Filmy religijne, to, delikatnie rzecz biorąc, nie jest mój konik. Do wiary podchodzę z wielką obojętnością, jak i z wielkim szacunkiem, gdyż sam wierzę w różne dziwne rzeczy, nie bardziej realne, niż ukazanie się Matki Boskiej pastuszkom w Fatimie. Wierzę w przywrócenie pełnej godności, szacunku i miejsca pochówku bohaterom narodowym naszego kraju, np. powstańcom czy żołnierzom wyklętym. Równocześnie wierzę w pokazanie prawdy o bandytach i kryminalistach, o pośmiertne niekiedy choćby odebranie godności i praw publicznych zbrodniarzom pokroju Mazowieckiego, Jaruzelskiego, Wałęsy czy Michnika. Wierzę, ze zapanuje w moim ukochanym kraju szczerość, uczciwość i godność, a to dzięki sprawiedliwości społecznej, zmniejszeniu podatków i biurokracji. Ciągle w to wszystko wierzę i dlatego żyję, dlatego piszę. Także nawet najwięksi sceptycy muszą przyznać, że mój agnostycyzm nie wywodzi się z braku wiary w rzeczy pozornie nierealne, gdyż tej mam niewyczerpane pokłady wręcz, a z braku takiej potrzeby po prostu. Przypomniałem sobie jednak, ze zaliczyłem już jeden film religijny który bardzo mi przypadł do gustu, a mianowicie „Pasję” Mela Gibsona. Precedens był, a więc i teraz wybrałem się do kina z córką, nastawioną wręcz euforycznie do tego filmu. Głównym motywem filmu jest profesor – wykładowca na uniwersytecie, grany przez gościa, który wcześniej grał kiedyś Herkulesa… jaka zmiana image’u ;-) … Tenże profesor na wykładach z filozofii już na pierwszym spotkaniu ze studentami stosuje indoktrynację, mianowicie każe studentom napisać na kartce „Bóg umarł” po czym kartkę tę nakazuje oddać sobie do rąk własnych. Nie wszyscy stosują się do jego polecenia, student Josh mówi, iż kłóci się to z jego przekonaniami religijnymi i naciskom nie ulegnie, kartki nie podpisze. Zblazowany, pewny siebie, znakomicie przygotowany teoretycznie profesor wymyśla podstęp, który skazuje studenta na „pewną” porażkę. Wyzywa go na pojedynek intelektualny. Daje mu po 20 minut z trzech końcówek swoich wykładów na udowodnienie tezy, że jednak Bóg nie umarł. Zakład idzie o poważną stawkę, praktycznie o zaliczenie roku. Ten ich pojedynek to fantastyczna uczta dla uszu i oczu, nie padają żadne prostackie stwierdzenia, żadne obiegowe tezy, to raczej ekscytująca szermierka na zdania i poglądy największych filozofów, najwybitniejszych myślicieli. Bardzo mocne, bardzo dobre. Student wygrywa i nagle wszystko zaczyna się zmieniać. Losy 4 czy 5 postaci z filmu, wszystkich w jakiś sposób dotyczących wiary zaczynają się prostować, wyjaśniać – nie zawsze pozytywnie, bo np. znana dziennikarka – lewaczka doznaje olśnienia dopiero, gdy dostaje raka i dowiaduje się, że zostało jej kilka miesięcy życia, oraz jak na jej chorobę zareagowały „bliskie” jej osoby… Tu już poziom filmu nieco spada, zaczyna się lekka sztampa, wesołe piosenki religijne, kochany czarny pastor i robi się niebezpiecznie familijnie i słodko. Jednak generalnie gra gitara, padają słowa i zdania, które warto zapamiętać. „Bóg jest dobry? Tak, jest dobry”, i wszystko na temat. No cóż, ja się nie nawrócę, a to dlatego, że nie mam z czego, nigdy niczego nie negowałem, a jedynie olewałem temat. Do wczoraj, bo filmik ten zacny dla mnie to nie koniec tematu… Już słyszę ten rubaszny śmiech wszystkowiedzących cwaniaków, ale mam to w miejscu, gdzie słońce dochodzi nader rzadko. Wczoraj otrzymałem Znak. Po raz pierwszy zwątpiłem w swą nieomylność. Może to był Bóg, może Szatan, może Latający Potwór Spaghetti a może dowódca wahadłowca Enterprise (tego ze „Star Tracku”) wysadzający właśnie Elvisa Presleya na plaży nieopodal Helu…? Nie wiem kto to był, ale ktoś wielki i potężny i nie wdając się w prywatne kwestie, które nikogo nie interesują, otrzymałem wskazówkę, że robię dobrze, że warto próbować. Tak niewiarygodny splot okoliczności się nie zdarza, to nie mógł być przypadek. Dzięki Ci… nie jestem pewien, kim jesteś, ale wróciłem.  I’ll be back, jak mawiał terminator Schwarzenegger. Wszystko się odwróciło o co najmniej 90 stopni, i nieważne, jak się skończy. Wróciła nadzieja. A film? Miało być 8, ale za sprzężenie z tym głosem, który do mnie doszedł, którego znaczenie pojąłem, daję punkcik bonusu. 9/10 i zapraszam do kin. Chociaż nie ma tam gołych dup, choć nikt nie strzela seriami z Kałasznikowa, choć nie ma salw śmiechu „ha ha zesrał się a potem w to wywrócił”, czy rozpierduchy Nowego Jorku w 3D za pomocą Godzilli – idźcie do kina, jeśli chcecie coś sobą reprezentować. Koniecznie. Teraz i na wieki wieków, amen :-) .

