Archiwum dla Luty, 2015

disco

Disco Polo

Na film „Disco Polo” poszedłem z ciekawością. Nie to, żebym słuchał tego, gdyż wolę muzykę. Fascynujący jednak jest boom, jaki ogarnął Polskę na początku lat 90-tych na ten chłam. Mokasyny z plecionką, szeleszczące dresy z ortalionu, wyjazdy do „Aldiego” po towar. Kantory walut, Wałęsa u steru rządu i właśnie ono – disco polo. Początek lat 90-tych – Królestwo tandety, hegemonia kiczu. We wszystkich punktach, które wymieniłem… Na rynkach łóżka polowe, u bogatszych szczęki. Z co piątego stoiska z przenośnego bumboxa rozbrzmiewały dźwięki disco polo… Liczyłem na podniesienie tematu tego fenomenu. Tysiące…? Gdzie tam… miliony sprzedanych  kaset, w tym 90% wyroby pirackie. Powstające zespoły jak grzyby po deszczu. Fanatic… Akcent… Boys… Top One…Bayer Full… Shazza… Dramatyczny poziom wokalny, instrumentalny, techniczny nagranych utworów. A jednak brali… Ponoć zarzewiem popularności tej twórczości było Podlasie, stolicą Białystok. Wielkie imprezy w popegeerowskich stodołach, remizach i na placach. Tysiące słuchaczy, pierwsze wytwórnie płytowe, bajeczne zarobki gwiazd z tamtych lat… mimo piractwa! Potem muzyka disco polo może nie umiera, ale jakby zapada w letarg na lat kilka, mega obciachem jest w towarzystwie przyznanie się do słuchania tego badziewia… I kolejny triumfalny powrót, który w zasadzie trwa od ok. 5 lat, niezmiennie do dzisiaj. To wszystko jest ciekawe, chętnie bym obejrzał konkretny film, na ten właśnie temat. Nie dane mi było. Niby film o tym wszystkim jest, ale kiepsko zrobiony. Niby młodzi ludzie chcą zrobić karierę i uciekają ze swojej wiochy grać disco polo, ale reżyser spieprzył temat. Jest na siłę robiona komedia, bohaterzy rozmarzeni, co rusz oglądamy ich wizje i fantazje. Reżyser się uparł , żeby kinem co chwile wstrząsały salwy śmiechu, ale że żarty z dolnej półki, to wstrząsały salwy ziewu co najwyżej. Szkoda że film ten skończył się w fazie pomysłu, mogłem siedzieć w domu, albo iść na basen, ta sama cena, a korzystniej dla zdrowia. Parę śmiesznych epizodów, przyzwoita gra Ogrodnika i niezbyt ciekawa Kota na przykład – niedawno po raz pierwszy w życiu spodobała mi się jego rola,  w filmie „Bogowie”, wrócił błyskawicznie do nędznej formy. Zostańcie w domach, ocena 3/10.

PS: A teraz specjalnie dla was nowa aranżacja tekstu starego przeboju zespołu Fanatic!!!!!  8-)

Rzeki przepłynąłem, góry pokonałem

W pierwszej lidze Bałtyk bardzo ujrzeć chciałem!

Gówno z tego wyszło, moja wielka strata

Będę dalej jeździł – aż do końca świata…

disco

grodzka

Cyrk prezydencki

Ponoć prezydent w Polsce ma jedynie funkcję reprezentacyjną. Typowej władzy nie ma prawie żadnej, może poza możliwością wetowania ustaw. Jednak każda partia uznaje posiadanie prezydenta ze swoich szeregów, jako punkt honoru. Dzieje się tak z kilku powodów. Raz że jednak jakąś tam drobną władzę ten prezydent ma. Wetowanie ustaw to też nie jest byle co. Zwraca uwagę społeczną na daną ustawę, no i pokazuje, że prezydent ma swoje zdanie. Inna sprawa że z tych wet na ogół nic nie wychodzi, a już w ogóle nie ma szans na nic, gdy prezydent jest z opozycji rządowej. Po prostu gdy rząd ma większość w parlamencie, każde jego veto jest natychmiast przegłosowywane. Najgłupsza ustawa mimo wetowania do usranej śmierci w końcu przejdzie, gdy rząd większościowy się uprze. Najważniejszym jednak jest testowanie przy wyborach prezydenckich obecnych orientacji politycznych Polaków. Obecny Komorowski jest mdły, niekompetentny i beznadziejny na stanowisku prezydenta, poza tym najzwyczajniej przynosi on wstyd Polakom. Zwolenników PiS jednak bardziej od jego osoby, i bardziej od wiary w cudotwórcze reprezentowanie kraju przez Dudę martwi fakt zbliżającej się kolejnej porażki z platformą… Która by to już była? Siódma? Ósma? Nieporadny PiS, popełniający gafę za gafą, aż szkoda tych ciamajd trochę. Mogliby w końcu wygrać, choćby dla pokazania, że nie jesteśmy skazani na rządy PO przez najbliższe 20 lat. Jednym słowem wybory prezydenckie spełniają po trosze rolę pijarowską, nie tylko dla dwóch największych polskich partii. Chyba nawet zbyt mocno tę rolę spełniają, nikt zbytnio nie słucha, co ma do powiedzenia taki Komorowski czy Duda, prawie każdy ich walkę rozpatruje w kwestii różnic procentowych pomiędzy partiami, które ci dżentelmeni (szczególnie dżentelmen „gajowy” ha ha ha) reprezentują. Ja zmusiłem się do tej katorgi. Posłuchałem co mówił Komorowski zaproszony do jakiegoś Koła Gospodyń Wiejskich czy innej tego typu instytucji, i przeraziło mnie, co za bzdury tym babom pieprzył „gajowy”. Moim zdaniem objęcie patronactwa nad remizą Ochotniczej Straży Pożarnej w Ożarowie znacznie przekracza możliwości tego buraka, a co dopiero bycie prezydentem państwa polskiego. Niestety Polacy uważają inaczej i Bronek jest prezydentem i niestety zapewne będzie nim dalej. Obym się mylił. Posłuchałem więc Dudy i tez złapałem się za głowę. Słyszałem jak proponował on, tradycyjne w socjalizmie, tradycyjne dla wszystkich kolejnych rządów zwiększenie biurokracji.  Mianowicie zapowiedział w sytuacji, gdy zostanie wybrany prezydentem, powołanie urzędu mającego na celu poprawę sytuacji gospodarczej kraju. W tym celu, należy, a jakże by inaczej, powołać nową instytucję. Miała by nim być powołana przy prezydencie Narodowa Rada Rozwoju. Taka rada, zapewne będzie miała 16 wojewódzkich oddziałów regionalnych? A w nim po kilkudziesięciu zatrudnionych urzędników? Do tego sztaby doradców, ekspertów itd. itp.? Solidnie opłacanych? Reasumując – 2000 miejsc pracy dla krewnych, znajomych i wszelkich przydatnych ludzi. Opłacanych z naszych podatków, rzecz jasna. Socjalizm w pełnej krasie. To już nawet nie dziwi, to historia, która nigdy się nie kończy. Co będzie, gdy któregoś dnia liczba urzędników przekroczy 50% populacji naszego kraju? Jak na nich wszystkich zarobimy? Na kogo w tym kraju można oddać głos w wyborach na prezydenta, posiadając przy tym czyste sumienie, że nie popełniło się koszmarnego błędu? Na Palikota? Pogłowie pedziów jest chyba zbyt małe, by uzyskał on znaczącą ilość głosów. Na Ogórkową? Chyba w jakiejś stołówce, na zupę tygodnia. I tak głosowałbym na pomidorową, albo rosół. Korwin Mikke? Kowalski? Wilk? Paro… eee… Jarubas? Jak przed każdymi wyborami robi się i śmieszno, i straszno.  Kolejna tragifarsa z olbrzymim wyborem (bo chyba z 30 chętnych już jest na to zaszczytne stanowisko). Znów jakiś tragiczny gamoń będzie próbował lansować swoją partię przed kolejnymi wyborami parlamentarnymi, poprzez udział, najlepiej jak najbardziej udany i efektowny, w kampanii prezydenckiej. Znów interesy Polski zejdą na dalszy plan, znów będziemy uczestniczyć w cyrku z udziałem żałosnych klaunów i pajaców. Zapewne dostaniecie jeszcze na łamach Wolnej Polski instruktaż, na kogo najlepiej głosować, by obyło się bez przypału, ale znów będzie to ciężkie zadanie. Na chwilę obecną żal po prostu wychodzić z domu i marnować czas na głosowanie na jakiegoś gamonia, który ma nas w dupie. Na koniec chciałem wam donieść o rozmowie, jaka przeprowadzono z Anną Grodzką, która jest kolejną z wielu kandydatek na urząd prezydenta. Otóż dziennikarz spytał: -Jeżeli się zdarzy, że wygra pan/pani wybory prezydenckie, kim właściwie pan/pani będzie? Prezydentem, czy może pierwszą damą? Na co pani Grodzka po namyśle odpowiedziała: „Bo ja wiem… szczerze mówiąc, koło ch…a mi to lata” 8-) . I tym pozytywnym akcentem zachęcam was do śledzenia kolejnych kandydatur na prezydenta. Kto następny? Może Kiszczak? Wodecki? Rodowicz? Beger? Krzynówek? Maciej – wróż z Polsatu? Poniatowski – hydraulik z Krosna? Kukuła – betoniarz z Nowej Soli? Vanessa – emerytowana prostytutka z Sopotu? Czeka nas jeszcze wiele interesujących kandydatur. Będzie zabawnie.

