Recenzje

pingwiny

Pingwiny z Madagaskaru

Czasem jest tak, że twórcy drugoplanowi są na tyle wyraziści i cieszący się sympatią widzów, że doczekują się filmów o  sobie, w których są tym razem już głównymi bohaterami. Tak było z „Kotem w butach” ze „Shreka”, podobnie jest z pingwinami, które po drugoplanowych rolach w „Madagaskarze” tym razem są głównymi postaciami. Wytwórnia „Dream Works” robiąc filmy dla dzieci, stara się robić też trochę humoru dla dorosłych, aby i oni mieli z czego się pośmiać i nie oponowali przed następną wyprawą do kina ze swoimi pociechami… Do tego odpowiedni przekład i faktycznie, można się pośmiać, przyznacie chyba, że w komentarzu do wiecznego zimna na Antarktydzie tekst „Sorry, taki mamy klimat” raczej do najmłodszych dzieci nie jest skierowany… Tytułowe pingwiny łączą się z organizacją o nazwie „Wiatr Północy”, która ma na celu ratowanie zwierząt na świecie. Mają potężnego przeciwnika. Jest nim Oktawiusz Mackiewicz, występujący też jako ośmiornica Dave, który chce zamienić wszystkie pingwiny tego świata w ohydne bestie, aby ludzie je znienawidzili. Bajka pełna zabawnych gagów i zwrotów sytuacji, choć oczywiście z góry wiadomo, kto wygra. Momentami film jest bardzo zabawny, a że reklamuje takie wartości, jak przyjaźń i poświęcenie, nic tylko udać się do kina. Nie samemu, z dzieckiem. W mojej skali 7 / 10, polecam.

pingwiny

endless

Pink Floyd – „The Endless River”

Trochę miałem obaw przed wysłuchaniem i  w ogóle kupieniem tej płyty. Nadworni krytycy, zanim jeszcze się ukazała, negowali jej wartość – że ta płyta to odpady z „Division Bell”, że jest tylko jeden utwór wokalny, a reszta instrumentalna, że odcinanie kuponów… Przeczucie mi jednak mówiła, że spółka Mason & Gilomur nie wypuściłaby spod swoich rąk chłamu, czegoś niedopracowanego. Problemem z kolei jest to, że Waters odciął się od tej pozycji. Jest to album ilustracyjny, spokojny, z najlepszym chyba kawałkiem „Louder  Than Words”, ale po kolei. Moim zdaniem jest to jakby muzyczne podsumowanie działalności Pink Floyd, Fajny jest początek słuchania  tej płyty. Kilka minut leci jakaś muza, po czym nagle wchodzi linia melodyczna, którą może grac na tym świecie tylko Pink Floyd. Solówki Gilmoura są tak charakterystyczne, tak nieosiągalne swym kunsztem dla reszty światowych gitarzystów, że po prostu tylko on może tak grać. I płynie sobie ta muza i płynie, coraz bardziej się pogrążam w świecie Pink Floyd… Cudowny to świat, wspaniały, zatracam się w nim… Żal, że to już pożegnanie Pink Floyd ze swoimi słuchaczami, takiego zespołu nigdy jeszcze nie było i nigdy już nie będzie. Czy musiał nastąpić aż tak ostry konflikt Gilomura z Watersem? Jaka to szkoda dla muzyki! Nie ma jednak co deliberować nad rozlanym mlekiem. Widać tak musi być, że najwięksi z największych nie mogą grać w nieskończoność, zawsze coś musi się spieprzyć. W The Beatles odstrzelili Lennona, Presley zmarł, Jacskon zmarł, Cobain zaliczył złoty strzał… wyjątkiem jest The Rolling Stones… Wracam do płyty. Płynę tą muzyką poprzez płytę, płynę… zatracam się i przestaję myśleć o pierdołach dnia codziennego. Tym, którzy krytykują tą płytę, przypominam, że co dla 99% kapel światowych jest sufitem, dla PF jest podłogą. Albowiem w historii muzyki, na jej najwyższym podium jest właśnie Pink Floyd… potem długo długo nic, a potem się zaczyna muzyka całego świata. Płyńcie razem ze mną, kupcie sobie najnowszą, a zarazem ostatnia płytę Pink Floyd… Następnej już nie będzie. Oczywiście lepiej, gdy ktoś zna poprzednie 14 płyt PF, ale i nowicjusze znajdą tu coś dla siebie. Zdecydowanie polecam!!! Moja ocena: 9 w skali 0-10.

