Recenzje

moja polska

Moja Polska Kibolska

Dobrze jest przy okazji czytania książki „Moja Polska Kibolska” poznać jej autora. Co za facet! Niesamowity ksiądz z Gdańska. Pełen niespożytej energii, którą przekuwa w wiekopomne dzieła. Nienawidzi komuny, kocha młodzież. Inteligentny, bystry, przyjaciel kibiców i fanatyk Lechii Gdańsk.  Napisał świetną książkę „Biało – Zielona Solidarność. O fenomenie politycznym kibiców gdańskiej Lechii 1981 – 1989” która stanowi wręcz nieocenione pokłady wiedzy o gdańskiej walce z komuną. Drugie jego dzieło opowiada o misji księdza… O jego miłości do Boga, wolności, kibiców, historii, młodzieży. Głównie dzięki księdzu Jarkowi i śp. Dufowi z Lechii są organizowane coroczne pielgrzymki kibicowskie do Częstochowy. Ja osobiście brałem udział w dwóch ostatnich i nie wyobrażam sobie mojej nieobecności w kolejnych. Dziękuję wam za to! Za te fantastyczne spotkania braci z całej Polski, za bycie razem, za natchnięcie się do walki ze złem tego świata, z komuną, złodziejstwem, nepotyzmem, lewactwem, pedalstwem… Wszelkim złem tego świata. Za kultywowanie pamięci o Żołnierzach Wyklętych, o Powstańcach, o Kresowiakach, o Polakach potrzebujących pomocy… Norwid powiedział kiedyś, że „Ojczyzna to wielki zbiorowy obowiązek” i ta właśnie myśl nam przyświeca, gdy razem się spotykamy na pielgrzymce w Częstochowie, w tym właśnie duchu napełniam się wiarą i „ładuję akumulatory” do kolejnego roku walki o lepszą Polskę. Nie jestem specjalnie religijny, ale muszę przyznać, że dzięki takim ludziom jak ks. Wąsowicz moje nastawienie do spraw wiary i religii mocno się zmieniło, chyba trudno o lepszą laurkę? Tak jak „święta w grudniu” czy „wakacje w lipcu” teraz też i „Częstochowa w styczniu” to stały punkt programu do końca życia mojego, bardzo długiego mam nadzieje, bo ogrom pracy jeszcze przede mną i mnogość ważnych czynów do spełnienia… Książka podzielona jest jakby na 3 części. Najpierw teksty historyczne, omawiające idee przyświecające księdzu na podstawie jego różnych wywiadów zamieszczanych w przeszłości. Potem „Sektor niebo” czyli wspomnienia o kibicach Lechii, którzy już odeszli. Jest tu między innymi o dwóch osobach które miałem przyjemność poznać za życia, czyli o Dufie i Haku…  Na końcu są kolejne wywiady księdza, tym razem dotyczące kibiców i medialnej nagonki na nich. Czyta się dobrze, książka chwilę czekała, aż się za nią wezmę, ale jak już chwyciłem, to w ciągu doby przeczytałem… Mam tylko jedną uwagę… ta niezwykle interesująca pozycja to jednak ciągle tylko zbiór wywiadów, esejów, własnych refleksji… Wymagania wzrastają, księdza stać na więcej… Oczekuję teraz dzieła beletrystycznego na miarę „Potopu”… Bo analogie do księdza Kordeckiego, rycerzy broniących Jasnej Góry czy złych prymitywnych najeźdźców błyskawicznie same się nasuwają… księże Jarku, do dzieła ;-) . W mojej ocenie 8/10, bardzo polecam! Aha! O tym, co napisane jest w „Mojej Polsce Kibolskiej” nie przeczytacie w „Wyborczej”, nie zobaczycie w TVN-ie… A przecież tam wiedzą najlepiej 8-) . Szczęść Boże dobrym chłopakom, dobrym wariatom i dobrym księżom!