grodzka

Polska Noc Kabaretowa 2015

We wczorajszą sobotę dopiero po raz drugi w życiu zobaczyłem kabaret na żywo. Po raz pierwszy z kolei pojawiłem się w Ergo Arenie na pograniczu Gdańska i Sopotu. Nawet tam ładnie, muszę przyznać. W miłym damskim towarzystwie, tuż przed 20 zasiadłem na swoim miejscu, w oczekiwaniu na widowisko o nazwie Polska Noc kabaretowa 2015. Na scenę weszli goście znani jako Kabaret Skeczów Męczących i próbowali rozruszać publiczność, której było sporo, na moje oko ze 4.000 ludzi. Szło im średnio. Potem na scenę wkroczył Ireneusz Krosny, zabawny mim, którego popisy zawsze lubiłem oglądać. Wczorajszy jego występ oceniam średnio, aż do ostatniej scenki, którą nazwał „Ewolucje taneczne”. To było bardzo zabawne, po raz pierwszy tego wieczoru konkretnie się rozbawiłem. Potem na scenę wkroczył kabaret „Nowaki” , który jako jedyny łączył wczorajszy wieczór z moim debiutem kabaretowym, albowiem półtora roku temu w Świnoujściu też miałem przyjemność ich widzieć. Było całkiem nieźle, scenka rodzajowa z posępną, małomówną teściową z siekierą w ręku konwersującą ze swym umierającym ze strachu zięciem – dobra. Nastąpiła 15 – minutowa przerwa, po czym scenę zajął „Kabaret Moralnego Niepokoju”, przez wielu uważany za numer 1 w Polsce i chyba nie bez racji. Ja nawet nie znam nazwisk tych wszystkich kabareciarzy, znam ich z jakiś przebłysków z telewizji, ale było bardzo śmiesznie, a ten gościu, którego znam z telewizji, to urodzony żartowniś, autentycznie zabawny, a skecz w którym ten facet prowadził teleturniej był bardzo śmieszny, rzadko się śmieję przy oglądaniu takich popisów, a tu naprawdę było super. Na koniec wkroczył tez szeroko znany kabaret „Paranienormalni” i było już nie aż tak śmiesznie, jak chwilę wcześniej, ale wciąż jeszcze dobrze. Szacun dla tegoż kabaretu za odwagę, w pewnej chwili postawili na całkowitą improwizację, pletli co im ślina na język przyniosła, widać było w tym brak reżyserii i trzeba powiedzieć, że dawali radę! Generalnie było fajnie, lekko się odprężyłem i absolutnie nie żałuję mojej wyprawy do Trójmiasta, jak też 50 złotych wydanych na bilet. Nagłośnienie w Ergo Arenie jest niezłe, widoczność dobra, zimno nie było. Trochę lipa była w przerwie, poza toaletą nie było co ze sobą zrobić, przejścia pozamykane, zero cateringu i nieco głupkowata ochrona, ale nie na tyle, żeby to było kłopotliwe.  Sorry za zdjęcia niezbyt wysokiej jakości, mam aparat jaki mam, do sceny było daleko. Gdyby ktoś mi sprezentował jakiś lepszy, to wyjątkowo przyjmę 8-)  . Udany wieczór!