endless

hobbit

Hobbit. Bitwa Pięciu Armii

Hobbit to książka niezbyt gruba, bardzo daleko jej do „Władcy Pierścieni”. Tymczasem filmowa ekranizacja tejże to niczym „LOTR (Lord Of The Rings)”, trzyczęściowa epopeja z wtłaczającymi widza w fotel środkami i efektami specjalnymi.  Ten film oglądać w domu, w technice 2 D jest po prostu szkoda, to samo tyczy wersji z dubbingiem. W ogóle jak dla mnie dubbing to wynalazek dla dzieci i nadaje się do bajek, kto może woleć niezbyt niekiedy udane dialogi w wykonaniu polskich aktorów, od oryginalnych kwestii? Poza dziećmi może ci, którzy niezbyt umieją czytać, ale nie wiem, czy Wałęsa chodzi do kina. Pisząc o odbiorze filmu w wersji oryginalnej i 3 D nie chcę stwierdzić, że film ten to tylko i wyłącznie efekciarstwo, guma do żucia dla oczu, a więc – rozmach rozmachem, przejdźmy teraz do treści. W drugiej części mieliśmy  nieprzyjemne zakończenie. Krasnoludy z Ereboru odzyskują swą ojczyznę, ale doprowadzili do szału smoka, który wznosi się w powietrze i  leci na pobliskie Esgaroth, by obrócić je w perzynę. No i od tego momentu zaczyna się „Bitwa Pięciu Armii”, wkurzony smok leci nad Esgaroth i zionąc ogniem rozpoczyna atak.  Kilka przelotów nad miastem i po chwili całe ono stoi w płomieniach, ale pewien dzielny bard specjalną strzałą trafia go w jedyny czuły punkt i smok jest zabity. Solidna, trzymająca w napięciu akcja już na starcie filmu. Głównym punktem filmu jest Samotna Góra. Zmierzają tu niemal wszyscy. Krasnoludy z Ereboru odzyskały swoje miejsce po zabitym smoku i szukają arcyklejnotu, przewodzi im Thorin Dębowa tarcza, świetna rola Richarda Armitage. Blask złota „oślepił” Thorina i z postaci pozytywnej staje się nieznośnym Żydem, czym solidnie wkurza nawet swoich pobratymców. W ostatniej chwili że tak powiem, ocknął się, aczkolwiek dygresja reżysera o tym, że chciwość i blask złota może przysłonić oczy nawet tym prawym i szlachetnym, jest jak najbardziej na miejscu. Drugą grupą zmierzającą ku Samotnej Górze są zwykli ludzie, mieszkańcy spalonego Esgaroth, którzy pod przewodnictwem barda chcą uszczknąć trochę złota z nieprzebranych skarbów pozostałych po smoku, by móc gdzieś się osiedlić, i zacząć nowe życie. To wszystko nic, albowiem na wieść o zabiciu smoka pod górą pojawia się też armia elfów pod przewodnictwem Thranduila oraz armia Alfrida, kuzyna Thorina z Żelaznych Wzgórz. Krasnoludy i elfy programowo się nie lubią, ich rozmowy nie przynoszą nic dobrego, Thorin siedzi ze swoja kompanią zabarykadowany w skarbcu, konflikt tężeje i zaraz będzie dym… Na szczęście w końcu do wszystkich dociera to, co próbuje im przekazać Gandalf Szary oraz Bilbo Baggins (druga bardzo dobra gra aktorska w tym filmie, Martina Freemana)  że oto ich swary są niczym, i że trzeba się koncentrować na czym innym.  Do samotnej Góry bowiem zmierza zagrożenie największe. Hordy zła, czyli legiony Orków nadciągają z dwóch stron pod przewodnictwem Azoga Plugawego i Bolga, chcą oni zająć Samotną Górę i wszystkich wyciąć w pień, ich celem jest ekspansja na resztę Śródziemia. Rozpoczyna się tytułowa bitwa pięciu armii. Szczęk oręża, spadające głowy, morze krwi. Chaos bitewny w którym uczestniczą ludzie, orkowie, krasnoludy, elfy, gobliny i przeróżne stwory i zwierzęta.  Sytuacja nie wygląda zbyt ciekawie, orki w tajemnicy stworzyły potężną i dobrze wyszkoloną armię. Na szczęście w odpowiedniej chwili Thorin się ogarnia i przestaje myśleć o złocie, z nieba zlatują przyjazne orły, a z lasów wybiegają niedźwiedzie kierowane przez leśnego czarownika. W tym momencie Jackson odchodzi od wątku bezpośredniej bitwy i „załatwia” wszystkie kwestie indywidualne, dotyczące bohaterów filmowych porachunki, wątki miłosne, nie pomija nikogo. Z jednej strony to fajne, z innej nieco irytujące. Nie omawiając efektów finalnych filmu, aby wam ich nie spolerować (w gwarze kinomanów „aby nie ujawniać najważniejszych treści filmu przed jego obejrzeniem”) napiszę tak – wszystko to jest warte obejrzenia. Nie ma bohatera jednoznacznie dobrego, idealnego i to jest dobre. Największe przeobrażenie mentalne notuje Bilbo Baggins, który z safandułowatego pierdoły z dwóch poprzednich części przeistacza się w pełnokrwistego bohatera, dojrzewa jakby. Nie jest to jednak też film  na miarę „LOTR”, ale z drugiej strony „Władca…” to jeden z najlepszych filmów w historii kina, jak tu osiągnąć jego poziom? Polecam z czystym sumieniem, 8 w skali 0-10.