moja polska

Apokalipsa-Odda_Dean-Koontz,images_big,31,978-83-7885-517-0

Apokalipsa Odda

Amerykański żyd, Dean Koontz, różnie pisze swoje książki. Jest mało stabilny jeżeli chodzi o poziom pisarski. Niektóre jego książki czytałem na bezdechu, były niesamowite, a inne z kolei długie i nudne. Lubię takie psychologiczne horrory albo psycho thrillery Koontza dziejące się w zakamarkach ludzkiej duszy… Tymczasem te książki o przygodach Odda, coś na pograniczu horroru i fantasy  podobają mi się średnio. Gościu ma pewne dziwne właściwości i co rusz widzi jakieś zjawy i rozwiązuje ich zagadki. Takie jakieś średnie to wszystko dla mnie, tymczasem seria o przygodach Odda cieszy się dużym powodzeniem, przez kilka tygodni było to na liście bestsellerów. Widać nie nadążam za gustami społeczeństwa, ot chociażby z ostatniej listy notowań w pierwszej czwórce są nadal dwie książki o Greyu. Czy społeczeństwo jest głupie, czy ja – ciężko powiedzieć. Ale i Greya nie mam zamiaru czytać, choć tak wysoko jest na liście bestsellerówb 8-) . Choć gdy byłem na tym w kinie, jeden pomysł mi się spodobał, a mianowicie ten z przepaską na oczy i… nieważne 8-) . To nie na temat. Kiedyś napiszę wielki poradnik erotyczny i dzień, w którym będzie on wydany…  No już dobrze. W każdym razie najnowsza książka Koontza mnie zbytnio nie rusza. 4/10 i czekam na lepsze dzieło tego autora.

Apokalipsa-Odda_Dean-Koontz,images_big,31,978-83-7885-517-0

szybcy

Szybcy i wściekli 7

Różnie to bywa z tymi filmami. Czasem trzeba, ku pokrzepieniu duszy obejrzeć wartościowe dzieło, typu „Bóg nie umarł”, a czasem trzeba się rozerwać, i o ile ciężko jest zrobić film wartościowy, z przesłaniem, o tyle film rozrywkowy w obecnych czasach zrobić jest bardzo ciężko. Nie wierzycie? To obejrzyjcie film „rozrywkowy” z Adamczykiem albo Foremniak. Zęby was rozbolą od tej rozrywki. O rozrywce europejskiej lub tej zza oceanu wolę już w ogóle nie wspominać. Kolejne klony „Och, Karol” czy „American Pie” powodują odruch wymiotny u osobnika z IQ przekraczającym intelekt suszarki do włosów… Ale można i bawić się z klasą. Coraz rzadziej, ale można. Nie oglądałem kolejnych części „Szybkich i wściekłych”, któraś z początkowych mignęła mi ostatnio w telewizji. Poszedłem, z nieodłącznym młodzieżowym głosem krytycznym, w postaci córki, do kina na film „Szybcy i wściekli 7”. Zachęciła mnie do tego reklama tego filmu, jak też fakt, że nic innego nie grali. Ostatnim czynnikiem motywującym był reżyser – James Wan. Gość, który zrobił moją ukochaną „Piłę”, „Naznaczonego” czy niesamowitą „Obecność”, nie mógł schrzanić roboty. Na początek już się uspokoiłem. Nie będę miał strat wynikłych z braku zaliczenia poprzednich części. Wszystko było wiadomo już po 15 pierwszych