Obrazy

ikar

Pejzaż z upadkiem Ikara

Dawno, oj bardzo dawno nie opisywałem już tutaj żadnego obrazu. Ostatnio jednak po dłuższym wyjałowieniu z artystycznej, melancholijnej zadumy, w którą wprawić może tylko oglądanie jakiejś doskonałości na płótnie, znów do owej wróciłem. Poczułem chęć obejrzenia czegoś metafizycznego i wyszło tak, że po raz drugi (po „Ślepcach”) i, zapewne nie ostatni, wracam na łamach Wolnej Polski do twórczości Petera Bruegela. Ten XVI – wieczny malarz żył zaledwie 3 lata dłużej, niż ja mam obecnie, a stworzył co najmniej kilkanaście dzieł wspaniałych, znakomitych, niezwykle charakterystycznych, uwielbiam po prostu jego twórczość.  Dziś proszę was o przyjrzenie się jego dziełu „Pejzaż z upadkiem Ikara”. Co za klimat, niesamowity po prostu! Obraz nawiązuje do znanego mitu o Dedalu i Ikarze, jak wiemy mit ten wieszczy smutny koniec dla Ikara, którego skrzydła z wosku nie pozwoliły mu lecieć zbyt długo, roztopiły się i gościu zginął marnie, gdyż runął do morza. Od razu widzimy w tym obrazie szczyptę sarkazmu i metafizyki połączonej z szarym dniem codziennym – cechy charakterystyczne dla Bruegela. Z mitu o Ikarze obraz obejmuje jego sam koniec, albowiem w prawym dolnym rogu, poniżej statku, widzimy już tylko nogi tonącego w morzu Ikara. Właśnie zakończył swój lot, niczym Tupolew w Smoleńsku.  Grzmotnął w wodę tuż przy brzegu, tylko pióra ze skrzydeł jeszcze nie wszystkie opadły… Czy Bruegel chce tu pokazać znieczulicę ludzką, czy może szybkość i efektywność upadku Ikara – nie wiem. Dość powiedzieć, że jego dramat,  marzenia i spektakularny upadek nie wzruszył specjalnie nikogo, ba! Pozostał kompletnie niezauważony. Na niedalekiej upadkowi Ikara plaży gość niewzruszenie wypasa swoje owce, na bliższym planie rolnik swym prymitywnym hmmm pługiem ciągniętym przez pracowitego konika orze pole.  Najbliżej tonącego Ikara widzimy rybaka zarzucającego swoje sieci, ale i on jest skupiony jedynie na swojej pracy.  W oddali widać statki i miasto portowe, efekt odległości autor uzyskał poprzez nowatorski na tamte czasy sposób zwiększania gęstości farby… Udało mu się to, efekt przestrzenny jest bardzo realistyczny. Dodać też muszę tradycyjną dbałość Bruegela o szczegóły – zarówno statki, jak i cechy nabrzeża czy miasta oddane zostały niezwykle relistycznie. Bruegel w swym dziele nawiązał do dwóch flamandzkich przysłów: „Żaden oracz nie przerywa pracy z powodu śmierci człowieka” oraz „Śmierci nic nie jest w stanie powstrzymać”. Potwierdzeniem tych słów jest właśnie panująca wokół upadku Ikara obojętność ludzka, jest to generalnie metafora ogólna na nieuchronność śmierci i obojętność świata na losy jednostki, czyli że mówiąc dosadnie każdy, no prawie każdy ma ciebie, szanowny oglądaczu w dupie, i twoją śmierć także, martwi go jedynie swój własny los. Tak więc dbać trzeba o swoich najbliższych, bo jak nie będziesz miał nikogo, to twój los nadal interesuje innych tyle, co upadek Ikara na oglądanym przez was obrazie. Bo choć minęło prawie 460 lat od namalowania obrazu, jego przesłanie jest zadziwiająco aktualne, czyż nie?

