Dawno nie opisywałem archiwalnych wyjazdów Bałtyku, na wszelki wypadek przypominam, że czasy się zmieniły. Dziś wyglądają one całkiem inaczej…Nie nawołuję do przemocy ani nie pochwalam agresji, ja tylko opisuję, jak było… Taka rola kronikarza.

Wyjazd na Wartę zapowiadał się atrakcyjnie. Raz, że bardzo blisko – bliższe od wyjazdu do Poznania były tylko wyjazdy do Bydgoszczy. Dwa, że z Lechem Poznań mieliśmy wtedy świeżą zgodę. Trzy, że Warta Poznań to był nasz bezpośredni przeciwnik w walce o awans. To była okazja aby wyjątkowo licznie odwiedzić Gród Przemysława. Zresztą z czasem okazało się, że był to nasz najliczniejszy wyjazd w okresie pięcioletniej gry w drugiej lidze w latach 90-tych. Do Poznania jechaliśmy na 3 sposoby. Najpierw, w piątek ok 23 godziny ruszał pociąg. Zebrało się na niego około 50 osób, prym w tej grupie wiodło „Stare Obłuże”… Młode Obłuże z kolei niosło wesoło brząkające siatki, a w nich butelki z wódką. To nie było jeszcze pokolenie piwoszy, to była stara, wódczana kadra. Pamiętam scenę, gdy ktoś ze starych poprosił o jakiś emblemat Bałtyku, bo nic nie miał… dostał odznakę Bałtyku. Myślał, co z nią zrobić, aż wpadł na pomysł. Przekłuł nią sobie ucho, po czym zagiął, aby nie zgubić… Ja zasiadłem „do stołu” z FC Wejherowo. Zapasy wódki szybko topniały, zaś wesołość wzrastała. Ledwie do Tczewa dojeżdżaliśmy, gdy już we trzech mieliśmy 1,2 litra osuszone. Małolat z Wejherowa padł nam przy stole biesiadnym (zwykły, podokienny stolik w przedziale), a ja zwierzyłem się G z mojego marzenia pociągowego. Bo wiecie, a starzy pamiętają, że gdy jeszcze byłem młodym głupkiem, miałem manię tłuczenia luster pociągowych. No cóż, widok mojej mordy w lustrze zawsze mnie przerażał, może to jakaś lustrzana fobia… ? Ale zawsze czułem niedosyt. Jebnął człowiek 3-4 lustra i koniec, a baby, żeby się w nim przejrzeć, poszły sobie wagon dalej i załatwione…Moje marzenie było takie, żeby raz w życiu pozbyć pociąg kompletu tychże luster. 100% ! Wszystko albo nic! Kolega mnie wysłuchał, po czym zaproponował pomoc. Tego mi było trzeba. Ja wtedy śmigałem na mecze obcięty na zero, w zielonym flyersie i w butach wojskowych, tzw. opinaczach. Namiastka obuwia Dr. Martensa … Zaczęliśmy od tyłu składu. G był gorzej wyposażony, bo w adidasach chodził, więc wziął tą większą butelkę po wódce. Problemu kanarów nie było, „na śmierć” zapomnieli o sprawdzaniu biletów w ostatnim, zajętym przez nas wagonie… Wesoło trzaskały lustra, rozbawiona gawiedź z Bałtyku śledziła nasze poczynania. Roboty było huk, w każdym wagonie takich luster są 4 sztuki, jeśli mnie pamięć nie myli. Wszystko szło dobrze przez mniej więcej pół pociągu. Tam niestety nieomalże „na gorącym” złapali nas sokiści i spisali… Mandaty te natychmiast po powrocie zapłaciliśmy, jak wszystkie zresztą mandaty i kolegia w naszym życiu…   8-) Dojechaliśmy w końcu do Poznania w okolicy 3 w nocy. Po wyjściu na miasto bawiliśmy się nadzwyczaj wesoło. Mniej wesoło z okazji naszych zabaw było kilku właścicielom kilku samochodów na „białych blachach”, czyli niemieckich, którym wskakiwaliśmy