minutach. A więc złym będzie Jason Statham, którego bardzo lubię, gdyż leje po mordzie jak zwykły, nieco lepiej wyszkolony cham, a nie jak jakiś zasrany karateka, a cham (acz słodki, jak powiadają niektóre panie) to moje drugie imię. Pierwszego nie pamiętam. Czyli Stathama, jako tego złego ktoś będzie musiał obić? Nie widywałem takich obrazków zbyt wiele w filmach. Któż by mógł.. no tak, Vin Diesel i wszystko jasne. Tez sympatyczny. W ogóle nowożytni herosi amerykańskiego kina są fajniejsi i sympatyczniejsi od tych z epoki minionej. Mają ciut mniej masy mięśniowej od sympatycznych kretynów w postaci Schwarzeneggera czy Stallone, za to znacznie więcej do powiedzenia od „asta la vista bejbe” albo „I’ve be back” i jednak są bardziej życiowi, i fajniej się ich ogląda od tych starych… Patrzcie, to całkiem inaczej niż herosi naszej polityki, tu z kolei kretynizm dominuje z coraz większą mocą, a przygłupami życie polityczne obsadzone jest coraz mocniej, nie wierzycie to posłuchajcie przemów Komorowskiego czy Wałęsy. Wracajmy do filmu. Relaksujące, pełne napięcia kino akcji. Ludzie z połączenia gumy (sprawność) i tytanu (odporność) skaczą ze spadających w kaukaską przepaść autobusów prosto do hamujących akurat samochodów. Samochód rusza w Dubaju z wieżowca numer jeden, rozpędza się i lecąc w powietrzu wbija się do wieżowca numer 2, by kończyć w wieżowcu numer 3. Też drogą powietrzną. Wesoły humor sytuacyjny, całkiem niegłupie gagi. Gonitwy, ucieczki, skakanie pomiędzy pędzącymi samochodami. Pościg za autobusem w kaukazie wbija w fotel, Gonitwa drona strzelającego rakietami za autem w centrum metropolii świetna, a na koniec wracamy do klasyki. Stoi ten Statham, a Diesel naprzeciw niego z pistoletem. I tak wszyscy wiemy, że pistolet odrzuci, znamy to już od „Commanda” począwszy, no nie? No więc odrzuca. Chłopaki biorą cos po jakby 2 duże klucze francuskie i napierdzielają się, że aż miło. Uczta, panowie i panie dla oka. 150 milionów dolarów poszło na ten film. Mogliby rozpieprzyć jeden helikopter mniej i zrobić ten film za 149, a ten milion dać mi. Im by nie ubyło, a mnie by strasznie pomogło! Tymczasem tylu nie mam, ale może jakiś szalony bogacz przeczyta tą recenzję i zechce kupić moją stronę za milion dolarów? Dziwka nie jestem, za pieniądze nie daje, ale za milion… dolarów… ha ha ha. Reasumując. Jestem zadowolony. Rozrywka na najwyższym poziomie, piękne opalone laski, strzelaniny, pościgi, przyzwoite żarty, a wszystko to spięte w logiczną całość i dobrą grę sympatycznych aktorów. Nie bądźcie żydami, nie czekajcie aż będzie to w gazecie za 20 złotych. Ten film oglądany w zwykłej tv znacznie traci na wartości. Bardzo miłe popołudnie, daję bardzo mocne 8/10 i polecam udanie się do kina.

