Archiwum dla Listopad, 2014

Podwórkowa Filozofia Malkontenta

Skończyła się epoka Adamka. Trochę go szkoda, bo w pojedynku ze Szpilką byłem zdecydowanie po jego stronie. Obydwoje panowie intelektem nie grzeszą, ale przynajmniej Adamek reprezentuje jakieś wartości emocjonalne, a Szpilka okazał się trochę rurą, no nie będę się w szczegóły wgłębiał. W każdym razie płakać zbytnio nie ma nad czym, Adamek tak czy siak – na życie ma, głodować nie będzie. Mógłby już wrócić z tej Ameryki, jak jest takim patriotą, i w Polsce zająć się czymś pożytecznym, np. trenowaniem młodych sportowców, albo uzupełnieniem edukacji. Bokserów zbyt wielkich to my teraz nie mamy, bo Szpilka jak trafi na jakiegoś dobrego boksera, to dostanie ze dwa gongi i po nim. No i dobrze mu tak, głupkowi. Bokserzy potrzebni są na trybunach i manifestacjach patriotycznych 8-) . Z boksowania po mordach przejdę tu sobie płynnie do boksu politycznego, jakim eufemistycznie można nazwać wybory samorządowe. Podobno wygrał je PiS z przewagą 4 procent nad PO. PiS to partia gamoni, która całkowicie odcięła się od kibiców i na każdym kroku ich „potępia”, żenada pełna, aczkolwiek i tak musiałem na nich głosować, bp np. w takim Lęborku moim kandydatem była szmata z platformy, szmata lewacka, nieznany mi z Polski Razem i chłop w miarę porządny z PiS-u. No to dałem mu głos, który nic nie dał. Z tych 4 kartek to jeszcze na jednej dałem krzyżyk na chłopa z PiS-u, a dwie następne do jakiś sejmików i na radnych na gości z Nowej Prawicy. PiS tradycyjnie robił co mógł, żeby przegrać te wybory, media platformerskie czekały na ich potknięcie no i się doczekały w postaci wałków związanych z podróżami PiS-u po świecie. Na szczęście Jarek, po ujrzeniu światła dziennego wyczynów Hofmana i jego znajomych zachował się jak powinien. Wyrzucił trzech debili i naciągaczy w trybie natychmiastowym z partii, dobrze że mimo całej gamoniowatości prezesa PiS-u jest to człowiek dość uczciwy i porządny, chwała mu i za to. Szkoda tylko że te dwie, w sumie zwyczajne cechy, już go znacznie wyróżniają na plus w tym politycznym bajzlu. To jest jak z towarzyszem Leninem w starym ruskim dowcipie, co pani kazała dzieciom z klasy opowiedzieć na przykładach z życia, dlaczego Lenin jest mądry, przyjazny ludziom  i wspaniały. Wstaje mały Gienadij i opowiada. Towarzysz Lenin stoi w otwartym oknie i ostrzy sobie brzytwę na pasku od spodni, przygotowuje się do golenia. Przechodzi obok okna sześcioletni chłopczyk i mówi: „Dzień dobry towarzyszu Leninie!”, na co towarzysz Lenin odpowiada z uśmiechem „dzień dobry, chłopczyku!”. No dobrze, mówi pani nauczycielka, a gdzie tu dowód na to, że Lenin jest mądry, przyjazny i wspaniały? „No jak to” – mówi Gienadij – „Powiedziałem wyraźnie, miał brzytwę w ręku. Mógł rżnąć!”. Dowcip, choć mocno przestarzały, jak ulał pasuje do naszej, skądinąd ruskiej, rzeczywistości. Mógł rznąć, a nie rżnie – jest super. Kaczyński mógł być ch…m jak goście z PO, a nie jest. Wiwat! W moim prowincjonalnym (często to podkreślam, z dumą, bo lubię prowincję) miasteczku wybory wygrali… nie napiszę ich nazwisk, żeby ścierwa nie reklamować. Opowiem to innymi słowami. Wychodzicie z domu i otrzymujecie od losu dwie kartki z planem dnia, musicie jedną wybrać.  Wybieracie jedną, i czytacie „wejdź na 10 piętro wieżowca, wypij 2 wina i skocz na bańkę”. Jesteście załamani, nie tak miało być, ale los jest łaskawy. Pozwala wybrać drugą kartkę. Cieszysz się, pełen nadziei ją rozpościerasz, a tam napisane – „idź na trasę wylotową z twojego miasta. Wypij dwa wina i wskocz pod rozpędzonego tira”. Taki to właśnie mamy wybór w drugiej turze wyborów w Lęborku. Skok na bańkę albo rozpędzony tir. Co byście wybrali? Dlatego ja pasuję. Na drugą turę nie idę. Szkoda, bo mieszkam w pięknym mieście, przyszłej stolicy Polski (kiedy tylko zostanę jej monarchą, władcą absolutnym) i chciałbym mieć jakiegoś solidnego zarządcę mojego sioła, sam przecież nie podzielę się na 100 części, tyle pracy przede mną… Kolejny burmistrz Lęborka na pewno na to stanowisko nie będzie się nadawał. W ogóle to Rosja jest obecna na co dzień w naszej kulturze i rzeczywistości, wszak znów padły serwery PKW… czy aby nie rosyjskiej produkcji…? Źle tylko wyliczyli, padły za późno, chyba nie da się już nic zrobić, żeby platforma wygrała… Nie haraszo! Na wybory parlamentarne trzeba się będzie lepiej przygotować. Ja jako filozof w kolejny przypadek natury technicznej nie bardzo wierzę, bo umysłu informatycznego nie mam, natomiast widzę co się dzieje, pewną zaskakującą powtarzalność– zawodzi rosyjska technika i potem są straty, na których zyskuje platforma i jej rosyjscy zwierzchnicy… że zacznę od tragedii w Smoleńsku. Że sugeruję zamach…? Jeszcze mnie wezmą za katola oszołoma, ja tylko pytam, dociekam, rozważam, dziwię się… Wiem, że nic nie wiem :twisted: . Historia lubi się powtarzać i dopóki ten naród nie chwyci za broń, bądź za gardła swych ciemiężycieli, będzie jeszcze więcej wpadek, szczególnie rosyjskiej inżynierii technicznej…  Na koniec swych filozoficznych rozważań wspomnę o akcencie pozytywnym – meczu z Gruzją w Tbilisi. Tak filozoficznie rzecz rozważając, to chyba nie była polska drużyna. Mecz idzie średnio, w drugiej połowie nasi rzucają się do ataku, zamęczają przeciwnika? Aż w końcu zaczyna wpadać gol za golem? Nie zaspokaja się jednym golem i nie cofa za podwójną gardę na obronę, nie ustawia autobusu w polu karnym, tylko jeb… jeb… jeb… trafia nabojem przeciwnika, który się zatacza i broczy krwią, niczym postrzelony łoś w okolicach Gołdapi. Strzela jeszcze raz, po czym z bliskiej odległości dla pewności jeszcze raz trafia, niczym Mila strzałem pod poprzeczkę, a gdy gruziński łoś spod Gołdapi już leży i harczy, podchodzi i dobija ostatecznie zwierzynę, niczym Milik czwartym golem do szatni. Polowanie zakończone, liczymy łupy… jest dobrze, 4 mecze za nami, zima idzie w naszą stronę, piłka europejska się kończy powoli. Tymczasem z dorobkiem 10 punktów Polska przewodzi grupie. Ta właśnie Polska, która dzięki ręce Furtoka wygrała kiedyś z San Marino, którą golili wszyscy na boisku i nikt na trybunach (poza jednym wyjątkiem, meczem towarzyskim z Niemcami kiedyś w Zabrzu) przewodzi grupie, w której szkopy, Szkoci i Irlandczycy pochylając się nad butelką Jagermeistera tudzież Scotch Whisky czy Jamesona myślą… jak to możliwe? Chłopcy do bicia przestali być chłopcami do bicia. Niech wzorem piłkarzy i reszta narodu weźmie sobie ich postawę pod uwagę. Przestańcie być chłopcami do bicia, zróbcie się chłopcami bijącymi… mocno, celnie i bez pardonu. Jest kogo, zapewniam…

