Publicystyka

bedac w cieniu 3

Będąc w cieniu

Sytuacja się zmienia jak w kalejdoskopie, zarówno w życiu prywatnym, jak i kibicowskim, czyli w pewnym sensie – służbowym. Życiem swym prywatnym wątłej jakości epatować tu nikogo nie mam zamiaru, choć nie bez wpływu ono jest na moje pisanie w „Wolnej Polsce”… Tak to bywa, że myślałem, że uzyskując wolność, będę miał mnóstwo wolnego czasu, i artykuł w „WP” będzie szedł jeden za drugim i kolejnym poganiał. Nie poszło tak na razie, i przynajmniej ze dwa tygodnie jeszcze nie pójdzie… Zajęty teraz jestem, mógłbym wam rzec, i to dość poważnie. Uwolnienie się od pewnych demonów otworzyło kilka furtek w mojej percepcji, Jak już się otworzyły, trzeba zajrzeć co dalej… Pewnie prowadzą na manowce, ale nie zajrzę – to się nie dowiem. Do końca lutego, tego najkrótszego i oby nie najzimniejszego miesiąca roku, wiele się wyjaśni. Tymczasem muszę uważać. Znów na mnie doniesiono. Znów mnie oskarża się o rasizm. Milicja państwowa, niczym w utworze Rezystencji – szykuje się do skoku. Bzdurne to oskarżenie, wyssane całkowicie z palca, gdyż nigdy nie byłem orędownikiem niszczenia ludzi, karania, dręczenia czy jakiejkolwiek segregacji rasowej ze względu na kolor skóry czy pochodzenie… Oczywiście nie lubię Żydów na ten przykład, ale nie dlatego, że noszą pejsy czy jarmułki, tylko dlatego że są to bardzo źli ludzie i kolor skóry nie ma tu nic do rzeczy. Tak samo krytykuję Rosjan, Niemców i np. rząd Polski, gdzie kwestie rasowe raczej odpadają, wyglądają tak samo jak i ja. Głupcem jest ten, kto tego nie rozumie, głupcem jest ten, kto próbuje mnie usadzić. No cóż, jak mawiał Antoni Kosiba w „Znachorze” – więzienie też dla ludzi, ale lepiej tam nie trafiać… Boicie się mojego języka, boicie się mnie czytać, to będę underground, zejdę do podziemia i nie będziecie wiedzieli nic… Konfidenci strzelający z ucha, bojący się powiedzieć wprost – ile lat jeszcze będę borykał się z takimi problemami… Rzadsze może być moje pisanie na łamach „Wolnej Polski” z kilku innych powodów… Jeszcze nie wiem co ze mną będzie się działo od początku rundy wiosennej. Czy w roku 2015 zaliczę komplet wyjazdów i znów będę wszędzie tam, gdzie Bałtyk gra, czy też przestanę jeździć całkowicie – nie wiem jeszcze, doprawdy. Planuję tzw. deal życia i jeśli on wypali, może się zdarzyć, że zniknę całkowicie z firmamentu aktywnych kibiców, przejdę do strefy cienia… Może zniknę z życia ogólnego w tej formie prawie całkowicie, ale sprawa o której pisze jest mocno niepewna i znając życie, zobaczymy się jednak 7 marca na rezerwach Lechii… Czas jednak ruszyć konkretnie z planowanym już od dawna projektem, więc mimo jeżdżenia na wyjazdy i ciągłej walki może być tak jednak, że pisał będę rzadziej, bo pisać też będę całkiem coś innego jednocześnie… zobaczymy, wszystko zobaczymy, ale chyba będę w cieniu dotychczasowej działalności mojej trochę, i artykuły będą, ale rzadziej. Wolna Polska nie zginie prędko, ale czas najwyższy ruszyć w końcu z projektem będącym niejako podsumowaniem życia, a właściwie tej jego ważniejszej części, aktywnej bym powiedział. Bo jaka aktywność mnie czeka za 10 lat? Geriavit Pharmaton pity regularnie plus zestaw tabletek łykanych rano i wieczorem? Balkonik ułatwiający poruszanie się w połączeniu z niezbędnymi karteczkami ze wskazówkami rozwieszonymi po mieszkaniu…? „Pamiętaj zakręcić kurki od gazu…” „Nie otwieraj obcym…” „Tabletki na głowę w drugiej szufladzie biurka…” Wczesne stadium Alzheimera tak właśnie wygląda, w późniejszym już karteczki nie wystarczą, musi być opieka 24 godziny na dobę. Skąd wiadomo że to właśnie mnie nie czeka?  Nie prowadzę szczególnie wyniszczającego trybu życia, ale i też przesadnie zdrowego, Zresztą jakie to wszystko ma znaczenie. Siądzie bania i co z tego, że wódki nie piję, albo co dzień biegam, robię brzuszki i przysiady? Będę w świetnej kondycji fizycznej, a wjeżdżając do Lęborka będę pytał o statuę wolności pewny, że akurat jestem w Nowym Jorku? Wszystko to jest bardziej możliwe, niż by się mogło wydawać, za to, że teraz mam całkiem mocne psycho zapłacić mogę podwójnie… trach… i problem burzy mózgów, tysięcy artykułów do napisania zamieni się w problem prawidłowego wypróżnienia w pieluchy, regularnego i nie na boki… Nikt nie wie co mu jest pisane, a ja 19, 25 czy nawet 33 lata miałem już dawno temu, zegar bije, świeczka życia maleje, końcówka banderoli się zbliża. Nie chcąc odejść w niebyt i zapomnienie projekty swoje trzeba realizować, ogarnąć się i wziąć za siebie.  Nie oznacza to jednak, że rezygnuję z kibicowania, pięknych kobiet czy jakiejkolwiek pracy twórczej, po prostu z regularnym pisaniem w „Wolnej Polsce” różnie może być i o to właśnie mi dzisiaj chodzi. Następny artykuł jednak będzie szybko dość raczej, bo właśnie słucham pewnej pięknej płyty i kolejną książkę czytam, jednakże od teraz będąc hmmm w  lekkim cieniu o wszystkim będę was informował. Ostatnim powodem zmniejszenia aktywności kibicowskiej będzie zwiększenie aktywności patriotycznej, zbyt mało osób w tym kraju dba o pamięć o powstańcach warszawskich, o żołnierzach wyklętych, o orlętach lwowskich, o powstaniach wszelakich, ktoś się musi wziąć i za to… Wszystko dowiem się niebawem, do końca zimy jeszcze trochę zostało, czekam szczególnie na sygnał od… nieważne. Do wrogów moich, których jak widzę, namnożyło się ostatnimi czasy trochę, radzę jednak nie cieszyć się zbytnio. Będąc w cieniu będę tak samo groźny i czujny, może nawet bardziej niż zwykle,  i gotów jestem, aby skoczyć wam na kark i skręcić łeb jednym ruchem. Uważajcie…