szybcy

Bóg

Bóg nie umarł

Filmy religijne, to, delikatnie rzecz biorąc, nie jest mój konik. Do wiary podchodzę z wielką obojętnością, jak i z wielkim szacunkiem, gdyż sam wierzę w różne dziwne rzeczy, nie bardziej realne, niż ukazanie się Matki Boskiej pastuszkom w Fatimie. Wierzę w przywrócenie pełnej godności, szacunku i miejsca pochówku bohaterom narodowym naszego kraju, np. powstańcom czy żołnierzom wyklętym. Równocześnie wierzę w pokazanie prawdy o bandytach i kryminalistach, o pośmiertne niekiedy choćby odebranie godności i praw publicznych zbrodniarzom pokroju Mazowieckiego, Jaruzelskiego, Wałęsy czy Michnika. Wierzę, ze zapanuje w moim ukochanym kraju szczerość, uczciwość i godność, a to dzięki sprawiedliwości społecznej, zmniejszeniu podatków i biurokracji. Ciągle w to wszystko wierzę i dlatego żyję, dlatego piszę. Także nawet najwięksi sceptycy muszą przyznać, że mój agnostycyzm nie wywodzi się z braku wiary w rzeczy pozornie nierealne, gdyż tej mam niewyczerpane pokłady wręcz, a z braku takiej potrzeby po prostu. Przypomniałem sobie jednak, ze zaliczyłem już jeden film religijny który bardzo mi przypadł do gustu, a mianowicie „Pasję” Mela Gibsona. Precedens był, a więc i teraz wybrałem się do kina z córką, nastawioną wręcz euforycznie do tego filmu. Głównym motywem filmu jest profesor – wykładowca na uniwersytecie, grany przez gościa, który wcześniej grał kiedyś Herkulesa… jaka zmiana image’u ;-) … Tenże profesor na wykładach z filozofii już na pierwszym spotkaniu ze studentami stosuje indoktrynację, mianowicie każe studentom napisać na kartce „Bóg umarł” po czym kartkę tę nakazuje oddać sobie do rąk własnych. Nie wszyscy stosują się do jego polecenia, student Josh mówi, iż kłóci się to z jego przekonaniami religijnymi i naciskom nie ulegnie, kartki nie podpisze. Zblazowany, pewny siebie, znakomicie przygotowany teoretycznie profesor wymyśla podstęp, który skazuje studenta na „pewną” porażkę. Wyzywa go na pojedynek intelektualny. Daje mu po 20 minut z trzech końcówek swoich wykładów na udowodnienie tezy, że jednak Bóg nie umarł. Zakład idzie o poważną stawkę, praktycznie o zaliczenie roku. Ten ich pojedynek to fantastyczna uczta dla uszu i oczu, nie padają żadne prostackie stwierdzenia, żadne obiegowe tezy, to raczej ekscytująca szermierka na zdania i poglądy największych filozofów, najwybitniejszych myślicieli. Bardzo mocne, bardzo dobre. Student wygrywa i nagle wszystko zaczyna się zmieniać. Losy 4 czy 5 postaci z filmu, wszystkich w jakiś sposób dotyczących wiary zaczynają się prostować, wyjaśniać – nie zawsze pozytywnie, bo np. znana dziennikarka – lewaczka doznaje olśnienia dopiero, gdy dostaje raka i dowiaduje się, że zostało jej kilka miesięcy życia, oraz jak na jej chorobę zareagowały „bliskie” jej osoby… Tu już poziom filmu nieco spada, zaczyna się lekka sztampa, wesołe piosenki religijne, kochany czarny pastor i robi się niebezpiecznie familijnie i słodko. Jednak generalnie gra gitara, padają słowa i zdania, które warto zapamiętać. „Bóg jest dobry? Tak, jest dobry”, i wszystko na temat. No cóż, ja się nie nawrócę, a to dlatego, że nie mam z czego, nigdy niczego nie negowałem, a jedynie olewałem temat. Do wczoraj, bo filmik ten zacny dla mnie to nie koniec tematu… Już słyszę ten rubaszny śmiech wszystkowiedzących cwaniaków, ale mam to w miejscu, gdzie słońce dochodzi nader rzadko. Wczoraj otrzymałem Znak. Po raz pierwszy zwątpiłem w swą nieomylność. Może to był Bóg, może Szatan, może Latający Potwór Spaghetti a może dowódca wahadłowca Enterprise (tego ze „Star Tracku”) wysadzający właśnie Elvisa Presleya na plaży nieopodal Helu…? Nie wiem kto to był, ale ktoś wielki i potężny i nie wdając się w prywatne kwestie, które nikogo nie interesują, otrzymałem wskazówkę, że robię dobrze, że warto próbować. Tak niewiarygodny splot okoliczności się nie zdarza, to nie mógł być przypadek. Dzięki Ci… nie jestem pewien, kim jesteś, ale wróciłem.  I’ll be back, jak mawiał terminator Schwarzenegger. Wszystko się odwróciło o co najmniej 90 stopni, i nieważne, jak się skończy. Wróciła nadzieja. A film? Miało być 8, ale za sprzężenie z tym głosem, który do mnie doszedł, którego znaczenie pojąłem, daję punkcik bonusu. 9/10 i zapraszam do kin. Chociaż nie ma tam gołych dup, choć nikt nie strzela seriami z Kałasznikowa, choć nie ma salw śmiechu „ha ha zesrał się a potem w to wywrócił”, czy rozpierduchy Nowego Jorku w 3D za pomocą Godzilli – idźcie do kina, jeśli chcecie coś sobą reprezentować. Koniecznie. Teraz i na wieki wieków, amen :-) .