hobbit

Polaków

Polaków dzieje bajeczne

Jedna z najnowszych książek Łysiaka opowiada o dziejach przedchrześcijańskich w Polsce. Jak to pisze Łysiak wbrew temu, co chciałby kościół, przed chrześcijaństwem też w Polsce się trochę działo. Byli królowe lepsi i gorsi, trzeba było łączyć plemiona (Ślężan, Polan, Wiślan…)  i wspólnie bronić się, jak tez i niekiedy atakować wrogie plemiona, głównie German. Jest konfrontacja szczątkowej wiedzy dotyczącej tamtych okresów z mitologią i podaniami. Mity o postrzyżynach Ziemowita, o Wandzie, co nie chciała Niemca, o Lechu, Czechu i Rusie wcale niekoniecznie są starodawnymi bajeczkami, mają jakieś tam swoje odzwierciedlenia w faktach. Co charakterystyczne u Łysiaka nudnawe nieco historyjki podaje w sposób ciekawy, akcja się toczy niczym w wartkiej powieści, tak właśnie potrafi ożywić nawet średni temat pisarz wybitny. To tak ja bym wam pisał o rozmnażaniu się jamochłonów, a wy byście czytali z wypiekami na twarzy. Trochę przesadzam oczywiście, o naszej historii warto to i owo wiedzieć. Za dużo jest jak na mój gust ilustracji i imaginacji portretów naszych pradawnych władców, wolę czytać niż oglądać, chyba że jestem na stronie erotycznej z pięknymi paniami, ale nie o tym mowa 8-) . Wolę rozkminy pana Waldemara dotyczące kultury, sztuki czy polityki, ale i ta książka warta jest przeczytania, polecam z czystym sumieniem, w mojej ocenie 7 (0-10).

Polaków

bestie2

Bestie 2

Tadeusz Płużański, to niestrudzony tropiciel przeszłości, człowiek inteligentny i wnikliwy, zadowalający się tylko faktami. Do badania polskiej historii najnowszej natchnieniem dla niego była zapewne wspaniała historia jego ojca, polskiego żołnierza walczącego zarówno z nazizmem, jak i stalinizmem. Książka „Bestie 2”, która wpadła mi ostatnio w ręce, to kontynuacja pierwszej części, która odbiła się głośnym echem w świecie literatury. Pan Płużański dalej demaskuje zakłamane bądź przemilczane fakty z naszej historii najnowszej. W „Bestiach 2” rozprawia się między innymi z kłamstwem oświęcimskim, czy też antypolską krwiożerczością Jana Grossa, autora bzdurnych antypolskich paszkwili  o zbrodni w Jedwabnym. Płużański wyjawia nazwiska stalinowskich prokuratorów, oprawców i morderców, którzy dopiero co umierają – nie za swe winy, lecz ze starości, w przepychach i luksusie, w wysokimi resortowymi emeryturami. Ciekawostka na przykład – jeden ze zbrodniarzy, ppłk Łapiński,  który głosował w sprawie wyroku śmierci dla rotmistrza Pileckiego, kilkadziesiąt lat później zmarł w luksusowych warunkach, w szpitalu przy ulicy… Pileckiego. Chichot historii, tylko jakiś taki nieprzyjemny, sardoniczny, bo nie wiem, czy komuś jest tutaj do śmiechu. Bohaterowie, wspaniali ludzie, ojcowie naszej wolności umierali w torturach i poniżeniu, szkalowani i na wszelkie sposoby niszczeni, a ich oprawcy dożyli sędziwej starości w luksusach. Wierzyć się nie chce i aż płakać się chce z nerwów, że tak sfałszowali historię, że aż tak odarli ze czci i godności wielu wspaniałych ludzi, którzy sa dla nas wzorem do naśladowania, o których powinni uczyć w szkołach. Ile jeszcze książek musi napisać Łysiak, Płużański, Wolski, Isakowicz – Zaleski, by coś zaczęło docierać do durnych łbów Polaków, by ci w końcu powiedzieli – DOŚĆ!!! Czas wyrównać rachunki. Przywrócić Sprawiedliwość… Można sobie pomarzyć. Już nie mogę się doczekać spotkania z Płużańskim na pielgrzymce kibiców na Jasną Górę. Jedźcie ze mną! Czytajcie książkę! Daję 9 w skali 0-10.

