Publicystyka

wesolych

Na świątecznym zakręcie

Wszystko, co się dzieje teraz przypomina życiowy, jakiś zasrany wiraż. Czuję się, jakbym był na ostrym zakręcie, jakbym miał zaraz z niego wypaść. Też tak macie czasem? Jest naprawdę tak cienko, że można się wkurzyć i załamać. Bo faktycznie ręce opadają, że mój ukochany klub spadł na samo dno. Nie ma piłkarzy, którzy po raz kolejny rozwiali nasze marzenia . Nie ma kibiców, którzy na ten wyjazd, jak i mnóstwo poprzednich, po prostu nie pojechali. Taki jest bilans po ćwierćwieczu mojego kibicowania: nie ma nic. Mój kraj, za który jestem gotów oddać życie , jest na skraju upadku. Rządzi nim banda zwyrodnialców z platformy z przestępcami reprezentujących prokuraturę, milicję, spółki skarbu państwa, długo by wymieniać. Mordercy i bandyci rządzą tym wielkim krajem i znikąd żadnej pomocy, i nadal rządząca sfora ma 40% poparcia. Osobiste moje sprawy nikogo nie obchodzą, aczkolwiek muszę tylko wspomnieć, że dziś właśnie dowiedziałem się, że osoba z najbliższej rodziny, dzięki której chodzę po tym świecie, ma raka. W pizdu! Do wielu „zajebistych” wieści z dni ostatnich doszła kolejna. Chyba ktoś z tych władców marionetek, co trzęsą ludzkim losem, nie lubi mnie. Może to jakiś ubek lub komunista? Szatan – komunista? Czemu nie? Chce jednak powiedzieć wszystkim tym, których doświadcza zły los, a mają znamię kibica w swym sercu, albo znamię Polski Walczącej. My jedyni należymy do tych, którzy nigdy się nie poddają. Jak kibic, którego gnębią milicjanci, system i wszyscy w koło. Jak żołnierze Armii Krajowej, jak Żołnierze Wyklęci, którzy znikąd nie mieli pomocy, lecz ani na chwilę nie zwatpili. Nie można się mazać,  nie można się poddawać. Przyszłość należy do nas. Rozjebiemy ten ubecko – żydowski system, by kraj nasz był w końcu wolny. Powstanie jeszcze nasz Bałtyk z kolan, choć chwilowo nic na to nie wskazuje. A panny… panny przyjdą młodsze, fajniejsze i z sercem zamiast kalkulatora. Na początek potrzebna wiara, reszta przyjdzie sama. Jeśli mówię to ja, możecie powiedzieć i wy. Jutro świętujemy, pojutrze świętujemy, a potem rozpoczynamy od nowa.  W rodzinnej atmosferze trzymajcie się razem, złe moce tego nie lubią.

Padłeś – powstań – do boju marsz. Od jutra będzie lepiej. Wszystkim, którzy maja w sercu Bałtyk, wszystkim którzy wierzą w Wolną Polskę, wszystkim, którzy mi pomogli przetrwać i wszystkim, którzy przeciwstawiają się złu i kurewstwu…

wesolych

              Wesołych Świąt

PS: A Tobie anonimowy aniołku dziękuję za wsparcie. Jesteś cudowna.

konf

O młodych konfidentach

Ja już nie wiem, kiedy w końcu będę w pełni zdrowy, przygotowany do jakichś akcji i pełen werwy oraz weny twórczej. Choć nic mnie nie boli, nie mam podwyższonej temperatury i jakoś tam niby funkcjonuję, np. w pracy, po południu już jest kiepsko. Morda mi się nie chce zamknąć, ciągle ziewam i najchętniej w okolicach 18 szedłbym spać. Z czego to wynika? Nie wiem. Nie piję, nie zażywam, odżywiam się może nie idealnie, ale też nie tragicznie. Przesilenie wiosenne? Zawsze mi się wydawało, że to trochę bzdura. Ale gdy lat przybywa… Do tego trosk wszelakich nie brakuje – a to z finansami, a to z kobietami… Zauważyliście, że te z najładniejszymi oczami, to zawsze mężatki? Nie ma faceta, który by się oparł takim ładnym oczom, piosenki na ten temat powstawały, że wspomnę niejakiego „Iwana i Delfina”… No ale żeby przez oczy nie móc pisać? A skąd ta senność? Dość tych dywagacji, to chyba najzwyklejszy SKS mnie dopada, i wcale tu nie chodzi o skrót przed nazwą Bałtyku… Tytuł tego artykułu miał brzmieć „O standardach…” , gdyż chciałem się rozwodzić o standardach dzielących naszą klasę polityczną, Jak w analogicznych sytuacjach zachował się PiS, a jak PO… Myślałem też, żeby wspomnieć o kandydatach na urząd prezydenta… Ostatnio zaciekawił mnie Niemiec, niejaki Andreas, który postanowił zakończyć swój żywot, a przy okazji pociągnął za sobą 149 osób – doprowadzając do katastrofy samolotu. Jak to zrymował ktoś złośliwie – „hopsasa,  hopsasa nie ma już airbusa”. Ale co siadałem wieczorem do kompa, mniej więcej po odebraniu poczty (a więc po około 5 minutach) ogarniała mnie ta cholerna senność… Odpuszczę sobie te tematy, na pewno coś nowego wybuchnie w przyszłym tygodniu. Wrócę do standardów życiowych, ale obecnych w naszym życiu codziennym, a nie wśród klasy politycznej. Pracowałem w mieście, które jeszcze nie tak dawno było wojewódzkim. Spotykamy kolesi ze zbliżonej, hmmm branży. Jakiś głupek spośród nich zaczął coś pyskować, więc została mu złożona propozycja obicia durnego ryja.  W tym momencie koleś, na oko 25 letni chłop na schwał, wyciąga komórkę i jakimś takim piskliwym dyszkantem zaczyna krzyczeć: „Niech pan powtórzy te groźby raz jeszcze… nagrywam pana… mam zadzwonić gdzie trzeba..?”. Dajecie wiarę? Że tak właśnie można się zachować? Wszystko upada, już tylko ludzie ulicy umieją się zachować jak trzeba. Już tylko na stadionie i pod niektórymi blokami można mieć gwarancję normalnego, męskiego zachowania. Kiedyś myślałem, że takie zachowanie jest właściwe starym ubekom, konfidentom, złotówom, pedałom, milicjantom… Wydawało mi się, że każdy młody, w miarę ogarnięty chłopak zachowuje się jak trzeba. Okazuje się, że źle mi się wydawało, bo przykład, jaki podałem, jest tylko jednym z wielu. Winą mojego wadliwego postrzegania młodzieży jest to, że ja raczej poruszam się – staram bynajmniej – w przyzwoitym towarzystwie. Niestety, rzeczywistość jest mniej kolorowa. Wychodzisz na ulice i oto w koło prawie sami frajerzy, leszcze i konfidenci. Zachowasz się jakoś tam na ulicy – i oto już jeden nagrywa, drugi dzwoni, psiarnia jedzie na sygnale… Trzeba uważać! Obijesz jakiegoś śmiecia za niegodne zachowanie, a społeczeństwo konfidenckie zadzwoni, doniesie i wskaże palcem…i dobrego chłopaka (np. Ciebie) za jakąś gnidę, za dobry uczynek zawiną. Kto ich tego nauczył, kto dał im takie wskazówki, kto uczy takich wzorców zachowań młodych ludzi? Nie myślcie sobie – jestem wśród młodzieży, nikt mnie nie sprzeda, mogę robić co uważam. Młodzi, ambitni, zapewne przyszli wyborcy PO – dają z ucha aż miło. Sztafeta pokoleń, k… mać. Do wszystkich konfidentów, młodych, czy to starych – po wsze czasy ch… wam na grób! I to na tyle, nigdy nie szkoda szpalt redaktorskich na potępienie konfidenctwa i frajerskich zachowań, szczególnie bolesnych, gdy tolerowanych wśród młodzieży. A na koniec sobie jeszcze westchnę przed snem… te oczy…