Skoro już wzniosłem się trochę „ponad poziomy” to już po raz kolejny, acz tym razem całkiem ostateczny, informuję o zakończeniu dopuszczania do wglądu waszych durnych komentarzy, dotyczących prywatnych osób. X w ostatnim z nich poruszył temat rodziny swych adwersarzy i spraw prywatnych, nie dotyczących zagadnienia, ty, wojujący katolik, takie teksty…? Napij się zimnej wody chłopie i odpocznij. Chrześcijaninie ty nasz… Nie licuje to trochę, co? A wy, anonimowe leszcze (nie dotyczy ducha) też trzymajcie ryje krótko, bo nigdzie was nie ma, zasad się nie trzymacie, a się sracie. I tak go nie przegadacie, bo to bydlę, ale wyszczekane. Za wami wszystkimi prawie ciągnie się smród, tyle że za X zachowań niegodnych, ale PRYWATNYCH, jeździłem z nim kilkanaście lat na mecze i NA MECZACH nie zauważyłem nic niegodnego w jego zachowaniu, co mówię publicznie. Jego megalomania i świadomość (nie do końca uzasadniona) swej wielkości i nieomylności sprawiła, że i ja nie chce go widzieć na meczach Bałtyku, ale nigdy mu nie zamknę drogi do pisania czy wyrażania opinii u mnie, bo zachował się kiedyś jak ch… wobec kibiców Bałtyku i przegiął, gdy popisał bzdury po kraju, ale jednak zasad chuligańskich się trzyma, a do powiedzenia ma więcej, niż wy wszyscy, może nawet więcej niż ja, co rzadko zdarza mi się stwierdzić. A wy oczyśćcie najpierw nasze sprawy do końca, bo z frajernią się trzymacie i ukrywacie pewnych frajerów w tłumie i to są fakty, wasz plus że sytuacja jest taka, że nikt nie miał przypału, nikt nie siedzi i niby się rozeszło, ale tylko niby, bo dopóki Łysy żyje, to Bałtyk czysty albo żaden, i ja też nie spocznę, dopóki sprawa się nie wyjaśni. To, że się upiekło nie spowoduje, że będę zamiatał gówna pod dywan, bo kibice to nie dziennikarze, biurokraci czy politycy, którymi tak gardzimy. Czyste serca i spokój w głowie oraz zasady na 100%. Nie na 99, to zbyt mało. I nigdy Bałtyk nie będzie czysty i wielki, dopóki spraw z przeszłości nie załatwimy. Czy ma to być jak u Limahla „Never Ending Story”  czy ogarniamy się wszyscy, zamiatamy, a za kilka miesięcy, razem,  rozp…my resztę Polski? Mam wiarę, że możemy to zrobić, tylko się ogarnijcie, bo zegar bije jak jebnięty, uwierzcie starszemu panu po przejściach. Czas się kończy. Ku chwale Wielkiego Bałtyku! Oczywiście na każdy inny temat, konstruktywne bądź nie uwagi, byle bez wulgaryzmów, puszczam, nie wnikając nawet w treść zbytnio.  To na tyle…

Bóg

body

Body / Ciało

Polski film, nie dla fanów rozpierduch 3D, strzelanin, erotyki  czy pościgów. Cyniczny prokurator, grany przez Gajosa, to gość, dla którego śmierć to po prostu praca, co chwila ma z nią do czynienia, nie rusza go ani wisielec nad rzeką, ani zwłoki noworodka w publicznej toalecie. Jedynie w kwestii osobistej jest inaczej – nie do końca może się pozbierać po śmierci żony, choć nastąpiła ona już 6 lat temu. Wspomnienia najczęściej topi w wódce. Jego córka, brzydka anorektyczka mająca na koncie próby samobójcze jest ciekawie zagrana przez debiutującą Suwałę. Trzecią z najważniejszych postaci filmu jest terapeutka Suwały, grana przez Maję Ostaszewską. Poza życiem zawodowym jest ona też medium… Pewnego dnia oświadcza Gajosowi, iż jego żona próbuje się z nim skontaktować z zaświatów. Prokurator , stuprocentowy pragmatyk musi zweryfikować swoje poglądy w kwestii życia i śmierci, jego córka również.  Rzeczywiście, zgodnie z tytułem jest to opowieść o ciele, jego forma zarówno realistyczna jak i metafizyczna przedstawiona jest nader dokładnie. Dość ciekawy jest to film, nie pozbawiony ironii, gorzkiego humoru, odrobiny sarkazmu. Jest to wszystko dość ciekawie podane, film zdecydowanie do obejrzenia, zakończenie… no tez zaskakujące. Całkiem dobry film, 6/10 w mojej skali.