ikar

Saturn pożerający własne dzieci

Mroczny, niepokojący klimat w muzyce czy sztuce malowania obrazów jest mi bardzo bliski, stąd moje zamiłowanie do Beksińskiego, czy w muzyce do Pink Floyd, O.N.A. czy Kinga Diamonda. Francisco Goya to hiszpański malarz doskonały, któremu powodziło się nieźle. Żył 82 lata na przełomie 18 i 19 wieku, szybko doceniony już za życia opływał w luksusy. Był też malarzem nadwornym na dworach królewskich kolejnych Burbonów. W latach 1819 – 1823 stworzył serię 14 tzw. czarnych obrazów, jednym z nich jest przedstawiany przeze mnie obraz o nazwie „Saturn pożerający własne dzieci”. Saturn był bogiem w mitologii rzymskiej, o którym nie można powiedzieć żeby był specjalnie miłującym swoją rodzinkę. Najpierw załatwił swojego starego, niejakiego Coelusa, aby panować nad światem. Potem co mu się urodziło dziecko, to je zżerał, tak bardzo bał się utraty panowania nad światem, że któreś z dzieci w przyszłości odbierze mu tron.  Podobnie zachowują się na przykład posłowie sejmu RP, którzy są gotowi na najgorsze kurewstwo, aby tylko utrzymać się na stołkach. Sądzę, że wielu z nich zjadłoby i swoje dzieci, gdyby to  zapewniało im utrzymanie się przy żłobie. Najbardziej to podejrzewam Grodzką, przecież ona (?) na pierwszy rzut oka wygląda na taką, która conajmniej parkę niewinnych dzieci zżera na śniadanie.  Ma to wypisane na swym obojnackim ryju. Wracając do Saturna, to na obrazie Goi wygląda on niespecjalnie. Włos zmierzwiony, błędny, goniący za rozumem wzrok, tępy wyraz twarzy. Czy należy wnioskować z tego że szaleńczy pęd ku władzy i nieliczenie się z nikim i z niczym, aby osiągnąć swój cel, nie służy rozumowi i powoduje zatracanie się w obłędzie? Chyba tak, pieniądze i władza to nie wszystko, czasem koszt bycia na świeczniku jest zbyt wysoki. Nie wierzycie, to obejrzyjcie najbliższe wiadomości z sejmu. Debilnych mord tam co niemiara. Ponura tematyka obrazu, jak też dominujące na nim ciemne barwy sprawiają wrażenie melancholii i destrukcji. Ponieważ Goya całą tą czarną serię obrazów stworzył po 73 roku życia, domniemywa się, iż jest ona świadectwem jego smutku i świadomości schyłkowości z powodu nadeszłej starości. Zgadzam się z tym, ja już teraz mam czasem doła z powodu starzenia się, a co dopiero za ponad 30 lat? Na koniec napomknę, że nazwisko twórcy tego obrazu jest zbieżne z imieniem mojego pieska, ale jst to zbieżność przypadkowa na 99%  :roll:  . Miłej kontemplacji nad tym pouczającym i ciekawym obrazem!

goya3

Beksiński Zdzisław

Najwięksi artyści dawno już pomarli. Już wspominałem w wielu artykułach, oraz w jednym konkretnie napisałem o sztuce – że ta praktycznie już nie istnieje. Są jednak wyjątki nieliczne. W XX wieku w zalewie malarskiego kiczu, syfu i żenady jednym z niewielu ostatnich pozostałych przy życiu artystów był Zdzisław Beksiński. Gość klimatyczny, czytam o nim i jego synu książkę, więc wiem na jego temat coraz więcej. Był znanym rzeźbiarzem, rysownikiem i fotografem, do mnie jednak przemawia przede wszystkim jako malarz. Jako człowiek był takim trochę czubem. Po jego pierwszej wystawie krytycy odwrócili się od Zdzicha na zawsze i zginąłby w tłumie pacykarzy, gdyby nie to, że spodobał się ludziom. Komunistycznym cenzorom zabrakło wyczucia. Beksiński nie dawał się w żaden sposób usystematyzować, zaszufladkować. Na przykład żadnemu obrazowi nie nadał tytułu, nie przywiązywał wagi do pierdoł. Nie chciał wpływać na ludzi, chciał żeby dobrowolnie interpretowali ich treść.  Na pytanie, co znaczy dany obraz, Beksiński odpowiedział tak: „Nigdy nie zadaję sobie pytania „co to znaczy” ani w odniesieniu do moich obrazów, ani do cudzych. Znaczenie jest dla mnie całkowicie bez znaczenia. Jest tyle warte ile smak czekolady w opisie literackim. Nie mogę pojąć że problem znaczenia może być dla ludzi aż tak istotny, jeśli idzie o obcowanie ze sztuką. Nie to jest ważne co się ukazuje, lecz co jest ukryte…. Ważne jest to, co ukazuje się naszej duszy, a nie to, co widzą nasze oczy i co możemy nazwać.” Piękna definicja i nie mam nic do dodania. Jego obrazy są dziwne i mroczne… Nie znaczy to, że Beksiński jest pesymistą, satanistą, smutasem ani nic w tym stylu. Pytany o to autor odpowiada w swoim stylu, że po prostu wstaje rano i maluje to, co mu się przyśniło, a przecież nie odpowiada za swoje sny. W sumie koło jego obrazów nie przechodzi się obojętnie – albo się go nienawidzi, albo bardzo lubi, albo nie rozumie, ale o ludziach bez wrażliwości artystycznej pisał tutaj nie będę. Mroczne wizje, krajobrazy apokaliptyczne, osobliwe fantasmagorie… Styl Beksińskiego rozpoznaję najdalej w 3 sekundy od spojrzenia na dzieło, jest charakterystyczny. Lubię go, podziwiam i żałuję że zmarł w tak durny sposób (zamordowany przez naćpanego sąsiada – małolata, któremu nie chciał dać kasy). No to przedstawiam jego 3 obrazy, oraz moją radosną interpretację jego niektórych dzieł, dla mnie to futurystyka, przewidywanie przyszłości, wszak mam je rozumieć na swój sposób, no to proszę  ;-) :