konf

zw

Żołnierze Wyklęci

Do 2010 roku w kwestii  1 marca wszystko było jasne. Jest to bardzo ważny dzień dla świata ze względu na moje kolejne urodziny, oraz ważny dla mnie symboliczny początek sezonu piłkarskiego w Polsce… Teraz trochę się zmieniło. Ze względu na podgrzewane murawy początek sezonu trochę nieaktualny, bo sezon zaczyna się już w lutym. Urodziny też nie do końca aktualne, bo choć obchodzę je co roku, od dawna już mój zegar biologiczny stanął w miejscu i przestałem się starzeć. A ponieważ nie piję, nie palę i nie zażywam narkotyków, śmiem nawet twierdzić, iż młodnieję. Daleko mi jeszcze do Ibisza, może dlatego, że nie stać mnie na botox, ale z drugiej strony w jego akurat stronę „rozwoju” nie zmierzam. Od 2011 roku, głownie dzięki staraniom i zaangażowaniu ŚP Lecha Kaczyńskiego, w dniu moich urodzin obchodzimy Narodowy Dzień Pamięci „Żołnierzy Wyklętych”. To bardzo ważne święto, bardzo ważny dzień. Dzięki ci Lechu tam, w niebiosach, za ruszenie tego tematu, za starania o to, aby powstał dzień, w którym byśmy mogli oddać hołd Żołnierzom Wyklętym. Piszę teraz do młodszych czytelników, albo mniej zorientowanych – bo przecież nie każdy od razu wie, kim naprawdę byli ci żołnierze, dlaczego o nich tak dużo mówią patrioci i narodowcy,  a tak mało oficjalne media…? Żołnierze Wyklęci to w jednym, suchym zdaniu polskie powojenne podziemie niepodległościowe i antykomunistyczne. Gdy zakończyła się II Wojna Światowa, do Polski wkroczyli Rosjanie. Wpadliśmy z deszczu pod rynnę, po niemieckich zbrodniarzach, którym zależało na wymordowaniu wszystkich Słowian, a Polaków w szczególności, niemiecki okupant zmienił się na rosyjską dzicz. Nie każdy był świadom nadchodzącej tragedii, ludzie skołowani sześcioma  latami wojennej hekatomby cieszyli się z nadchodzącego „pokoju”. Witali wjeżdżających do Polski Rosjan kwiatami rzucanymi na czołgi i żołnierzy, byli szczęśliwi, że oto nikt już nie będzie do nich strzelał, burzył ich domów, mordował i represjonował. A czołgi wjeżdżały, tysiące ruskich żołdaków zalewały Polskę, de facto nawet na jeden dzień nie odzyskaliśmy wolności. Po chwili nowy – rosyjski, czy może raczej radziecki – pogódźmy to słowem sowiecki – okupant rozpoczął swe rządy w naszym kraju. Rządy krwawe, bezlitosne, okrutne. Nasze wojsko, przemysł, drogi, mosty, fabryki i wszystko inne znalazło się w rękach sowietów. Tępych, okrutnych, złych okupantów pod wodzą demona zła, Józefa Wisarrionowicza Dżugaszwilego, zwanego jako Stalin. Zaczął się dla nas okres tragiczny, okres kolejnego zniewolenia, które trwało aż do 1989 roku. Sowieccy mordercy zaczęli „czyszczenie” Polski z jej obrońców, z niezłomnych bohaterów ojczyzny. Pomagały w tym polskie kundle na ich usługach, daleko bardziej godne pogardy od Niemców i Rosjan, które podrzucały adresy „wrogów ludu” w postaci na przykład żołnierzy AK, powstańców warszawskich czy innych patriotów. Do śmierci Stalina w 1953 roku mordowano bądź zamykano w łagrach tysiące ludzi, skala represji była nie mniejsza, a może i nawet bardziej uciążliwa, niż ta podczas wojny. Gdy Stalin zmarł, zaczęto udawać, tzn. tworzyć komunizm „z ludzką twarzą”. Polegało to na tym że mordowano już w tajemnicy, i nie hurtowo, a wywożono pod osłoną nocy. Ludzie systemu już się usadowili w swoich miejscach, ubecko komunistyczny aparat opanował cały kraj. Cóż za straszliwy los, cóż za straszliwa niegodziwość spotkała tych, którzy walczyli o kraj, którzy oddawali życie za Polskę, byśmy wyzwolili się spod jarzma niemieckiego! Wpadliśmy pod jeszcze gorsze, radzieckie. Ścierwo sowieckie w pełnej gotowości czekało sobie nad brzegiem Wisły, aż powstańcy wykrwawią się w bojach o Warszawę, a potem rozpoczęli dzieło niszczenia Polski wolnej i niepodległej, zadbali o to, by okres niewoli i utraty niepodległości przedłużył się z lat 6 do…?  Nie wiem, jak odzyskamy niepodległość, pytajnik zniknie. Oni wiedzieli, że aby panować w naszym kraju, muszą zniszczyć żołnierzy i młodzież wychowanych w duchu patriotycznym za Piłsudskiego i Dmowskiego, bo ci, którzy zasmakowali wolności, nigdy już jej za darmo nie oddadzą. I zrobili swoje… Ludzie, którzy walczyli o nasz kraj, a wiedzieli, że czekają ich represje, tortury lub śmierć, gdy dopadną ich sowieccy siepacze, zareagowali na trzy sposoby. Jedni uciekli za granicę, bądź biorąc udział  w walkach wyzwoleńczych na terenie na przykład Anglii lub Francji, po prostu z nich nie wracali. Drudzy próbowali mimo wszystko wieść normalny żywot w tym kraju, przyjmowali się na zwykłych cywilnych posadach pracowników biurowych bądź listonoszy, mieli już po prostu dość wojaczki i żyli z drżeniem serc każdego dnia, czy aby pukający o 6 rano do drzwi to na pewno jest mleczarz, czy może już UB… Ci aktywniejsi, czujący większe zagrożenie ze strony ubeków zmieniali nazwiska, dokumenty, jechali w drugi koniec kraju… czasem to pomagało, czasem nie, gdyż lista konfidentów i szpicli zataczała coraz szersze kręgi, często ludzie nawet po 10 latach życia incognito wpadali i wtedy było bardzo krucho… No i czas na opowieść o trzeciej grupie. Przy czym od razu mówię – dwóch już wymienionych przeze mnie nie potępiam, nie każdy ma siłę całe życie spędzić w lesie na walkach, oni zrobili bardzo wiele dla ojczyzny przez 6 długich lat wojny. Chwała im. Czas na opowieść o Żołnierzach Wyklętych. Oni nie kierowali się żadną logiką, bo ta kazałaby im natychmiast zawiesić broń na kołku, zdjąć mundury i uciekać za granicę. Oni nie mogli znieść kolejnego okupanta w naszym kraju, dalszej niewoli, dalszej podległości sowieckiej swołoczy. Ich życie przepełniała miłość do ojczyzny, wiara w rzeczy niemożliwe, niewiarygodne wręcz bohaterstwo i poświęcenie. Poszli w las, choć wiedzieli że raczej z niego nie wrócą. Albowiem oni byli nauczeni jednej, najważniejszej maksymy: POLSKA NIEPODLEGŁA – ALBO ŻADNA. Było ich prawdopodobnie 150.000 ludzi, może trochę więcej, może trochę mniej. Żyli prawem wilka. Prowadzili walkę zbrojną z sowieckim najeźdźcą, tworzyli groźną, otwarcie walcząca z sowietami armię. Walka ta trwała aż do początku lat 60-tych, kiedy to sowiecki okupant siłami NKWD zniszczył ostatecznie polskie podziemie antykomunistyczne. Czemu to trwało tak długo? Jakim cudem Żołnierze Wyklęci tak długo stawiali opór machinie zbrojnej sowietów? Byli niesłychanie waleczni, świetnie zorganizowani. Znali teren, często pomagali im odważni, acz zwykli ludzie nie biorący wraz z nimi udziału w walkach. Okupanci srali ze strachu,  gdy słyszeli o „Łupaszce”, „Zaporze”, „Ogniu” i wielu, wielu innych. Mogli zaatakować w każdej chwili, byli jak duchy…Ale to nie tylko twardzi faceci, wojownicy niezłomni brali udział w walkach o niepodległą Polskę. To były też kobiety, dziewczyny, kilkunastoletnie panny, które dopiero co przestały się bawić lalkami. Zamiast chodzić na imprezy i podrywać chłopaków walczyły. Jako łączniczki, sanitariuszki, dobre duchy wspomagające psychicznie żołnierzy. Ależ one były twarde! Ależ niezłomne! Wyobrażacie sobie sytuację, w której pytają dziewczynę o adresy i kontakty, a z sali obok słyszy płacz swojego dziecka? Ubek jej mówi – dostanie jeść, jak powiesz co wiesz… nie powiedziała, bo przecież przysięgała… 17-letnia Danka torturowana w gdańskiej siedzibie UB. Na końcu zapadł wyrok, i zastrzelił ją ppłk. Sawicki, który być może żyje do dzisiaj pod zmienionym nazwiskiem, a na pewno nigdy nie był osądzony.… Gdy Danka umierała krzyknęła „Niech żyje Wolna Polska! Niech żyje Łupaszko!”. Nie wsypała, nie powiedziała nic nikomu. Wiem, że powtarzam się o tym, ale to nie szkodzi. Trzeba będzie, to co dzień będę o tym pisał, a komu się nie podoba, zawsze może przejść na pudelka. Gryps Danki, znanej w konspiracji jako „Inka”, której rodzice nie żyli i wychowywana była przez babcię – „Powiedzcie babci, że zachowałam się jak trzeba” powinien każdy z was wyryć sobie w widocznym miejscu i czytać go co dzień przynajmniej jeden raz, zaraz po obudzeniu się. Żebyście w chwili próby, a najlepiej zawsze, umieli zachować się, jak trzeba. Wiecie jak to jest? Wczoraj dostałem zaproszenie, jako Bałtyk Gdynia, od Lechii Gdańsk na obchody Dnia Żołnierzy Wyklętych, na modlitwę w (gdzieżby indziej??) Bazylice Świętej Brygidy w Gdańsku, potem na defiladę wolności, w której w końcu będzie brała udział Polska, oczywiście będą żołnierze w mundurach i Anders na białym koniu ich odpowiednio przyjmie :-) . Nie mogę brać udziału w tej imprezie, zaliczę pogadankę o Żołnierzach Wyklętych w Lęborku, oczywiście wraz z córką, lecz oczywiście patrioci z Bałtyku Gdynia wraz z biało czerwoną flagą będą tam obecni. Dziękujemy za zaproszenie, liczę na jakąś małą fotorelację od kolegów. Wracając do naszych bohaterów… Znów się wzruszam, gdy tylko przypomnę sobie wasze ciężkie losy, wasze bohaterstwo i poświęcenie…Nigdy pamięć o Was nie zagaśnie, przynajmniej dopóki ja żyję, obiecuję Wam to, jestem Wam to winny, jesteśmy Wam to winni wszyscy! Nie chodzę się modlić do kościoła, więc zapalę świeczkę w oknie w Waszej intencji. Wiem, że jeśli niebo istnieje, i patrzycie na nas z góry, płaczecie widząc to, co się dzieje w Polsce, przez kogo jest rządzona, komu jest zaprzedana. Ale to nie jest tak, że Wasza walka i ofiara poszła na marne. Zasialiście ziarno, na urodzajnej glebie. Dzięki Wam ja, i tysiące innych patriotów wiemy, że nigdy nie należy się poddawać, że chociaż jest bardzo źle, nie należy zwątpić ani na chwilę, dajecie nam wiarę, energię i pewność zwycięstwa. Wytyczyliście nam szlak, którym my podążamy. Wybaczcie nam błędy i potknięcia, jakżeż Wam mamy dorównać? Zawiesiliście niewiarygodnie wysoko poprzeczkę odwagi, honoru, wiary, męstwa, lojalności, patriotyzmu, zasad… Jest teraz bardzo źle, ale… śpijcie spokojnie. Mamy Was za przewodników, a więc wygramy. Moim celem jest, bym na łożu śmierci mógł z czystym sumieniem powiedzieć to, co „Inka”- zachowałem się, jak trzeba. Nie chodzę do kościoła, więc poczekam aż wróci z niego moja córka i zapalę w oknie świeczkę na Waszą cześć. Niech poleci wam światełko miłości i walki do nieba, a Wy dalej bądźcie moim drogowskazem, jak żyć godnie, jak walczyć, jak trwać w wierze i w walce. Oddaję Wam honor i staję przed wami na baczność.