body

snajper

Snajper

Amerykańskim filmom zbytnio ufać nie można, na ogół są to gnioty, kręcone ku uciesze prostej amerykańskiej gawiedzi. Czasem mimo świadomości nędzy intelektualnej, oglądamy filmy Made in USA dla efektów specjalnych. Dzięki świadomości wysokości budżetu poświęconego na daną produkcję,  z góry można wiedzieć, w jakim dziele należy ich się spodziewać. Na szczęście są wyjątki. Na szczęście jest Clint Eastwood. Doskonały jako aktor, doskonały jako reżyser. Jeden z ostatnich amerykańskich kowbojów, konserwatysta z klasą. Film jest oparty na faktach. Chris Kyle, wysłany do Iraku jako członek Navy  SEALs jest snajperem i jego zadaniem jest ochrona towarzyszy broni. Jest niewiarygodnym snajperem, dzięki swemu celnemu oku ratuje setki żołnierzy, kładąc dziesiątki terrorystów trupem. Zyskuje sławę nie tylko w swoich szeregach, ale i za linią wroga, gdzie wyznaczono nagrodę za jego głowę.  Równie ważnym wyzwaniem co służba w armii jest dla Kyle’a  utrzymanie swej rodziny, ciężko jest być jej głową, jeżdżąc na 9-miesięczne misje w strefę wojny w Iraku. Pełne 4 tury Kyle odbywa w Iraku, w końcu zostawia wojnę za sobą i wraca na łono rodziny. Niestety, wojna nie zostawia jego…  Eastwood nie bawi się w moralizatorstwo, patos, oczywiście nie bawi się tez w potępianie okrucieństw wojny ani inne pacyfistyczne brednie. Mocny film, sceny walk miejskich w Iraku ogląda się na bezdechu, ale i od scen dziejących się w spokojnej amerykańskiej scenerii, też ciężko oderwać oczy. I kiedy wydaje się, że oto w końcu wszystko się wyjaśniło… ale nie będę tu spojlerować. Bardzo dobry film, nie oglądajcie „tańca z Gwiazdami”, lepiej idźcie do kina. Zdecydowanie warto! Aha – a Bradley Cooper na pewno nie zostanie na zawsze zapamiętany tylko jako ten od „Kac Vegas”. Dobra rola! Ocena moja to 9/10.

snajper

disco

Disco Polo

Na film „Disco Polo” poszedłem z ciekawością. Nie to, żebym słuchał tego, gdyż wolę muzykę. Fascynujący jednak jest boom, jaki ogarnął Polskę na początku lat 90-tych na ten chłam. Mokasyny z plecionką, szeleszczące dresy z ortalionu, wyjazdy do „Aldiego” po towar. Kantory walut, Wałęsa u steru rządu i właśnie ono – disco polo. Początek lat 90-tych – Królestwo tandety, hegemonia kiczu. We wszystkich punktach, które wymieniłem… Na rynkach łóżka polowe, u bogatszych szczęki. Z co piątego stoiska z przenośnego bumboxa rozbrzmiewały dźwięki disco polo… Liczyłem na podniesienie tematu tego fenomenu. Tysiące…? Gdzie tam… miliony sprzedanych  kaset, w tym 90% wyroby pirackie. Powstające zespoły jak grzyby po deszczu. Fanatic… Akcent… Boys… Top One…Bayer Full… Shazza… Dramatyczny poziom wokalny, instrumentalny, techniczny nagranych utworów. A jednak brali… Ponoć zarzewiem popularności tej twórczości było Podlasie, stolicą Białystok. Wielkie imprezy w popegeerowskich stodołach, remizach i na placach. Tysiące słuchaczy, pierwsze wytwórnie płytowe, bajeczne zarobki gwiazd z tamtych lat… mimo piractwa! Potem muzyka disco polo może nie umiera, ale jakby zapada w letarg na lat kilka, mega obciachem jest w towarzystwie przyznanie się do słuchania tego badziewia… I kolejny triumfalny powrót, który w zasadzie trwa od ok. 5 lat, niezmiennie do dzisiaj. To wszystko jest ciekawe, chętnie bym obejrzał konkretny film, na ten właśnie temat. Nie dane mi było. Niby film o tym wszystkim jest, ale kiepsko zrobiony. Niby młodzi ludzie chcą zrobić karierę i uciekają ze swojej wiochy grać disco polo, ale reżyser spieprzył temat. Jest na siłę robiona komedia, bohaterzy rozmarzeni, co rusz oglądamy ich wizje i fantazje. Reżyser się uparł , żeby kinem co chwile wstrząsały salwy śmiechu, ale że żarty z dolnej półki, to wstrząsały salwy ziewu co najwyżej. Szkoda że film ten skończył się w fazie pomysłu, mogłem siedzieć w domu, albo iść na basen, ta sama cena, a korzystniej dla zdrowia. Parę śmiesznych epizodów, przyzwoita gra Ogrodnika i niezbyt ciekawa Kota na przykład – niedawno po raz pierwszy w życiu spodobała mi się jego rola,  w filmie „Bogowie”, wrócił błyskawicznie do nędznej formy. Zostańcie w domach, ocena 3/10.