Foto 021

Foto 024Foto 030

Ukraina

O Ukrainie raz jeszcze

Śmiesznie, albo może nie tyle śmiesznie, co powiedziałbym – groteskowo – przebiega konflikt za naszą wschodnią granicą. Groteską nie jest fakt wojny, która jest okrutna i straszna, zabiera ze sobą tysiące istnień ludzkich i pozbawia żyjących dorobku całego życia. Groteską jest zachowanie tzw. świata zachodniego w tej kwestii. Spotykają się z Putinem, pieprzą o jakiś bzdurach, potem po dniu czy dwóch wspólnego imprezowania wszyscy wracają do siebie i, niczym Chamberlain w 1938 mogli obwieścić, że przywieźli nam pokój. Analogia widoczna gołym okiem, bo zaraz po tych, jakże „owocnych” rozmowach Putin kontynuował swe dzieło rozmontowywania Ukrainy. Obrona tego porąbanego kraju działa na zasadzie pospolitego ruszenia i oczywiście przynosi opłakane efekty. Niestety, ale formacje obronne Ukrainy to wiecznie pijana dzicz, nie mająca pojęcia o wojskowości, dyscyplinie i walce. Ta cała niby wojna to śmiech na sali, bo Rosjanie bawią się z nimi w kotka i myszkę, próbują zachowywać jakieś niby pozory, że to nie oni są agresorami, ubierają swych żołnierzy w jakieś mundury bez insygniów i tak dalej. Bo gdyby wjechali tam na poważnie, zajęcie tej całej Ukrainy zajęłoby im ze 3 dni… No już dobrze, z tydzień. Putin kombinuje po swojemu w ten sposób, żeby wojska NATO nie miały bezpośredniego przymusu by bronić Ukrainy, jest to niezwykle wygodna polityka dla wszystkich. Rosja udaje, że nie atakuje, że nie robi rzezi, że cały ten zgiełk to drobne potyczki etniczne. NATO udaje, że w zasadzie nic wielkiego się nie dzieje, stawia „zdecydowane veto” oraz „ostro potępia” to i owo, jak też „twardo oczekuje wypowiedzi na ostro stawiane pytania”. Zdecydowana polityka wobec Rosji, a co! Do tego świetnie wkomponowuje się ukraińska hałastra. Dostają oklep na każdym kroku, bronią się dłużej na swoich pozycjach wtedy, kiedy Rosjanom to pasuje bo np. przegrupowywują swoje wojska lub czekają na dostawy jedzenia, amunicji etc. Ukraińskie barany same nie bardzo wiedzą czego chcą. Jedni patrzą tęsknym okiem w stronę Rosji, inni – bardzo by chcieli Ukrainy wolnej i niepodległej. Nie ma tam ludzi wielkiego formatu, jeśli nie są pod butem Polaków czy Rosjan, kompletnie sobie nie radzą. Ot, dzicz, która bez pana, bez nahaja nad karkiem nawzajem się pozabija i pozagryza, a państwo w 5 lat przestanie istnieć. Stan sprzed wojny – drogi dziurawe bardziej niż w Polsce (nadzwyczaj trudne do osiągnięcia), korupcja większa niż w Polsce (nieomalże niewykonalne, a jednak), rekieterzy z giwerami kontrolujący TIR-y przejeżdżające przez Ukrainę i wystawiające własne dokumenty z pieczątkami na potwierdzenie poboru opłat! Po prostu bandy te są znacznie lepiej zorganizowane od aparatu państwowego. Nie lubią tam Polaków, rzeź którą nam zgotowali na Wołyniu okrucieństwem przekraczała morderstwa naszych w Katyniu, to tez bardzo trudne do osiągnięcia, swołoczy ukraińskiej się udało. Rozszarpywanie niemowląt w pół, przecinanie piłami kobiet w ciąży, gotowanie we wrzątku polskich żołnierzy to są fakty okrucieństwa i bestialstwa kompletnie niepojętego dla człowieka o zdrowych zmysłach. Dziś pogrobowcy tamtych kanalii, wskrzesiciele idei UPA czy OUN-u, banderowcy to wciąż procentowo niezbyt wielki odsetek w ukraińskim sejmie, natomiast ich znaczenie faktycznie jest znacznie większe. Biorą prym w działaniach wojennych, zresztą jako jedyni są chyba jako tako zorganizowani. Natomiast patrząc szerzej to należy Ukraińcom przyznać, że jak nikt jednoczą polską scenę polityczną. Dzięki nim PO i PiS mówią jednym językiem przynajmniej w kwestii polityki zagranicznej. Takoż i wszelkie tuby propagandowe PiS-u przedtem myślące samodzielnie w końcu zaczynają mówić językiem swych mocodawców partyjnych, dotyczy to mediów odleglejszych od kibiców, a bliższych strukturom i partiom politycznym. Kibice generalnie stronią od polityki, no może źle się wyraziłem, stronią od partyjniactwa i kolesiowskich układów i nie musza zachowywać dyscypliny partyjnej, bo żadnych wytycznych nie mają do zastosowania. Poza wiarą, własnymi zasadami i własnym sumieniem. Dlatego tez jesteśmy najzdrowszą tkanką tego społeczeństwa, bo nie zasilamy szeregów tych cwaniaczków z PO, PiS-u, SLD czy jakiś innych gówien. My wiemy, że Ukraina śmierdzi, że jest antypolska, nie chcemy z nią żadnych układów. Podobnie jak z Rosją. Ja nawet nie czuje żadnej nienawiści do Ukrainy, rozumiem ich że nie lubią Polaków, zawsze jak już byliśmy z nimi razem, to byli pod naszym butem, nikt tego nie lubi. Po prostu ważnym bardzo jest, aby zachować dystans, aby trzymać się od tej pół europejskiej, pół mongolskiej dziczy z daleka. Rosja weźmie co swoje, ma już Krym i pół Donbasu, ma dostęp do wszelkich dóbr naturalnych Ukrainy oraz ma w swych granicach etnicznych Rosjan, np. z Krymu, którzy zawsze tam przeważali i modlili się o powrót do rosyjskiej macierzy. Te tereny Ukraina już straciła na zawsze i nawet pierdnąć nie może, bo nie ma wojsk, nie ma ludzi, nie ma organizacji i nikt jej nie pomoże. Amen. Rosjanie być może jeszcze wezmą Mariupol, może coś jeszcze i mam nadzieję, że to im wystarczy. Tereny zachodnie Ukrainy, czyli bliższe Polsce, to już nędza, dzicz i syf. Nie bardzo mają po co tam jechać. Jeśli jednak i te tereny będą chcieli zawłaszczyć, trzeba będzie szykować się do wojny. Na razie jednak Polska powinna ich zostawić samym sobie, zresztą nie jesteśmy w stanie nic zrobić. Powinniśmy się zachować cynicznie i ekonomicznie, niczym Jurij Orłow grany przez Nicolasa Cage w filmie „Pan życia i śmierci”. Rosja chce kupić od nas czołgi? Czemu nie. Ukraina chce kupić od nas czołgi? Czemu nie. Bardzo podoba mi się postawa premiera Orbana, który na pierwszym miejscu stawia dobro własnego kraju, nie wtrąca się w nie swoje sprawy, handluje z kim się da, a kraj jego rozkwita. Tylko czy jego umysł wytrzyma wspólny front chłodu arktycznego w stosunkach z nim, jaki obrała i platforma, i PiS? Pani Kopacz chłodno podała rękę Orbanowi i nie chciała z nim gadać, a Jarek Kaczyński poszedł dalej i nawet nie przyjął zaproszenia na spotkanie, na które nikt go nie zapraszał! Czas na koalicję, fałszywe zasrane towarzystwo polityczne! Bardzo podobne programy, podobne zachowania, po co dalej udawać „rząd” i ”opozycję”, skoro więcej was łączy, niż dzieli? No już dobrze, rozumiem, chodzi o kasę i układy, to jest szerszy plan, którego nie każdy musi znać szczegóły… Podsumujmy. Chroń nas panie Boże, o ile istniejesz, przed sojuszem i braterstwem z Ukrainą. Chroń nas przed wstąpieniem tego kraju do Unii Europejskiej. Chroń nas przed agresją ruskich. To tyle upraszania się, bo Bóg nas przed niczym nie obroni, jeśli nie obronimy się sami. Amen.