Żołnierze Wyklęci – cześć Waszej pamięci!!! Cześć i chwała bohaterom!!!

zw

grodzka

Cyrk prezydencki

Ponoć prezydent w Polsce ma jedynie funkcję reprezentacyjną. Typowej władzy nie ma prawie żadnej, może poza możliwością wetowania ustaw. Jednak każda partia uznaje posiadanie prezydenta ze swoich szeregów, jako punkt honoru. Dzieje się tak z kilku powodów. Raz że jednak jakąś tam drobną władzę ten prezydent ma. Wetowanie ustaw to też nie jest byle co. Zwraca uwagę społeczną na daną ustawę, no i pokazuje, że prezydent ma swoje zdanie. Inna sprawa że z tych wet na ogół nic nie wychodzi, a już w ogóle nie ma szans na nic, gdy prezydent jest z opozycji rządowej. Po prostu gdy rząd ma większość w parlamencie, każde jego veto jest natychmiast przegłosowywane. Najgłupsza ustawa mimo wetowania do usranej śmierci w końcu przejdzie, gdy rząd większościowy się uprze. Najważniejszym jednak jest testowanie przy wyborach prezydenckich obecnych orientacji politycznych Polaków. Obecny Komorowski jest mdły, niekompetentny i beznadziejny na stanowisku prezydenta, poza tym najzwyczajniej przynosi on wstyd Polakom. Zwolenników PiS jednak bardziej od jego osoby, i bardziej od wiary w cudotwórcze reprezentowanie kraju przez Dudę martwi fakt zbliżającej się kolejnej porażki z platformą… Która by to już była? Siódma? Ósma? Nieporadny PiS, popełniający gafę za gafą, aż szkoda tych ciamajd trochę. Mogliby w końcu wygrać, choćby dla pokazania, że nie jesteśmy skazani na rządy PO przez najbliższe 20 lat. Jednym słowem wybory prezydenckie spełniają po trosze rolę pijarowską, nie tylko dla dwóch największych polskich partii. Chyba nawet zbyt mocno tę rolę spełniają, nikt zbytnio nie słucha, co ma do powiedzenia taki Komorowski czy Duda, prawie każdy ich walkę rozpatruje w kwestii różnic procentowych pomiędzy partiami, które ci dżentelmeni (szczególnie dżentelmen „gajowy” ha ha ha) reprezentują. Ja zmusiłem się do tej katorgi. Posłuchałem co mówił Komorowski zaproszony do jakiegoś Koła Gospodyń Wiejskich czy innej tego typu instytucji, i przeraziło mnie, co za bzdury tym babom pieprzył „gajowy”. Moim zdaniem objęcie patronactwa nad remizą Ochotniczej Straży Pożarnej w Ożarowie znacznie przekracza możliwości tego buraka, a co dopiero bycie prezydentem państwa polskiego. Niestety Polacy uważają inaczej i Bronek jest prezydentem i niestety zapewne będzie nim dalej. Obym się mylił. Posłuchałem więc Dudy i tez złapałem się za głowę. Słyszałem jak proponował on, tradycyjne w socjalizmie, tradycyjne dla wszystkich kolejnych rządów zwiększenie biurokracji.  Mianowicie zapowiedział w sytuacji, gdy zostanie wybrany prezydentem, powołanie urzędu mającego na celu poprawę sytuacji gospodarczej kraju. W tym celu, należy, a jakże by inaczej, powołać nową instytucję. Miała by nim być powołana przy prezydencie Narodowa Rada Rozwoju. Taka rada, zapewne będzie miała 16 wojewódzkich oddziałów regionalnych? A w nim po kilkudziesięciu zatrudnionych urzędników? Do tego sztaby doradców, ekspertów itd. itp.? Solidnie opłacanych? Reasumując – 2000 miejsc pracy dla krewnych, znajomych i wszelkich przydatnych ludzi. Opłacanych z naszych podatków, rzecz jasna. Socjalizm w pełnej krasie. To już nawet nie dziwi, to historia, która nigdy się nie kończy. Co będzie, gdy któregoś dnia liczba urzędników przekroczy 50% populacji naszego kraju? Jak na nich wszystkich zarobimy? Na kogo w tym kraju można oddać głos w wyborach na prezydenta, posiadając przy tym czyste sumienie, że nie popełniło się koszmarnego błędu? Na Palikota? Pogłowie pedziów jest chyba zbyt małe, by uzyskał on znaczącą ilość głosów. Na Ogórkową? Chyba w jakiejś stołówce, na zupę tygodnia. I tak głosowałbym na pomidorową, albo rosół. Korwin Mikke? Kowalski? Wilk? Paro… eee… Jarubas? Jak przed każdymi wyborami robi się i śmieszno, i straszno.  Kolejna tragifarsa z olbrzymim wyborem (bo chyba z 30 chętnych już jest na to zaszczytne stanowisko). Znów jakiś tragiczny gamoń będzie próbował lansować swoją partię przed kolejnymi wyborami parlamentarnymi, poprzez udział, najlepiej jak najbardziej udany i efektowny, w kampanii prezydenckiej. Znów interesy Polski zejdą na dalszy plan, znów będziemy uczestniczyć w cyrku z udziałem żałosnych klaunów i pajaców. Zapewne dostaniecie jeszcze na łamach Wolnej Polski instruktaż, na kogo najlepiej głosować, by obyło się bez przypału, ale znów będzie to ciężkie zadanie. Na chwilę obecną żal po prostu wychodzić z domu i marnować czas na głosowanie na jakiegoś gamonia, który ma nas w dupie. Na koniec chciałem wam donieść o rozmowie, jaka przeprowadzono z Anną Grodzką, która jest kolejną z wielu kandydatek na urząd prezydenta. Otóż dziennikarz spytał: -Jeżeli się zdarzy, że wygra pan/pani wybory prezydenckie, kim właściwie pan/pani będzie? Prezydentem, czy może pierwszą damą? Na co pani Grodzka po namyśle odpowiedziała: „Bo ja wiem… szczerze mówiąc, koło ch…a mi to lata” 8-) . I tym pozytywnym akcentem zachęcam was do śledzenia kolejnych kandydatur na prezydenta. Kto następny? Może Kiszczak? Wodecki? Rodowicz? Beger? Krzynówek? Maciej – wróż z Polsatu? Poniatowski – hydraulik z Krosna? Kukuła – betoniarz z Nowej Soli? Vanessa – emerytowana prostytutka z Sopotu? Czeka nas jeszcze wiele interesujących kandydatur. Będzie zabawnie.

