Archiwum dla Grudzień, 2014

Bałtyk Gdynia – jesień 2014

Tak sobie pomyślałem o dwóch rzeczach. Pierwsza, to że wypadałoby w końcu ogarnąć się i zmieścić w roku 2014 z podsumowaniem jesieni w wykonaniu kibiców Bałtyku Gdynia. Druga, to że podsumowywanie tejże w wykonaniu piłkarzy jest bez sensu. Raz, że jajogłowych analityków to akurat wśród kibiców Bałtyku nie brakuje, wszyscy wiedzą które mecze schrzaniliśmy i co jest do poprawienia. Dwa, że jest to pisanie o kwestiach, na które nie mam żadnego wpływu. Wierzę że Bałtyk wygra swoją grupę 4 ligi i zagra w barażach o trzecią, ale też obawiam się czy tak się stanie straszliwie, bo dyrektorem sportowym Bałtyku jest ten (…) pan Rajewicz i raczej z nim u steru skazani jesteśmy na porażkę, ale ja już wiele razy w życiu się myliłem… Niejeden fajny gość okazał się szmatą i pedałem, może teraz będzie odwrotnie i śliski wąż dyrektor okaże się super sprawnym menadżerem, który wprowadzi Bałtyk ligę wyżej? Sam nie wierze w to, co piszę, ale poczekajmy. Nie wątpię natomiast w talent trenerski Marcina Martyniuka, dzięki niemu tylko jesteśmy w czołówce tabeli. Przystąpmy do przypomnienia jesiennych meczów kibiców Bałtyku”

1/ Bałtyk – Lechia II Gdańsk – nas około 80, tracimy bramkę w 93 minucie meczu na remis, która jak wykazały późniejsze transmisje video nie padła. Widzieli to wszyscy na stadionie łącznie z graczami i działaczami rezerw Lechii, tylko nie widział tego ślepy pedał sędzia. Zakrakałem wtedy – zabraknie nam kiedyś tych 2 punktów, no i sprawdziło się. Z tymi 2 punktami więcej bylibyśmy po tej jesieni liderem.

2/ Drawa Drawsko Pomorskie – Bałtyk – nas 9, wesoły doping, przekomarzanie się z żulami i bardzo dobra gra Bałtyku.

3/ Bałtyk – Chemik Police – bez gości, nudy.

4/ Cartusia Kartuzy – Bałtyk – nas 25, ktoś tam jeszcze siedział na trybunach miejscowych, wspólny doping niekiedy. Cartusii 30. Nudy.

5/ Bałtyk – Bałtyk Koszalin – bez gości, nudy.

6/ Gryf Wejherowo – Bałtyk – nas 30. Miejscowych max 50. Festiwal wulgaryzmów.

7/ Bałtyk – Pogoń II Szczecin – bez gości, nudy.

8/ Rasel Dygowo – Bałtyk – nas 19. Skład kiepski i alkoholizowany, przez co odmawiamy spotkania Gwardii Koszalin.

9/ Bałtyk – Astra Ustronie Morskie – bez gości, nudy.

10/ Leśnik Manowo – Bałtyk – nas 6, w tym ani jednej osoby z Gdyni, znów odmawiamy Gwardii Koszalin, bo nie ma komu się bić.

11/ Bałtyk – GKS Przodkowo – bez gości, nudy.

12/ KS Chwaszczyno – Bałtyk – 80 z Bałtyku na wsi pod Gdynią. Ktoś miał do mnie pretensje, o słowa prawdy jakie napisałem na forum przed tym meczem, przez litość nie napiszę, co mówili moi oponenci, bo ludzie z Polski posraliby się ze śmiechu…

13/ Bałtyk – Kaszubia Kościerzyna – w końcu kibice gości się zjawili, ponoć ich 70, w tym Orkan Rumia i Gryf Wejherowo. Mieli 2 flagi.

14/ Gwardia Koszalin – Bałtyk – nas 46. Przed meczem dzwonimy do Gwardii w sprawie starcia, chcą po meczu, bo nie mogą się zebrać. Po meczu obleciał ich strach i nie spotykamy się. Na meczu Gwardii z 80 w młynie, dwie ładne oprawy.

15/ Bałtyk – Arka II Gdynia – kompromitacja Bałtyku, kilkanaście osób w czapkach, zaczepiani i prowokowani przez Arkę, do niczego większego nie doszło.