PS: A teraz specjalnie dla was nowa aranżacja tekstu starego przeboju zespołu Fanatic!!!!!  8-)

Rzeki przepłynąłem, góry pokonałem

W pierwszej lidze Bałtyk bardzo ujrzeć chciałem!

Gówno z tego wyszło, moja wielka strata

Będę dalej jeździł – aż do końca świata…

disco

Polska Noc Kabaretowa 2015

We wczorajszą sobotę dopiero po raz drugi w życiu zobaczyłem kabaret na żywo. Po raz pierwszy z kolei pojawiłem się w Ergo Arenie na pograniczu Gdańska i Sopotu. Nawet tam ładnie, muszę przyznać. W miłym damskim towarzystwie, tuż przed 20 zasiadłem na swoim miejscu, w oczekiwaniu na widowisko o nazwie Polska Noc kabaretowa 2015. Na scenę weszli goście znani jako Kabaret Skeczów Męczących i próbowali rozruszać publiczność, której było sporo, na moje oko ze 4.000 ludzi. Szło im średnio. Potem na scenę wkroczył Ireneusz Krosny, zabawny mim, którego popisy zawsze lubiłem oglądać. Wczorajszy jego występ oceniam średnio, aż do ostatniej scenki, którą nazwał „Ewolucje taneczne”. To było bardzo zabawne, po raz pierwszy tego wieczoru konkretnie się rozbawiłem. Potem na scenę wkroczył kabaret „Nowaki” , który jako jedyny łączył wczorajszy wieczór z moim debiutem kabaretowym, albowiem półtora roku temu w Świnoujściu też miałem przyjemność ich widzieć. Było całkiem nieźle, scenka rodzajowa z posępną, małomówną teściową z siekierą w ręku konwersującą ze swym umierającym ze strachu zięciem – dobra. Nastąpiła 15 – minutowa przerwa, po czym scenę zajął „Kabaret Moralnego Niepokoju”, przez wielu uważany za numer 1 w Polsce i chyba nie bez racji. Ja nawet nie znam nazwisk tych wszystkich kabareciarzy, znam ich z jakiś przebłysków z telewizji, ale było bardzo śmiesznie, a ten gościu, którego znam z telewizji, to urodzony żartowniś, autentycznie zabawny, a skecz w którym ten facet prowadził teleturniej był bardzo śmieszny, rzadko się śmieję przy oglądaniu takich popisów, a tu naprawdę było super. Na koniec wkroczył tez szeroko znany kabaret „Paranienormalni” i było już nie aż tak śmiesznie, jak chwilę wcześniej, ale wciąż jeszcze dobrze. Szacun dla tegoż kabaretu za odwagę, w pewnej chwili postawili na całkowitą improwizację, pletli co im ślina na język przyniosła, widać było w tym brak reżyserii i trzeba powiedzieć, że dawali radę! Generalnie było fajnie, lekko się odprężyłem i absolutnie nie żałuję mojej wyprawy do Trójmiasta, jak też 50 złotych wydanych na bilet. Nagłośnienie w Ergo Arenie jest niezłe, widoczność dobra, zimno nie było. Trochę lipa była w przerwie, poza toaletą nie było co ze sobą zrobić, przejścia pozamykane, zero cateringu i nieco głupkowata ochrona, ale nie na tyle, żeby to było kłopotliwe.  Sorry za zdjęcia niezbyt wysokiej jakości, mam aparat jaki mam, do sceny było daleko. Gdyby ktoś mi sprezentował jakiś lepszy, to wyjątkowo przyjmę 8-)  . Udany wieczór!