bedac w cieniu 3

owsiak

Odwrócone role

Czasem, jak tak patrzę i słucham wieści zewsząd… Kiedy w uszach dudni nachalna, prymitywna, żenująca lecz… skuteczna propaganda medialna, wszystkiego się odechciewa. Bo tu człowiek się stara poruszyć sumienie, szermować argumentami, wychowywać młodzież, a tu tymczasem wali się podstawa wiedzy jakiejkolwiek, brak punktu wyjścia… Dzieje się tak dlatego, gdyż macherzy od urabiania medialnego społeczeństwa  serwują nam odwrócenie najważniejszych, podstawowych pojęć. Zakłamanie żydowsko – ubeckiej  telewizji, przekracza wszelkie dopuszczalne normy, niczym stężenie promieniotwórcze po awarii w Czarnobylu. Straszne jest to wszystko, bo ludzie wolniejsi w myśleniu, mniej samodzielni, nie potrafiący wyciągać wniosków z dziejących się wydarzeń, skazani są na tępą, chamską indoktrynację, no i oczywiście w znakomitej większości jej ulegają. Stąd mamy społeczeństwo, jakie mamy. Weźmy pod uwagę kilka wydarzeń z ostatnich dni… Wróćmy do zamachu w redakcji francuskiego tygodnika satyrycznego, gdzie arabscy zamachowcy zastrzelili, jeśli się nie mylę, 12 osób. Francuskie lewaki sprytnie wykorzystały koniunkturę po tym zamachu, nagle cały świat gorzko zaczął utyskiwać na ograniczanie wolności słowa i na terrorystów. Prawda jest taka, że terroryści robiący rzezie wśród ludzi powinni być natychmiastowo i bezwzględnie eliminowani, najwyższy czas na przywrócenie kary śmierci, bo przewlekłe, zbiurokratyzowane sądy, niskie kary i deporty, fanatycznych islamistów nie wystraszą. Rację miał Korwin Mikke, który chyba jako jedyny w tym euro parlamencie nie boi się mówić tego, co myśli i właśnie znów oburzył europedalskie gremium, o owej karze śmierci wspominając… W trakcie minuty ciszy za pomordowanych lewaków. Dobry jest, heh… Ale ja zmierzam do czego innego. Afera się zrobiła, rozgorzała dyskusja, tymczasem umknęło ludziom w tym wszystkim (i o to właśnie lewakom europejskim chodziło) kto, i za co, został tak okrutnie przez muzułmanów ukarany. A to ważne! Zaatakowana redakcja to było lewackie ścierwo, gówno atakujące wszelkie duchowe wartości ludzkie, jak wiara, przekonania, zasady, wartości… Francuskie lewicowe pedzie myślały, że są zabawne robiąc rysunki satyryczne przedstawiające w różnych zboczonych, wynaturzonych sytuacjach np. Mahometa czy papieża. Katolików wolno bezkarnie lżyć i obrażać do woli, dlatego nikt nie reagował na rysunki papieża w trakcie pocałunku z języczkiem z jakimś innym duchownym, czy zakonnice masturbujące się krucyfiksami. Na katolików można wszystko, bo przecież, k…wa,  „wolność słowa” oraz „nie bądźmy ciemnogrodem”. Tymczasem Araby nie mają TVN-u, ani „Wyborczej” i się wk…li tak zwyczajnie, jak normalni ludzie, którzy bez powodu są wyszydzani i obrażani, którym się publicznie lży i znieważa to, co dla nich najświętsze. Pojechali i zrobili rozp…l. I niestety, ale w konfrontacji araby – spedalone lewaki pochodzenia hebrajskiego jestem po stronie arabuchów… Albo może nie tyle po ich stronie, co raczej bym powiedział – rozumiem motywy ich działania. Usunęli padlinę, sami zginęli – jak dla mnie wszystko dobrze się skończyło, a przynajmniej tak, jak należy. Nikt dobry w tej konfrontacji nie ucierpiał, zginęło samo zło. Francuzi, kretyński naród, sami sobie zarazę ściągnęli w postaci tabunów arabów i czarnuchów, a teraz beczą. Im więcej takich rzezi i zamachów, tym prędzej Europa się obudzi i zacznie działać… Nastąpiło tu tytułowe odwrócenie pojęć, ze szmatławca, przy poziomie którego „Nie” Urbana jawi się jako przyzwoity opiniotwórczy tygodnik, robi się trampolinę medialną uciśnionych, którzy zginęli za swe poglądy. Tymczasem lewaki europejskie, w szczególności zdegenerowane żabojady otrzymały czytelny sygnał, że są granice, których się nie przekracza. I jakkolwiek terroru nie popieram, co nie raz już pisałem, to też żalu za zabitymi we mnie nie ma żadnego.

Kolejny przykład odwrócenia pojęć mieliśmy z okazji pogrzebu Oleksego. Ten zły człowiek, fatalny premier, szpieg, konfident i komunista oczywiście był chowany z honorami państwowymi. Gościu który lizał tyłki Ruskim, donosił im na obywateli własnego kraju, przeżywał też moment szczerości. Było to w momencie, gdy nachlany gorzałą opowiadał u Gudzowatego na temat swojego, heh, przyjaciela Kwaśniewskiego, jakimś to on jest drobnym krętaczem i oszustem. Swoją drogą dobrze mieć takiego przyjaciela, któremu wystarczy dać dobrego trunku do opicia się (nie wątpię że w barku u Gudzowatego były trunki najlepsze z najlepszych) żeby sypał jak złoto. Przykre to, chociaż chodziło o kolejną personę, której nie trawię, to wiem jak to jest, gdy ktoś zaufany nachleje się, i w ramach jakiejś wyimaginowanej zemsty, tudzież pijackich imaginacji,  pruje się publicznie z wszystkich waszych tajemnic osobistych, gdy o tak żałosne zachowanie osoby dotąd wam bliskiej, w życiu byście nie podejrzewali. Nie dalej jak w ostatniego Sylwestra takiej sytuacji doświadczyłem i jestem już spokojny przynajmniej w kwestii zaufania, a mianowicie że nie można ufać żadnej przedstawicielce płci pięknej, i przynajmniej połowie przedstawicieli płci brzydkiej. No ale to nieistotna dygresja osobista, dobrze że człowiek nie jest rurą ani konfidentem i tak naprawdę nawet gdy będę zdradzony w 100%, to najwyżej wstydu trochę będzie publicznego, każdy ma coś dziwnego w swoim zanadrzu… Ale papierów ani zeznań znikąd na mnie nie wyciągną i to jest esencją życia porządnego człowieka. Żyć tak, abyś się nie bał, że ktoś wyciągnie stare czy nowe papiery na ciebie. Wracając do Oleksego – ani mnie to specjalnie ziębi ani grzeje, jak ta kanalia, w jaki sposób jest chowana. Za życia podobnie jak wielu innych nie był rozliczony, nikt mu rachunku krzywd i zbrodni nie przedstawił, co mi teraz, po jego śmierci…? Czy kogokolwiek ze zbrodniarzy i bandytów komunistycznych damy radę rozliczyć za ich żywota…? Zapewne nie, smutne to, i nie napawa optymizmem.

Ostatnim już przykładem odwrócenia pojęć, kłamstw medialnych i robienia debili ze społeczeństwa jest ten król żebraków, jąkający się pajac z syndromem Piotrusia Pana, Owsiak. Ten cwany gangster zbierający kasę  z żebrania dzieci po ulicach, bierze co swoje, gdyż kariera jego powoli dobiega końca. Traci już nasz Jurek jąkała rezon i pewność siebie coraz częściej. Król medialny, żerujący na darmowej współpracy z państwem polskim, za która my podatnicy, chcąc czy nie chcąc płacimy kolosalne kwoty. Czas antenowy, angażowanie w kwestowanie Owsiaka służb publicznych typu milicja, straż pożarna itp., wychodzące na jaw różne śmierdzące sprawy naruszają nieco parasol ochronny tkwiący dotychczas nad zbójem Owsiakiem, odzierają go powoli z nimbu nietykalności, który dotąd w koło niego istniał. Przegrana sprawa w sądzie, brak rozliczeń finansowych, niejasne przelewanie kasy na jakieś mocno podejrzane spółki, niejasny zysk – znacznie mniejszy niż mawiano w mediach – ze zbiórek, oraz mnóstwo innych spraw, których nie chce mi się wymieniać powoduje, że Owsiak jest tym, kim go mianowałem już wiele lat temu, szkoda że tyle trzeba było czasu, by prawda wyszła na jaw.  Wspomnicie moje słowa, że jeszcze parę spraw wyjdzie na jaw i Owsiak skończy w kryminale jako zwykły, pospolity złodziej, a WOŚP przestanie grać już za rok… najdalej za dwa. A ja po raz kolejny namawiam was, byście zaczęli myśleć samodzielnie, bo niestety – jak widać na podstawie tych trzech pierwszych z brzegu przykładów – z mediów publicznych prawdy się nie dowiecie…