W zasadzie nie chce mi się specjalnie opisywać naszych „dokonań”, to wszystko było już dawno. Że mamy ekipę, kiedy nam się chce, to jest pewne. Wystarczyło raz się zebrać i Gwardia Koszalin przez kilka godzin nie była w stanie zebrać 15 osób do walki z nami. Tylko że taka ekipa zbiera się raz do roku i jest to śmieszne i tragiczne zarazem. Bałtyk Gdynia tzn. jego kibiców zżera choroba nieuleczalna, najmarniej rak. Rak wewnętrznej nienawiści, wewnętrznych waśni i niekumatości. To straszne, jak kibice Bałtyku w swym rozumieniu świata kibicowskiego są daleko za murzynami z Kenii. Wypowiedzi naszych „hools” stawiają ich w sferze ogarnięcia znacznie poniżej Ruchu Radzionków. Niewyjaśnione od lat sprawy, które jedni w imię „koleżeństwa” próbują zagłuszać, wyciszać i chować pod dywan, a drudzy chcą wyjaśnić. Czas mija, od pierwszych spraw dzielących kibiców Bałtyku Gdynia mija właśnie 10 lat. Permanentna polityka wyciszania, zagłuszania i, niczym u premiera Dickmana „grubej kreski” na pewno się nie sprawdziła, przejrzyjcie w końcu na oczy. Już się nie da starych brudów zamieść pod dywan, jak to Liroy śpiewał „Daleko zaszło, że do tego doszło”. Niech się martwią ci, co oszukiwać próbowali, bo z kolei jak Miłosz mawiał „Spisane będą czyny i rozmowy” i te rozmowy spisane będą w końcu wyciągnięte na wierzch, chyba że akta już spalone. Trzeba ratować Bałtyk ze wszystkich sił, bo w tej chwili on prawie nie istnieje, a waśnie i zadymy same z siebie się nie skończą. Czas na oczyszczające wyjasnienia, tylko to nas uratuje. Możecie być tego pewni.

