że blisko ze sobą związanym. Grzebałkowska unika ferowania wyroków, wystawiania własnych opinii, brak tu opisów twórczości, dzieł i wielu innych rzeczy, które w skład standardowych biografii na ogół wchodzą. Książka ta to suche fakty, przytaczane słowa i refleksje artysty – nie było to takie trudne, stary Beks prowadził bardzo regularnie dziennik foniczny. Nagrywał się i swoich bliskich, twierdząc słusznie, acz nie bez sporej dozy narcyzmu, że jest niezłym artystą i warto, by jak najwięcej o nim po nim się zachowało.  Do tego dochodzą rozmowy z osobami które go otaczały, znajomymi, rodziną, współpracownikami.  Wszelakie listy, których Zdzisław pisał sporo. Innym też swego rodzaju artystą był jego syn. Z wyglądu i zachowania antypatyczny, zamknięty w sobie bufon, który zaszczycał rozmową tylko tych, którzy na to w jego mniemaniu zasługiwali. Jak łatwo się domyśleć było to bardzo wąskie grono osób. Natomiast Tomasz był genialnym dziennikarzem radiowym i na muzyce znał się jak mało kto w tym kraju, być może jak nikt. Cały czas słuchał, zapisywał, nagrywał, komentował, żył muzyką. Wiedział o niej wszystko, uruchamiał swe znajomości muzyczne  za granicą, by ściągać stamtąd płyty całkowicie niedostępne w siermiężnej komunistycznej Polsce. Jako pierwszy w Polsce stał się posiadaczem „Final Cut” Pink Floyd, już nie będę tego szczegółowo opisywał, sięgnijcie po książkę. Jego wszelkie prelekcje, audycje w radiu były niczym baśniowa podróż przez świat muzyki, mógł o niej mówić godzinami. O samobójstwie mówił często, nie trawił życia w otoczeniu kretynów, chamów i parweniuszy, dawał temu wielokrotnie wyraz. Czas umierać  – napisał w swym testamencie nazwanym „Fin de siecle”, który bez problemu znajdziecie w necie. Był konsekwentny, swe zamierzenia wprowadził w czyn, co bardzo potępiam, gdyż nikt nie powinien sam sobie odbierać życia. Jest to objaw tchórzostwa, mazgajstwa i strachu przed rzeczywistością. Nie można było go lubić jako człowieka, nie dawał szans ku temu. Trzeba by nadawać na jego falach, bardzo nieliczni to potrafili. Nie można jednak  zapomnieć jego audycji o muzyce, prawdziwy artysta słowa, nikt już tak nie będzie opowiadał… Wróćmy jeszcze do jego ojca, Zdzisława. Mentalne przeciwieństwo syna, zamierzał żyć długo, zamordowany przez syna sąsiada potrzebującego kasy. Tworzył dużo i potrafił wszystko – był znakomitym rzeźbiarzem, malarzem, fotografem, na końcu swojego życia bawił się też grafiką komputerową. Od rzeczywistości codziennej trochę odjechał, wszyscy mieli z nim krzyż pańscy – rodzina, przyjaciele, współpracownicy, wystawcy… Niepokorny, narcystyczny typ, powtarza się historia jak u syna  – ciężki w pożyciu, acz trochę bardziej mimo wszystko przyswajalny przez otoczenie, ludzi urzekała jego twórczość, nie trzeba było z nim gadać, wystarczyło podziwiać… Gdy było podejrzenie, że jego syn popełnia właśnie samobójstwo orzekł, że nie będzie mu wchodził w życie osobiste i że trzeba uszanować jego wybór, nie cierpiał dzieci i oczywiście większości ludzi, gdyż byli to według niego idioci. No specjalnie to się nie mylił, ciekawe co by dziś powiedział, gdyby obejrzał telewizję i wyszedł na ulicę? Reasumując, bo mógłbym tu jeszcze dużo pisać. Ciekawa książka, czyta się lekko, czasem przeraża, czasem rozśmiesza, czasem wpędza w zadumę. Zdecydowanie polecam, w mojej ocenie 9 w skali 0 -10.

beks

Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął

Chyba niezbyt wiele w swym życiu obejrzałem filmów szwedzkich reżyserów. Kraj ten bowiem bardziej słynie z Volvo, wysokich podatków, potopu i bufetu… szwedzkiego rzecz jasna, niż filmów ;-) . Ten film o dość długim tytule zapowiadał się ciekawie i nie zawiodłem się. Inteligentna komedia, w której obeszło się bez odgłosów pierdzenia, wzajemnego kopania się w dupę i „sympatycznych” pedałów. Facet, który doprawdy wiódł ciekawe życie w końcu usadowił się w domu starców. Właśnie nadszedł dzień jego setnych urodzin, kiedy to zerwał się przez okno i opuścił swoje miejsce zamieszkania. Za resztę swoich pieniędzy kupuje bilet na autobus na jakąś zapierdzianą wiochę, i tu o dziwo jego życie nabiera tempa… pewien przypadek pociąga za sobą lawinę wydarzeń. Allan Karlsson, bo tak się ów stulatek zwie, pakuje się w niezłą zadymę, w której występują różne dziwne świry, walizka pełna kasy, gangsterzy i safandułowaty gliniarz. Towarzyszy temu mnóstwo wybuchów, jest kilka trupów, ukradziony słoń z cyrku… Film ma dobre tempo, jest zabawny i sympatyczny tak, jak jego główny bohater. Dobrze się ogląda, jest czasem śmiesznie, zdecydowanie trzeba go zaliczyć, to wartościowa czarna komedia, jakich tak niewiele w dzisiejszych czasach… w mojej ocenie – 8 (0 – 10).