 Ukraina

czas

Czas frajerów

Piątek wieczór, a więc spokój tradycyjny zapada. Tydzień pracy szczęśliwie zakończony. Znów pracowałem za czterech, znów… nieważne. Czas sjesty nadszedł. Lecę więc „piątkowe standardy”: butelka wina (acz tym razem, sprytnym i wyciągającym wnioski będąc, mam drugą w odwodzie), znów sam, znów telewizor, choć z odległości 1,20 metra czerwona dioda kusi, by użyć pilota, znów „wytrzymuję”, przypominając jakie ścierwa, jakie ohydne mordy w tymże telewizorze oglądać będę musiał, gdy potwora tego włączę. Gdybym jakimś cudem nie spał do godziny 0.50 włączę zobaczyć siódmą, jakże udaną część „Piątku trzynastego” z Jasonem, o którym dopiero co niedawno pisałem. Nie pamiętam wprawdzie dokładnie 7 części, ale wszystkie były udane – stąd moja dedukcja ;-). A teraz piszmy coś Mistrzu, gdyż pióra (no dobra, klawiatury, ale pióra brzmi dostojniej, bardziej literacko) używam ostatnio nader rzadko. Bo tak prawdę mówiąc (pisząc? ) raz na tydzień, to sobie można iść na kręgle, a nie pisać bloga. Obecnie mam coraz więcej chęci do działania, coraz mniej do pisania. Nie to, żeby tematów nie było, ich jest aż za dużo, ale ciągle pisząc o faktach, o życiu codziennym trzeba zniżać się do rynsztoka i pisać o kreaturach, debilach i sk…ch wszelakich. To męczy czasem, musze przetykać ten cały syf artykułami o sztuce i muzyce, dobrze że sezon wraca, sezon obijania mord się zbliża, sezon 4 ligi Pomorskiej znaczy się zaczyna się za dni parę. Dokładniej tzw. Ligi Bałtyckiej. Skąd taka nazwa? Bo pomysłodawca tejże musiał być człowiekiem zorientowanym że tu tylko Bałtyk się liczy, tylko Bałtyk tu istnieje. Spójrzcie sami, kto tu gra poza nami? Jakiś Szczecin, Koszalin…? A gdzie to leży, co tam się znajduje? Może to i całkiem ładne miasta, może i kibice drużyn tam grających z ryja schabowe by nam porobili, ale co z tego? Nie liczą się, nie ma ich w momencie, w którym grają z Bałtykiem. Święta drużyna, o której pisuje prorok Malkontent, mający wiedzę i wiarę, która wielu jeszcze dostępna nie jest, ale będzie. Teraz jest wprawdzie moment przejściowy – podwórkowa liga piłkarska, mała liczba kibiców, z tego jeszcze połowa to gamonie, w którymi wstyd się pokazać na mieście. To minie, ciągle jestem jeszcze z moim Bałtykiem w ciemnym, obsranym tunelu, ale oto już widzę światło na jego (tunelu) końcu. Światło potęgi piłkarskiej i kibicowskiej, albowiem dzień w którym serwisy sportowe będą się zaczynać od opisów meczów Bałtyku w lidze mistrzów, a serwisy kryminalne od opisów wyjazdów kibiców Bałtyku zbliża się. Wiem to i jestem spokojny, jedynym zmartwieniem jest, że tego nie dożyję, wszak za 8 dni 42 krzyżyk wskoczy na plecy, ale ch… w to… to tylko lata. Jest energia, jest moc, jest walka, jest wiara, będzie i sukces. Z Bałtykiem o wiarę jest mi łatwiej, bo ta nieznaczna część jego sukcesu zależy ode mnie, mogę dołożyć swą cegiełkę do końcowego sukcesu. Gorzej jest z krajem moim ukochanym. Tutaj mój wkład w sukces jest znacznie mniejszy, śladowy wręcz, choć staram się,  i robię co mogę. Niestety ale nadszedł czas frajerów. Jest moda na bycie szmatą, ścierwem. Być konfidentem, parówą, zaganiaczem? To nic strasznego. To, nawet bym powiedział, jest trendy. Martwić się tylko o swoją pryszczatą dupę i nie martwić się o innych. Uwierzcie mi, że z waszych kolegów, kumpli, znajomych (nie używam tu nazwy „przyjaciel” bo to inna para kaloszy, zresztą niezbyt rozumiecie co to znaczy, wymierające słowo) 95% was zagoni, op…li, sprzeda. Nie mówię, że akurat na psiarni, ale u szefa, u żony, u innych ludzi. Niestety, w naszym świecie, w naszej Polsce bez zaufania, bez dobrej bandy, bez pewności ,że nikt nie sprzeda nie odzyskamy ojczyzny wolnej i niepodległej. Świetnie wiedzą o tym ci, którzy rządzą, robią swoje, a my, ta garstka wierzących i walczących, leżymy i sramy pod siebie. Nie można ufać nikomu, ja w to próbuję nie wierzyć i ciągle walczę, i ciągle ciach bajera, znów się pomyliłem. Wszędzie gdzie można, gdzie było zbiorowisko ludzi z zasadami,  łamane są kręgosłupy i zasady. Zniszczone w większości zostały duże zakłady pracy, gdzie funkcjonowały duże, wiele lat pracujące razem i ufające sobie grupy ludzi. Zmarginalizowane, ośmieszone i obłożone frajerami zostało harcerstwo. Mam nadzieje że przetrzyma ono najgorsze czasy i przetrwa, bo kto będzie tworzył „szare szeregi”, gdy przyjdzie czas? Zlikwidowano wojsko z poboru i nie ma już praktycznie w nim fali i wszyscy jadą „programowo”, zgodnie z regulaminem. Chłopaki spod kraty mówią, że prawie już zniknęła grypsera, byle ścierwo wydziarane od stóp do głów dziarami, po drugim liściu na ryj, śpiewa wszystko co wie, do trzech pokoleń wstecz, mordy mu nie można zamknąć. A za 12 godzin przepustki? Wszystko zrobi. Giętkie kręgosłupy, miękkie charaktery. Tania kiełbasa, piwo w puszce i wódka z dolnej półki marketu. Jacyż oni mądrzy, ci nasi wrogowie! Z wściekłością muszę przyznać, że osiągnęli bardzo wiele. Szermierze myśli, ubeccy psychologowie. Skończyły się czasy bicia w pięty, albo sadzania dupą na nodze od taboretu. Ból fizyczny powoduje bunt. Lepsza jest metoda kija i marchewki. Nie pamiętajcie o Żołnierzach Wyklętych, ale weźcie 2 dni urlopu i jedźcie na grilla, kiełbasa  na tacce plastikowej i tania wódka w komplecie z kolorowym napojem gazowanym pomoże nie myśleć o „bzdurach”. Nie róbcie sobie kłopotów, ukłońcie się, gdzie trzeba, powiedzcie co wiecie, nie kapujecie, po prostu mówicie jak było, no nie? Czas frajerów… ścierwa, leszcze, ludzie bez godności. Młodzi aktywni wyborcy PO… miłe spokojnie panie, nie wychylające się („oddaj komputer, bo policja się mnie czepia, a ja chcę żyć spokojnie”). Tak to już jest, że kto żyje z Malkontentem, tego się milicja czepia. Lepiej ze mną nie żyjcie drogie panie, a i ja zbytnio nie zabiegam. Albowiem rodzinę już mam (córeczka, mama, tata, siostra i pies) a na sex zawsze ktoś tam się skusi – nie na wygląd polecą, to na stan konta je wezmę, ha ha ha. Małe ono jest, mało zasobne i na pierwszej klasy towar nie starczy, ale na lekko przebrany, niczym w Tesco trzy godziny po rozpoczęciu promocji – zawsze starczy ha ha ha. Bestia wróciła i kąsać nie przestaje, tylko miłe z historii osoby pominie w swych atakach. K…m i frajerom odpuszczone nie będzie. Kończy się to wino hiszpańskie. Śmierć frajerom, śmierć konfidentom, śmierć ż…m (Żurawiom? Żonkilom? Żelaznym Żytojadom? Zgadnij, czytelniku) śmierć wszystkim niedobrym ludziom. Na pohybel tym, którzy nie walczą o Wolną Polskę, na pohybel tym, którzy źle myślą o Bałtyku, którzy na niego plują, którzy nie kochają swojego kraju, którzy nie szanują bohaterów. Na pohybel państwowej milicji.  Będę jeszcze tańczył na waszych grobach. A może na nie nasram? Czas pokaże, na co Pan będzie miał ochotę. Dziś jesteście górą, ale nasz triumf jest coraz bliżej. Najpierw Bałtyk, potem Polska. Albo odwrotnie, nie ma znaczenia. Światełko widzę coraz wyraźniej, Jest czas frajerów, ale nadchodzi czas prawdy i ludzi z zasadami. Choć tego w ogóle nie widać, możecie być pewnymi, że jak zwykle się nie mylę. Nie po to zostałem prorokiem, nie po to słucham głosów dudniących w mej głowie, by się mylić. Nie martwcie się moimi cierpieniami, słodycz zwycięstwa osłodzi mi trudy walki. Wielki Bałtyk, Wolna Polska, już niedługo. Ruszyła maszyna… Już nic nie zatrzyma.