`

hobbit

Hobbit. Bitwa Pięciu Armii

Hobbit to książka niezbyt gruba, bardzo daleko jej do „Władcy Pierścieni”. Tymczasem filmowa ekranizacja tejże to niczym „LOTR (Lord Of The Rings)”, trzyczęściowa epopeja z wtłaczającymi widza w fotel środkami i efektami specjalnymi.  Ten film oglądać w domu, w technice 2 D jest po prostu szkoda, to samo tyczy wersji z dubbingiem. W ogóle jak dla mnie dubbing to wynalazek dla dzieci i nadaje się do bajek, kto może woleć niezbyt niekiedy udane dialogi w wykonaniu polskich aktorów, od oryginalnych kwestii? Poza dziećmi może ci, którzy niezbyt umieją czytać, ale nie wiem, czy Wałęsa chodzi do kina. Pisząc o odbiorze filmu w wersji oryginalnej i 3 D nie chcę stwierdzić, że film ten to tylko i wyłącznie efekciarstwo, guma do żucia dla oczu, a więc – rozmach rozmachem, przejdźmy teraz do treści. W drugiej części mieliśmy  nieprzyjemne zakończenie. Krasnoludy z Ereboru odzyskują swą ojczyznę, ale doprowadzili do szału smoka, który wznosi się w powietrze i  leci na pobliskie Esgaroth, by obrócić je w perzynę. No i od tego momentu zaczyna się „Bitwa Pięciu Armii”, wkurzony smok leci nad Esgaroth i zionąc ogniem rozpoczyna atak.  Kilka przelotów nad miastem i po chwili całe ono stoi w płomieniach, ale pewien dzielny bard specjalną strzałą trafia go w jedyny czuły punkt i smok jest zabity. Solidna, trzymająca w napięciu akcja już na starcie filmu. Głównym punktem filmu jest Samotna Góra. Zmierzają tu niemal wszyscy. Krasnoludy z Ereboru odzyskały swoje miejsce po zabitym smoku i szukają arcyklejnotu, przewodzi im Thorin Dębowa tarcza, świetna rola Richarda Armitage. Blask złota „oślepił” Thorina i z postaci pozytywnej staje się nieznośnym Żydem, czym solidnie wkurza nawet swoich pobratymców. W ostatniej chwili że tak powiem, ocknął się, aczkolwiek dygresja reżysera o tym, że chciwość i blask złota może przysłonić oczy nawet tym prawym i szlachetnym, jest jak najbardziej na miejscu. Drugą grupą zmierzającą ku Samotnej Górze są zwykli ludzie, mieszkańcy spalonego Esgaroth, którzy pod przewodnictwem barda chcą uszczknąć trochę złota z nieprzebranych skarbów pozostałych po smoku, by móc gdzieś się osiedlić, i zacząć nowe życie. To wszystko nic, albowiem na wieść o zabiciu smoka pod górą pojawia się też armia elfów pod przewodnictwem Thranduila oraz armia Alfrida, kuzyna Thorina z Żelaznych Wzgórz. Krasnoludy i elfy programowo się nie lubią, ich rozmowy nie przynoszą nic dobrego, Thorin siedzi ze swoja kompanią zabarykadowany w skarbcu, konflikt tężeje i zaraz będzie dym… Na szczęście w końcu do wszystkich dociera to, co próbuje im przekazać Gandalf Szary oraz Bilbo Baggins (druga bardzo dobra gra aktorska w tym filmie, Martina Freemana)  że oto ich swary są niczym, i że trzeba się koncentrować na czym innym.  Do samotnej Góry bowiem zmierza zagrożenie największe. Hordy zła, czyli legiony Orków nadciągają z dwóch stron pod przewodnictwem Azoga Plugawego i Bolga, chcą oni zająć Samotną Górę i wszystkich wyciąć w pień, ich celem jest ekspansja na resztę Śródziemia. Rozpoczyna się tytułowa bitwa pięciu armii. Szczęk oręża, spadające głowy, morze krwi. Chaos bitewny w którym uczestniczą ludzie, orkowie, krasnoludy, elfy, gobliny i przeróżne stwory i zwierzęta.  Sytuacja nie wygląda zbyt ciekawie, orki w tajemnicy stworzyły potężną i dobrze wyszkoloną armię. Na szczęście w odpowiedniej chwili Thorin się ogarnia i przestaje myśleć o złocie, z nieba zlatują przyjazne orły, a z lasów wybiegają niedźwiedzie kierowane przez leśnego czarownika. W tym momencie Jackson odchodzi od wątku bezpośredniej bitwy i „załatwia” wszystkie kwestie indywidualne, dotyczące bohaterów filmowych porachunki, wątki miłosne, nie pomija nikogo. Z jednej strony to fajne, z innej nieco irytujące. Nie omawiając efektów finalnych filmu, aby wam ich nie spolerować (w gwarze kinomanów „aby nie ujawniać najważniejszych treści filmu przed jego obejrzeniem”) napiszę tak – wszystko to jest warte obejrzenia. Nie ma bohatera jednoznacznie dobrego, idealnego i to jest dobre. Największe przeobrażenie mentalne notuje Bilbo Baggins, który z safandułowatego pierdoły z dwóch poprzednich części przeistacza się w pełnokrwistego bohatera, dojrzewa jakby. Nie jest to jednak też film  na miarę „LOTR”, ale z drugiej strony „Władca…” to jeden z najlepszych filmów w historii kina, jak tu osiągnąć jego poziom? Polecam z czystym sumieniem, 8 w skali 0-10.

hobbit

Minął tydzień

-Miesiąc grudzień upływa pod znakiem śmierci ludzi w miarę znanych, co niekoniecznie znaczy że godnych naśladowania. Jeszcze w zasadzie pod koniec listopada zakończył swój żywot „Agent J-23” czyli Mikulski Stanisław. W rolę Klossa pan Stasio wcielił się doskonale i będziemy w niej go wspominać po wsze czasy, może dlatego że zagrał po prostu siebie, a wtedy jest łatwiej. Pan Mikulski był całe życie kapusiem, wielkim orędownikiem komuny i dzięki tym przydatnym w Polsce cechom przeżył 85 lat w luksusie. Nawet w stanie wojennym był jednym z nielicznych, którzy poparli Jaruzelskiego i jego krucjatę przeciwko Polsce, w celu zbrojnego podporządkowania sobie Polaków. Teraz zaś umarł Joe Cocker. Piosenkarz nie z mojej bajki raczej, sądząc po głosie i fizjonomii lubił wypić whisky i zapalić cygaro, czasem w liczbie mnogiej, ale może się mylę? Grać i śpiewać potrafił, ja akurat jego fanem nie byłem, ale doceniam go, toteż i żal, że twórca „Unchain My Heart”  odszedł w zaświaty, tym bardziej, ze dopiero rozpoczął starość, miał 70 lat w chwili śmierci.  Jeden z kolejnych ludzi którzy jeszcze żyją, ale długo już nie pociągną jest wszystkim znany, acz niekoniecznie lubiany Józiek Oleksy. Kapuś, świnia i degenerat. Był TW wywiadu operacyjnego, czyli najgorsza komunistyczna swołocz. Miał parę „zabawnych” incydentów w swoim życiu, jechał np. do Moskwy świętować ich 50 rocznicę końca wojny, czy kiedy nachlany jak prosię opowiadał Gudzowatemu, jakim złodziejem jest Kwaśniewski, czy bucem Szmajdziński. Oczywiście podanych przez niego faktów nikt nie sprawdził, nie zweryfikował, po prostu humorystyczne jest to, że nawet dawał na swoich komunistycznych kolegów. Okazało się, że Józek ma raka z przerzutami i jest nadzieja, że wieku Cockera nie dożyje, musiałby jeszcze 2 lata pociągnąć, i druga nadzieja, że zanim zejdzie, trochę go poboli. Nie ma sprawiedliwości ani boskiej, ani ludzkiej na tej ziemi, to może mu choć raczek – nieboraczek trochę życie uprzykrzy… Bo rak z przerzutami w różnym tempie się rozwija, natomiast jego etap końcowy jest zadziwiająco sprawiedliwy i równy dla wszystkich…