Beksiński

Rok 2018… skompromitowany rząd polski dokańcza żywota na wygnaniu na pustyni Gobi w południowej Mongolii.. Po lewej zmarnowany Komorowski… poznajecie? Drugi z lewej to chyba Tusk… Kilku jeszcze zdrajców siedzi przy ognisku, wyglądają marnie, nikt ich nie chce karmić, nikt nie chce przygarnąć… ognisko dogaśnie i zapewne pomrą marnie… Nie ma dla nich miejsca w Wolnej Polsce… Niech zdechną na mongolskiej pustyni, to jedyne miejsce adekwatne do ich podłego i marnego życia…

Beksiński1

Tu trochę wcześniejsze czasy, rok 2016. W kraju trwa wojna domowa. Widzimy płonącą Warszawę, okolice Starego Miasta. Jak widzimy kanałami ucieka przed armią polskiej prawicy zmutowany żydokomuch, fanatyk PO, jak widać jadł zbyt dużo produktów z wysoką zawartością GMO…

Beksiński2

In hoc signo vinces – Pod tym znakiem zwyciężysz, taka inskrypcja jest napisana na tym obrazie. Na tej dziwnej kołysce widzimy literę R… czy oznacza to, że pod moim przewodnictwem zwyciężymy? Bo też i ta tajemnicza postać w białej szacie wygląda trochę tak, jak redaktor Wolnej Polski piszący kolejny ważny artykuł… Jak widać sztukę Zdzisława Beksińskiego każdy faktycznie może interpretować na swój sposób, co wam gorąco polecam  8-)

odlot

Odlot żurawi

Aby trochę odsapnąć od drastycznych doniesień medialnych dotyczących kolejnych afer rządowych i (umiarkowanych) emocji towarzyszących mundialowi w Brazylii postanowiłem pomóc wam spędzić wieczór w spokojniejszej atmosferze. Najlepiej uczynić to poprzez kontemplację jakiegoś nostalgicznego, spokojnego dzieła sztuki. Miałem ochotę na polską sztukę, a więc dziś Chełmoński Józef. Bardzo lubię jego wyrafinowane, realistyczne obrazy, podobają mi się w zasadzie wszystkie, więc dałem żonie wybór, które mam dziś opisać i ku mojemu lekkiemu zdziwieniu wybrała jedno z mniej znanych dzieł – Odlot żurawi. To bardzo ładny, nostalgiczny obraz. Józef Chełmoński był upadłym szlachcicem herbu Prawdzic, żył w latach 1849 – 1914. Był człowiekiem wykształconym i może lekko kopniętym, albowiem podczas swoich studiów w Monachium chodził cały czas ubrany w czerwone rajtuzy, granatową ułańską kurtkę oraz czapkę konduktorską kolei warszawsko – wiedeńskich, czym nieco szokował wizualnie monachijczyków 8-) . Znany był ze scen rodzajowych, myśliwskich, przedstawiających życie codzienne w Polsce i na Ukrainie. Sławę w kręgach malarskich uzyskał już za życia, kupił sobie mały dworek i żył w nim spokojnie aż do śmierci. Odlot żurawi jest jednym z jego pierwszych obrazów, albowiem namalował go w wieku już 21 lat! Na pierwszym planie widać majestatycznego żurawia zwróconego ku odlatującemu stadu. Gdy przyjrzeć się bardzo dokładnie, najlepiej na żywo, w Muzeum Narodowym w Krakowie, widać że ten żuraw na pewno nie odleci, albowiem ma złamane skrzydło. Obraz powstał w roku śmierci ojca Józefa, z którym łączyły go bliskie relacje, jest to więc być może wyraz tęsknoty, nostalgii i świadomości rzeczy nieuniknionych… Jak świadomość tego żurawia, który choć chciałby unieść się w przestworza wie, że nie odleci.  Obraz ten jest synonimem refleksji, myśli o przemijaniu, wiele osób gdy nań spoziera, ogarniają wspomnienia o tych, których już z nami nie ma. Nostalgię ta potęgują ciemne, smutne, jesienne kolory.  Czy i wy macie takie skojarzenia?