czas

bestia

Bestia kąsa

Myślałem że jestem nie do zdarcia, że do końca życia będę sprawny, spięty, gotowy. Czujny jak ważka. Tymczasem dałem się trochę rozjebać od środka. Czuję się jak pies w klatce, jak w powieści „Biały Kieł” Jacka Londona. Biegam nerwowo po klatce, jestem ranny i ciągle rozdrażniony. Biegam nerwowo, przemierzam w te i wewtę małą powierzchnię klatki i czekam. Nerwy napięte jak postronki, cały czas atakowany, więc czekam. Wystarczy mi chwila nieuwagi, wyskakuję z klatki i rzucam się do gardła. Nie biorę jeńców. Nikomu nie ufam, udaję spokojnego, ale to pozory,  czekam, aby rzucić się do gardła i rozszarpać je. Fighting jest dobry i potrzebny na meczach. W życiu też, ale nie zawsze. Unik, garda, cios. Przeciwnik zaskoczony, słabnie. Rzucam się do gardła, waląc sierpem w skroń. Ja byłem gotów, przeciwnik nie. Znów wygrywam. Wczoraj po kilku tygodniach przerwy wyszedłem w miasto, na chwilę, do kina, do przyjaciela. Zabawnie było przez chwilę, potem znów wyszła ze mnie bestia. Atak, cios za ciosem, tracę kontrolę. W „50 Twarzach Greya” ma to może swój urok, w życiu już niekoniecznie. Trzymam z demonami i może nawet z samym Lucyferem, ale oni nie mogą mną rządzić. Co ja zacząłem gadać, czemu znów nie zaciągnąłem hampla w odpowiednim momencie?  Zachowałem się jak baba. W życiu, gdzieś tam na mieście, na rewirze, w Polce jest jakieś tam SLU, człowiek całe życie pracował na to. Wiedzą,  że będę gdzie mam być, że nie nawalam, że jeżdżę najwięcej, że czasem pomagam, że nigdy nikogo nawet na złotówkę nie jebnąłem. Im bliżej domu tym gorzej. A już we własnym królestwie najgorzej. Zresztą nie od dziś to wiadomo, przysłowie mówi, gdzie jest najtrudniej być prorokiem – we własnym kraju… Rano przyszedł kac. Moralny, bo po tych kilku grzańcach na normalny to za mało… Ale ze mnie szmata, pomyślałem. Być z kimś 7 lat i jechać z nim na nerwie, przez to, że może wkurwił, może nie tak się zachował. Wszyscy moi bliscy wiedzą, jak jadę. Nigdy nie odpuszczam, podbijam dwukrotnie, trzykrotnie stawkę, aż kogoś zniszczę. Mową i jazdą słowną jestem w stanie zniszczyć każdego niestety, no może ten zasrany mądrala z O.K. stawi mi czoła. Słowa ranią lepiej czasem, niż nawet dobrze wyprowadzony prosty, niż odłamkowy ze szrapnela. Niewiele brakowało. Kurwa, jak do tego się ma szlacheckie pochodzenie? Dziadek walczył w powstaniu warszawskim, pradziadek był na Syberii, dorobił się majątku, który stracił na gorzałę, karty i dziewczynki. To nieprawda, nie ma żadnych analogii, żadnych wspólnych cech genetycznych ;-). Już się otrząsnąłem, już się nie dam sprowokować. Przepraszam Iwonkę, że dałem się ponieść emocjom. Biały człowiek, wychowany, tradycje ma i jak ścierwo się zachowuje. To ja właśnie, wstyd mi. Kiedyś tak z żoną jechałem, jak się okazało… nieważne co się okazało. Ja muszę być ponad to. Też przepraszam. Tu kraj jest do naprawienia, a ja wikłam się w jakieś osobiste porachuneczki. Słabo. Generalnie jestem dobrym człowiekiem dla Polski i Bałtyku i złym dla najbliższych. Bestia ostrzy pazury, szykuje się do skoku. Zjechałem 8 kilo, zaczynam się ruszać, sezon blisko. Będę miał formę 20 latka i będę wszędzie. Już nie mogę się doczekać. A Ciebie… I Ciebie już postaram nigdy się nie zranić, ze względu na pamięć, na te piękne dni, one w pamięci mi zostaną. Pamiętajmy dobre dni, złe do wiadra na odpadki. Nie prowokuj mnie, a i ja mordę na wodzy utrzymam. Potem napięcie zjedzie. Gdańsk, Koszalin, Szczecin. Zabawa trwa, jadę do was, jebać was wszystkich, co nie lubicie Bałtyku, mogę wam to powiedzieć w twarz. Do zobaczenia na wyjeździe. Kurde jak to powoli leci, te ostatnie dni!!! Też tak macie, też nie możecie się doczekać?