-Nasz sejm to chlew i bydło, wiemy to nie od dziś. Ostatnio jednak chamstwo panów posłów i pań posłanek przekroczyło wszelkie normy. Okrzyki sejmowej gawiedzi, okrzyki w stylu „siadaj kurduplu” do Kaczyńskiego, czy żarcie sałatki w ławie poselskiej przez posłankę Pawłowicz to jest już żenada na poziomie dwóch alkoholików, kłócących się o niedopitą flaszkę wina w parku. Poziom dno, ale to chyba żenada pozorowana, odwracająca uwagę naszą od niezwykle ważnych spraw, nad którymi tego dnia debatowano! A pod porządek obrad weszły tego dnia takie kwestie, jak śluby pedałów czy sprzedaż jednej z ostatnich ostoi państwowości, czyli lasów państwowych. Oni tam wszyscy dogadani, razem gorzałę chleją za nasze i takie wieśniackie burdy z okrzykami podczas obrad służą odwracaniu naszej uwagi od rzeczy ważnych, o których debatują. Kto stawia pierwsza kolejkę po „owocnych” obradach, jak już opchną wszystko pod stołem i podzielą się zyskami? „Rząd” czy „opozycja”?  Tak czy siak „styropian” się napije.

-W Kongresie Nowej Prawicy nastąpi chyba rozłam. Janusz Korwin Mikke nie może się pogodzić z tym, że nie jest tam władcą absolutnym, młodzi przejmują tam ster władzy i chyba będzie musiał wcześniej czy później odejść. Pewnie założy swoją kolejną partię, tymczasem być może KNP z kolei stanie się partią, której będzie można zaufać. Korwin Mikke bowiem mimo wielu zasług w przeszłości, obecnie już pełni tylko rolę politycznego błazna, coraz częściej grzeją mu się styki i plecie bzdury. Jego brak w strukturach KNP wpłynie odświeżająco i pozytywnie na całą partię, która na pewno osiągnie wysoki wynik w najbliższych wyborach parlamentarnych. A JKM niech dalej chodzi na rauty do rosyjskiej ambasady, zawsze to lepiej tam się obżerać, niż na Sali sejmowej.