owsiak

VII Pielgrzymka Kibicowska na Jasną Górę

Ta pielgrzymka, siódma z kolei, a w moim wykonaniu druga, była dla mnie szczególna. Szczególna dlatego, gdyż chęć uczestniczenia w niej wyraziła moja córka. Cóż może być  przyjemniejszego dla ojca – patrioty? A fakt faktem, 14 lat to już idealny wiek, by konkretnie edukować się w tej kwestii. Niestety w piątek zaczęła mnie brać choroba, chyba jakaś komusza zaraza mnie dopadła…  Wsiadłem w pociąg, w Gdańsku dosiadła się moja córka w barwach Lechii i jedziemy. To był fajny pociąg, bo bezpośredni, w Częstochowie byliśmy o 6.35 rano. Wraz z nami wysiadło kilkunastu kibiców Anwilu Włocławek.  Drobne śniadanie w Mc Donaldzie i na hotel. Wszystko mnie bolało, musiałem się na chwilę położyć. W końcu się ogarniamy i idziemy w stronę Jasnej Góry. Tutaj spotykamy mnóstwo kibiców z całej Polski, jak też kolegów z Bałtyku Gdynia. Połączenie starej gwardii z kategorią „C” dało nam liczbę 10 osób z Bałtyku na tej pielgrzymce. W południe rozpoczęła się msza, w której ksiądz pięknie mówił o sytuacji kibiców, kontaktach na linii kibice – kościół, oraz przekazaniu nam Testamentu Polski Walczącej. Niestety, po godzinie stania podczas mszy zawirowało mi w głowie, poczułem słodkość w pysku i słabość w nogach. Musiałem natychmiast wyjść, aby nie zemdleć. Kolega mnie odprowadził do baru, gdzie zjadłem coś ciepłego, zażyłem leki i trochę mi się poprawiło. Niestety przez to ominęło mnie poświęcenie flag i szali. Chwila przerwy i w sali imienia Kordeckiego rozpoczął się wykład Tadeusza Płużańskiego, pisarza, syna żołnierza wyklętego, dręczonego przez ruskie władze po wojnie. To było bardzo ciekawe, pan Tadeusz opowiadał o paradoksach życia w dzisiejszych czasach, wymieniał nazwiska bandytów i morderców, którzy po dziś dzień żyją w luksusach, dożywając 90 roku życia niekiedy. Jeżeli jednak umrą, to mimo iż są zbrodniarzami, a czyny ich są w pełni udokumentowane, są chowani z honorami wojskowymi, jak np. Jaruzelski czy Krzyżanowski – koszaliński ubek, który skazał Inkę na śmierć, a sam zmarł przez nikogo nie niepokojony, dopiero niedawno! Rząd Polski, który poza hasłami i powiedzmy, hmmm,  oprawą niczym prawie się nie różni od tych komunistycznych nie ma pieniędzy na wykopanie z tzw. łączki na Powązkach naszych bohaterów narodowych, a ma na wysokie emerytury dla ubeków i ich pogrzeby z honorami. Żyjemy w kraju tragicznym. Czy jest taki drugi kraj na świecie, który nie szanuje swej historii, nie traktuje z pietyzmem swych narodowych bohaterów, nie oddaje czci tym, którzy oddali za niego życie? Tematy poruszane przez Płużańskiego znałem dobrze, albowiem jestem w trakcie czytania drugiej jego książki. Na wykładzie było dwóch czy trzech staruszków, weteranów tamtych czasów. Starsi ludzie, nie domagali się nigdy wysokich emerytur, poklasku, nagród i odznaczeń. Chcieli po prostu żyć w wolnej Polsce i niestety, ale chyba nie uda im się dożyć tej chwili. Ale może łatwiej im będzie przeżyć w spokoju jesień swego życia, gdy zobaczyli, że nie są sami, że jesteśmy z nimi. Może gdy 1000 osób obecnych na auli wstało i zaczęło im krzyczeć „Cześć i chwała bohaterom”, zrobiło im się choć trochę lepiej? Jesteśmy obecnie w przegranej sytuacji, ale przecież kto jak kto, ale żołnierze wyklęci najlepiej znają takie klimaty. Oni nie zwątpili ani na chwilę, więc i my walczmy. Po wykładzie udaliśmy się na wały. Dziesiątki flag i sztandarów i moment kulminacyjny – odpalamy setki rac i z 5.000 gardeł wydobywa się hymn Polski. To wzruszający moment, warto było po to przyjechać. Jest nas ciągle niewielu, ale na szczęście jesteśmy akurat najmocniejszą z możliwych grup – mentalnie, siłowo, psychicznie. Dlatego zwycięstwo będzie nasze. Szkoda tylko, że jak dojdziemy do władzy, to już stalinowskich prokuratorów i zdrajców nie rozliczymy, a żołnierzy wyklętych nie nagrodzimy tak, jak na to zasługują. Po prostu nie zdążymy… szkoda, wielka szkoda i żal, że tak fatalnie się toczy historia Polski, że jest taka niesprawiedliwa i tak strasznie niewdzięczna… Róbmy co w naszej mocy, by pokazać naszym bohaterom, że oto mogą chociaż umierać w spokoju, że ich wola i testament będą wypełnione, że 90% młodzieży lewackiej, głupkowatej, niedouczonej, karierowiczowskiej, platformerskiej, to tylko 90%… To mniejszość zmienia świat, ta co nie idzie wraz z nurtem płynącego gówna, tylko płynie pod prąd. Zawsze tak było i tak będzie i tym razem.  Po racach na wałach wróciliśmy do sali im. Kordeckiego, gdzie rozpoczął się koncert Fortecy. Chłopaki mają bardzo dobre podejście patriotyczne i wierzą w to, co robią i chwała im za to. Technicznie i muzycznie zespół jest nieco surowy, trochę jeszcze pracy przed nimi, aczkolwiek 2-3 kawałki zapadły mi w pamięć, niech grają dalej i zdobywają złote płyty, powodzenia! Kupiłem sobie książkę księdza Wąsowicza z Lechii i wziąłem autograf od niego, dowcipniś z niego, heh. Po koncercie żadnych nieoficjalnych spotkań już nie było, bo po prostu gospodarze nie mieli do tego nastroju. Trudno im się dziwić, tak fatalnie wyszło, że w dniu pielgrzymki mieli pogrzeb jednego ze swoich kibiców, kurde co za pech. Wróciliśmy do pokoju hotelowego, czułem się fatalnie, nie miałem nawet siły na lampkę wina  z kolegami z Pogoni, normalnie umierałem. Następnego dnia jakoś się zebraliśmy i w drogę powrotną. W domu byłem w niedzielę o 19, w sam raz, aby szybko się spakować, wykapać i… iść spać, bo następnego dnia pobudka o 4.20 i do roboty. Na koniec podsumowanie mojej córeczki, która stwierdziła, że wszyscy byli nad wyraz mili, że nie spotkała się z żadnym przejawem chamstwa, tylko na okrągło „przepraszam”, „proszę” i takie tam. Nijak to nie pasuje do krwawych reportaży TVN-u na temat kibiców… Natalka powiedziała, że za rok też chce jechać na pielgrzymkę. A ja? A co ja mam pisać, zawsze byłem, jestem i będę, chyba że przypadkiem akurat pójdę pod ziemię… Do następnego zobaczenia, pozdrawiam wszystkich kiboli z Polski obecnych na pielgrzymce, niezależnie od barw klubowych. A na koniec wszyscy razem: ARMIO WYKLĘTA – POLSKA O WAS PAMIĘTA!!! CZEŚĆ I CHWAŁA BOHATEROM!!! RAZ SIERPEM –  RAZ MŁOTEM, CZERWONĄ HOŁOTĘ!!!