stulatek

milion

Milion sposobów, jak zginąć na Zachodzie

Na ten film szedłem z chęcią zobaczenia durnego i tzw. czarnego humoru w dobrej oprawie. Zachęciło mnie to, że reżyserował go facet, który wcześniej reżyserował „Teda”, jedną z niewielu naprawdę śmiesznych komedii w ostatnich latach. Generalnie nie jest najgorzej, aczkolwiek humor prymitywny polegający na rozprutych flakach, fekaliach i aluzjach seksualnych wysokich lotów nie jest, i musi mieć w sobie „to coś” by wywoływać cokolwiek poza uczuciem zażenowania.  Udało się średnio.  Albert, hodowca owiec, nietypowo jak na Zachód stroni od przemocy, nie umie nawet strzelać. Poznaje laskę (Charlize Theron w dobrej formie) która uczy go życia kowbojskiego, aczkolwiek nie stroni od jego wrażliwej, uczuciowej strony. Potem są strzelaniny, pojedynek rewolwerowy ze środkiem na przeczyszczenie w tle, picie indiańskich napojów z zawartością narkotyczną i związane z tym zabawne wizje. Najciekawszym, zaskakującym momentem było chwilowe spotkanie… Emmeta z „Powrotu do przyszłości 3”, heh zaskoczenie się udało.  Końcówka nie odbiega od standardów i byłaby nawet nota 6, bo nie nudziłem się podczas projekcji, ale odejmuję punkt w ocenie za oszustwo. Otóż polski dystrybutor nie sprostał zwiastunowi i dwie najlepsze (najbardziej obrzydliwe??) sceny bezczelnie wyciął – nie ma ich w filmie! Jednym słowem kto polegał tylko na zwiastunie, mógł poczuć się zawiedziony, bo nie dostał tego wszystkiego, czego się spodziewał. Czyli moja ocena: 5 (0 – 10), jednak „Ted” był znacznie lepszy.

milion

smok

Jak wytresować smoka 2

Wytwórnia filmowa DreamWorks na przebojach filmowych się zna – to spod ich ręki wyszły wszystkie „Shreki”, najlepsza animacja jaka dotychczas powstała, jak sądzę, przynajmniej moja ulubiona. Pierwsza część „Jak wytresować smoka” okazała się sporym sukcesem, więc pewnym można było być, że powstanie i część druga. Akcja dzieje się 5 lat później, asymilacja wikingów z wioski Berk ze smokami przebiega idealnie, nikt już nie pamięta prawie, że kiedyś z nimi wojowano. Sielanka jednak wkrótce zostaje przerwana.  Czkawka, syn wodza wioski na swym smoku zapuszcza się kiedyś wyjątkowo daleko i odkrywa, że zbliża się zagrożenie. Wojownik Drago Bludvist na czele swej armady zmierza ku wiosce naszych znajomych wikingów, ma zamiar ją podbić i zabić wszystkie smoki, taka bowiem idea mu przyświeca od wielu lat. To bardzo niebezpieczny przeciwnik, dobrze uzbrojony i zaprawiony w bojach. Inną postacią która pojawia się na horyzoncie to tajemniczy Smoczy Jeździec, którym okazuje się… nie będę spoilerował, w każdym razie film jest dynamiczny, podzielony na kilka wątków które z czasem się zazębiają i prowadzą do finału. Batalia końcowa jest efektowna i trzyma w napięciu do ostatnich minut filmu. Macie dorastające dziecko w wieku 8 – 14 lat? Ten film jest idealnym rozwiązaniem, aby spędzić z nim prawie 2 godziny czasu, dziecku film bardzo się spodoba, a i wy nie będziecie się nudzić. Zdecydowanie polecam i daje notę 8 (0 -10), oby więcej takich animacji.

smok

xman

X-Men: przeszłość, która nadejdzie

Bodajże czwarty „X-Men” to film dla znawców tej serii i powrót na właściwe tory. Tenże film wyreżyserował Singer, twórca pierwszej i drugiej części. W najnowszym X-menie początek filmu to ponura teraźniejszość zarządzana przez złych ludzi. Większość mutantów jest zabita przez mechanicznych strażników, oni teraz pilnują też porządku na ziemi, zniszczonej i pogrążonej w chaosie. Coraz ciężej walczyć reszcie pozostałych mutantów o przetrwanie i wpadają na jedyny pomysł, który może ocalić ich, jak i całą ziemię. Trzeba się cofnąć w czasie. Dokonać może tego tylko Logan, zwany też Wolverine który musi się spotkać z młodymi Xavierem i Magneto, aby wraz z nimi zmienić bieg wydarzeń a konsekwencji ich uratować. Oczywiście musi ich najpierw do tego namówić, a nie jest to proste. Dzieje się coraz więcej, sytuacja się komplikuje. Film nie jest przesycony ani jałową gadaniną, ani efektami specjalnymi. Wszystko się dobrze komponuje i ma swój ciąg logiczny. Jakość filmowi podnosi dobra obsada: Hugh Jackman, James Mc Avoy, Michael Fassbender,  Jennifer Lawrence, Halle Berry i inni… Dobre solidne kino SF, w mojej skali 0-10 daję mocne 7 i zapraszam do kina…

xman