bestie2

dziewcz

Dziewczyny z Powstania

Dużo już wiemy – choć takiej wiedzy nigdy zbyt wiele – o żołnierzach powstania, wspaniałych ludziach którzy po wsze czasy będą dla nas wzorcem postaw ludzkich. Tym razem wziąłem się za książkę, która dostałem od córki na imieniny, a mianowicie o dziewczynach biorących udział w powstaniu.  To były bohaterki, niewiarygodnej wręcz wiary  młode dziewczyny. Świetnie wychowane przez niekiedy bardzo prostych rodziców, a niekiedy przez szlachciców  z własnymi dworkami. Dzielił je przedwojenny status społeczny, zaś łączyła miłość do Polski, wiara w zwycięstwo i niepodległość. Te dziewczyny były najczęściej sanitariuszkami, łączniczkami jak też dobrymi duchami powstańców. W tej całej tragedii miały też miejsce ludzkie zachowania, wśród latających bomb i umierających ludzi w jakiś przedziwny sposób wplątywały się zwykłe, ludzkie odruchy. Chłopak z jelitami na wierzchu nie zgadza się, żeby go opatrzyła sanitariuszka, bo wstyd mu rozebrać się przy obcej kobiecie. Romanse wśród świszczących w koło pocisków i zawieranie małżeństw po znalezieniu księdza no i podczas przerwy w nalotach. Co jest ciekawe i dramatyczne zarazem, wszystkim praktycznie kobietom opisującym swoje przeżycia podczas powstania ustąpił okres. Były młode i zdrowe, a na skutek olbrzymich przeżyć, nerwów i emocji wszystkim co do jednej wstrzymały się okresy! Wyobrażacie sobie to w ogóle…? Branicki, szlachcic który gościł w swej posiadłości Piłsudskiego czy Mościckiego. Człowiek  niezwykle bogaty i posiadający układy w całej Europie. Gdy powstanie się zbliżało, miał możliwość ucieczki za granicę. Nic z tych rzeczy, wysłał jedynie starsze kobiety. „A nasza córka?” pyta jego żona. „Nasza córka jest Polką i podobnie jak ja weźmie udział w powstaniu” odpowiada Branicki. Mogła jechać w luksusy do Włoch czy Francji, tata też, ale byli Polakami więc zostali. Tata zorganizował szpital polowy dla powstańców na swojej posiadłości, a córka poszła na starówkę… Więcej jest takich historii. Jedna z dziewczyn po latach słucha narzekań swojego syna na problemy z zaopatrzeniem, kłopoty w pracy i mówi – a bomby na ciebie spadały? Widziałeś swoich bliskich jak płonęli w ogniu? Co dzień brano modliłeś się, aby przeżyć? To jakie ty masz kłopoty…  Książka może nie jest jakimś wyczynem od strony literackiej, nie jest pełna zgrabnych metafor, zaskakujących porównań i pięknych opisów przyrody. To są opisy 11 dziewczyn, którym udało się przeżyć piekło. Które liczyły na 3-4 dni walki i wejście ruskich świń, które jednak nas zostawiły samych sobie. Bardzo fajna książka, błyskawicznie się czyta, zdecydowanie polecam. 8 w mojej skali od 0 do 10.