WP_20150110_001

Częstochowa 001Częstochowa 005Częstochowa 009

pielgrzymka

Pielgrzymka

Ostatnie dni dzielą nas od kolejnej, 7 Pielgrzymki Kibiców na Jasną Górę. Moja to będzie druga z rzędu. Poniżej przedstawiam wam program tejże. Dobrze tak w środku zimy pojechać sobie do porządnego miejsca i spotkać się z porządnymi ludźmi. Pod Jasną Górą pojawi się 5, albo i więcej tysięcy ludzi. Takie jednoczesne łączenie się i bycie razem, mimo różnic na co dzień nas dzielących, jest niezwykle ważne i przydatne. Europa w swym starym, łacińskim wymiarze i wiara katolicka jest obecnie nękana niewiarygodną agresją i atakami kozojebców, Żydów i wielu wielu innych nienawistnych nacji. Powiem szczerze, że wręcz nie rozumiem tej skali nienawiści do katolicyzmu, jaka obecnie przetacza się przez świat. Można sobie wierzyć lub nie, ale w czym komu przeszkadzają zasady dekalogu oraz szeroko pojęte wartości chrześcijańskie? Gdy kościół był agresywny i ekspansywny, nikt mu nie podskoczył. Drogom krzyżowym, nawracaniu pogan  siarką i żelazem, jak tez niestrudzonej pracy setek misjonarzy kościół katolicki zawdzięcza ugruntowanie swej pozycji na świecie. Dziś kościół przemawia łagodnym tonem, pojednania i miłości, no może nie dotyczy to co niektórych hierarchów strasznie łapczywych na dobra doczesne, lub na małych parafian, ale zawsze się znajdą jakieś czarne owce. I właśnie w tym czasie stał się obiektem ataków, widać muzułmańscy zoofile poczytują to sobie za słabość. Poza kościołem coraz śmielej poczynają tez sobie na ulicach i w świeckich instytucjach, czego efektem niedawna rzeź w redakcji jakiejś paryskiej gazety. Z murzynami i arabami jest problem mniej więcej taki, jak swego czasu z królikami i psami w Australii. Były potrzebne australijskim farmerom, no i miały w nowym dla siebie środowisku fantastyczne warunki rozwoju. Spowodowało to, że niesamowicie się rozmnożyły, stając się z czasem utrapieniem tych, którzy sami je ściągnęli. Czyż trudno się doszukać analogii pomiędzy tymi bądź co bądź miłymi zwierzątkami, a zwierzętami miłymi znacznie mniej – czyli ciapatymi, beżowymi, czarnymi, kozojebcami itd? Musimy walczyć ze zasymilowanymi małpami nim one zwalczą nas. Wracając do pielgrzymki – już nie mogę się doczekać! Możecie liczyć na konkretną relację, tym bardziej że niektórzy z tych, co na ogół byli i szeroko transmitowali pielgrzymkę – w tym roku odpuszcza sobie. Do zobaczenia na Jasnej Górze!

pielgrzymka

marusik

Po wypoczynku…

A więc stało się… Nic już nie cofnie zbliżającego się dramatu. Nie jest dobrze… Patrzę na zegar miarowo dotychczas tykający… Ale on za nic ma moje błagalne spojrzenie, nie powstrzymuje czasu… Teraz widzę wyraźnie, nabija się ze mnie… przyśpiesza! Wyraźnie przyśpiesza!!! Muszę to powiedzieć, choć głos mi się łamie… No ale w piśmie wy tego nie widzicie he he… JUTRO DO PRACY… nieeee!!! To nie może być prawda… Dopiero co byłem ostatni raz w robocie 18 grudnia… To niemożliwe, żeby 19 dni tak szybko minęło, sprawdzę jeszcze raz w kalendarzu… Potwierdziło się najgorsze. Budzik już nastawiony, oświadczam oficjalnie, iż 4.20 to nie jest normalna pora pobudki dla porządnego obywatela. O 4.20 robi się całkiem inne rzeczy, na przykład śpi. Wypadałoby tak o 22 iść spać… Ciężko będzie. Przeglądam sobie informacje z dzisiejszego dnia… Moim głównym medium w tej dziedzinie jest Internet, no bo przecież nie TVN24… Dramatyczne rozważania na temat kondycji lecznictwa w Polsce. Czyli czegoś (lecznictwo), czego praktycznie nie ma, w czymś (państwie), które praktycznie nie istnieje. Metafizyczny absurd. Istnienie złodziejskiego, skorumpowanego, kompletnie niewydolnego, ekonomicznie irracjonalnego NFZ ma jedną „dobrą” cechę – dla skurwieli i bandytów tym cyrkiem rządzącym. Można coś ukraść. Można się napchać, a potem pani Kopacz udaje że jej nie ma, jakiś Arłukowicz udaje że jest ministrem, a lekarze udają, że leczą. Swoiste nagromadzenie patologii. Kapitalistyczna pogoń za pieniądzem połączona z socjalistycznym rozdawnictwem nie swojego. Ludzie zdychają w kolejkach do specjalistów, odbijają się od ścian nieczynnych przychodni. Na awanturach w służbie zdrowia ktoś zarobi, ktoś się nażre. Może 500 osób, a może 10.000. Jedni miliony, inni po kilka tysięcy, ale i tym nie wzgardzą. Złodziejski system, bandyckie obyczaje. Marionetkowa ekipa, prymitywny cyrk dla ubogich w telewizji… „Tak bardzo zależy nam, aby ludzie byli leczeni”… Służba zdrowia, ta w podstawowej formie powinna być państwowa. Żeby leczyć tych najuboższych, nieudolnych i poważnie schorowanych, których nie stać nawet na ubezpieczenie się. Jakieś 5% ludzi. Im powinniśmy pomóc. Reszta służby zdrowia powinna być sprywatyzowana. No ale na to żaden rząd nie pójdzie, zanim nie rozjebie kolejnych milionów na siebie i swoich znajomych. Czy w dniu dzisiejszym „rząd” dogada się ze strajkującymi lekarzami, nie ma tak naprawdę większego znaczenia. Żeby cokolwiek zaczęło się dziać normalnego w tym kraju, trzeba rozpieprzyć ten cyrk, i rozstrzelać rządzących nim błaznów. Albo powinna zacząć rządzić prawica. Daleka droga do tego, bo cztery najważniejsze partie w tym bagnie to lewica o różnych odcieniach – czerwonym, różowym, lekko purpurowym a nawet brązowawym. Kogo autor ma na myśli? Być może się domyślacie. Tymczasem jedyna partia stricte prawicowa nie ma jeszcze swoich posłów w sejmie.  Ale zaczynają działać w sposób coraz bardziej prawidłowy i może  z tego całego Kongresu Nowej Prawicy wylęgnie się naprawdę coś pozytywnego. Właśnie, zgodnie z tym, co ptaki ćwierkały niedawno, a o którym to już ćwierkaniu i Wolna Polska wspominała, odstawili od żłobu Janusza Korwin Mikke. To był kiedyś spoko gość i nadal ma wiele cech pozytywnych, jednak popełnił grzechy, których partia wolnościowa zamiatać pod dywan nie może. Na koniec doszło do tego niemoralne życie prywatne, po skonstatowaniu i potwierdzeniu tego faktu fundamentalne skrzydło katolickie KNP poddało Janusza do dymisji, i słowo ciałem się stało. JKM będzie jedynie kandydatem na prezydenta, a nowym prezesem KNP jest od dzisiaj Michał Marusik. Wiele osób uważa, że osoba JKM była jedyną lokomotywą ciągnącą Kongres Nowej Prawicy ku zwiększającemu się elektoratowi wyborców, i być może nawet coś w tym jest. Tym bardziej należy docenić odwagę członków KNP, że zdecydowali się na taki ruch, na który inne partie nie stać. Taki na przykład Jarek Kaczyński będzie jeszcze rządził PiS-em przynajmniej miesiąc, albo i dwa po swojej śmierci. Podobnie Miller w SLD. Jeżeli KNP po tak mocnym otwarciu, po tak odważnym otwarciu nie spieprzy tego i pójdzie szlakiem nowoczesnej prawicy, ich poparcie szybko będzie rosnąć. Zobaczymy. Już od wielu lat nie mieliśmy rządu prawicowego, ba! Żadna partia prawicowa nie miała przynajmniej 10% poparcia od dawien dawna. Idę spać, bo za 5 godzin pobudka, też tak wcześnie wstać musicie? Mamy przesrane  :roll:…