grodzka

Ukraina

O Ukrainie raz jeszcze

Śmiesznie, albo może nie tyle śmiesznie, co powiedziałbym – groteskowo – przebiega konflikt za naszą wschodnią granicą. Groteską nie jest fakt wojny, która jest okrutna i straszna, zabiera ze sobą tysiące istnień ludzkich i pozbawia żyjących dorobku całego życia. Groteską jest zachowanie tzw. świata zachodniego w tej kwestii. Spotykają się z Putinem, pieprzą o jakiś bzdurach, potem po dniu czy dwóch wspólnego imprezowania wszyscy wracają do siebie i, niczym Chamberlain w 1938 mogli obwieścić, że przywieźli nam pokój. Analogia widoczna gołym okiem, bo zaraz po tych, jakże „owocnych” rozmowach Putin kontynuował swe dzieło rozmontowywania Ukrainy. Obrona tego porąbanego kraju działa na zasadzie pospolitego ruszenia i oczywiście przynosi opłakane efekty. Niestety, ale formacje obronne Ukrainy to wiecznie pijana dzicz, nie mająca pojęcia o wojskowości, dyscyplinie i walce. Ta cała niby wojna to śmiech na sali, bo Rosjanie bawią się z nimi w kotka i myszkę, próbują zachowywać jakieś niby pozory, że to nie oni są agresorami, ubierają swych żołnierzy w jakieś mundury bez insygniów i tak dalej. Bo gdyby wjechali tam na poważnie, zajęcie tej całej Ukrainy zajęłoby im ze 3 dni… No już dobrze, z tydzień. Putin kombinuje po swojemu w ten sposób, żeby wojska NATO nie miały bezpośredniego przymusu by bronić Ukrainy, jest to niezwykle wygodna polityka dla wszystkich. Rosja udaje, że nie atakuje, że nie robi rzezi, że cały ten zgiełk to drobne potyczki etniczne. NATO udaje, że w zasadzie nic wielkiego się nie dzieje, stawia „zdecydowane veto” oraz „ostro potępia” to i owo, jak też „twardo oczekuje wypowiedzi na ostro stawiane pytania”. Zdecydowana polityka wobec Rosji, a co! Do tego świetnie wkomponowuje się ukraińska hałastra. Dostają oklep na każdym kroku, bronią się dłużej na swoich pozycjach wtedy, kiedy Rosjanom to pasuje bo np. przegrupowywują swoje wojska lub czekają na dostawy jedzenia, amunicji etc. Ukraińskie barany same nie bardzo wiedzą czego chcą. Jedni patrzą tęsknym okiem w stronę Rosji, inni – bardzo by chcieli Ukrainy wolnej i niepodległej. Nie ma tam ludzi wielkiego formatu, jeśli nie są pod butem Polaków czy Rosjan, kompletnie sobie nie radzą. Ot, dzicz, która bez pana, bez nahaja nad karkiem nawzajem się pozabija i pozagryza, a państwo w 5 lat przestanie istnieć. Stan sprzed wojny – drogi dziurawe bardziej niż w Polsce (nadzwyczaj trudne do osiągnięcia), korupcja większa niż w Polsce (nieomalże niewykonalne, a jednak), rekieterzy z giwerami kontrolujący TIR-y przejeżdżające przez Ukrainę i wystawiające własne dokumenty z pieczątkami na potwierdzenie poboru opłat! Po prostu bandy te są znacznie lepiej zorganizowane od aparatu państwowego. Nie lubią tam Polaków, rzeź którą nam zgotowali na Wołyniu okrucieństwem przekraczała morderstwa naszych w Katyniu, to tez bardzo trudne do osiągnięcia, swołoczy ukraińskiej się udało. Rozszarpywanie niemowląt w pół, przecinanie piłami kobiet w ciąży, gotowanie we wrzątku polskich żołnierzy to są fakty okrucieństwa i bestialstwa kompletnie niepojętego dla człowieka o zdrowych zmysłach. Dziś pogrobowcy tamtych kanalii, wskrzesiciele idei UPA czy OUN-u, banderowcy to wciąż procentowo niezbyt wielki odsetek w ukraińskim sejmie, natomiast ich znaczenie faktycznie jest znacznie większe. Biorą prym w działaniach wojennych, zresztą jako jedyni są chyba jako tako zorganizowani. Natomiast patrząc szerzej to należy Ukraińcom przyznać, że jak nikt jednoczą polską scenę polityczną. Dzięki nim PO i PiS mówią jednym językiem przynajmniej w kwestii polityki zagranicznej. Takoż i wszelkie tuby propagandowe PiS-u przedtem myślące samodzielnie w końcu zaczynają mówić językiem swych mocodawców partyjnych, dotyczy to mediów odleglejszych od kibiców, a bliższych strukturom i partiom politycznym. Kibice generalnie stronią od polityki, no może źle się wyraziłem, stronią od partyjniactwa i kolesiowskich układów i nie musza zachowywać dyscypliny partyjnej, bo żadnych wytycznych nie mają do zastosowania. Poza wiarą, własnymi zasadami i własnym sumieniem. Dlatego tez jesteśmy najzdrowszą tkanką tego społeczeństwa, bo nie zasilamy szeregów tych cwaniaczków z PO, PiS-u, SLD czy jakiś innych gówien. My wiemy, że Ukraina śmierdzi, że jest antypolska, nie chcemy z nią żadnych układów. Podobnie jak z Rosją. Ja nawet nie czuje żadnej nienawiści do Ukrainy, rozumiem ich że nie lubią Polaków, zawsze jak już byliśmy z nimi razem, to byli pod naszym butem, nikt tego nie lubi. Po prostu ważnym bardzo jest, aby zachować dystans, aby trzymać się od tej pół europejskiej, pół mongolskiej dziczy z daleka. Rosja weźmie co swoje, ma już Krym i pół Donbasu, ma dostęp do wszelkich dóbr naturalnych Ukrainy oraz ma w swych granicach etnicznych Rosjan, np. z Krymu, którzy zawsze tam przeważali i modlili się o powrót do rosyjskiej macierzy. Te tereny Ukraina już straciła na zawsze i nawet pierdnąć nie może, bo nie ma wojsk, nie ma ludzi, nie ma organizacji i nikt jej nie pomoże. Amen. Rosjanie być może jeszcze wezmą Mariupol, może coś jeszcze i mam nadzieję, że to im wystarczy. Tereny zachodnie Ukrainy, czyli bliższe Polsce, to już nędza, dzicz i syf. Nie bardzo mają po co tam jechać. Jeśli jednak i te tereny będą chcieli zawłaszczyć, trzeba będzie szykować się do wojny. Na razie jednak Polska powinna ich zostawić samym sobie, zresztą nie jesteśmy w stanie nic zrobić. Powinniśmy się zachować cynicznie i ekonomicznie, niczym Jurij Orłow grany przez Nicolasa Cage w filmie „Pan życia i śmierci”. Rosja chce kupić od nas czołgi? Czemu nie. Ukraina chce kupić od nas czołgi? Czemu nie. Bardzo podoba mi się postawa premiera Orbana, który na pierwszym miejscu stawia dobro własnego kraju, nie wtrąca się w nie swoje sprawy, handluje z kim się da, a kraj jego rozkwita. Tylko czy jego umysł wytrzyma wspólny front chłodu arktycznego w stosunkach z nim, jaki obrała i platforma, i PiS? Pani Kopacz chłodno podała rękę Orbanowi i nie chciała z nim gadać, a Jarek Kaczyński poszedł dalej i nawet nie przyjął zaproszenia na spotkanie, na które nikt go nie zapraszał! Czas na koalicję, fałszywe zasrane towarzystwo polityczne! Bardzo podobne programy, podobne zachowania, po co dalej udawać „rząd” i ”opozycję”, skoro więcej was łączy, niż dzieli? No już dobrze, rozumiem, chodzi o kasę i układy, to jest szerszy plan, którego nie każdy musi znać szczegóły… Podsumujmy. Chroń nas panie Boże, o ile istniejesz, przed sojuszem i braterstwem z Ukrainą. Chroń nas przed wstąpieniem tego kraju do Unii Europejskiej. Chroń nas przed agresją ruskich. To tyle upraszania się, bo Bóg nas przed niczym nie obroni, jeśli nie obronimy się sami. Amen.