bestia

50 twarzy

Pięćdziesiąt twarzy Greya

Książka, na podstawie której powstał film, była tak przerażająco nudna, że podczas ziewania mało szczęka mi nie wypadła i po ok. 40 stronach dałem sobie spokój. Widać, tępy cham jestem, bo przecież ta właśnie książka osiągnęła oszałamiający sukces, no i doczekała się ekranizacji. Nie ma w moim mieście ciekawych widowisk sportowych, teatru czy innego miejsca, gdzie chcący się ukulturalnić cham mógłby się udać, toteż udałem się do kina, a że wyboru w seansach nie było żadnego, zaliczyłem premierę walentynkową melodramatu o Greyu… No film był łatwiej strawny niż książka. Sprawnie nakręcony, nie dłużył się. Odtwórczyni głównej roli – Dakota Johnson – śliczniutka, aż przyjemnie popatrzeć. Studentka literatury poznaje młodego, a już strasznie bogatego miliardera. Zaczyna ich łączyć dziwna więź, albowiem w kwestiach seksualnych miły i przyjemny wizualnie Grey skrywa mroczną tajemnicę swych nietypowych zachowań erotycznych… To może ja napiszę normalnie. Grey jest zdrowo szurnięty, a pisze o tym redaktor, który też nie jest z pierwszej łapanki, he he he.  „pokój zabaw” Greya to coś jak sala tortur w średniowiecznym zamku, a umowa dotycząca sexu z 1500 punktami do omówienia to trzeba przyznać, wystarczający dowód „szurnięcia” Greya i tak szczerze to powstawanie jakiejś tam fascynacji tym światem nazwijmy go sado – maso jest dla mnie lipne i niezbyt prawdziwe, ale co ja wiem o ukrytych pragnieniach kobiet? Generalnie dla mnie temt dęty, ot jakby specjalnie wymyślony na walentynki. Weźcie na ten film swoją kobietę, 2 browary i puszkę orzeszków, da się obejrzeć bez większych cierpień, wspominać latami też tego filmu nie będziecie. A więc 4/10, choć być może rozmarzona, romantyczna przedstawicielka płci pięknej dałaby temu filmowi znacznie lepszą notę. Ja niestety zostaję przy swojej.

50 twarzy

jason2

O Jasonie i Walentynkach

Piątek wieczór to dobry czas. Umęczony tygodniem zdobywania zachodnich rubieży Rzeczypospolitej, odwiedzinami niezbędnymi u rodzicielki  i formalnościami urzędowymi, zasiadam w końcu w swym fotelu. Odrapany on i skóra na nim pęka, ale nic to, jak mawiał Onufry Zagłoba. Jest wygodny. Otwieram butelkę wina czerwonego, wytrawnego z mojej ulubionej grupy – Caberneta Sauvignona, zasiadam i, niczym w utworze Depeche Mode, zaczynam rozkoszować się ciszą. To takie zdrowe dla umysłu i uwalniające z wszelkich obciążeń – być samemu. Smutne czasem i niewygodne w życiu codziennym, ale to jednak dobry stan. Dobry dla mnie, szczęściem wielkim zawsze byłem samotnikiem, eremitą wręcz niekiedy i samotność lubiłem i lubię do dziś. Jedynym dyskomfortem jest to, że nie wynika ona z mojego wyboru – przynajmniej nie bezpośrednio – a z konieczności, a nie lubię być w sytuacji, w której nie wszystko zależy ode mnie. Jestem kreatorem, inicjatorem, a bywa że i uzurpatorem, a nie wykonawcą, narzędziem ślepym w czyimś niezgrabnym ręku, nieporadnym niczym szczur ślepy jednodniowy 8-)  . No cóż, samotność jako jedyna daje mi 100 – procentową pewność spędzenia wieczoru z kimś zabawnym, inteligentnym i kreatywnym – wystarczy zerknąć w lustro. Zdrowie Twoje, Mistrzu! I oto lampka wina wesoło już krąży w krwioobiegu, ożywiając umysł i ciało. No pięknie, godzinę w domu już jestem, a telewizor jeszcze nie włączony. Nie do pomyślenia dla Mariana steranego całodniowym opieraniem się o betoniarkę, żeby przy wieczornym piwku nie obejrzeć teleturnieju lub wiadomości na TVN-ie  (tam prościej są podane, Marian wszystko zrozumie bez problemu, no i bekę mają z tych katoli i oszołomów z PiS-u), nie do pomyślenia dla Krystyny steranej pracą w warzywniaku, żeby nie obejrzeć „Szpitalu”, „Dlaczego ja”, gdzie zawsze dobrze się kończy,  lub tego pięknego serialu wenezuelskiego, gdzie są te piękne kobiety i ci wspaniali mężczyźni i nie gadają o bzdurach, tylko o miłości. Ja tymczasem jakoś bez telewizji się obchodzę. Odpoczywając przy winku puszczam w uszy głuche moje muzykę z telefonu – zniewala mnie ta jakość dźwięku, dostępna w słuchawkach dla mnie dopiero po 40 roku życia. Puszczam muzę na chybił trafił i los pokierował nią całkiem ciekawie – „All about Us” Tatu, potem Marilyn Manson, Beethoven, Therion, Szwagierkolaska i obecnie „Raining Blood” Slayera. Oho, druga lampka wina się skończyła… Dobre, bardzo dobre, jeszcze dwie wypiję i podchmielony być zacznę, a jutro od rana tyrka poważna z wizytą gości związana – muszę uważać, aby nie przesadzić. Choć tak szczerzę przyznam, że bardzo tęsknię za gryzącym smakiem whisky – ach, gdybym tak był w stanie złamać własne słowo… Już by tu stał Jameson z 4 kostkami lodu… i niczym więcej, dość już profanów zalewających whisky colą czy pepsi. Ale słowa łamać nie można. Żegnaj Jamesonie, irlandzki przyjacielu, będę cię długo jeszcze wspominał… Po Slayerze wskoczył mi Kazik, a ja myślę, o czym tu skrobnąć dzisiaj, może o orędziu prezydenckim Dudy? Oddać szacunek mu muszę, orędzie było wspaniałe, szkoda że reprezentuje partię wspierająca antypolską akcję wspierania Ukrainy w konflikcie z Rosją, bo poparłbym go w wyborach prezydenckich. Niemniej Duda przy Komorowskim, to jak w konkursie wiedzy o języku polskim Miodek przy Wałęsie. Może o walce górników z JSW z systemem? Może o marszu gwiaździstym rolników na Warszawę? Ale mi się nie chce o rzeczach poważnych. Albo mi się chce, ale nie o tych. Wejdźcie na Ostatnią Kohortę albo na kresy.pl poczytać o rzeczach ważnych, ja chcę napisać o dniach dzisiejszym i jutrzejszym. Czy to ważne dni? Zależy jak na to patrzeć, dla mnie każdy dzień jest ważny i każdy trochę smutny, gdyż przybliża mnie do końca. Coraz bliżej do końca, a tu cała ta stajnia Augiasza nie posprzątana jeszcze, chwasty się plenią wszędzie, żeby tylko czasu starczyło na porządki… Dziś jest dzień istotny dla kabalistów, mitomanów i wielbicieli wróżb  i guseł wszelakich. Piątek trzynastego… Jak to fajnie brzmi. By w nastrój odpowiedni się wczuć, w obraz główny na telefonie wrzuciłem sobie sympatycznego Jasona w swej poszarpanej i zakrwawionej nieco masce… oczywiście z klasycznego horroru o wiadomej nazwie „Friday the 13th” ;-)  . Niestety nic się nie działo szczególnego przez cały dzień i, zakładając, że spadając z krzesła nie skręcę sobie przez najbliższe dwie godziny karku, albo że nie wpadnie mi do mieszkania szaleniec z maczetą większą, niż ja mam na wyposażeniu i że mnie nią nie wypatroszy, muszę stwierdzić co następuje: Wielbiciele Macieja Wróża, kart Tarota, szklanej kuli, znaków polegających na wierze w „szczególne” daty, czarne koty, baby z pustymi wiadrami i kominiarzy – odzieram was ze złudzeń, wszelkie wasze gusła i zabobony to kretynizmy. Jak już macie w coś wierzyć, to lepiej idźcie się modlić. Maciej Wróż wam życia nie ustawi, Jason z piłą mechaniczną w ręku drogi wam nie zagrodzi, co najwyżej ten Maciej finansowo was ograbi – wróżenie trochę kosztuje – to faktycznie wpłynie trochę na wasze życie…