marusik

fenix

Jak Feniks z popiołów

Jakoś sporo mi zeszło w ostatnim czasie na opisywaniu wzlotów i upadków człowieka podczas żywota jego. Bo takie już to zasrane życie jest… albo leżysz i kwiczysz, a ścierwa podłe i kanalie wszelakie deptają po tobie, albo się podnosisz, temu w ryj, temu kopa, otrząsasz się i jest OK. Uważać jednak trzeba wciąż, i czujnym być jak ważka, bo zawsze czeka jeden chętny by podstawić nogę, drugi by kopnąć w dupę, trzeci by zdeptać i portfel ukraść. Swoją drogą mój to se brać możecie, trzy tygodnie bez pracy, socjale marne… no dobra, socjali nie ma wcale, powoduje, że Rafałkowi waszemu kochanemu ledwo na tą skromną butelczynę czerwonego winka zostało. Co miałem zrobić? Kupiłem, chleb w płynie jest niezbędny, już Jezus Chrystus to wiedział, albowiem łagodzi smutki, wzmaga pozytywne myślenie, a i potencji – jeśli pite w niewielkiej ilości – służy… Mędrcy sprzed wieków pokroju na przykład Seneki mówili, że In vino veritas, czyli że w winie prawda i trudno racji im odmówić. Swoją drogą dociekliwy czytelnik spyta: azaliż w każdym winie prawda ta jest umieszczona? Bo wiecie, trochę tej prawdy to ja już sobie do głowy i żołądka nakładłem w życiu. Ja już chyba właściwie znam całą prawdę, bo win mnóstwo w życiu wypiłem, a i diabła rozpoznam na odległość, bo siarki zawartość miały te podłe wina niemałą :mrgreen: . Mój rekord życiowy w poznawaniu prawdy winnej uzyskałem podczas wyjazdu do Konina. Ach cóż to był za wyjazd, jechałem tylko ja z moim nieodłącznym wtedy towarzyszem Piórem, życzę wam wszystkim takiego poczucia humoru, robienia wrzawy w koło siebie i odwagi, jaką my wtedy dysponowaliśmy. Górnik  Konin nas wtedy szczególnie nie lubił, bo rundę wcześniej stracili u nas 2 czy 3 flagi, parę mord im obiliśmy, a autokar ich wrócił bez kilku szyb do Konina. Zdziwili się pół roku później, że we dwóch wywieszamy flagę na ich stadionie, ale co oni mogli nam wtedy zrobić? No co? Minęło jednak kilkanaście lat, i chłopaki z Konina solidnie się podciągnęli, a my… ale co ja tak od tematu odchodzę? Piórowi, jeśli czyta te słowa, wszystkiego najlepszego w życiu życzę, szkoda że drogi nasze się rozeszły, bo takich ludzi jak on na Bałtyku jest bardzo niewielu… I tak nie zrozumiecie. Wracajmy do Feniksa. Wczoraj do popołudnia kręciło mi się psycho całkiem nieźle. Chałupa posprzątana, podłogi  pozmywane, nowe porządki nastały. Aaaa… gdyby jakieś dajmy na to Koło Gospodyń Wiejskich, Lęborskie Zrzeszenie Transportu Drogowego bądź Lubowidzkie Kółko Różańcowe pod Wezwaniem Świętej Faustyny chciało sobie jakąś kameralną imprezę na max 25 osób zrobić, zapraszam. Mam pustą salę (dawniej pokój gościnny vel salon) o powierzchni 20 m 2, mogę niedrogo wynająć 8-)  . Za dodatkową opłatą catering, środki czyszczące, efekty świetlne i kolaże wizualne. Tymczasem pod dnia koniec dopadła mnie mała depresja, ach widać jednak, że człowiek do końca ze skały nie jest, i choć toksyczny związek w końcu ku chwale Boga i Ojczyzny zakończył się, to smutek jeszcze co jakiś czas wraca. Zresztą i skałę zwykła kropla drąży… kap…kap…kap… i po skale. I choćby skały srały, czasem będziemy żałowały, choć niezbyt to gramatycznie, nie są to banały. Poeta nie czuje, samo mu się rymuje, choć nie jestem Mickiewiczem, a szlachetnym paniczem :lol:  . Noc przespana była marnie… bardzo marnie… nie wiem czy godzina chrapania by mi się zebrała. Córcia pisała, że też spać nie mogła, może to nie żale nad zmianą życia, a pełnia księżyca artystyczne dusze niepokoi? Czekajcie, wina poleję… Słuchajcie, ja – rybka wasza – 1 marca mam kolejne urodziny, przypominam wam o tym nie bez kozery, każdy może mi czerwone winko wytrawne w prezencie kupić. Bidulek się trafi – za 12 złotych nawet butelczynę dla mnie znajdzie, a jak bogatszy będzie chciał mi winko sprezentować, to i za 300 złotych trunek smakowity wskazać mogę. O czym to… Acha. No więc po nocy tej nieprzespanej wstać trzeba było. Do miasta wielkiego się udać, starego. Niewiele jest miast w Polsce, które by powstały aż 288 lat przed Grodem Lwa, z którego wasz mówca nadaje. Kąpać się rano trzeba było, redaktor choć cham i awanturnik, śmierdzieć zbytnio nie lubi, przez co ledwie na SKM zdążyłem. Spóźnić się nie mogłem, albowiem w poszukiwaniu prawdy się udałem. Wróciłem na tarczy, albowiem siły zła przeistoczyły się między innymi w sądy marionetkowe Rzeczypospolitej, mimo knowań i podstępów naszych, nie wydały mi swych tajemnic, choć teczki mi potrzebne przepasane wstążkami, nie dalej jak metr ode mnie już były. Jeszcze nie teraz, ale przecież wiemy, ze dobro wcześniej czy później zwycięży, prawda i sprawiedliwość zatriumfuje, czegóż to więc obawiać się mam? Poczekać jeno dłużej trzeba, z drogi raz obranej nie zbaczać, chwasty ostrą maczetą ucinać, na manowce nie zbaczać. Przedrę się przez dzikie ostępy wraz z gronem przyjaciół, którzy natchnęli mnie wiarą i siłą, a ciężki w te klocki jestem, przeto im teraz dziękuję. Pretensje do mnie niektórzy macie, że w Boga z wami nie wierzę, nie martwcie się, pokłady narcyzmu we mnie niezmierzone, niczym pokłady wody słonej w Oceanie Atlantyckim, zwątpienie nigdy nie nadejdzie. Wracam sobie z tego Gdańska niemrawą kolejką do domu, drzemka powoli mnie łapie. I oto wieść nadeszła, że pierogi z mięsem domowej roboty na mnie czekają. Rodzicielka moja ma sporo za kołnierzem i szału czasem z nią dostać można, ale te pierogi… W kwestii kulinarnej takie pierogi są odpowiednikiem jędrnej osiemnastolatki z dużym biustem, robiącej szpagat z miejsca, uwielbiającej spełniać wasze marzenia, o pamięci niezdolnej do zapamiętania numeru telefonu… Ideał. Wysiadam na dworcu i z kwitkiem ze skrzynki na pocztę, a tam na mnie czeka, jakby to Żyd garbaty powiedział – cymes… „Lista Oprawców” Tadeusza Płużańskiego i „The Endless River” Pink Floyd. Wymiękłem. Cios, niczym z magnum 45 pomiędzy oczy z 10 metrów. Trzeba brać się za lekturę, bo z Tadeuszem – mam nadzieję, ze wybaczy mi to spoufalenie się – widzimy się już za kilka dni, muszę wiedzieć, o czym z nim gadać. Za kilka dni pojadę między braci z całej Polski świętować naszą jedność, naszą nieustępliwość, naszą siłę. Będzie nas wielu, a każdy z nas mężem walecznym, zdolnym dziesięciu lub i więcej wroga trupem położyć. Dajcie nam miecze i stańcie w polu, psy łańcuchowe, śmiecie komuny, gnidy i wszy systemu. Nie staniecie. Powstałem, jak to w tytule napisałem, niczym feniks z popiołów. I widzicie? Jak niewiele trzeba? Wszystko zmierza ku lepszemu, popiół coraz mniejszą warstwą mnie przysypuje, już upadać zamiaru nie mam, ale choćby i to wiele razy się jeszcze zdarzyło, powstanę po raz kolejny. Bo siłę mam wielką i niezmierzoną, choć fizyczna ona nie jest, choć na mocarza nie wyglądam. I wiecie co? Choć zbliża się dzień przyjaźni międzyklubowej, to powiem wam już tak na przyszłość… Jeszcze srali ze strachu będziecie na dźwięk słowa Bałtyk. Wielki Bałtyk Gdynia. Bo ja dopiero zaczynam, a nie jestem przecież  sam. Powiem więcej – jest wielu znaczniejszych i lepszych ode mnie. Są na razie w cieniu, ja robię za tubę medialną, ale drogi ku chwale wiecznej dopiero początek nastąpił. Wielkiego Bałtyku i Wielkiej Polski. Amen.