- Mark Twain, bardzo dobry pisarz o ciekawym życiorysie, stwierdził kiedyś, że istnieją 3 rodzaje kłamstw – kłamstwo, bezczelne kłamstwo i statystyka. Nasze urzędy statystyczne takie mają wyniki badań, jakie im zleci opłacający ich podmiot, bądź po prostu ich zwierzchnik. Taki na przykład CBOS, który zawsze słynął z wyników badań mocno nieprawdziwych, ale bardzo pozytywnych w kwestii ocieplania wizerunku obecnego rządu, znów „zdał egzamin”. Sprawdził tu i tam, i okazało się, że bardzo wzrosła liczba sprzedanych mieszkań w tym roku, prawdziwy boom nastąpił, najchętniej biorą te pomiędzy 40 a 60 m2, dwupokojowe, wiecie?  Czyli kryzys minął, już jest dobrze? Wyniki szybko opublikowano w rządowych tubach propagandowych, jak TVN czy TVN24. Inny z kolei ośrodek badań publicznych, nazwy jego nie wymienię, bo nie jestem do końca go pewien, opublikował inne wyniki innych badań, trochę gryzących się z tymi z OBOP-u. Mianowicie po raz kolejny, mimo dalszego exodusu młodych za granicę, zwiększyło się w naszym kraju bezrobocie i będzie rosło dalej. Siła konsumpcyjna Polaków, czyli np. zakupy w listopadzie w porównaniu do zakupów w listopadzie 2013 spadły o 8%. Czyli tak – kolejne tysiące osób  na bezrobociu, Ludzie mniej wydają na bułki, szczotki czy wino, ale na szczęście kupują w zamian mieszkania! Coraz więcej! Aha, a może tak się zadłużają na kupno tych mieszkań, że nie stać ich już na kupno parasoli, krzeseł czy serków kozich, wszystko wsadzają w wymarzone M-2? Albo nastąpiło straszne rozwarstwienie społeczne i tak: Bogaci kupują sobie mieszkania, w nich mają jacuzzi i wanny z hydromasażem, oszklone loggie i kominki w salonach, a ta druga grupa – co poszła na bezrobocie – przestała sobie kupować! Tzn. zmniejszyła te zakupy o 8%… Jak tak się rozglądam w koło , strasznie mało widzę tych kupujących nowe mieszkania, w mordę jeża, Lębork ten boom ominął? Za to coraz więcej zawałów, udarów  i samobójstw u ludzi przed 40 rokiem życia, pęka żyłka w sercu albo w głowie, nie każdy przecież jest terminatorem i koniec… Stres wykańcza ludzi, padają jak muchy, coś co kiedyś się nie zdarzało, młodzi jak ginęli, to tylko śmiercią tragiczną, w wypadkach,  teraz dzieje się nagminnie. Dziewczyna znajoma, 39 lat, tak jak stoi, pada jak kawka we własnym mieszkaniu i jej rozdział jest zamknięty, jedną z przyczyn śmierci w tym państwie, które jak wiemy „zdało egzamin” był zapewne stres związany z przeżyciem dnia codziennego, kłopotami, troskami… Do tego niedoleczona tarczyca  i pa. Drugi chłopak, przeżywszy ćwierć wieku zaledwie, pisze pożegnalne sms-y  ok. 4 rano i idzie na tory. Niemożność zapewnienia sobie godnego życia, problemy osobiste, nieumiejętność radzenia sobie z problemami, brak odporności psychicznej.  No ale jak tak kupują te nowe mieszkania, to może się poprawia, co? Zanim będziecie mieli wszystkiego dosyć, zanim skoczycie z mostu, albo z gałęzi drzewa, zadzierzgnąwszy wcześniej pętlę ze sznura na jego konarze, zajrzyjcie najpierw do badań CBOS-u. Może jest już zajebiście dobrze, tylko wy o tym jeszcze nie wiecie?

 

Polaków

Polaków dzieje bajeczne

Jedna z najnowszych książek Łysiaka opowiada o dziejach przedchrześcijańskich w Polsce. Jak to pisze Łysiak wbrew temu, co chciałby kościół, przed chrześcijaństwem też w Polsce się trochę działo. Byli królowe lepsi i gorsi, trzeba było łączyć plemiona (Ślężan, Polan, Wiślan…)  i wspólnie bronić się, jak tez i niekiedy atakować wrogie plemiona, głównie German. Jest konfrontacja szczątkowej wiedzy dotyczącej tamtych okresów z mitologią i podaniami. Mity o postrzyżynach Ziemowita, o Wandzie, co nie chciała Niemca, o Lechu, Czechu i Rusie wcale niekoniecznie są starodawnymi bajeczkami, mają jakieś tam swoje odzwierciedlenia w faktach. Co charakterystyczne u Łysiaka nudnawe nieco historyjki podaje w sposób ciekawy, akcja się toczy niczym w wartkiej powieści, tak właśnie potrafi ożywić nawet średni temat pisarz wybitny. To tak ja bym wam pisał o rozmnażaniu się jamochłonów, a wy byście czytali z wypiekami na twarzy. Trochę przesadzam oczywiście, o naszej historii warto to i owo wiedzieć. Za dużo jest jak na mój gust ilustracji i imaginacji portretów naszych pradawnych władców, wolę czytać niż oglądać, chyba że jestem na stronie erotycznej z pięknymi paniami, ale nie o tym mowa 8-) . Wolę rozkminy pana Waldemara dotyczące kultury, sztuki czy polityki, ale i ta książka warta jest przeczytania, polecam z czystym sumieniem, w mojej ocenie 7 (0-10).