Skoro sprawę piątku, trzynastego już wam wyjaśniłem, czas na dzień jutrzejszy. Czternasty luty to w nowoczesnej mitologii Dzień Świętego Walentego, zwany popularnie jako „Walentynki”. To kalka kretyńskiego amerykańskiego święta, w którym szkodzimy naszym ukochanym(?) kobietom tucząc je beznadziejnymi słodkimi czekoladkami z bombonierek i racząc makulaturą w postaci kartek z sercami i różowymi słonikami na przykład z wielkimi napisami w stylu „kocham Cię” lub lepiej z angielskiego „love you”. No dobra, tak tu gadam, twardziela zgrywam, a jutro przeglądnę  pocztę i wszystkie telefony moje, czy aby nikt serduszka mi nie wysłał, ha ha ha. Podejrzewam, nieomal pewien jestem, że nawał serduszek walentynkowych mi nie grozi, gdyby było jakieś przeciwstawne święto, w którym się na przykład wysyła szubienicę albo zakrwawiony topór symbolizujący chęć natychmiastowej zagłady kogoś, kogo nienawidzimy – telefon by się urywał, jak mniemam. SMS-y by przychodziły co minutę. Szkoda, że takiego święta nienawiści nie ma, ale wracajmy do walentynek. Kocham córkę, pieska, mamusię i tatusia, ale to nie rodzaj miłości walentynkowej, więc czyżbym nie miał komu wysłać tego prymitywnego wyznania miłości…? Skoro pomyłka 7- letnia już odeszła, już nie męczy, już zasłona opadła… No nie jest tak do końca.

Miłego weekendu, mój na pewno będzie udany, oby i wam się udało!!!

….Sezon coraz bliżej

… Trzeciaaaa… laaaampkaaa… wiiinaaaa…. leci… do łóżka idę   8-)

Jason, przyjedź do Polski, weźmiemy nasze maczety w dłonie i zrobimy porządki. Ty masz serce do roboty, ja znam adresy.  Jedziemy!!!jason2

Przebudzenie

Przebudzenie

Najnowsza książka Stephena Kinga to mroczny horror „Przebudzenie”.  Powiem wprost i od razu: Mistrz jest w wielkiej formie. Nie każda książka mu wychodzi idealnie, jednak „Przebudzenie” wciąga, niepokoi, zaskakuje, by na końcu, najzwyczajniej w świecie przerazić. Generalnie treść „Przebudzenia” to splatające się losy dwóch osób. Jamie, który na początku powieści jest 13 – letnim chłopcem, oraz charyzmatyczny pastor, Charlie Jacobs. Jamie traci większość swojej rodziny, staje się z czasem średniej klasy muzykiem rockowym, uzależnionym od heroiny. Pastor Jacobs porzuca z kolei służenie Bogu w momencie, w którym w tragiczny sposób traci za jednym zamachem swą żonę i dziecko. Drogi ich się rozstają, ale po kilku latach nieoczekiwanie, przypadkiem łączą. Jacobs zajmuje się kuglarskimi sztuczkami w wesołym miasteczku, fascynując się wykorzystaniem do swoich sztuczek, jak też pewnych, tajemniczych eksperymentów prądu. Za pomocą jednego z nich odzwyczaja Jamiego od heroiny, po czym załatwia mu pracę u znajomego impresaria muzycznego, po czym… znika. Kolejne spotkania tych obu przynoszą coraz bardziej niesamowite rozstrzygnięcia, chwilę przed końcem powieści już wiadomo, że nie będzie to powieść obyczajowa, a straszna i niesamowita historia. Kinga wyróżnia to, że choćbyś był mistrzem dedukcji i zesrał się na rzadko, nie odgadniesz zakończenia, nie trafisz co „autor miał na myśli” zanim sam nie zechce cię łaskawie z owymi myślami zapoznać. Powiem tylko tyle: Zło czai się za progiem, koniecznie przeczytajcie „Przebudzenie”, by poznać niebanalne zakończenie tej pozornie zwykłej historii. Nie trzeba wiele się wysilać, wystarczy zacząć czytać, na pewno potem nie będziecie w stanie oderwać się od lektury. W mojej ocenie 9/10.

