Amerykańskim filmom zbytnio ufać nie można, na ogół są to gnioty, kręcone ku uciesze prostej amerykańskiej gawiedzi. Czasem mimo świadomości nędzy intelektualnej, oglądamy filmy Made in USA dla efektów specjalnych. Dzięki świadomości wysokości budżetu poświęconego na daną produkcję,  z góry można wiedzieć, w jakim dziele należy ich się spodziewać. Na szczęście są wyjątki. Na szczęście jest Clint Eastwood. Doskonały jako aktor, doskonały jako reżyser. Jeden z ostatnich amerykańskich kowbojów, konserwatysta z klasą. Film jest oparty na faktach. Chris Kyle, wysłany do Iraku jako członek Navy  SEALs jest snajperem i jego zadaniem jest ochrona towarzyszy broni. Jest niewiarygodnym snajperem, dzięki swemu celnemu oku ratuje setki żołnierzy, kładąc dziesiątki terrorystów trupem. Zyskuje sławę nie tylko w swoich szeregach, ale i za linią wroga, gdzie wyznaczono nagrodę za jego głowę.  Równie ważnym wyzwaniem co służba w armii jest dla Kyle’a  utrzymanie swej rodziny, ciężko jest być jej głową, jeżdżąc na 9-miesięczne misje w strefę wojny w Iraku. Pełne 4 tury Kyle odbywa w Iraku, w końcu zostawia wojnę za sobą i wraca na łono rodziny. Niestety, wojna nie zostawia jego…  Eastwood nie bawi się w moralizatorstwo, patos, oczywiście nie bawi się tez w potępianie okrucieństw wojny ani inne pacyfistyczne brednie. Mocny film, sceny walk miejskich w Iraku ogląda się na bezdechu, ale i od scen dziejących się w spokojnej amerykańskiej scenerii, też ciężko oderwać oczy. I kiedy wydaje się, że oto w końcu wszystko się wyjaśniło… ale nie będę tu spojlerować. Bardzo dobry film, nie oglądajcie „tańca z Gwiazdami”, lepiej idźcie do kina. Zdecydowanie warto! Aha – a Bradley Cooper na pewno nie zostanie na zawsze zapamiętany tylko jako ten od „Kac Vegas”. Dobra rola! Ocena moja to 9/10.

snajper