dziewcz

furia

Furia

Furia… znam ten stan. Czasem go dostaję w okolicach piątkowej wypłaty, a czasem gdy przyjdą nowe, niespodziewane, niezwykle wysokie rachunki do zapłacenia ;-)  . Co jednak napisać o filmie „Furia”? Z Bradem Pittem mam niezłe wspomnienia, gdyż ostatni film, w jakim go kojarzę, to niezwykle udane „Bękarty Wojny”.  Film wojenny o czołgistach – od razu na usta ciśnie się zaśpiew „My cztereeeeeeej… panceeeeerniiii!” , ach te smutne inklinacje do fałszujących rzeczywistość „historycznych” seriali… No, ale ja nawet mieszkam na ulicy Czołgistów, więc na ten film pójść po prostu musiałem 8-) . Wracając do filmu – jest to epicka opowieść o okrucieństwach, jakie wojna z sobą niesie. Dobiega ona właśnie końca, jest rok 1945, alianci wjechali na terytorium Niemiec. Sierżant Collier (Brad Pitt) dowodzi czołgiem o nazwie „Furia”, odbijają ostatnie wsie i miasteczka będące pod panowaniem Niemców. Trup ściele się gęsto, Niemcy się nie poddają, do walki zaprzęgli kobiety i dzieci. W czołgu Colliera jest jeden nowy żołnierz  – Norman, który zastępuje niedawno zmarłego członka załogi. No i generalnie wojna jest pokazana właśnie z perspektywy młodego żołnierza. Dzieci, które nie chciały brać udziału w wojnie powieszone na słupach przez Waffen SS, poćwiartowane zwłoki spychane do wspólnego rowu jako miejsca pochówku, Kobiety sprzedające ciało za paczkę fajek – przygnębiające. Sceny bitewne – znakomite, a już pojedynek Shermana z Tygrysem w polu może przejść do kanonów filmowych, jest doskonały. Reasumując bardzo dobre sceny bitewne , dbałość o szczegóły. Film jest pozbawiony hollywoodzkiego „patosu” , jest w nim błoto, krew, przemoc, śmierć… chyba wojna tak właśnie wygląda. Dobra muzyka. Można w samej treści filmu znaleźć kilka nieścisłości, ale nie fałszują one filmu, nie obniżają jego wartości. Świetna obsada, wszyscy aktorzy są wyraziści i zapamiętacie ich. No może nie jest to najlepsze dzieło wojenne jakie w życiu widziałem, ale końcowa akcja z rozwalonym czołgiem pod dowództwem Colliera, który broni ważnego strategicznie skrzyżowania winduje go do ścisłej czołówki widzianych przeze mnie batalitycznych obrazów, mocne 8 w mojej skali, zapraszam do kin!

furia

rec4

[REC] 4 : Apokalipsa

Dziwnie brzmi dla mnie język hiszpański w filmie, bo musze się przyznać, ze hiszpańskich filmów nie oglądam zbyt wiele. Może filmy Almodovara są w języku hiszpańskim, ale Pedryla… pardon, Pedra zbytnio nie lubię. Tymczasem seria filmów [REC] przypadła mi do gustu – 1 część była bardzo dobra, druga częśc bardzo dobra, trzecia dobra z plusem. A więc i na 4 część filmu, który już zdążył rozsławić hiszpański horror w Europie, poszedłem z zaciekawieniem. Rzecz się dzieje na statku. Ciasne pomieszczenia, metalowe drzwi, zardzewiałe wszystko, klimat dla horroru wymarzony. Oczywiście ohydny wirus po raz kolejny wymyka się spod kontroli, bohaterowie giną jeden po drugim, statek zaraz wybuchnie, lipa niesamowita! Mówiąc poważnie to niestety fabuła filmu jest miałka i płytka, a ratują go naprawdę mocne sceny rzezi, dobrze budowana otoczka, sceneria, jedno niespodziewane rozstrzygnięcie. Po trzech dobrych częściach czwarta jest do obejrzenia od biedy i aby nie psuć w miarę dobrego wrażenia, należy jak najszybciej serię filmów [REC] zakończyć.  W mojej skali 0-10 daję 5 czyli można spojrzeć, ale warto poczekać te 2 miesiące i kupić sobie za 29,99 z gazetą jakąś i obejrzeć w domu. Dla fanów gatunku.