odlot

w2

Wędrowiec

Na początek muszę was zaskoczyć. Otóż Bosch to nie jest tylko producent wiertarek i zmywarek do naczyń. Był to też wybitny holenderski malarz, żyjący na przełomie 15 i 16 wieku. Jego prawdziwe nazwisko to van Aken, ale większość swego życia mieszkał w mieście Hertogenbosch , podpisywał czasem swe obrazy końcówką nazwy tego miasta – Bosch, stąd ksywka. Może kiedyś o mnie pomyślą, że nazywałem się Rafał Malkontentowicz ? Spośród wielu wybitnych dzieł proponuję zwrócić uwagę na „Wędrowca”, niekiedy przedstawianego tez jako „Pielgrzym” albo „Syn Marnotrawny”. Obraz ten powstał w okolicy roku 1500. Dawno co nie? Przyjrzyjcie się temu obrazowi. Mamy tu połączenie kilku wątków – biblijnego, satyrycznego, ludowego, jak tez fantastycznego wymyślonego przez artystę, pełnego metafor i alegorii. Widzimy tu mężczyznę, raczej w starszym wieku, sądząc po licznych zmarszczkach na twarzy i siwych włosach. Chyba że gazuje na co dzień i żyje niehigienicznie, co nie jest wykluczone przecież 8-) . Wędrowiec ma jakąś misję, idzie przed siebie, ale przychodzi mu to z trudem. Tobołek już na plecach i widoczna na obrazie gospoda zostawiona z tyłu, żal jednak iść wędrowcowi, widać w knajpie rozrywka była przednia. Na tej podupadłej gospodzie widać flagę z łabędziem (szkoda że nie z godłem Bałtyku) i wisząca klatkę z ptakiem. Gość patrzy za siebie, musi w tym celu trochę się odwrócić i wykonuje głową gest pożegnalnego pozdrowienia. Z okien knajpy obserwują go jakieś wieśniaki, może razem imprezowali? W drzwiach stoi parka, gość nieco chyba już wcięty obraca chyba kelnerkę z tej gospody, sądzę po tym, że ma ona w ręku dzbanek z winkiem, normalnej babie nie wypadało wina w dzbanku targać. Co ów klient ma na myśli to widać po tym, gdzie ją ręką łapie. Ona niby się opiera… niby. 500 lat minęło a zachowania takie same – ot życie :mrgreen: . Widać jeszcze jednego typa – za lokalem, pod płotem, najzwyczajniej się odlewa. Miodu, winka bądź  okowity się napił… nieważne, wszystkie trunki robione w tamtych czasach, na naturalnych recepturach musiały być pyszne. I już nas nie dziwi, że wędrowcowi żal iść dalej, bo zabawa w knajpie trwa cały czas! I to jest treścią obrazu – rozterki, które nam często towarzyszą, kwestia wyboru. Wypełniać swoją misję bez przerywania, co do joty, czy zboczyć czasem z obranej drogi? Choć na chwilkę? Iść twardo do celu, czy zostać na chwilę na takiej imprezce? Życie to ciągła kwestia wyborów. Spójrzcie jeszcze na drzewo, bo i tu mamy metafory. Są na nim dwa przeciwstawne symbolicznie sobie ptaszki.  Puszczyk – uznawany w tamtych latach za symbol herezji, oraz dzięcioł – uchodzący za symbol zbawienia. Tak to leci na tym obrazie, autor w sposób dosłowny jak i przenośny ukazuje nam przeciwieństwa, które spotykają nas w życiu, że często mamy wybór pośród dwóch przeciwieństw i od nas zależy, co wybieramy. Rozterki wędrowca tłumaczy trochę jego wygląd – widać że jest obdarty (nawet buty ma nie do pary), zmęczony i nie za czysty. Więc chętnie by jeszcze posiedział w lokalu, wygląda jednak na to, że pokusie się oprze, bo mimo tęsknych spojrzeń od knajpy się oddala. I wy wypełnijcie swoją misję – każdy ma jakąś, zapewniam! Piękny obraz.