fenix

WP_20150101_012 Jastarnia - Kopia

Z nowym rokiem

Stare czasy… Stare dobre czasy… One nigdy już nie wrócą… Śpiewał tak Kazik Staszewski kiedyś. Czy stare czasy były rzeczywiście aż takie dobre – mam drobne wątpliwości. Bywały dobre, średnie, a bywały też bardzo kiepskie. W drugiej części tekstu Kazik już niewątpliwie ma rację – one na pewno już nie wrócą… Przełom 2014 i 2015 roku to za bardzo udany i zapadający w pamięć w moim wykonaniu nie był. Doszły mnie smutne wieści, że i nie tylko dla mnie Sylwester tego roku szampański bynajmniej nie był. Ale mam nadzieję, że dla was był udany. Czy ktoś może obudził się pierwszego dnia tego roku na dołku, z przejmującym bólem głowy i świadomością, że oto „Co się stało, gdzie ja k…a jestem”…? Oby nie.  Jeśli Bozia ma baczenie na to wszystko, co się dzieje, zapewne nas testuje. Pisałem to koledze oblatanemu w te kwestie, i potwierdził moje przypuszczenia. Ja generalnie zbyt wiele testów w życiu nie zdałem, natomiast ten zamierzam zdać celująco. Sylwester to żadne święto nie jest i nie do końca jasnym dla mnie jest, czemu ludzie tak końcem roku starego i początkiem następnego się podniecają. Być może wystarczy im świadomość, że można balować do utraty tchu, z wyłączonym hamulcem bezpieczeństwa, bo następny dzień wolnym jest i czas dojścia do sprawności gwarantowany…  No niech się bawią. Ja na Sylwestrze w nadmorskiej Jastarni się bawiłem, o północy poszły dwie race, a kolejna nad naszym pięknym morzem, co widać na zdjęciu. Koniec zabawy, czas na zorganizowanie się. Czas na doprowadzenie swojego mieszkania i swojego życia osobistego do porządku, a potem to już wiadomo – pielgrzymka tuż tuż. No to żeby jednak ten nowy rok 2015 nie był gorszy od 2014 – to już będzie coś, i tego wam życzę. Wolna Polska będzie z wami, bo czasu na pisanie będę miał teraz więcej… „Zostaw tego kompa i zrób coś w domu!” – tego w najbliższym czasie nie usłyszę 8-) . Może moja konstrukcja psychiczna i na tym ucierpi, ale moi mili czytelnicy – wręcz odwrotnie. Na koniec mały wierszyk:

Stary rok się skończył

Nie był zbytnio udany

Lecz mimo wszystkiego

Strzeliły znów szampany

Znów przed nami dużo pracy

Ogarnijcie się Rodacy

Morze nienawiści i ocean miłości

Niech w sercach waszych zagości

Każdy ma swoje zadania i cele

W drodze ku wolności

Sprężcie się przyjaciele

Zbierajcie broń w domu, stawiajcie szubienice

Młodzież kibicowska wyjdzie na ulice

Co dalej… zobaczymy

O wolność naszą i waszą zawalczymy

I walka nasza wnet będzie zwycięska

Zdrajców i komuchów

Czeka wielka klęska.

WP_20150101_012 Jastarnia - Kopia

smierc

Śmierć na ciebie czeka!