rec4

Bogowie

Bogowie

Nie byłem zbytnim fascynatem pójścia do kina na film „Bogowie”. Myślałem, że to będzie płaczliwy melodramat – „I wtedy, pani zaczął uciskać to serce i zaczęło bić, i ten pan przeżył, jakżem płakała! Całe kino we łzach!”. Ale sercowy przypadek mojego ziomala Bomby spowodował, że zacząłem być ciekaw, jak to wszystko wyglądało, jak się zaczęło. Do tego doszły do mnie pierwsze pochlebne recenzje od osób, które bynajmniej gospodyniami domowymi po 50-tce, z wykształceniem podstawowym, łatwo wzruszającymi się na wenezuelskich serialach – nie są. No to poszedłem. Film okazał się dynamicznym, postacie w nim grające przekonywujące, fabuła wciągająca. Znałem Religę, tzn. śledziłem jego żywot, gdy był już w glorii pierwszego kardiochirurga w Polsce, wdał się w jakieś rozgrywki partyjne, upolitycznił się… zdecydowanie mu to zaszkodziło, jego wizerunek znacznie ucierpiał poprzez konszachty z politycznymi kreaturami. Nie polubiłem go zbytnio. Tymczasem w filmie poznałem początki jego kariery, gdy był pełen pasji, miał nieszablonowe pomysły, był medycznym wizjonerem. Do tego wiedza jego podparta była niezwykła fachowością wzmocnioną zagranicznymi stażami, co w czasach głębokiej komuny było niezwykle trudną do realizacji sprawą. Swe wizje musiał przecierać ciężkimi szlakami – komuny, ostracyzmu „starszych towarzyszów” , wszechwładną po dziś dzień biurokracją, partyjniactwem, brakiem pieniędzy.  Gdy zdobył etat właściciela kliniki w Zabrzu, musiał m.in. załatwiać kasę czy zapieprzać w budowlanych ciuchach i budować swój własny oddział…  Wszystko jest na faktach, a przygody godne Jamesa Bonda… który zesrałby się i odpuścił w polskich realiach. Oczywiście cierpi na tym zdrowie doktora, cierpi życie rodzinne, osobiste. Były poważne chwile zwątpienia, ale Religa nie poddaje się i dopina swego. Kto wie, może dzięki niemu gruby Bomba nie ma się co zbytnio bać ewentualnego przeszczepu… ? Mało tego, niemrawemu Kotowi udało się w końcu dobrze zagrać w filmie, akcja jest dynamiczna, humor sytuacyjny naprawdę niezły i śmieszny, a cały film nie jest grany „po ciemku” no jednym słowem nie  ma lipy, film jest niczym jakiś film „zagraniczny”, a nie polski. Do tego zamglone przebitki ze starych dokumentów i gazet, i te siermiężne komunistyczne obrazki – np. parking przed szpitalem, rok 1985… duży fiat, dwa małe fiaty, żuk, łada, trabant i syrena ;-) … Sam sobie nie wierzę, ale daje od siebie 9 w skali 0-10, bardzo dobry film, godny polecenia, lubię ludzi z pasją, lubię wariatów, którzy za wszelka cenę realizują młodzieńcze wizje, a że przy okazji ratują ludzkie życia…? Tylko się cieszyć, idźcie do kina jak najszybciej!

Bogowie

Wyspa na prerii

Najnowsza książka Wojciecha Cejrowskiego przenosi nas na Dziki Zachód. Konkretnie do jego rancza w Arizonie, nieopodal granicy z Meksykiem. Tam właśnie podróżnik ma swoje ranczo, w którym nie był 20 lat, ale na prerii przez ten czas zmieniło się niewiele. Cejrowski żyje w otoczeniu prostych amerykańskich farmerów. Są oni nieokrzesani i każdy wie wszystko o każdym, zarazem prezentują też cechy, które chętnie bym zaszczepił wielu Polakom – bezinteresowna pomoc, życie w zgodzie z zasadami i z naturą. Amerykanie na prerii a Amerykanie w wielkich miastach typu Los Angeles czy Nowy Jork to całkiem inni ludzie, po lekturze tej książki widać to aż nadto wyraźnie. Styl pisania książek Cejrowskiego znam od dawna i w pełni go zaakceptowałem, sympatyczny żart, porównania jak i dystans do samego siebie. Czyta się lekko, łatwo i przyjemnie aczkolwiek mało wymagający temat jak na Wojtka sprawia wrażenie, że trochę poszedł na łatwiznę. Książka jest niezbyt gruba i brak tu mega wciągających akcji jak w jego poprzednich książkach o Indianach z dorzecza Amazonki na przykład. Jednym słowem dobra książka, lekko się czyta, ale trochę mi mało, mam lekki niedosyt. Od tego akurat autora wymagam więcej. W mojej ocenie 7 w skali 0-10. Polecam jako miłą, nie zmuszającą do myślenia lektorę.

wyspa