w2

Bitwa Pod Kircholmem

Dotychczas przedstawiałem obrazy twórców europejskich, dziś czas na wielkiego malarza polskiego, jakim był Wojciech Kossak. Człowiek wszechstronnie wykształcony, był profesorem Szkoły Sztuk Pięknych w Warszawie. Był też dobrym malarzem – miał to w genach po znamienitym w tej materii ojcu, Juliuszu. Jako wielki patriota lubował się w scenach historycznych i batalistycznych. Przedstawiam wam obraz, jaki namalował w roku 1928 w wieku 71 lat (dożył 85) – „Bitwa Pod Kircholmem”. Kircholm to obecnie miejscowość Salaspils, niedaleko Rygi. Bitwa ta została stoczona w 1605 roku podczas polsko – szwedzkiej wojny o Inflanty. To było wspaniałe, spektakularne zwycięstwo nad armią szwedzką odniesione głównie dzięki polskiej husarii pod dowództwem Chodkiewicza. Dość powiedzieć, że armia szwedzka straciła w tej bitwie ponad 8.000 żołnierzy, podczas gdy polsko –litewska armia straciła zaledwie 100 ludzi! Manewr pozorowanego odwrotu skusił Szwedów do ataku, po którym wpędzili się w maliny, tj. nadziali na kontrę. Cała ta bitwa to kunszt maestrii dowódców polskich i doskonała strategia. Mając armię trzykrotnie mniejszą, odnieśli Polacy niewiarygodne zwycięstwo. Na pierwszym planie obrazu jest oczywiście niezwyciężona polska husaria. Świetnie ją Kossak ujął, obraz wygląda niczym kadr filmu akcji. Pędzące konie, łopot husarskich skrzydeł, wystawione lance z powiewającymi na wietrze chorągwiami… A przed nimi uciekający Szwedzi… bezład, panika, przeskakiwanie nad ciałami swoich towarzyszy… Nieopodal, na wzgórzu, na białym koniu siedzi wódz – Jan Karol Chodkiewicz, a przy nim chorągiew Rzeczypospolitej. Spójrzcie jeszcze na lewą stronę obrazu – widać tam żaglowce. Nawiązują one do tego, co było bezpośrednio po bitwie. Szwedzi byli gonieni i dobijani po drodze niczym wściekłe psy. Gdy dotarli do swoich statków zostało ich ledwie kilkuset. Zresztą eskadra szwedzka też poniosła niedługo później przykra porażkę od Chodkiewicza, no lał ich jak psów jednym słowem. Niestety to zwycięstwo nie miało później aż tak dobrych konsekwencji politycznych, jakie mieć powinno, nie umiano go właściwie wykorzystać. Niemniej ten czas zatrzymany w pięknym momencie przez Kossaka warto podziwiać  w niemym zachwycie. Ku chwale oręża polskiego.

Kircholm_Wojciech Kossak (1)

