Książka, na podstawie której powstał film, była tak przerażająco nudna, że podczas ziewania mało szczęka mi nie wypadła i po ok. 40 stronach dałem sobie spokój. Widać, tępy cham jestem, bo przecież ta właśnie książka osiągnęła oszałamiający sukces, no i doczekała się ekranizacji. Nie ma w moim mieście ciekawych widowisk sportowych, teatru czy innego miejsca, gdzie chcący się ukulturalnić cham mógłby się udać, toteż udałem się do kina, a że wyboru w seansach nie było żadnego, zaliczyłem premierę walentynkową melodramatu o Greyu… No film był łatwiej strawny niż książka. Sprawnie nakręcony, nie dłużył się. Odtwórczyni głównej roli – Dakota Johnson – śliczniutka, aż przyjemnie popatrzeć. Studentka literatury poznaje młodego, a już strasznie bogatego miliardera. Zaczyna ich łączyć dziwna więź, albowiem w kwestiach seksualnych miły i przyjemny wizualnie Grey skrywa mroczną tajemnicę swych nietypowych zachowań erotycznych… To może ja napiszę normalnie. Grey jest zdrowo szurnięty, a pisze o tym redaktor, który też nie jest z pierwszej łapanki, he he he.  „pokój zabaw” Greya to coś jak sala tortur w średniowiecznym zamku, a umowa dotycząca sexu z 1500 punktami do omówienia to trzeba przyznać, wystarczający dowód „szurnięcia” Greya i tak szczerze to powstawanie jakiejś tam fascynacji tym światem nazwijmy go sado – maso jest dla mnie lipne i niezbyt prawdziwe, ale co ja wiem o ukrytych pragnieniach kobiet? Generalnie dla mnie temt dęty, ot jakby specjalnie wymyślony na walentynki. Weźcie na ten film swoją kobietę, 2 browary i puszkę orzeszków, da się obejrzeć bez większych cierpień, wspominać latami też tego filmu nie będziecie. A więc 4/10, choć być może rozmarzona, romantyczna przedstawicielka płci pięknej dałaby temu filmowi znacznie lepszą notę. Ja niestety zostaję przy swojej.

50 twarzy