Aby zaliczyć mecz Bałtyku Gdynia, jego kibice muszą ponieść sporo wyrzeczeń i nieźle się nakombinować. Trzeba z kimś zostawić dzieci oraz wnuki. Załatwić sobie dzień wolny w pracy, poustawiać sobie kwestie rodzinne, poprzestawiać godziny sobotnich imprez na późno wieczorne. Po prostu kibice Bałtyku są bardzo zaawansowani wiekowo, nie ma u nas uczniów szkół jakichkolwiek, którzy mają bezproblemowe wolne w sobotę, nie ma u nas nawet młodych bezrobotnych czy złodziei. Wszyscy prawie jeżdżą trzecią dekadę na Bałtyk, ja np. na samym Chemiku Police byłem po raz pierwszy jak już pisałem 23 lata temu, w niektórych ekipach wyjazdowych to górny pułap wieku… Nie moja to wina, że starzeję się i czas ucieka, nie jest to wina tych, co pojechali na wyjazd do Polic, że mają tyle lat, ile mają. Chwała nam wszystkim za to, że jeszcze nam się chce. Problemem jest po prostu to, że nie ma żadnych następców, że w kwestii kibicowskiej czuję się niczym kapitan Titanica po zderzeniu z górą lodową. Wiem, że idziemy na dno i wiem też, że niestety nic się z tym nie da zrobić. Już teraz nic. Oczywiście jeszcze parę razy się zbierzemy i gdy na wyjazd zbierze się większa liczba 25 – 30 letnich „gówniarzy” , coś tam pokażemy i tak ze 2-3 lata jeszcze będziemy wegetować zapewne. Ale pójścia na dno nic już raczej nam nie cofnie. Kończąc ten wątek napiszę, że średnia wiekowa na tym wyjeździe kibiców Bałtyku to 35,9 lat. Sądzę, że najwyższa na świecie. Do Polic udaliśmy się autami w 9 osób. Szybka i sprawna podróż bez wahadła i oto na 20 minut przed rozpoczęciem spotkania meldujemy się na trybunach Chemika. Wywieszamy transparent z pozdrowieniami dla kolegów, którzy siedzą w pierdlu. Nieprzyjemna pogoda, wiatr i siąpiący deszcz nie pozwolił nam oglądać spotkania w zbyt komfortowych warunkach. Wszystkich kibiców na meczu nieco ponad 200. Oczywiście bez jakiegokolwiek młyna. Drużyna Chemika złożona z jakiś nieopierzonych juniorów. Bałtyk zaczął mecz aktywnie i walecznie, spodziewaliśmy się zwycięstwa. Niestety, przyszła 40 minuta spotkania i zawodnik naszej drużyny otrzymał drugą żółtą, a w konsekwencji czerwoną kartkę. Gdy jeszcze się zastanawialiśmy, czy aby Bałtyk grając w „10” zdobędzie planowane 3 punkty, sytuacja się powtórzyła chwilę po przerwie i oto już graliśmy w „9”. Przestaliśmy już liczyć na zwycięstwo w tej chwili i zaczęliśmy się modlić o remis, ale modlitwy niestety rzadko odnoszą zamierzony skutek, a przynajmniej w kwestii zdobywania punktów przez Bałtyk. Młodzi gracze Chemika zwietrzyli szansę i po chwili prowadzili 1-0 po nie najlepszej obronie naszego Szlagi, trochę później po jego koszmarnym błędzie było już 2-0 i kolejny przykry weekend w wykonaniu Bałtyku stał się faktem. Chłopcy z Chemika oszaleli ze szczęścia, a dla nas mimo upływu tylu lat, tylu meczów na Chemiku „twierdza” Police pozostała niezdobyta.  No cóż, tak „twierdza” się broni, jak atakujący ją „rycerze” atakują. Podziękowaliśmy piłkarzom za chęci do gry, bo one naprawdę były, a oni nam za doping. Mamy po prostu marną drużynę, która wybiła się w górę tabeli dzięki niezłej pracy trenera Martyniuka, bo wiele więcej na ten poziom nie trzeba. Jego czar już jednak przestaje działać, zaskakujące brednie pomeczowe trenera dopełniają czary goryczy, element zaskoczenia ligowych rywali chyba właśnie się skończył. Najbliższe 3 mecze zapewne pogrążą nas całkowicie, gramy u siebie z Cartusią i liderem z Wejherowa, a pomiędzy nimi wyjazd do Koszalina na Bałtyk. Jeśli zdobędziemy w nich 9 punktów, naiwni znów odpalą swe kalkulatory i wrócą do obliczania szans na zwycięstwo grupy. Na to się jednak nie zanosi, bo przecież przegraliśmy z drużyną, od której trudno szukać słabszej personalnie, no może Rasel Dygowo. Generalnie tradycyjnie pozostaje nam liczyć na cud, ale czy worek pokutny i koszula z włosienicy, oraz pielgrzymka na kolanach do Częstochowy z przystankiem w Licheniu pomogą? Śmiem wątpić, ale i tak ten sposób wydaje się bardziej dający szanse powodzenia, niż aktualna gra naszych piłkarzy. Po zmęczeniu deszczem, całkiem głośnym w wykonaniu naszej skromnej grupki dopingiem, oraz torturami dla oczu dziejącymi się na boisku, wsiadamy do aut i wracamy do domu. Po drodze dzwonią chłopaki ze Szczecina spytać, czy aby nie mamy ochoty dostać w trąby. Ja protestuję! Emerytów się nie bije. Możecie nam potłuc okulary, zniszczyć aparaty słuchowe i połamać laski. Już dość mamy podagry i innych schorzeń geriatrycznych, wynikających ze stania na meczu w zimnie i deszczu. Odmawiamy i przez nikogo już więcej nie niepokojeni wracamy do domów. Dwa wyjazdy za nami i stosunek bramkowy 6-0 w plecy. Ciekawy bilans, godny emerytowanych „ekspertów” w stylu Geszkego czy Polakowa. Jakie upokorzenia przyniesie nam kolejny weekend?

Foto 005