na maski i dachy. Potem wjazd do tramwaju, gdzie nadal piliśmy wódkę… Dotarliśmy do olbrzymiego i zaniedbanego stadionu Warty. Wtedy niestety urwał mi się film… Obudziłem się po kilku godzinach na twardej, stadionowej ławce. Nieopodal kilku kolegów. Koło mnie stało pół butelki wódki, butelka taniego wina, jak tez napój gazowany w półtoralitrowej butelce. Z dala słychać było dźwięk radiowozu na sygnale. Szybko się wyjaśniła przyczyna tego dźwięku, otóż dojechało dwoma autokarami 100 – osobowa banda Bałtyku. Szli wesołą grupą środkiem ulicy, donośnie śpiewając kto, i w jakim celu przybył do Poznania, przy okazji tamując ruch kołowy. Cos tam się zbiło przy okazji… Po wypiciu alkoholu chwiejnym krokiem udaliśmy się w stronę sektora dla przyjezdnych. Nie graliśmy na wielkim, zniszczonym stadionie Warty, tylko na jakimś mniejszym, nieopodal. Dojechała załoga kilku aut i uformowaliśmy się w około 200 osobowy młyn. Wspierało nas 30-40 kibiców Lecha Poznań. Na wyposażeniu mieliśmy 5 dużych flag – cztery nasze i jedną Lecha Poznań. Poza nami na stadionie było może 500 emerytowanych kibiców Warty, mnóstwo milicji i ochrony. Mecz nie i przebiegał po naszej myśli, Bałtyk nie dał rady skorumpowanej Warcie i walkę o awans do ekstraklasy przegrywał… Drugim wielkopolskim złodziejem był wtedy Sokół Pniewy. Przerwa meczu była nudna, spędzaliśmy jej na poszukiwaniu płynów mogących ugasić pragnienie, kac męczył podejrzewam 90% wycieczki… Rozpoczęła się druga połowa meczu i jakże brzemienna w wydarzenia 55 minuta spotkania. Ktoś zdenerwowany rzucił czymś na boisko. Była to petarda gazowa, przeznaczana zapewne na tłumienie zamieszek… Zrobiło się lekkie pandemonium. Piłkarze natychmiast przerwali grę i ze łzami w oczach podbiegli do ławki rezerwowych lub szatni. Z trybun w panice i z płaczem uciekali ludzie. Szczęście że w naszą stronę nie wiało. Trochę dziwnie wyglądał stadion, na którym nikt nie grał, byli tylko kibice przyjezdni, a piłkarze i sędziowie rzewnie płakali. W nasz sektor wjechała rozwścieczona milicja. Zaczęli nas tłuc. Chwilę się tylko opieraliśmy, nie mieliśmy szans tego dnia. Mnie i kilku kolegów z różnych przyczyn wyciągnęli z tłumu, zaczęli kopać i lać – mnie osobiście w trzech – pałami. Było to kilkuminutowe tłuczenie, które można wręcz nazwać katowaniem. Osłaniałem tylko głowę. Trochę mi się śmiać z nich chciało, przez znieczulenie alkoholowe aż tak bardzo nie bolało. Potem wyciągali kolejne osoby z tłumu, np. za odmowę ściągnięcia szalika z szyi. Myślę że lista obitych po kolei osób osiągnęła około 12 – 15 ludzi. Mecz w końcu, po ok 15 minutach przerwy był kontynuowany i zakończył się oczywiście niekorzystnym wynikiem. Odeskortowano nas do autokarów i na dworzec. Ruszyliśmy w drogę powrotną… Nie była ona zbyt komfortowa, kac gigant straszliwie dręczył, a wraz z ulatnianiem się alkoholu z organizmu wzmagał się ból po milicyjnym katowaniu. Wróciliśmy do domu, a w poniedziałek prasa – nie tylko trójmiejska – szeroko się rozpisywała o naszym najeździe na Poznań. To był wyjazd, który wiele osób zapamiętało na dłużej…