 Ukraina

czas

Czas frajerów

Piątek wieczór, a więc spokój tradycyjny zapada. Tydzień pracy szczęśliwie zakończony. Znów pracowałem za czterech, znów… nieważne. Czas sjesty nadszedł. Lecę więc „piątkowe standardy”: butelka wina (acz tym razem, sprytnym i wyciągającym wnioski będąc, mam drugą w odwodzie), znów sam, znów telewizor, choć z odległości 1,20 metra czerwona dioda kusi, by użyć pilota, znów „wytrzymuję”, przypominając jakie ścierwa, jakie ohydne mordy w tymże telewizorze oglądać będę musiał, gdy potwora tego włączę. Gdybym jakimś cudem nie spał do godziny 0.50 włączę zobaczyć siódmą, jakże udaną część „Piątku trzynastego” z Jasonem, o którym dopiero co niedawno pisałem. Nie pamiętam wprawdzie dokładnie 7 części, ale wszystkie były udane – stąd moja dedukcja ;-). A teraz piszmy coś Mistrzu, gdyż pióra (no dobra, klawiatury, ale pióra brzmi dostojniej, bardziej literacko) używam ostatnio nader rzadko. Bo tak prawdę mówiąc (pisząc? ) raz na tydzień, to sobie można iść na kręgle, a nie pisać bloga. Obecnie mam coraz więcej chęci do działania, coraz mniej do pisania. Nie to, żeby tematów nie było, ich jest aż za dużo, ale ciągle pisząc o faktach, o życiu codziennym trzeba zniżać się do rynsztoka i pisać o kreaturach, debilach i sk…ch wszelakich. To męczy czasem, musze przetykać ten cały syf artykułami o sztuce i muzyce, dobrze że sezon wraca, sezon obijania mord się zbliża, sezon 4 ligi Pomorskiej znaczy się zaczyna się za dni parę. Dokładniej tzw. Ligi Bałtyckiej. Skąd taka nazwa? Bo pomysłodawca tejże musiał być człowiekiem zorientowanym że tu tylko Bałtyk się liczy, tylko Bałtyk tu istnieje. Spójrzcie sami, kto tu gra poza nami? Jakiś Szczecin, Koszalin…? A gdzie to leży, co tam się znajduje? Może to i całkiem ładne miasta, może i kibice drużyn tam grających z ryja schabowe by nam porobili, ale co z tego? Nie liczą się, nie ma ich w momencie, w którym grają z Bałtykiem. Święta drużyna, o której pisuje prorok Malkontent, mający wiedzę i wiarę, która wielu jeszcze dostępna nie jest, ale będzie. Teraz jest wprawdzie moment przejściowy – podwórkowa liga piłkarska, mała liczba kibiców, z tego jeszcze połowa to gamonie, w którymi wstyd się pokazać na mieście. To minie, ciągle jestem jeszcze z moim Bałtykiem w ciemnym, obsranym tunelu, ale oto już widzę światło na jego (tunelu) końcu. Światło potęgi piłkarskiej i kibicowskiej, albowiem dzień w którym serwisy sportowe będą się zaczynać od opisów meczów Bałtyku w lidze mistrzów, a serwisy kryminalne od opisów wyjazdów kibiców Bałtyku zbliża się. Wiem to i jestem spokojny, jedynym zmartwieniem jest, że tego nie dożyję, wszak za 8 dni 42 krzyżyk wskoczy na plecy, ale ch… w to… to tylko lata. Jest energia, jest moc, jest walka, jest wiara, będzie i sukces. Z Bałtykiem o wiarę jest mi łatwiej, bo ta nieznaczna część jego sukcesu zależy ode mnie, mogę dołożyć swą cegiełkę do końcowego sukcesu. Gorzej jest z krajem moim ukochanym. Tutaj mój wkład w sukces jest znacznie mniejszy, śladowy wręcz, choć staram się,  i robię co mogę. Niestety ale nadszedł czas frajerów. Jest moda na bycie szmatą, ścierwem. Być konfidentem, parówą, zaganiaczem? To nic strasznego. To, nawet bym powiedział, jest trendy. Martwić się tylko o swoją pryszczatą dupę i nie martwić się o innych. Uwierzcie mi, że z waszych kolegów, kumpli, znajomych (nie używam tu nazwy „przyjaciel” bo to inna para kaloszy, zresztą niezbyt rozumiecie co to znaczy, wymierające słowo) 95% was zagoni, op…li, sprzeda. Nie mówię, że akurat na psiarni, ale u szefa, u żony, u innych ludzi. Niestety, w naszym świecie, w naszej Polsce bez zaufania, bez dobrej bandy, bez pewności ,że nikt nie sprzeda nie odzyskamy ojczyzny wolnej i niepodległej. Świetnie wiedzą o tym ci, którzy rządzą, robią swoje, a my, ta garstka wierzących i walczących, leżymy i sramy pod siebie. Nie można ufać nikomu, ja w to próbuję nie wierzyć i ciągle walczę, i ciągle ciach bajera, znów się pomyliłem. Wszędzie gdzie można, gdzie było zbiorowisko ludzi z zasadami,  łamane są kręgosłupy i zasady. Zniszczone w większości zostały duże zakłady pracy, gdzie funkcjonowały duże, wiele lat pracujące razem i ufające sobie grupy ludzi. Zmarginalizowane, ośmieszone i obłożone frajerami zostało harcerstwo. Mam nadzieje że przetrzyma ono najgorsze czasy i przetrwa, bo kto będzie tworzył „szare szeregi”, gdy przyjdzie czas? Zlikwidowano wojsko z poboru i nie ma już praktycznie w nim fali i wszyscy jadą „programowo”, zgodnie z regulaminem. Chłopaki spod kraty mówią, że prawie już zniknęła grypsera, byle ścierwo wydziarane od stóp do głów dziarami, po drugim liściu na ryj, śpiewa wszystko co wie, do trzech pokoleń wstecz, mordy mu nie można zamknąć. A za 12 godzin przepustki? Wszystko zrobi. Giętkie kręgosłupy, miękkie charaktery. Tania kiełbasa, piwo w puszce i wódka z dolnej półki marketu. Jacyż oni mądrzy, ci nasi wrogowie! Z wściekłością muszę przyznać, że osiągnęli bardzo wiele. Szermierze myśli, ubeccy psychologowie. Skończyły się czasy bicia w pięty, albo sadzania dupą na nodze od taboretu. Ból fizyczny powoduje bunt. Lepsza jest metoda kija i marchewki. Nie pamiętajcie o Żołnierzach Wyklętych, ale weźcie 2 dni urlopu i jedźcie na grilla, kiełbasa  na tacce plastikowej i tania wódka w komplecie z kolorowym napojem gazowanym pomoże nie myśleć o „bzdurach”. Nie róbcie sobie kłopotów, ukłońcie się, gdzie trzeba, powiedzcie co wiecie, nie kapujecie, po prostu mówicie jak było, no nie? Czas frajerów… ścierwa, leszcze, ludzie bez godności. Młodzi aktywni wyborcy PO… miłe spokojnie panie, nie wychylające się („oddaj komputer, bo policja się mnie czepia, a ja chcę żyć spokojnie”). Tak to już jest, że kto żyje z Malkontentem, tego się milicja czepia. Lepiej ze mną nie żyjcie drogie panie, a i ja zbytnio nie zabiegam. Albowiem rodzinę już mam (córeczka, mama, tata, siostra i pies) a na sex zawsze ktoś tam się skusi – nie na wygląd polecą, to na stan konta je wezmę, ha ha ha. Małe ono jest, mało zasobne i na pierwszej klasy towar nie starczy, ale na lekko przebrany, niczym w Tesco trzy godziny po rozpoczęciu promocji – zawsze starczy ha ha ha. Bestia wróciła i kąsać nie przestaje, tylko miłe z historii osoby pominie w swych atakach. K…m i frajerom odpuszczone nie będzie. Kończy się to wino hiszpańskie. Śmierć frajerom, śmierć konfidentom, śmierć ż…m (Żurawiom? Żonkilom? Żelaznym Żytojadom? Zgadnij, czytelniku) śmierć wszystkim niedobrym ludziom. Na pohybel tym, którzy nie walczą o Wolną Polskę, na pohybel tym, którzy źle myślą o Bałtyku, którzy na niego plują, którzy nie kochają swojego kraju, którzy nie szanują bohaterów. Na pohybel państwowej milicji.  Będę jeszcze tańczył na waszych grobach. A może na nie nasram? Czas pokaże, na co Pan będzie miał ochotę. Dziś jesteście górą, ale nasz triumf jest coraz bliżej. Najpierw Bałtyk, potem Polska. Albo odwrotnie, nie ma znaczenia. Światełko widzę coraz wyraźniej, Jest czas frajerów, ale nadchodzi czas prawdy i ludzi z zasadami. Choć tego w ogóle nie widać, możecie być pewnymi, że jak zwykle się nie mylę. Nie po to zostałem prorokiem, nie po to słucham głosów dudniących w mej głowie, by się mylić. Nie martwcie się moimi cierpieniami, słodycz zwycięstwa osłodzi mi trudy walki. Wielki Bałtyk, Wolna Polska, już niedługo. Ruszyła maszyna… Już nic nie zatrzyma.