A więc jest piątek wieczór… weekend się rozpoczyna. Cieszysz się? Robota już zakończona? Ciuchy przebrane? Jakie masz plany na najbliższe 48 godzin…? Może jakaś impreza? Nowo poznana panienka, czy w przypadku panienek – koleś? Wyprawa na łyżwy, spływ kajakowy, osiedlowy turniej w triathlonie, kino, a może sześciopak Warki połączonej z meczem rugby Francji z Nową Zelandią w telewizji? Może wspinaczka skałkowa, bal samotnych serc czy łowienie ryb z przerębla? A może dwie butelki Jamesona, żeby dwa razy nie latać, a do tego dwa litry coli? Plany, plany, plany… Notesik zapisany, telefon pełen optymistycznych sms-ów, w co by tu się ubrać, Może trzecią butelkę dokupię, wezmę kastet na wszelki wypadek, jak wypiję – czasem rozrabiam… Albo nikt mnie nie kocha, pójdę do łóżka z filmem erotycznym, butelka wina i dobrą książką.. Każdy planuje – to niewiele kosztuje. Wydatki, czas, ludzie, miejsca…Myślę tak o tym całym życiu… ludzie jak mrówki biegający tu i tam, kolejne plany, kolejne sms-y, trochę się spóźnię, ale już dojeżdżam taksówką – nie zaczynajcie beze mnie…! Wtem słychać szyderczy śmiech gdzieś z góry… tak to sobie wyobrażam. Świst klingi kosy ponurego żniwiarza. Srebrny błysk ostrza. Najostrzejszego z ostrych, nigdy się nie mylącego, nigdy nie stępionego. Brzęk szkła, czerwona mgła zalewa ci obraz, wszystko się zlewa, jaskrawość wizji się rozjeżdża niczym obraz w 15 – letnim „Rubinie”. Napis „KONIEC”  na szerokim czarnym ekranie… ale to nie kino. Bach… jeb… i koniec. The End. Tak dobrze żarło, tak pięknie się zapowiadało, a zdechło w trymiga, w ułamku sekundy, nim ktokolwiek się obejrzał. Więc radzę ci, szanowny człowieku, aż tak bardzo się nie ciesz. Nie znasz długości swojej świeczki życia, „Życie choć piękne, tak kruche jest”… Nie ciesz się, że fajnie sobie wszystko zaplanowałeś, albowiem właśnie ta kokaina połączona z butelką „Chivasa” zaczęła ofensywę, tak, wiem, że to przecudne smakowo połączenie, rozkosz dla zmysłów, ale nastąpiło niestety sprzężenie kilku nieprzyjemnych faktów dla twojego mózgu. Te, tak dotychczas przyjemne dla twych doznań toksyny łączą się, formują atak i mamy nagle nadciśnienie tętnicze, albo tętniak, coś cię niepokoi? Za późno kochasiu, śmierć już idzie po ciebie. Ponury żniwiarz czasem się przyczaja, czasem na chwilkę daje zapomnieć o swoim istnieniu, ale jego kosa, najostrzejsza z ostrych, ciągle lśni. A ON nigdy nie zasypia, zawsze czuwa. Dostojny, majestatyczny, niesamowicie bezwzględny, nie pertraktuje, nie ulega presjom, nie odracza wyroków. Piękny i niewinny w swej nieopisanej wręcz sprawiedliwości, boli, niszczy i zamyka twoją księgę życia, zawsze gotów przyjść po ciebie. Nie jesteś jego celem, jesteś jego przeznaczeniem. Żniwiarz umysłów piękny w swej bezwzględności robi swoje, po czym czeka na następną swą ofiarę, a ty? Niczym u Liroya „Umarł, nie żyje, przekręcił się jebany”. Szybka jazda dziurawą drogą, wypadasz z trasy… nie ma cię. Atak serca… trup. Jeszcze się cieszysz, bo nie wychodzisz z domu? Aaa… nic ci nie grozi? Ale ja znów widzę ten odblask srebra, tą białą poświatę… Zawał się zaczyna… Tak wiem, w tajemnicy żarłeś golonki wieczorami, nikt nie widział, ale cholesterol właśnie zniszczył ci serce, tracisz oddech, po co go tak kurczowo łapiesz? Przecież to koniec, daj już spokój, nie wierzysz że pójdziesz do raju? Żniwiarz się denerwuje, musi czekać, a ma dziś sporo roboty, odłączcie ten elektrokardiogram, pik… pik… pik…  piiiiiik, no wreszcie, linia prosta, „panie doktorze to koniec”, prześcieradło na twarz i jedziemy wózeczkiem do sutereny… tam w kostnicy poczekasz na ciąg dalszy, nie jest on już zbytnio interesujący, przynajmniej dla ciebie. Alkohol, narkotyki, zawał, wylew, wypadek samochodowy to tylko bardzo mały zestaw możliwości utraty twego życia. Kibic Bałtyku, przyjemny człowiek, wierzący, kochający góry, w nich właśnie zapoznał się z siewcą śmierci – zabił go piorun. Kibic Bałtyku, kochający życie i swą rodzinę zginął, gdy normalnie był w pracy – naprawiał usterkę, gdy wpadł do nieomalże wrzątku, organizm jego nie dał sobie rady i po kilku dniach po tym wypadku się poddał. Kibic Bałtyku z Lęborka, który nie bał się prawie nikogo, 95% lęborskich zawadiaków mogło mu buty sznurować co najwyżej, zginął, gdy wracał z imprezy do domu. Obili go w kilku i zostawili w podkoszulku na tęgim mrozie. Co ciekawe z góry było wiadomo że z różnych przyczyn tą akurat sprawę psy będą tuszować i sprawca się nie znajdzie, jakoż i tak się stało.  Jeszcze ci wesoło, jeszcze jesteś pewien, że doczekasz porannej zmiany w poniedziałek? Że  już wiesz, gdzie i z kim spędzisz święta? Bądź ostrożny radziłbym, bo nie wiesz, jakie ponury żniwiarz ma wobec ciebie plany. Może już wchodzi do ciebie po schodach, a z twojego pieca już się ulatnia dwutlenek węgla zwany czadem… E co tam, tylko po fajki wyskoczysz do sklepu, cóż z tego, skoro pijany gość z nożem się pomyli i właśnie ty dostaniesz 7 cm stali pod żebra już za 10 minut?… 9?…8? Kończ już to czytanie, twój koniec nadchodzi. A co do tych świąt, to pociąg wypadnie może z trasy i „No presents for christmas” niczym w wesołym, prześmiewczym utworze Kinga Diamonda? Zamiast wigilii usłyszysz chrobot w trumnie, bo po dwóch tygodnia leżenia pod ziemią właśnie pierwsze robaki przebijają się przez wieko? Tak naprawdę to twój koniec jest bliski, albo i bardzo daleki nawet, ale ty tego nie wiesz i się nie dowiesz, a więc zawsze oczekując najlepszego, szykuj się na najgorsze. Bo fajnie to już było, ale gorzej to na pewno jeszcze może być, wszystko co złe dopiero przed tobą – zapewniam cię. Miłego weekendu, ha ha ha.

smierc

O zwierzątkach

4 października jest obchodzony, nawet ustawą sejmu, jako Światowy Dzień Zwierząt. Ja generalnie w miejscu, gdzie słońce nie dochodzi, mam wszelkie odgórnie ustalone dni. Nad zwierzątkami się jednak dziś pochylę. Już to pisałem, ale stworzenia wszelakie są milion razy lepsze od ludzi. Gdy wracam po tygodniu pracy do domu, wiem na 100%, że przynajmniej jedno stworzenie będzie się cieszyć. Jest to mój piesek, który gdy wracam, nigdy nie jest akurat w złym humorze. Nie interesuje go ile zarobiłem pieniędzy, jak jestem ubrany i kiedy ostatnio się kąpałem, oraz czy nie śmierdzę alkoholem, albo czy nie mam poszerzonych źrenic ;-) . Te wszystkie rzeczy mojego psa nie interesują, gdyż kocha mnie dozgonnie i bezwarunkowo. Znajdźcie taką kobietę, takie dziecko, rodzica, znajdźcie kogokolwiek takiego… Nie ma szans. Czym sobie zasłużyłem na takie uczucie? Tym tylko, że darzę go takim samym, że lubię przebywać z moim pieskiem i chodzę z nim na spacery lub go karmię. Zaledwie 2 dni w tygodniu to wszystko, lecz wystarczy całkowicie! Tymczasem ludzie notorycznie dręczą zwierzęta, męczą i wykorzystują ich zaufanie. Szlag mnie trafia, gdy widzę rozwalone gospodarstwa wiecznie pijanych rolników, gdzie bród, smród i ubóstwo są na porządku dziennym. Zabiedzony brudny pies na krowim łańcuchu, czekający w upale na miskę wody. Gówniane koncerny farmaceutyczne testujące nowe szampony czy wody toaletowe poprzez zadawanie niewyobrażalnych cierpień szczególnie królikom – są najlepsze do badań, z powodu braku powiek. Żeby jakaś stara tufta miała nowy zapach rozpuszcza się zwierzętom żywcem oczy, pali skórę, łamie kości żeby nie uciekały i inne „przyjemności” im się serwuje. Przewożenie w warunkach urągających jakiejkolwiek cywilizacji koni do Włoch, gdzie przerabiane są na kabanosy. Nawet stare pudernice przycinające swym psom ogony, żeby tylko wyglądały rasowo, powinny kopnąć się w swoje puste łby.  Nie lubię ekologów i nie należę do żadnego WWF, po prostu w tym akurat temacie – chyba jedynym – mam z tą bandą niedomytych brodaczy wspólne zdanie. Tyle że ja nie robię tego dla kasy, jak te zakłamane leszcze. No i podobno – kto lubi zwierzęta, ten nie może być złym człowiekiem. To zadaje kłam negatywnym teoriom krążącym na mój temat, a rozpowszechnianym przez klientów, niektórych kolegów, rodzinę, znajomych a niekiedy nawet media – jestem dobry :mrgreen: . Ja i wszystkie zwierzęta! Mam nadzieję, że kiedyś wszystkie zwierzątka będą miały pewne, spokojne życie w dobrych warunkach, że wszystkie pieski i kotki będą miały swój dom i kochających właścicieli, że wszystkie krokodyle i lwy pożrą złych polujących na nie murzynów, że wszystkie konie roztrzaskają czaszki debilom upychającym je dla zysku w jakiś przepełnionych autach. Zwierzątka – Wolna Polska jest z wami! Zjedzmy ich wszystkich!