Polaków

ikar

Pejzaż z upadkiem Ikara

Dawno, oj bardzo dawno nie opisywałem już tutaj żadnego obrazu. Ostatnio jednak po dłuższym wyjałowieniu z artystycznej, melancholijnej zadumy, w którą wprawić może tylko oglądanie jakiejś doskonałości na płótnie, znów do owej wróciłem. Poczułem chęć obejrzenia czegoś metafizycznego i wyszło tak, że po raz drugi (po „Ślepcach”) i, zapewne nie ostatni, wracam na łamach Wolnej Polski do twórczości Petera Bruegela. Ten XVI – wieczny malarz żył zaledwie 3 lata dłużej, niż ja mam obecnie, a stworzył co najmniej kilkanaście dzieł wspaniałych, znakomitych, niezwykle charakterystycznych, uwielbiam po prostu jego twórczość.  Dziś proszę was o przyjrzenie się jego dziełu „Pejzaż z upadkiem Ikara”. Co za klimat, niesamowity po prostu! Obraz nawiązuje do znanego mitu o Dedalu i Ikarze, jak wiemy mit ten wieszczy smutny koniec dla Ikara, którego skrzydła z wosku nie pozwoliły mu lecieć zbyt długo, roztopiły się i gościu zginął marnie, gdyż runął do morza. Od razu widzimy w tym obrazie szczyptę sarkazmu i metafizyki połączonej z szarym dniem codziennym – cechy charakterystyczne dla Bruegela. Z mitu o Ikarze obraz obejmuje jego sam koniec, albowiem w prawym dolnym rogu, poniżej statku, widzimy już tylko nogi tonącego w morzu Ikara. Właśnie zakończył swój lot, niczym Tupolew w Smoleńsku.  Grzmotnął w wodę tuż przy brzegu, tylko pióra ze skrzydeł jeszcze nie wszystkie opadły… Czy Bruegel chce tu pokazać znieczulicę ludzką, czy może szybkość i efektywność upadku Ikara – nie wiem. Dość powiedzieć, że jego dramat,  marzenia i spektakularny upadek nie wzruszył specjalnie nikogo, ba! Pozostał kompletnie niezauważony. Na niedalekiej upadkowi Ikara plaży gość niewzruszenie wypasa swoje owce, na bliższym planie rolnik swym prymitywnym hmmm pługiem ciągniętym przez pracowitego konika orze pole.  Najbliżej tonącego Ikara widzimy rybaka zarzucającego swoje sieci, ale i on jest skupiony jedynie na swojej pracy.  W oddali widać statki i miasto portowe, efekt odległości autor uzyskał poprzez nowatorski na tamte czasy sposób zwiększania gęstości farby… Udało mu się to, efekt przestrzenny jest bardzo realistyczny. Dodać też muszę tradycyjną dbałość Bruegela o szczegóły – zarówno statki, jak i cechy nabrzeża czy miasta oddane zostały niezwykle relistycznie. Bruegel w swym dziele nawiązał do dwóch flamandzkich przysłów: „Żaden oracz nie przerywa pracy z powodu śmierci człowieka” oraz „Śmierci nic nie jest w stanie powstrzymać”. Potwierdzeniem tych słów jest właśnie panująca wokół upadku Ikara obojętność ludzka, jest to generalnie metafora ogólna na nieuchronność śmierci i obojętność świata na losy jednostki, czyli że mówiąc dosadnie każdy, no prawie każdy ma ciebie, szanowny oglądaczu w dupie, i twoją śmierć także, martwi go jedynie swój własny los. Tak więc dbać trzeba o swoich najbliższych, bo jak nie będziesz miał nikogo, to twój los nadal interesuje innych tyle, co upadek Ikara na oglądanym przez was obrazie. Bo choć minęło prawie 460 lat od namalowania obrazu, jego przesłanie jest zadziwiająco aktualne, czyż nie?