czas

bestia

Bestia kąsa

Myślałem że jestem nie do zdarcia, że do końca życia będę sprawny, spięty, gotowy. Czujny jak ważka. Tymczasem dałem się trochę rozjebać od środka. Czuję się jak pies w klatce, jak w powieści „Biały Kieł” Jacka Londona. Biegam nerwowo po klatce, jestem ranny i ciągle rozdrażniony. Biegam nerwowo, przemierzam w te i wewtę małą powierzchnię klatki i czekam. Nerwy napięte jak postronki, cały czas atakowany, więc czekam. Wystarczy mi chwila nieuwagi, wyskakuję z klatki i rzucam się do gardła. Nie biorę jeńców. Nikomu nie ufam, udaję spokojnego, ale to pozory,  czekam, aby rzucić się do gardła i rozszarpać je. Fighting jest dobry i potrzebny na meczach. W życiu też, ale nie zawsze. Unik, garda, cios. Przeciwnik zaskoczony, słabnie. Rzucam się do gardła, waląc sierpem w skroń. Ja byłem gotów, przeciwnik nie. Znów wygrywam. Wczoraj po kilku tygodniach przerwy wyszedłem w miasto, na chwilę, do kina, do przyjaciela. Zabawnie było przez chwilę, potem znów wyszła ze mnie bestia. Atak, cios za ciosem, tracę kontrolę. W „50 Twarzach Greya” ma to może swój urok, w życiu już niekoniecznie. Trzymam z demonami i może nawet z samym Lucyferem, ale oni nie mogą mną rządzić. Co ja zacząłem gadać, czemu znów nie zaciągnąłem hampla w odpowiednim momencie?  Zachowałem się jak baba. W życiu, gdzieś tam na mieście, na rewirze, w Polce jest jakieś tam SLU, człowiek całe życie pracował na to. Wiedzą,  że będę gdzie mam być, że nie nawalam, że jeżdżę najwięcej, że czasem pomagam, że nigdy nikogo nawet na złotówkę nie jebnąłem. Im bliżej domu tym gorzej. A już we własnym królestwie najgorzej. Zresztą nie od dziś to wiadomo, przysłowie mówi, gdzie jest najtrudniej być prorokiem – we własnym kraju… Rano przyszedł kac. Moralny, bo po tych kilku grzańcach na normalny to za mało… Ale ze mnie szmata, pomyślałem. Być z kimś 7 lat i jechać z nim na nerwie, przez to, że może wkurwił, może nie tak się zachował. Wszyscy moi bliscy wiedzą, jak jadę. Nigdy nie odpuszczam, podbijam dwukrotnie, trzykrotnie stawkę, aż kogoś zniszczę. Mową i jazdą słowną jestem w stanie zniszczyć każdego niestety, no może ten zasrany mądrala z O.K. stawi mi czoła. Słowa ranią lepiej czasem, niż nawet dobrze wyprowadzony prosty, niż odłamkowy ze szrapnela. Niewiele brakowało. Kurwa, jak do tego się ma szlacheckie pochodzenie? Dziadek walczył w powstaniu warszawskim, pradziadek był na Syberii, dorobił się majątku, który stracił na gorzałę, karty i dziewczynki. To nieprawda, nie ma żadnych analogii, żadnych wspólnych cech genetycznych ;-). Już się otrząsnąłem, już się nie dam sprowokować. Przepraszam Iwonkę, że dałem się ponieść emocjom. Biały człowiek, wychowany, tradycje ma i jak ścierwo się zachowuje. To ja właśnie, wstyd mi. Kiedyś tak z żoną jechałem, jak się okazało… nieważne co się okazało. Ja muszę być ponad to. Też przepraszam. Tu kraj jest do naprawienia, a ja wikłam się w jakieś osobiste porachuneczki. Słabo. Generalnie jestem dobrym człowiekiem dla Polski i Bałtyku i złym dla najbliższych. Bestia ostrzy pazury, szykuje się do skoku. Zjechałem 8 kilo, zaczynam się ruszać, sezon blisko. Będę miał formę 20 latka i będę wszędzie. Już nie mogę się doczekać. A Ciebie… I Ciebie już postaram nigdy się nie zranić, ze względu na pamięć, na te piękne dni, one w pamięci mi zostaną. Pamiętajmy dobre dni, złe do wiadra na odpadki. Nie prowokuj mnie, a i ja mordę na wodzy utrzymam. Potem napięcie zjedzie. Gdańsk, Koszalin, Szczecin. Zabawa trwa, jadę do was, jebać was wszystkich, co nie lubicie Bałtyku, mogę wam to powiedzieć w twarz. Do zobaczenia na wyjeździe. Kurde jak to powoli leci, te ostatnie dni!!! Też tak macie, też nie możecie się doczekać?