Chrystus Uzdrawiający Niewidomego

Dominikos Theotokopulos był artystą znakomitym. Był rzeźbiarzem, architektem, ale nieśmiertelność zapewniły mu obrazy – żywe, pełne ekspresji arcydzieła należą do kanonów malarstwa. Tylko to okropne nazwisko… Nikt nie był w stanie tego wymówić, więc faceta znamy pod pseudonimem El Greco. Gość urodził się w 1541 roku na Krecie, natomiast zmarł 7 kwietnia 1614 roku w Toledo – czyli pojutrze mija 400 rocznica śmierci tego wybitnego artysty. 16 wiek to były wspaniałe czasy dla malarstwa, El Greco znał i czerpał od takich znakomitości jak Tycjan, Rafael czy Michał Anioł. Wypracował swój własny styl, zaczęto go doceniać właśnie za ekspresję i indywidualizm długo po jego śmierci – jak to często z artystami bywa… Nawet jeden jego obraz jest w Polsce, w Muzeum Diecezjalnym w Siedlcach. Dziś tymczasem chcę omówić jego dzieło o nazwie „Chrystus Uzdrawiający Niewidomego”. Ten obraz ma aż 3 oryginały! Dziwne trochę, ale ten sam motyw El Greco malował w trzech wersjach, różnymi technikami. Dzieło które pokazuję, mieści się obecnie w Dreźnie, więc jeśli kiedyś najedziemy Niemcy celem odbioru zrabowanych nam dzieł sztuki, warto skoczyć do Drezna i przy okazji zawinąć El Greca – naprawdę warto. Głównym motywem jest Chrystus, który uzdrawia ślepego. Dotknięciem dłoni przywraca mu wzrok. Wyobraźcie sobie jak się tamten ucieszył… Z prawej strony widzimy grupę faryzeuszy, którzy wcześniej nie wierzyli w moce Chrystusa, jednak wobec naocznego faktu zmieniają swe nastawienie, przyglądają się uzdrawianemu, żywo komentując sytuację. Postacie po lewej stronie z kolei przypominają twarze z innych grafik znanych malarzy, z których El Greco czerpał natchnienie. Są to kupcy, niezbyt z kolei zainteresowani cudami Chrystusa. Ważniejsze dla nich jest zarabianie kasy. Rzecz się dzieje na dziedzińcu świątyni, a w tle widzimy w perspektywie budynki Wenecji. Na koniec ciekawostka – ktoś odciął jeszcze za żywota artysty część obrazu z prawej strony i nie wiemy, jak wyglądała całość. Ładny obraz i tak jak lubię– dużo się na nim dzieje, nieźle by wyglądał w mojej sypialni na ścianie  :-)

Żółty Chrystus

Paul Gauguin, jak wielu artystów, późnej starości nie dożył. Kres jego życia nastąpił na początku 20 wieku w wieku 55 lat. Zaczął swoje życie standardowo, wykształcił się i pracował na giełdzie. W wieku ok. 20 lat poczuł w sobie duszę artysty. To ukształtowało jego życie, do końca żywota zajmowały go już w zasadzie tylko dwie kwestie: malowanie i bzykanie, przy czym malarsko się rozwijał, natomiast w kwestii bzykania miał żelazną zasadę – panna powyżej 18 roku życia to nie był jego rewir, kojarzyła mu się z emeryturą seksualną. Czyż i niejeden z was nie czuję się od tej chwili po części artystą ;-)?  Zdążył stuknąć swojej duńskiej małżonce piątkę dzieci, po czym dopadła ich nędza, gdyż Paul malował wciąż, porzuciwszy całkowicie swą pracę na giełdzie. Kobieta jego zawinęła się z dziećmi do Kopenhagi, a Paul wyjechał na Tahiti. Jego celem były piękne plenery malarskie, spokój i natchnienie artystyczne, oraz – nie ukrywajmy – młode Tahitanki, u których to inicjacja seksualna przebiega szybciej niż u ich europejskich rówieśniczek, co bardzo przypadło do gustu mistrzowi. Albowiem pan Gauguin się starzał, natomiast jego wybranki nie – nie przekraczały one 14 roku życia ;-).  Pan Paul żył dość marnie finansowo, więc dorabiał chałturniczo jako rysownik bądź dziennikarz. U kresu żywota zamieszkał na Markizach, gdzie stworzył gospodarstwo o wszystko mówiącej nazwie Dom Rozkoszy, gdzie zrobił swej kolejnej 14-letniej kobiecie kolejne dziecko ;-). Jak wielu wielkich artystów pan Paweł został doceniony dopiero po śmierci, za swego żywota ani razu nie był człowiekiem majętnym.  Tymczasem impresjonizm Gauguina był nowatorski i odważny, zrywa on ze stylistyką impresjonistyczną, lekceważy kanony malarskie nakazujące stosować perspektywę, światłocień.  To co maluje jest znakiem, symboliką, a nie wiernym odwzorowaniem rzeczywistości, no burzy ówczesne schematy jednym słowem. W 1888 roku poznał van Gogha, wzbogacali wzajemnie swój warsztat, czasem (albo i dość często) razem chlali lub ćpali, a czasem ostro dymili, po jednej z awantur z Gauguinem van Gogh obciął sobie ucho, więc było dość grubo no nie ;-)? Wtedy to powstał jeden z bardziej znanych obrazów Gauguina – Żółty Chrystus – który wam przedstawiam. To ciekawe bardzo dzieło, jest dwuznaczny, ukazuje i realia – widoczne na obrazie kobiety, jak i wyobraźnię – obraz Chrystusa wysnuty z ich wiary. To jakby połączenie sceny biblijnej z rzeczywistym życiem, na pierwszym planie mamy modlące się w zadumie kobiety, Chrystusa na krzyżu, a w oddali widzimy rolnika, który przechodzi akurat przez mur. Trochę to przypomina stylistykę obrazów Bruegela, widać tu połączenie kilku stylów, impresjonizmu, symbolizmu, prymitywizmu – stąd twórczość Gauguina jest nowatorska i niejednoznaczna. Prosty, a zarazem jaskrawy i pozytywny w przesłaniu obraz, przynajmniej ja tak go odbieram. To był prawdziwy artysta, który odrzucił dobra doczesne w celu realizacji artystycznej.  Polecam wam obrazy Gauguina, styl życia już może niekoniecznie, bo prokurator wam wejdzie w życiorys brutalnie za obcowanie z tak małoletnimi pannami ;-).

