Różnie to bywa z tymi filmami. Czasem trzeba, ku pokrzepieniu duszy obejrzeć wartościowe dzieło, typu „Bóg nie umarł”, a czasem trzeba się rozerwać, i o ile ciężko jest zrobić film wartościowy, z przesłaniem, o tyle film rozrywkowy w obecnych czasach zrobić jest bardzo ciężko. Nie wierzycie? To obejrzyjcie film „rozrywkowy” z Adamczykiem albo Foremniak. Zęby was rozbolą od tej rozrywki. O rozrywce europejskiej lub tej zza oceanu wolę już w ogóle nie wspominać. Kolejne klony „Och, Karol” czy „American Pie” powodują odruch wymiotny u osobnika z IQ przekraczającym intelekt suszarki do włosów… Ale można i bawić się z klasą. Coraz rzadziej, ale można. Nie oglądałem kolejnych części „Szybkich i wściekłych”, któraś z początkowych mignęła mi ostatnio w telewizji. Poszedłem, z nieodłącznym młodzieżowym głosem krytycznym, w postaci córki, do kina na film „Szybcy i wściekli 7”. Zachęciła mnie do tego reklama tego filmu, jak też fakt, że nic innego nie grali. Ostatnim czynnikiem motywującym był reżyser – James Wan. Gość, który zrobił moją ukochaną „Piłę”, „Naznaczonego” czy niesamowitą „Obecność”, nie mógł schrzanić roboty. Na początek już się uspokoiłem. Nie będę miał strat wynikłych z braku zaliczenia poprzednich części. Wszystko było wiadomo już po 15 pierwszych minutach. A więc złym będzie Jason Statham, którego bardzo lubię, gdyż leje po mordzie jak zwykły, nieco lepiej wyszkolony cham, a nie jak jakiś zasrany karateka, a cham (acz słodki, jak powiadają niektóre panie) to moje drugie imię. Pierwszego nie pamiętam. Czyli Stathama, jako tego złego ktoś będzie musiał obić? Nie widywałem takich obrazków zbyt wiele w filmach. Któż by mógł.. no tak, Vin Diesel i wszystko jasne. Tez sympatyczny. W ogóle nowożytni herosi amerykańskiego kina są fajniejsi i sympatyczniejsi od tych z epoki minionej. Mają ciut mniej masy mięśniowej od sympatycznych kretynów w postaci Schwarzeneggera czy Stallone, za to znacznie więcej do powiedzenia od „asta la vista bejbe” albo „I’ve be back” i jednak są bardziej życiowi, i fajniej się ich ogląda od tych starych… Patrzcie, to całkiem inaczej niż herosi naszej polityki, tu z kolei kretynizm dominuje z coraz większą mocą, a przygłupami życie polityczne obsadzone jest coraz mocniej, nie wierzycie to posłuchajcie przemów Komorowskiego czy Wałęsy. Wracajmy do filmu. Relaksujące, pełne napięcia kino akcji. Ludzie z połączenia gumy (sprawność) i tytanu (odporność) skaczą ze spadających w kaukaską przepaść autobusów prosto do hamujących akurat samochodów. Samochód rusza w Dubaju z wieżowca numer jeden, rozpędza się i lecąc w powietrzu wbija się do wieżowca numer 2, by kończyć w wieżowcu numer 3. Też drogą powietrzną. Wesoły humor sytuacyjny, całkiem niegłupie gagi. Gonitwy, ucieczki, skakanie pomiędzy pędzącymi samochodami. Pościg za autobusem w kaukazie wbija w fotel, Gonitwa drona strzelającego rakietami za autem w centrum metropolii świetna, a na koniec wracamy do klasyki. Stoi ten Statham, a Diesel naprzeciw niego z pistoletem. I tak wszyscy wiemy, że pistolet odrzuci, znamy to już od „Commanda” począwszy, no nie? No więc odrzuca. Chłopaki biorą cos po jakby 2 duże klucze francuskie i napierdzielają się, że aż miło. Uczta, panowie i panie dla oka. 150 milionów dolarów poszło na ten film. Mogliby rozpieprzyć jeden helikopter mniej i zrobić ten film za 149, a ten milion dać mi. Im by nie ubyło, a mnie by strasznie pomogło! Tymczasem tylu nie mam, ale może jakiś szalony bogacz przeczyta tą recenzję i zechce kupić moją stronę za milion dolarów? Dziwka nie jestem, za pieniądze nie daje, ale za milion… dolarów… ha ha ha. Reasumując. Jestem zadowolony. Rozrywka na najwyższym poziomie, piękne opalone laski, strzelaniny, pościgi, przyzwoite żarty, a wszystko to spięte w logiczną całość i dobrą grę sympatycznych aktorów. Nie bądźcie żydami, nie czekajcie aż będzie to w gazecie za 20 złotych. Ten film oglądany w zwykłej tv znacznie traci na wartości. Bardzo miłe popołudnie, daję bardzo mocne 8/10 i polecam udanie się do kina.

szybcy