bestia

jason2

O Jasonie i Walentynkach

Piątek wieczór to dobry czas. Umęczony tygodniem zdobywania zachodnich rubieży Rzeczypospolitej, odwiedzinami niezbędnymi u rodzicielki  i formalnościami urzędowymi, zasiadam w końcu w swym fotelu. Odrapany on i skóra na nim pęka, ale nic to, jak mawiał Onufry Zagłoba. Jest wygodny. Otwieram butelkę wina czerwonego, wytrawnego z mojej ulubionej grupy – Caberneta Sauvignona, zasiadam i, niczym w utworze Depeche Mode, zaczynam rozkoszować się ciszą. To takie zdrowe dla umysłu i uwalniające z wszelkich obciążeń – być samemu. Smutne czasem i niewygodne w życiu codziennym, ale to jednak dobry stan. Dobry dla mnie, szczęściem wielkim zawsze byłem samotnikiem, eremitą wręcz niekiedy i samotność lubiłem i lubię do dziś. Jedynym dyskomfortem jest to, że nie wynika ona z mojego wyboru – przynajmniej nie bezpośrednio – a z konieczności, a nie lubię być w sytuacji, w której nie wszystko zależy ode mnie. Jestem kreatorem, inicjatorem, a bywa że i uzurpatorem, a nie wykonawcą, narzędziem ślepym w czyimś niezgrabnym ręku, nieporadnym niczym szczur ślepy jednodniowy 8-)  . No cóż, samotność jako jedyna daje mi 100 – procentową pewność spędzenia wieczoru z kimś zabawnym, inteligentnym i kreatywnym – wystarczy zerknąć w lustro. Zdrowie Twoje, Mistrzu! I oto lampka wina wesoło już krąży w krwioobiegu, ożywiając umysł i ciało. No pięknie, godzinę w domu już jestem, a telewizor jeszcze nie włączony. Nie do pomyślenia dla Mariana steranego całodniowym opieraniem się o betoniarkę, żeby przy wieczornym piwku nie obejrzeć teleturnieju lub wiadomości na TVN-ie  (tam prościej są podane, Marian wszystko zrozumie bez problemu, no i bekę mają z tych katoli i oszołomów z PiS-u), nie do pomyślenia dla Krystyny steranej pracą w warzywniaku, żeby nie obejrzeć „Szpitalu”, „Dlaczego ja”, gdzie zawsze dobrze się kończy,  lub tego pięknego serialu wenezuelskiego, gdzie są te piękne kobiety i ci wspaniali mężczyźni i nie gadają o bzdurach, tylko o miłości. Ja tymczasem jakoś bez telewizji się obchodzę. Odpoczywając przy winku puszczam w uszy głuche moje muzykę z telefonu – zniewala mnie ta jakość dźwięku, dostępna w słuchawkach dla mnie dopiero po 40 roku życia. Puszczam muzę na chybił trafił i los pokierował nią całkiem ciekawie – „All about Us” Tatu, potem Marilyn Manson, Beethoven, Therion, Szwagierkolaska i obecnie „Raining Blood” Slayera. Oho, druga lampka wina się skończyła… Dobre, bardzo dobre, jeszcze dwie wypiję i podchmielony być zacznę, a jutro od rana tyrka poważna z wizytą gości związana – muszę uważać, aby nie przesadzić. Choć tak szczerzę przyznam, że bardzo tęsknię za gryzącym smakiem whisky – ach, gdybym tak był w stanie złamać własne słowo… Już by tu stał Jameson z 4 kostkami lodu… i niczym więcej, dość już profanów zalewających whisky colą czy pepsi. Ale słowa łamać nie można. Żegnaj Jamesonie, irlandzki przyjacielu, będę cię długo jeszcze wspominał… Po Slayerze wskoczył mi Kazik, a ja myślę, o czym tu skrobnąć dzisiaj, może o orędziu prezydenckim Dudy? Oddać szacunek mu muszę, orędzie było wspaniałe, szkoda że reprezentuje partię wspierająca antypolską akcję wspierania Ukrainy w konflikcie z Rosją, bo poparłbym go w wyborach prezydenckich. Niemniej Duda przy Komorowskim, to jak w konkursie wiedzy o języku polskim Miodek przy Wałęsie. Może o walce górników z JSW z systemem? Może o marszu gwiaździstym rolników na Warszawę? Ale mi się nie chce o rzeczach poważnych. Albo mi się chce, ale nie o tych. Wejdźcie na Ostatnią Kohortę albo na kresy.pl poczytać o rzeczach ważnych, ja chcę napisać o dniach dzisiejszym i jutrzejszym. Czy to ważne dni? Zależy jak na to patrzeć, dla mnie każdy dzień jest ważny i każdy trochę smutny, gdyż przybliża mnie do końca. Coraz bliżej do końca, a tu cała ta stajnia Augiasza nie posprzątana jeszcze, chwasty się plenią wszędzie, żeby tylko czasu starczyło na porządki… Dziś jest dzień istotny dla kabalistów, mitomanów i wielbicieli wróżb  i guseł wszelakich. Piątek trzynastego… Jak to fajnie brzmi. By w nastrój odpowiedni się wczuć, w obraz główny na telefonie wrzuciłem sobie sympatycznego Jasona w swej poszarpanej i zakrwawionej nieco masce… oczywiście z klasycznego horroru o wiadomej nazwie „Friday the 13th” ;-)  . Niestety nic się nie działo szczególnego przez cały dzień i, zakładając, że spadając z krzesła nie skręcę sobie przez najbliższe dwie godziny karku, albo że nie wpadnie mi do mieszkania szaleniec z maczetą większą, niż ja mam na wyposażeniu i że mnie nią nie wypatroszy, muszę stwierdzić co następuje: Wielbiciele Macieja Wróża, kart Tarota, szklanej kuli, znaków polegających na wierze w „szczególne” daty, czarne koty, baby z pustymi wiadrami i kominiarzy – odzieram was ze złudzeń, wszelkie wasze gusła i zabobony to kretynizmy. Jak już macie w coś wierzyć, to lepiej idźcie się modlić. Maciej Wróż wam życia nie ustawi, Jason z piłą mechaniczną w ręku drogi wam nie zagrodzi, co najwyżej ten Maciej finansowo was ograbi – wróżenie trochę kosztuje – to faktycznie wpłynie trochę na wasze życie…

Skoro sprawę piątku, trzynastego już wam wyjaśniłem, czas na dzień jutrzejszy. Czternasty luty to w nowoczesnej mitologii Dzień Świętego Walentego, zwany popularnie jako „Walentynki”. To kalka kretyńskiego amerykańskiego święta, w którym szkodzimy naszym ukochanym(?) kobietom tucząc je beznadziejnymi słodkimi czekoladkami z bombonierek i racząc makulaturą w postaci kartek z sercami i różowymi słonikami na przykład z wielkimi napisami w stylu „kocham Cię” lub lepiej z angielskiego „love you”. No dobra, tak tu gadam, twardziela zgrywam, a jutro przeglądnę  pocztę i wszystkie telefony moje, czy aby nikt serduszka mi nie wysłał, ha ha ha. Podejrzewam, nieomal pewien jestem, że nawał serduszek walentynkowych mi nie grozi, gdyby było jakieś przeciwstawne święto, w którym się na przykład wysyła szubienicę albo zakrwawiony topór symbolizujący chęć natychmiastowej zagłady kogoś, kogo nienawidzimy – telefon by się urywał, jak mniemam. SMS-y by przychodziły co minutę. Szkoda, że takiego święta nienawiści nie ma, ale wracajmy do walentynek. Kocham córkę, pieska, mamusię i tatusia, ale to nie rodzaj miłości walentynkowej, więc czyżbym nie miał komu wysłać tego prymitywnego wyznania miłości…? Skoro pomyłka 7- letnia już odeszła, już nie męczy, już zasłona opadła… No nie jest tak do końca.

Miłego weekendu, mój na pewno będzie udany, oby i wam się udało!!!

….Sezon coraz bliżej

… Trzeciaaaa… laaaampkaaa… wiiinaaaa…. leci… do łóżka idę   8-)

Jason, przyjedź do Polski, weźmiemy nasze maczety w dłonie i zrobimy porządki. Ty masz serce do roboty, ja znam adresy.  Jedziemy!!!jason2