Trzy Gracje

Sobota wieczór… Ten, kto jeszcze w miarę przytomnym wzrokiem spoziera na „Wolna Polskę” chciałby zapewne odpocząć od chamstwa i niegodziwości tego świata. Na to przyjdzie czas jutro, bo niedziela mnie nastraja agresywnie („jutro do roboty”). Dziś tym czasem podelektujmy się sztuką. Sztuka może objawiać się w wielu aspektach życia. Nie tylko malarz, rzeźbiarz czy poeta może tworzyć sztukę. Może ją tworzyć również zdun wytwarzający piękne piece kaflowe, kucharz gotujący pyszne danie czy piłkarze wznoszący się ponad wyżyny ludzkich możliwości np. w meczu piłkarskim wczorajszym ze Słowacją. Jednakże, jak wiemy, piłkarze sztuki wczoraj nie tworzyli. Chyba że mówimy o sztuce wkurwiania do białej gorączki włącznie, bądź o sztuce wywoływania sarkastycznego śmiechu połączonego z politowaniem :roll: . Tak, jeśli mieścimy te uczucia w kategorii sztuki to tą chociaż umiejętność nasi futboliści posiedli… tymczasem teraz wróćmy do sztuki prawdziwej. Dziś chce wam przedstawić jedno z najbardziej znanych dzieł wielkiego mistrza flamandzkiego z przełomu 16 i 17 wieku – Petera Paula Rubensa. Ten niezwykły artysta namalował ponad 200 obrazów, bardzo często malując sceny religijne bądź mitologiczne. Dziś jedno z jego najbardziej rozpoznawalnych dzieł – Trzy Gracje. Ten akurat obraz Rubens zaczął malować u schyłku życia, nękany artretyzmem. W niczym nie ujęło to jakości obrazowi, malował genialnie do samego końca. Można przedstawić to dzieło, jako podsumowanie życia uczuciowego Paula, albowiem uwidocznił na nim trzy najważniejsze kobiety swojego życia – dwie żony i kochankę. Jak widać, pan Pawełek lubił kobiety, w tych kwestiach zszedł z piedestału wybitnego artysty na naturalne, ziemskie klimaty.  Przedstawił je w formie greckich bogiń, córek Zeusa. Ich wygląd i kształty nie są jednak wiernie odwzorowane, jest to wyobraźnia artysty, który oddaje tym kobietom swego rodzaju hołd, oddając je jako niezmiernie piękne postacie tańczących trzech gracji. Tak wiem – powstaje pytanie, czy faktycznie one takie piękne? Kobitki solidnie przy kości, grube uda, z twarzy przeciętne, cycki średnie… A jednak. Takie bowiem były ideały piękna barokowego. Tak wtedy w wyobraźni męskiej prezentowały się najlepsze lachony. Solidne, silne kobiety pełne namiętności – i dziś znalazłyby fanów… mimo tych paru fałdek tu i ówdzie ;-) . W tle widzimy jakieś kwiaty czy drzewa, jednak nie zwracamy na nie uwagi, gdyż na tym obrazie Rubens tak gra światłem, byśmy tylko na owe panie zwracali uwagę. Te panie, jako że wszystkie trzy były stukane przez mistrza, zapewne nie darzyły się miłością, choć nie znam dokładnie tej historii, może nie żyły w jednym czasie? Niemniej na obrazie patrzą na siebie uprzejmym wzrokiem, dotykają się czule i wesoło pląsają. Tak je sobie wyobraził Rubens, zapewne przy każdej malowanej kresce wracały upojne wspomnienia 8-) … Po długim namyśle najfajniejsza wydaje mi się pani po prawej, a co wy myślicie??? Przypatrzcie się dokładnie temu dziełu, zwróćcie uwagę na szczegóły, naprawdę warto…