img_4442

Życie z pasją

Start człowieka w dorosłe życie determinują marzenia na temat jego statusu w przyszłości… Dzisiejsza globalizacja świata i dostęp wszelakiej informacji snucie marzeń ułatwiają. Generalnie większość młodych ludzi marzy o tym, aby być bogatym, zdrowym i przystojnym. W pierwszym stadium życia chłopcy chcą być milicjantami, wojskowymi bądź strażakami. Po zdobyciu jakiejkolwiek świadomości chęć bycia milicjantem błyskawicznie mija :twisted: . Brutalne zderzenie dziecięcych marzeń z dorosłą rzeczywistością odziera nas ze złudzeń, w wieku 30 lat w Polsce rzadko kto marzy już o willi z basenem i własnym helikopterze, gronem hostess i kelnerek w stroju topless podającym drinki, czy najnowszym Bentleyu w garażu. Marzenia staja się o wiele bardziej przyziemne, by nie rzec trywialne. Ludzie po 30 roku życia marzą, by wreszcie spłacić kredyt na mieszkanie lub samochód, by komornik zapomniał ich adresu, bądź by pracodawca zatrudnił ich wreszcie na pełen etat. Samochód, jak już jest, to Opel Corsa ze skorodowanymi blachami. Ja osobiście zaprzestałem dopiero 2-3 lata temu ostatniego „szalonego” marzenia, aby zwiedzać świat. Nie chciałem aż tak wiele, chciałem zwiedzić Chiny, Meksyk, a z Europy to już tylko Grecję. Smutne i straszne jest to wszystko, ch…j do dupy z takim życiem, w którym rok po roku z wszystkiego trzeba rezygnować, w wieku 41 lat wiem, że już nic mnie ”fajnego” na 99% nie czeka. A przecież i tak mam „luksus” – nie ścigają mnie komornicy, ciągle mam zdolność kredytową. Czynsz regularnie, alimenty – wiadomo, to zawsze będzie regularnie, tylko śmieć nie płaci na swoje dziecko. Gaz, prąd zapłacony, jeszcze na jedzenie wystarcza…  Czyste szaleństwo po prostu. Jak już dodam, że na winko wytrawne mnie stać czasem, czy na inną formę rozrywki, oraz że nie robię na czarno, tylko legalnie, na pół etatu, to niektórzy zapytają – „to o co mu k… chodzi?”. Niczym w piosence T.LOVE – „jest super… jest super… więc o co ci chodzi?”.

Polska – najwspanialszy kraj świata, życie tu powinno być największym z możliwych przywilejów. Kraj w środku Europy, który usilnie, od wielu lat jest niszczony od zewnątrz i od środka. Życie tutaj teraz, w dzisiejszych czasach to pasmo udręk. Czasem to aż człowiek zastanawia się, po co to wszystko.  Dobrze, że jest dziecko, które trzeba wychować, kobieta, z którą się żyje, pies, którego trzeba wyprowadzać. Trzeba walczyć z patologiami niszczącymi nasz kraj, trzeba go ocalić i trzeba żyć jak człowiek. O tym już wielokrotnie pisałem. Trzeba też walczyć o spełnienie swoich marzeń… Zacząłem od tego, że wyzbyłem się prawie wszystkich i że wszystko jest do dupy. Na szczęście jest jeszcze jedna rzecz, która trzyma przy życiu poza patriotyzmem i walką o lepszy kraj. To pasja. Macie jakąś? Mnie przy życiu trzyma, i pozwala funkcjonować rodzina, oraz kibicowanie Bałtykowi. Całe szczęście, że nie przestajemy grać. Wiek coraz starszy, a aktywność nie maleje. Z jednej strony mój czas powoli dobiega końca, kiedyś trzeba będzie dać sobie w końcu spokój. Z drugiej strony, jak skończę kibicować – skończę żyć, rozpocznie się ostatni etap życia – starcza wegetacja. Bez pasji życie jest niczym, jest nudne i nieciekawe, liczenie ciągłe pieniędzy, życie od wypłaty do wypłaty, spanie, jedzenie i wydalanie. Wybranie swojej drogi życiowej w formie kibicowania Bałtykowi to był najwspanialszy wybór w moim życiu. Już nigdy tego nie zrozumieją moi starzy oraz większość znajomych, nie związanych z tematem. Tymczasem ta nasza obskurna liga z tymi naszymi prowincjonalnymi działaczami i ta nie za dobra (choć to się ostatnio zmienia) drużyna z ledwie garstką kibiców… Na pozór nic, czym by można było się zachwycać. Ta właśnie jednak pasja – jeżdżenie, pisanie, nap…nie po ryjach powoduje różnicę, powoduje, że nigdy nie będę stłamszony pomiędzy kredytem hipotecznym a dwumiesięczną kolejką do lekarza specjalisty. Jak do tego dojdzie jeszcze odpowiednia muza, jakiś elegancki obraz do kontemplowania, raz na miesiąc jakiś dopalacz drobny, albo książka ciekawa, to już w ogóle, okulary różowe i wszystko znów gra. O co mi w tym wszystkim chodzi? Że trzeba mieć w życiu coś, co pozwoli wam odlecieć. Zapomnieć o żydach z banku, o kretyńskich mordach z telewizora, o ciągle zbyt małej pensji, o debilach w koło nas, o pedałach w sejmie. Nie myślcie ciągle o niespełnionych marzeniach, o nieudanym życiu, o babach które wam się puszczają , o zawiasach które prorok chce wam odwiesić. Bo parafrazując stary kawałek Slums Attack.. „Jest jedna rzecz, dla której warto żyć… BAŁTYK!… I nie liczy się nic ;-) . PS – Oczywiście ludzie mają różne pasje, jak np. wędkowanie, gra w kręgle, zbieranie proporczyków lub dzierganie na drutach. Lepsze to niż nic, ale proponuję jednak uzależnić się od Bałtyku Gdynia, przyjemniejsze i pożyteczniejsze…

pasja