Przebudzenie

rozliczenie

Rozliczenie z zimą

Ta zima, choć marna jako pora roku – mało mrozów, śniegu i generalnie gówniana pogoda – obmierzła mi jednak straszliwie i mam jej dość, jak nigdy dotąd. Wy też? Przede wszystkim zima, to powinna być zima… zbliża się grudzień i jeb! 5 stopni mrozu w dzień, 15 w nocy. Niedużo śniegu, wystarczy że spadnie raz i się utrzyma dzięki mrozom, za to mroźno i chłodno… tak w grudniu i styczniu, od lutego ocieplenie. Od moich urodzin i tym samym  Dnia Żołnierzy Wyklętych notujemy plusy temperatury, od połowy marca pełna wiosna… Oto moja wersja zimy. Nie sprawdza się ona, niestety. Minusów nie ma, jest chlapa, czasem pada deszcz, czasem śnieg, raz zimno raz ciepło, do bani z taką aurą. Na dodatek zachorowałem i od 2 tygodni trzyma się mnie jakieś gówno. Staram się żreć jakieś leki i dbać o siebie, pomagało to o tyle, że nie zdechłem marnie, natomiast ozdrowieć się też nie dało. Doszło do tego, że gdy obudziwszy się w sobotę we własnym, komfortowym łożu nadal czułem się nad wyraz kiepsko, powiedziałem sobie: dość! Nie będzie Jaśnie Pan BG we własnym łożu, boleściami złożony, konał! Tam w Polsce ludzie czekają! Czytelnicy na treści, piękne swawolne kobiety na zainteresowanie się nimi, młodzież denerwuje się, bo brak im drogowskazów… Wstałem i udałem się do państwowej służby zdrowia, jest w Lęborku takie jedne miejsce, gdzie przyjmują w soboty. Postałem pół godziny, trochę się pośmiałem z bab, które się kłóciły o jakieś wyimaginowane bądź nie – przywileje – czy te miłe, przyjemne w dotyku stworzenia nie potrafią zachowywać się normalnie w sytuacjach, gdy jest ich więcej niż 3 w jednym miejscu? Nieważne. W końcu mnie przyjęto i sympatyczna pani doktor zaordynowała mi jakieś antybiotyki, dzięki czemu do życia wracam i chyba też do pisania normalnego, bo ludzie co rusz dopytują „co tak słabo ostatnio” i czy aby wizyta na psiarni mnie nie przygasiła intelektualnie. No ta wizyta na psiarni przyjemna nie była, nie wiem czemu właściwie środowiska lewackie, anarchistyczne i pedalskie od lat wielu darzą mnie niechęcią, nienawiścią wręcz? Donoszą na mnie, knują, atakują zza pleców. Nawet umieszczają mnie w swoich brunatnych księgach jakichś, co z uśmiechem niedowierzania odczytałem na jakiejś zapchlonej lewackiej stronie netowej. Pierwszy lęborski nazista na tych stronach umieszczony, ha ha ha. To zabawne, że ktoś w tym kraju mnie nazwał nazistą, popularność jak widać, różnymi ścieżkami wiedzie, niekiedy krętymi i fałszywymi. Równie dobrze można mnie nazwać chińskim mandarynem, wojownikiem sumo, krawcem z Panamy, czerwonym kapturkiem, lub Jeanem Claudem Van Damme…  Jak tam kto sobie życzy. Być może dla niektórych niczym Bóg mogę występować w każdej postaci i wszędzie, aczkolwiek skromność moja wrodzona rumieńce wstydu u mnie na te porównania wywołuje i zaprzeczam, gorąco zaprzeczam… Ja tylko zwykłym bandytą stadionowym jestem. Z honorem i zasadami. Poza Bałtykiem Gdynia dbam o narodową pamięć i tożsamość. Adolf Hitler i Rudolf Hess są dla mnie ważni w życiu równie bardzo, niczym Michał Wiśniewski z Marylą Rodowicz, czyli wcale. Dno, debile i degeneraci. Raczej nigdy nikogo nie oszukam na kasę, na pewno nikogo nie sprzedam, jestem zawsze tam, gdzie powinienem być jako kibic i czasem ( z powodów czasowych i finansowych) tam, gdzie powinienem być jako patriota. Jestem głosem, wizytówką i honorem kibiców Bałtyku Gdynia i daj mi Boże (o ile istniejesz) zdrowie i siły, bym mógł jeszcze długo nim być, bo na sile, szacunku i wizerunku kibiców Bałtyku Gdynia najbardziej mi zależy, a lata mijają, dziadzieję, a nie widzę żeby ktoś wreszcie utrącił dziada (mnie czyli) z medialnego i wyjazdowego piedestału, co wcale radością mnie nie przejmuje… Boję się zapowiadać publicznie odnośnie mojej frekwencji wyjazdowej na meczach Bałtyku w nadchodzącej rundzie wiosennej, gdyż zapowiedzi swe publiczne traktuję niezwykle poważnie, więc powiem enigmatycznie nieco, gdyż do kolejnej (który to już raz?) rundy wiosennej przygotowując się psychicznie kluczową decyzję już podjąłem. Mianowicie pojadę tu i tam, zaliczę jakieś wyjazdy, postaram się być tam, gdzie trzeba. Nie chcę brzmieć pompatycznie i obiecywać na wyrost, ci co mnie znają, wiedzą co znaczy taka zapowiedź u dziada, który w minionym roku zaliczył 100% wyjazdów. Gdzieś tam wpadnę!! I morda mnie już swędzi z góry, szczególnie na myśl o zaliczeniu po raz 3 z rzędu rezerw Pogoni Szczecin, ha ha ha. Może oszczędzą tam dziadka? Wróćmy do tej zimy, co mija, rozprawmy się z nią. Do pogody i choróbsk, co się przyczepiły, doszło mi tej zimy zwiększenie metrażu. Nie to, żebym dokupił, wręcz przeciwnie, nie mam już wstępu na działkę, na której z taka przyjemnością dołki kopałem, pieliłem, roślinki sadziłem… Tak, nie jestem już obszarnikiem. Metrażu zwiększenie doszło, bo balast się odczepił. Odszedł zły humor, knowania, pretensje, alkoholizm… wrócił spokój, normalność, odpoczynek. I chociaż głos głucho huczy w pustym, ograbionym pokoju, chociaż ktoś koszty naliczył lepiej, niż ten słynny komornik, co niezgodnie z prawem ciągnik facetowi zajął, chociaż wielu rzeczy w domu brakuje, to nie dla rzeczy, nie dla ich posiadania stworzeni zostaliśmy…  A niech tam czasem zabraknie łyżeczki do mieszania herbatki, kuchenki mikrofalowej do odgrzania posiłku czy pralki do ciuchów uprania… Zło sobie odeszło, a dobro drobiazgami przyziemnymi się nie trwoży. Spokój, miłość i przyjaźń już będą gościć w tym domu. Nareszcie… Oho, naprawdę, 2 dni brania antybiotyku i chyba zdrowieję. Nabrałem ochotę na lampkę wina w niedzielny wieczór. Drugiej chyba nie będzie, nie można szarżować, jutro znów do pracy o świcie… Kolejne kino drogi i kolejne pomysły na życie przelewane na kompa… Zegar bije, od dzisiaj równy miesiąc pozostał do inauguracji rundy na Lechii II Gdańsk. Zaczynam się budzić, zima się kończy, wraca zdrowie, energia, nadzieja, będzie walka!!! O Bałtyk w wyższej lidze (piłkarze), o Bałtyk w wyższej lidze (kibice), o pamięć dla bohaterów. Złe siły jeszcze warczą, jeszcze macki swe obrzydliwe ku mnie wyciągają, ale maczetą jakąś zaraz je obetnę. Źli ludzie, zła milicja, zła pogoda, złe choroby przegrywają. Nie poddam się nigdy, jak rotmistrz Pilecki i nigdy nie zwątpię, jak Danka Siedzikówna i ruszam do walki, jak „Łupaszko” i „Zapora”. Pójdźcie ze mną, a cel swój osiągniecie, a całun zwycięstwa lica wasze pokryje, lampkę wina swoją wznoszę… Na pohybel zimie, na pohybel złym marom, na pohybel złym potworom, na pohybel zdradzie i oszustwu, zdrowie nasze! Stuknęła się szlachta kielichami z winem wytrawnym, i ruszyła wiara w pole…! Bałtyk Gdynia, Polska, honor i zasady – aż po życia kres!!!

rozliczenie