ikar

bestie2

Bestie 2

Tadeusz Płużański, to niestrudzony tropiciel przeszłości, człowiek inteligentny i wnikliwy, zadowalający się tylko faktami. Do badania polskiej historii najnowszej natchnieniem dla niego była zapewne wspaniała historia jego ojca, polskiego żołnierza walczącego zarówno z nazizmem, jak i stalinizmem. Książka „Bestie 2”, która wpadła mi ostatnio w ręce, to kontynuacja pierwszej części, która odbiła się głośnym echem w świecie literatury. Pan Płużański dalej demaskuje zakłamane bądź przemilczane fakty z naszej historii najnowszej. W „Bestiach 2” rozprawia się między innymi z kłamstwem oświęcimskim, czy też antypolską krwiożerczością Jana Grossa, autora bzdurnych antypolskich paszkwili  o zbrodni w Jedwabnym. Płużański wyjawia nazwiska stalinowskich prokuratorów, oprawców i morderców, którzy dopiero co umierają – nie za swe winy, lecz ze starości, w przepychach i luksusie, w wysokimi resortowymi emeryturami. Ciekawostka na przykład – jeden ze zbrodniarzy, ppłk Łapiński,  który głosował w sprawie wyroku śmierci dla rotmistrza Pileckiego, kilkadziesiąt lat później zmarł w luksusowych warunkach, w szpitalu przy ulicy… Pileckiego. Chichot historii, tylko jakiś taki nieprzyjemny, sardoniczny, bo nie wiem, czy komuś jest tutaj do śmiechu. Bohaterowie, wspaniali ludzie, ojcowie naszej wolności umierali w torturach i poniżeniu, szkalowani i na wszelkie sposoby niszczeni, a ich oprawcy dożyli sędziwej starości w luksusach. Wierzyć się nie chce i aż płakać się chce z nerwów, że tak sfałszowali historię, że aż tak odarli ze czci i godności wielu wspaniałych ludzi, którzy sa dla nas wzorem do naśladowania, o których powinni uczyć w szkołach. Ile jeszcze książek musi napisać Łysiak, Płużański, Wolski, Isakowicz – Zaleski, by coś zaczęło docierać do durnych łbów Polaków, by ci w końcu powiedzieli – DOŚĆ!!! Czas wyrównać rachunki. Przywrócić Sprawiedliwość… Można sobie pomarzyć. Już nie mogę się doczekać spotkania z Płużańskim na pielgrzymce kibiców na Jasną Górę. Jedźcie ze mną! Czytajcie książkę! Daję 9 w skali 0-10.

bestie2

smierc

Śmierć na ciebie czeka!