Skoro już wzniosłem się trochę „ponad poziomy” to już po raz kolejny, acz tym razem całkiem ostateczny, informuję o zakończeniu dopuszczania do wglądu waszych durnych komentarzy, dotyczących prywatnych osób. X w ostatnim z nich poruszył temat rodziny swych adwersarzy i spraw prywatnych, nie dotyczących zagadnienia, ty, wojujący katolik, takie teksty…? Napij się zimnej wody chłopie i odpocznij. Chrześcijaninie ty nasz… Nie licuje to trochę, co? A wy, anonimowe leszcze (nie dotyczy ducha) też trzymajcie ryje krótko, bo nigdzie was nie ma, zasad się nie trzymacie, a się sracie. I tak go nie przegadacie, bo to bydlę, ale wyszczekane. Za wami wszystkimi prawie ciągnie się smród, tyle że za X zachowań niegodnych, ale PRYWATNYCH, jeździłem z nim kilkanaście lat na mecze i NA MECZACH nie zauważyłem nic niegodnego w jego zachowaniu, co mówię publicznie. Jego megalomania i świadomość (nie do końca uzasadniona) swej wielkości i nieomylności sprawiła, że i ja nie chce go widzieć na meczach Bałtyku, ale nigdy mu nie zamknę drogi do pisania czy wyrażania opinii u mnie, bo zachował się kiedyś jak ch… wobec kibiców Bałtyku i przegiął, gdy popisał bzdury po kraju, ale jednak zasad chuligańskich się trzyma, a do powiedzenia ma więcej, niż wy wszyscy, może nawet więcej niż ja, co rzadko zdarza mi się stwierdzić. A wy oczyśćcie najpierw nasze sprawy do końca, bo z frajernią się trzymacie i ukrywacie pewnych frajerów w tłumie i to są fakty, wasz plus że sytuacja jest taka, że nikt nie miał przypału, nikt nie siedzi i niby się rozeszło, ale tylko niby, bo dopóki Łysy żyje, to Bałtyk czysty albo żaden, i ja też nie spocznę, dopóki sprawa się nie wyjaśni. To, że się upiekło nie spowoduje, że będę zamiatał gówna pod dywan, bo kibice to nie dziennikarze, biurokraci czy politycy, którymi tak gardzimy. Czyste serca i spokój w głowie oraz zasady na 100%. Nie na 99, to zbyt mało. I nigdy Bałtyk nie będzie czysty i wielki, dopóki spraw z przeszłości nie załatwimy. Czy ma to być jak u Limahla „Never Ending Story”  czy ogarniamy się wszyscy, zamiatamy, a za kilka miesięcy, razem,  rozp…my resztę Polski? Mam wiarę, że możemy to zrobić, tylko się ogarnijcie, bo zegar bije jak jebnięty, uwierzcie starszemu panu po przejściach. Czas się kończy. Ku chwale Wielkiego Bałtyku! Oczywiście na każdy inny temat, konstruktywne bądź nie uwagi, byle bez wulgaryzmów, puszczam, nie wnikając nawet w treść zbytnio.  To na tyle…

Bóg