Ślepcy

Właściwie to nie wiem dlaczego do tej pory recenzując filmy, książki czy inne kulturalne wydarzenia nie zająłem się jeszcze najszlachetniejszą, najbardziej wysublimowaną i dającą największe pole do zachwytów i kontemplacji wszelakich sztuką malarstwa. Nie jestem wytrawnym znawcą tej dziedziny sztuki, ale metodycznie dokształcam się, czytam o tych wspaniałych artystach, nierzadko kilkaset lat temu żyjących… Niewiarygodny kunszt i geniusz pozwala tym ludziom uchwycić coś charakterystycznego, coś czym setki lat później ludzie się zachwycają… Podróż przez krainę malarstwa zacznę od mojego ulubionego z co najmniej trzech powodów obrazu. Chodzi o płótno Pietera Bruegela Starszego „Ślepcy”. Pierwszy powód to taki, że odkryłem ten obraz przypadkiem, a zafascynował mnie na tyle, że zainteresowałem się całym przekrojem twórczości Bruegela… To rewelacja. Gościu jest moim ulubionym malarzem, zachwycam się też jego innymi doskonałymi dziełami jak chociażby „Kalecy”, „Wiejski taniec” „Droga Krzyżowa”, „Wieża Babel” „Triumf śmierci” czy wreszcie „Pejzaż z szubienicą” i jeszcze wiele innych… w każdy z nich mógłbym się wpatrywać długimi minutami, czy może i godzinami, to fajny sposób na wyalienowanie się z rzeczywistości. Obraz ten został namalowany w 1568 roku. Nawet mam go w domu w postaci chyba miedziorytu, zresztą tez kupiony z klimatem – na pchlim targu w Bornem Sulinowie, gdzie podejrzane cwaniaczki z rozbieganym wzrokiem sprzedawały fanty z rozkradanych piwnic i gruzów  domów po niemieckich, a potem ruskich oficerach z wojsk, jakie aż do 1993 roku w Bornem stacjonowały. To jest właśnie drugi powód, dla którego ten obraz lubię – kopia w domu i osobiste wspomnienia. Trzeci i najważniejszy to jego treść i przesłanie. Obraz jest ilustracją do cytatu biblijnego z przypowieści o ślepcach. Metafora tego dzieła mówi nam, że ludzie, którzy prowadzeni są przez zaślepionych przywódców, zawsze źle skończą. Przypatrzmy się… obraz przedstawia grupę sześciu mężczyzn posuwających się do przodu, jeden za drugim… Zresztą Bruegel zawsze malował ludzi będących w ruchu, w jakiejś konkretnej sytuacji i otoczeniu. Ślepcy mają na sobie ciuchy podróżne no i kije, które z racji ślepoty pomagają im utrzymać się na nogach. Widzimy ich w stanie przewracania się – przewodnik się wywalił na glebę, potknąwszy o jakieś kamienie, idący za nim koleś już leci, reszta też, na zasadzie domina jest skazana na upadek. W podwójny sposób jest tu pokazana bezradność i porażka ludzi źle prowadzonych… raz że wszyscy się wywalają, dwa, że poprzez swą ślepotę nie widzą stojących nieopodal budynków wioski i kościoła, gdzie mogliby znaleźć odpoczynek i schronienie. No i proszę – obraz ma prawie 450 lat, a jakże aktualna w nim alegoria i przesłanie. Bo czy ten ślepy pierdoła wywrócony to nie taki ślepy nasz rząd polski, który nas wiedzie na zatracenie? Swoich pobratymców tam wiedzie, jednak każdy z nich jest ogarnięty ślepotą, może o innym rodzaju i natężeniu, ale jednak ślepotą, no i nie widzi, że idzie w przepaść, ku upadkowi. Obudzi się, jak już będzie leżał, jak już będzie za późno, by wstać. Albo zbyt trudno. Obraz i przekaz ponadczasowy i uniwersalny, jak uniwersalne są przekazy i myśli zawarte w biblii. Na koniec  ciekawostka i to spora… Bruegel, który przecież medykiem a tym bardziej okulistą nie był, w doskonały sposób odwzorował schorzenia oczu u ślepców. Widać te oczy u pięciu gości i współcześni okuliści każdą z tych ślepot zdefiniowali jako inne schorzenie. Super co? Niewyobrażalne mistrzostwo, wyobraźnia i perfekcja mistrza Bruegela. Przypatrzcie się jeszcze raz… podziwiajcie dzieło mistrza…