Foto 021

Foto 024Foto 030

50 twarzy

Pięćdziesiąt twarzy Greya

Książka, na podstawie której powstał film, była tak przerażająco nudna, że podczas ziewania mało szczęka mi nie wypadła i po ok. 40 stronach dałem sobie spokój. Widać, tępy cham jestem, bo przecież ta właśnie książka osiągnęła oszałamiający sukces, no i doczekała się ekranizacji. Nie ma w moim mieście ciekawych widowisk sportowych, teatru czy innego miejsca, gdzie chcący się ukulturalnić cham mógłby się udać, toteż udałem się do kina, a że wyboru w seansach nie było żadnego, zaliczyłem premierę walentynkową melodramatu o Greyu… No film był łatwiej strawny niż książka. Sprawnie nakręcony, nie dłużył się. Odtwórczyni głównej roli – Dakota Johnson – śliczniutka, aż przyjemnie popatrzeć. Studentka literatury poznaje młodego, a już strasznie bogatego miliardera. Zaczyna ich łączyć dziwna więź, albowiem w kwestiach seksualnych miły i przyjemny wizualnie Grey skrywa mroczną tajemnicę swych nietypowych zachowań erotycznych… To może ja napiszę normalnie. Grey jest zdrowo szurnięty, a pisze o tym redaktor, który też nie jest z pierwszej łapanki, he he he.  „pokój zabaw” Greya to coś jak sala tortur w średniowiecznym zamku, a umowa dotycząca sexu z 1500 punktami do omówienia to trzeba przyznać, wystarczający dowód „szurnięcia” Greya i tak szczerze to powstawanie jakiejś tam fascynacji tym światem nazwijmy go sado – maso jest dla mnie lipne i niezbyt prawdziwe, ale co ja wiem o ukrytych pragnieniach kobiet? Generalnie dla mnie temt dęty, ot jakby specjalnie wymyślony na walentynki. Weźcie na ten film swoją kobietę, 2 browary i puszkę orzeszków, da się obejrzeć bez większych cierpień, wspominać latami też tego filmu nie będziecie. A więc 4/10, choć być może rozmarzona, romantyczna przedstawicielka płci pięknej dałaby temu filmowi znacznie lepszą notę. Ja niestety zostaję przy swojej.

50 twarzy

Przebudzenie

Przebudzenie

Najnowsza książka Stephena Kinga to mroczny horror „Przebudzenie”.  Powiem wprost i od razu: Mistrz jest w wielkiej formie. Nie każda książka mu wychodzi idealnie, jednak „Przebudzenie” wciąga, niepokoi, zaskakuje, by na końcu, najzwyczajniej w świecie przerazić. Generalnie treść „Przebudzenia” to splatające się losy dwóch osób. Jamie, który na początku powieści jest 13 – letnim chłopcem, oraz charyzmatyczny pastor, Charlie Jacobs. Jamie traci większość swojej rodziny, staje się z czasem średniej klasy muzykiem rockowym, uzależnionym od heroiny. Pastor Jacobs porzuca z kolei służenie Bogu w momencie, w którym w tragiczny sposób traci za jednym zamachem swą żonę i dziecko. Drogi ich się rozstają, ale po kilku latach nieoczekiwanie, przypadkiem łączą. Jacobs zajmuje się kuglarskimi sztuczkami w wesołym miasteczku, fascynując się wykorzystaniem do swoich sztuczek, jak też pewnych, tajemniczych eksperymentów prądu. Za pomocą jednego z nich odzwyczaja Jamiego od heroiny, po czym załatwia mu pracę u znajomego impresaria muzycznego, po czym… znika. Kolejne spotkania tych obu przynoszą coraz bardziej niesamowite rozstrzygnięcia, chwilę przed końcem powieści już wiadomo, że nie będzie to powieść obyczajowa, a straszna i niesamowita historia. Kinga wyróżnia to, że choćbyś był mistrzem dedukcji i zesrał się na rzadko, nie odgadniesz zakończenia, nie trafisz co „autor miał na myśli” zanim sam nie zechce cię łaskawie z owymi myślami zapoznać. Powiem tylko tyle: Zło czai się za progiem, koniecznie przeczytajcie „Przebudzenie”, by poznać niebanalne zakończenie tej pozornie zwykłej historii. Nie trzeba wiele się wysilać, wystarczy zacząć czytać, na pewno potem nie będziecie w stanie oderwać się od lektury. W mojej ocenie 9/10.

Przebudzenie