rozliczenie

Rozliczenie z zimą

Ta zima, choć marna jako pora roku – mało mrozów, śniegu i generalnie gówniana pogoda – obmierzła mi jednak straszliwie i mam jej dość, jak nigdy dotąd. Wy też? Przede wszystkim zima, to powinna być zima… zbliża się grudzień i jeb! 5 stopni mrozu w dzień, 15 w nocy. Niedużo śniegu, wystarczy że spadnie raz i się utrzyma dzięki mrozom, za to mroźno i chłodno… tak w grudniu i styczniu, od lutego ocieplenie. Od moich urodzin i tym samym  Dnia Żołnierzy Wyklętych notujemy plusy temperatury, od połowy marca pełna wiosna… Oto moja wersja zimy. Nie sprawdza się ona, niestety. Minusów nie ma, jest chlapa, czasem pada deszcz, czasem śnieg, raz zimno raz ciepło, do bani z taką aurą. Na dodatek zachorowałem i od 2 tygodni trzyma się mnie jakieś gówno. Staram się żreć jakieś leki i dbać o siebie, pomagało to o tyle, że nie zdechłem marnie, natomiast ozdrowieć się też nie dało. Doszło do tego, że gdy obudziwszy się w sobotę we własnym, komfortowym łożu nadal czułem się nad wyraz kiepsko, powiedziałem sobie: dość! Nie będzie Jaśnie Pan BG we własnym łożu, boleściami złożony, konał! Tam w Polsce ludzie czekają! Czytelnicy na treści, piękne swawolne kobiety na zainteresowanie się nimi, młodzież denerwuje się, bo brak im drogowskazów… Wstałem i udałem się do państwowej służby zdrowia, jest w Lęborku takie jedne miejsce, gdzie przyjmują w soboty. Postałem pół godziny, trochę się pośmiałem z bab, które się kłóciły o jakieś wyimaginowane bądź nie – przywileje – czy te miłe, przyjemne w dotyku stworzenia nie potrafią zachowywać się normalnie w sytuacjach, gdy jest ich więcej niż 3 w jednym miejscu? Nieważne. W końcu mnie przyjęto i sympatyczna pani doktor zaordynowała mi jakieś antybiotyki, dzięki czemu do życia wracam i chyba też do pisania normalnego, bo ludzie co rusz dopytują „co tak słabo ostatnio” i czy aby wizyta na psiarni mnie nie przygasiła intelektualnie. No ta wizyta na psiarni przyjemna nie była, nie wiem czemu właściwie środowiska lewackie, anarchistyczne i pedalskie od lat wielu darzą mnie niechęcią, nienawiścią wręcz? Donoszą na mnie, knują, atakują zza pleców. Nawet umieszczają mnie w swoich brunatnych księgach jakichś, co z uśmiechem niedowierzania odczytałem na jakiejś zapchlonej lewackiej stronie netowej. Pierwszy lęborski nazista na tych stronach umieszczony, ha ha ha. To zabawne, że ktoś w tym kraju mnie nazwał nazistą, popularność jak widać, różnymi ścieżkami wiedzie, niekiedy krętymi i fałszywymi. Równie dobrze można mnie nazwać chińskim mandarynem, wojownikiem sumo, krawcem z Panamy, czerwonym kapturkiem, lub Jeanem Claudem Van Damme…  Jak tam kto sobie życzy. Być może dla niektórych niczym Bóg mogę występować w każdej postaci i wszędzie, aczkolwiek skromność moja wrodzona rumieńce wstydu u mnie na te porównania wywołuje i zaprzeczam, gorąco zaprzeczam… Ja tylko zwykłym bandytą stadionowym jestem. Z honorem i zasadami. Poza Bałtykiem Gdynia dbam o narodową pamięć i tożsamość. Adolf Hitler i Rudolf Hess są dla mnie ważni w życiu równie bardzo, niczym Michał Wiśniewski z Marylą Rodowicz, czyli wcale. Dno, debile i degeneraci. Raczej nigdy nikogo nie oszukam na kasę, na pewno nikogo nie sprzedam, jestem zawsze tam, gdzie powinienem być jako kibic i czasem ( z powodów czasowych i finansowych) tam, gdzie powinienem być jako patriota. Jestem głosem, wizytówką i honorem kibiców Bałtyku Gdynia i daj mi Boże (o ile istniejesz) zdrowie i siły, bym mógł jeszcze długo nim być, bo na sile, szacunku i wizerunku kibiców Bałtyku Gdynia najbardziej mi zależy, a lata mijają, dziadzieję, a nie widzę żeby ktoś wreszcie utrącił dziada (mnie czyli) z medialnego i wyjazdowego piedestału, co wcale radością mnie nie przejmuje… Boję się zapowiadać publicznie odnośnie mojej frekwencji wyjazdowej na meczach Bałtyku w nadchodzącej rundzie wiosennej, gdyż zapowiedzi swe publiczne traktuję niezwykle poważnie, więc powiem enigmatycznie nieco, gdyż do kolejnej (który to już raz?) rundy wiosennej przygotowując się psychicznie kluczową decyzję już podjąłem. Mianowicie pojadę tu i tam, zaliczę jakieś wyjazdy, postaram się być tam, gdzie trzeba. Nie chcę brzmieć pompatycznie i obiecywać na wyrost, ci co mnie znają, wiedzą co znaczy taka zapowiedź u dziada, który w minionym roku zaliczył 100% wyjazdów. Gdzieś tam wpadnę!! I morda mnie już swędzi z góry, szczególnie na myśl o zaliczeniu po raz 3 z rzędu rezerw Pogoni Szczecin, ha ha ha. Może oszczędzą tam dziadka? Wróćmy do tej zimy, co mija, rozprawmy się z nią. Do pogody i choróbsk, co się przyczepiły, doszło mi tej zimy zwiększenie metrażu. Nie to, żebym dokupił, wręcz przeciwnie, nie mam już wstępu na działkę, na której z taka przyjemnością dołki kopałem, pieliłem, roślinki sadziłem… Tak, nie jestem już obszarnikiem. Metrażu zwiększenie doszło, bo balast się odczepił. Odszedł zły humor, knowania, pretensje, alkoholizm… wrócił spokój, normalność, odpoczynek. I chociaż głos głucho huczy w pustym, ograbionym pokoju, chociaż ktoś koszty naliczył lepiej, niż ten słynny komornik, co niezgodnie z prawem ciągnik facetowi zajął, chociaż wielu rzeczy w domu brakuje, to nie dla rzeczy, nie dla ich posiadania stworzeni zostaliśmy…  A niech tam czasem zabraknie łyżeczki do mieszania herbatki, kuchenki mikrofalowej do odgrzania posiłku czy pralki do ciuchów uprania… Zło sobie odeszło, a dobro drobiazgami przyziemnymi się nie trwoży. Spokój, miłość i przyjaźń już będą gościć w tym domu. Nareszcie… Oho, naprawdę, 2 dni brania antybiotyku i chyba zdrowieję. Nabrałem ochotę na lampkę wina w niedzielny wieczór. Drugiej chyba nie będzie, nie można szarżować, jutro znów do pracy o świcie… Kolejne kino drogi i kolejne pomysły na życie przelewane na kompa… Zegar bije, od dzisiaj równy miesiąc pozostał do inauguracji rundy na Lechii II Gdańsk. Zaczynam się budzić, zima się kończy, wraca zdrowie, energia, nadzieja, będzie walka!!! O Bałtyk w wyższej lidze (piłkarze), o Bałtyk w wyższej lidze (kibice), o pamięć dla bohaterów. Złe siły jeszcze warczą, jeszcze macki swe obrzydliwe ku mnie wyciągają, ale maczetą jakąś zaraz je obetnę. Źli ludzie, zła milicja, zła pogoda, złe choroby przegrywają. Nie poddam się nigdy, jak rotmistrz Pilecki i nigdy nie zwątpię, jak Danka Siedzikówna i ruszam do walki, jak „Łupaszko” i „Zapora”. Pójdźcie ze mną, a cel swój osiągniecie, a całun zwycięstwa lica wasze pokryje, lampkę wina swoją wznoszę… Na pohybel zimie, na pohybel złym marom, na pohybel złym potworom, na pohybel zdradzie i oszustwu, zdrowie nasze! Stuknęła się szlachta kielichami z winem wytrawnym, i ruszyła wiara w pole…! Bałtyk Gdynia, Polska, honor i zasady – aż po życia kres!!!

rozliczenie

wolny

Jeszcze wolny…

Z pięć razy siadałem do tego kompa, aby coś napisać, ale po prostu brak mi sił. Jestem chory, ledwo funkcjonuję, wszystko mnie boli, atakuje mnie gorączka i najchętniej bym ciągle spał. No, ale walczę, jest trochę lepiej niż rano, choć po 20 dopiero, a czuję się, jakby była najmarniej 23, a ja po 16 godzinach ciężkiej pracy… No dość użalania się. Napisać chciałem przede wszystkim o tym, że z powodu mojego bloga po raz pierwszy w życiu byłem na psiarni. Z powodu pisania ogólnie – po raz drugi. Miałem cynk, że będzie chodziło o mojego bloga i tak sobie kombinowałem – któż to mógł na mnie donieść? To smutne, jak wielu jest konfidentów i donosicieli w naszym kraju, jak wielu ludzi interesuje się nie swoimi sprawami, jak wielu obywateli nie widzi nic złego w strzelaniu z ucha… Myślałem, że uraziłem kogoś z „górnej półki” bo mówiąc eufemistycznie, co nieco rzekłem prawdy (czyli mocno negatywnie poszło) na rząd, ubeków, komunistów i innych bandytów na moim blogu… A tu zdziwienie. To co piszę ja i wielu innych mi podobnych, nie obchodzi nikogo „na świeczniku”, mają totalnie wylane na wszelkie słowa krytyki. Donos przyszedł „z dołu”, czyli znów pewna lewacko – pedalska organizacja, która już i poprzednio na mnie doniosła. Nie będę jej tu reklamował oczywiście, wiecie o kogo chodzi.  Pisze 2 lata, a chodzi o zaledwie jedno zdanie – z połowy czerwca 2014 roku, kiedy to opisywałem sytuację w Andrychowie, gdzie cyganie spowodowali awantury z Polakami. To zdanie w ogóle nie jest mojego autorstwa, dostałem je od kolegi – korespondenta, o taki drobiazg się przyczepili do mnie po 2 latach pisania bloga! A więc nie pójdę siedzieć, wciąż jestem wolny, bo jakby mnie pozwał ktoś ze świecznika, to miałbym przesrane, pierdel na lat kilka pewnie, albo i zginąłbym nieoczekiwanie, na przykład popełniając niespotykanie brutalne samobójstwo, dźgając się 25 razy nożem i strzelając do siebie 6 razy jednocześnie 8-) … Tak sobie żartuję, bo już nie ma żadnych hardcorowych treści u mnie. Zwątpiłem? Obsrałem się? Sami zobaczycie w swoim czasie. Myślę, że raczej blog będzie bardziej dla ludzi inteligentnych, umiejących czytać między wierszami, choć oczywiście zło będę nazywał po imieniu. Nie mam sił pisać nic więcej, jestem jeszcze wolny póki co i mam nadzieję długo takim pozostanę, bo muszę pilnować domu i mojej córeczki. Więc idę spać aby szybko zdrowieć, miliony spraw czekają na opisanie  :roll:.

wolny