A więc jest piątek wieczór… weekend się rozpoczyna. Cieszysz się? Robota już zakończona? Ciuchy przebrane? Jakie masz plany na najbliższe 48 godzin…? Może jakaś impreza? Nowo poznana panienka, czy w przypadku panienek – koleś? Wyprawa na łyżwy, spływ kajakowy, osiedlowy turniej w triathlonie, kino, a może sześciopak Warki połączonej z meczem rugby Francji z Nową Zelandią w telewizji? Może wspinaczka skałkowa, bal samotnych serc czy łowienie ryb z przerębla? A może dwie butelki Jamesona, żeby dwa razy nie latać, a do tego dwa litry coli? Plany, plany, plany… Notesik zapisany, telefon pełen optymistycznych sms-ów, w co by tu się ubrać, Może trzecią butelkę dokupię, wezmę kastet na wszelki wypadek, jak wypiję – czasem rozrabiam… Albo nikt mnie nie kocha, pójdę do łóżka z filmem erotycznym, butelka wina i dobrą książką.. Każdy planuje – to niewiele kosztuje. Wydatki, czas, ludzie, miejsca…Myślę tak o tym całym życiu… ludzie jak mrówki biegający tu i tam, kolejne plany, kolejne sms-y, trochę się spóźnię, ale już dojeżdżam taksówką – nie zaczynajcie beze mnie…! Wtem słychać szyderczy śmiech gdzieś z góry… tak to sobie wyobrażam. Świst klingi kosy ponurego żniwiarza. Srebrny błysk ostrza. Najostrzejszego z ostrych, nigdy się nie mylącego, nigdy nie stępionego. Brzęk szkła, czerwona mgła zalewa ci obraz, wszystko się zlewa, jaskrawość wizji się rozjeżdża niczym obraz w 15 – letnim „Rubinie”. Napis „KONIEC”  na szerokim czarnym ekranie… ale to nie kino. Bach… jeb… i koniec. The End. Tak dobrze żarło, tak pięknie się zapowiadało, a zdechło w trymiga, w ułamku sekundy, nim ktokolwiek się obejrzał. Więc radzę ci, szanowny człowieku, aż tak bardzo się nie ciesz. Nie znasz długości swojej świeczki życia, „Życie choć piękne, tak kruche jest”… Nie ciesz się, że fajnie sobie wszystko zaplanowałeś, albowiem właśnie ta kokaina połączona z butelką „Chivasa” zaczęła ofensywę, tak, wiem, że to przecudne smakowo połączenie, rozkosz dla zmysłów, ale nastąpiło niestety sprzężenie kilku nieprzyjemnych faktów dla twojego mózgu. Te, tak dotychczas przyjemne dla twych doznań toksyny łączą się, formują atak i mamy nagle nadciśnienie tętnicze, albo tętniak, coś cię niepokoi? Za późno kochasiu, śmierć już idzie po ciebie. Ponury żniwiarz czasem się przyczaja, czasem na chwilkę daje zapomnieć o swoim istnieniu, ale jego kosa, najostrzejsza z ostrych, ciągle lśni. A ON nigdy nie zasypia, zawsze czuwa. Dostojny, majestatyczny, niesamowicie bezwzględny, nie pertraktuje, nie ulega presjom, nie odracza wyroków. Piękny i niewinny w swej nieopisanej wręcz sprawiedliwości, boli, niszczy i zamyka twoją księgę życia, zawsze gotów przyjść po ciebie. Nie jesteś jego celem, jesteś jego przeznaczeniem. Żniwiarz umysłów piękny w swej bezwzględności robi swoje, po czym czeka na następną swą ofiarę, a ty? Niczym u Liroya „Umarł, nie żyje, przekręcił się jebany”. Szybka jazda dziurawą drogą, wypadasz z trasy… nie ma cię. Atak serca… trup. Jeszcze się cieszysz, bo nie wychodzisz z domu? Aaa… nic ci nie grozi? Ale ja znów widzę ten odblask srebra, tą białą poświatę… Zawał się zaczyna… Tak wiem, w tajemnicy żarłeś golonki wieczorami, nikt nie widział, ale cholesterol właśnie zniszczył ci serce, tracisz oddech, po co go tak kurczowo łapiesz? Przecież to koniec, daj już spokój, nie wierzysz że pójdziesz do raju? Żniwiarz się denerwuje, musi czekać, a ma dziś sporo roboty, odłączcie ten elektrokardiogram, pik… pik… pik…  piiiiiik, no wreszcie, linia prosta, „panie doktorze to koniec”, prześcieradło na twarz i jedziemy wózeczkiem do sutereny… tam w kostnicy poczekasz na ciąg dalszy, nie jest on już zbytnio interesujący, przynajmniej dla ciebie. Alkohol, narkotyki, zawał, wylew, wypadek samochodowy to tylko bardzo mały zestaw możliwości utraty twego życia. Kibic Bałtyku, przyjemny człowiek, wierzący, kochający góry, w nich właśnie zapoznał się z siewcą śmierci – zabił go piorun. Kibic Bałtyku, kochający życie i swą rodzinę zginął, gdy normalnie był w pracy – naprawiał usterkę, gdy wpadł do nieomalże wrzątku, organizm jego nie dał sobie rady i po kilku dniach po tym wypadku się poddał. Kibic Bałtyku z Lęborka, który nie bał się prawie nikogo, 95% lęborskich zawadiaków mogło mu buty sznurować co najwyżej, zginął, gdy wracał z imprezy do domu. Obili go w kilku i zostawili w podkoszulku na tęgim mrozie. Co ciekawe z góry było wiadomo że z różnych przyczyn tą akurat sprawę psy będą tuszować i sprawca się nie znajdzie, jakoż i tak się stało.  Jeszcze ci wesoło, jeszcze jesteś pewien, że doczekasz porannej zmiany w poniedziałek? Że  już wiesz, gdzie i z kim spędzisz święta? Bądź ostrożny radziłbym, bo nie wiesz, jakie ponury żniwiarz ma wobec ciebie plany. Może już wchodzi do ciebie po schodach, a z twojego pieca już się ulatnia dwutlenek węgla zwany czadem… E co tam, tylko po fajki wyskoczysz do sklepu, cóż z tego, skoro pijany gość z nożem się pomyli i właśnie ty dostaniesz 7 cm stali pod żebra już za 10 minut?… 9?…8? Kończ już to czytanie, twój koniec nadchodzi. A co do tych świąt, to pociąg wypadnie może z trasy i „No presents for christmas” niczym w wesołym, prześmiewczym utworze Kinga Diamonda? Zamiast wigilii usłyszysz chrobot w trumnie, bo po dwóch tygodnia leżenia pod ziemią właśnie pierwsze robaki przebijają się przez wieko? Tak naprawdę to twój koniec jest bliski, albo i bardzo daleki nawet, ale ty tego nie wiesz i się nie dowiesz, a więc zawsze oczekując najlepszego, szykuj się na najgorsze. Bo fajnie to już było, ale gorzej to na pewno jeszcze może być, wszystko co złe dopiero przed tobą – zapewniam cię. Miłego weekendu, ha ha ha.

smierc