15/2014/15 Bałtyk Gdynia – Arka II Gdynia

Jeśli ktoś wpadł w dobry humor po wyjeździe do Koszalina – nasza liczba, grupa do bójki, waleczna drużyna…  to ledwie tydzień minął, a humor mu się skończył. Drużyna grała niespecjalnie, ledwo udało się wyciągnąć remis. Bałtyk dostał na początku meczu dar od losu w postaci rzutu karnego, którego to profesjonalny piłkarz bez większych problemów wykorzystuje.  Jednak w Bałtyku pan Rusinek strzela zawsze tak samo i choć to gracz najbardziej znany w Bałtyku, otrzaskany w grach w lepszych drużynach i wyższych ligach, rzut karny spieprzył. W najważniejszym meczu, ze znienawidzonymi śledziami, zawodowy piłkarz mogąc zapewnić Bałtykowi liderowanie w tabeli, spieprzył sobie rzut karny i meczu nie wygrywamy, a miejsce w tabeli to może będziemy mieli trzecie, a może czwarte. Dziękujemy panie Rusinek. Dobrze, że chociaż remis uratowaliśmy, rundę jesienną kończymy z punktem straty do lidera, niezależnie czy nim będzie Cartusia Kartuzy, czy Gryf Wejherowo – jeśli wygra jutro swój mecz. Kibicowsko pełna padlina, ekipa „raz do roku” była w Koszalinie, więc jak nazwa wskazuje następnym razem ujrzymy ją w 2015 roku, i dzisiaj być nie mogła. W 2013 roku byli w Policach, w 2014 w Koszalinie, gdzie swą obecnością owa ekipa zaszczyci mecz Bałtyku w 2015 roku? Nie wiadomo. W zapowiedzi meczu z rezerwami Arki  zażartowałem sobie o armii kibiców Bałtyku, bo wiedziałem że głupki śledzie nie zajarzą żarciku, sarkazmu, ironii, za rzadko gamonie czytają mojego bloga 8-) . Generalnie armii nie było, nic w ogóle nie było. Kilkanaście osób kilka razy krzyknęło w pierwszej połowie meczu, ktoś tam się cieszył po golu. Wiele osób siedziało w nowych czapkach Bałtyku, które właśnie doszły. Byli też śledzie chyba w kilkanaście osób, głównie z Chylonii i Cisowej. Mecz to jakieś prymitywne wrzuty między tymi którzy się rozpoznali, zaproszenia na solówki i takie tam, ale nikt nikomu po pysku nie dał, no prowincjonalny mecz jednym słowem, zawalili wszyscy: piłkarze, kibice. To, że pojechaliśmy tydzień temu i wystraszyliśmy Gwardię Koszalin nie ugruntowuje naszej pozycji kibicowskiej na 5 najbliższych lat. Jesteśmy kibicowsko w czarnej murzyńskiej dupie. Dziękuję tym, którzy byli i którzy nie dali się werbalnie śledziom, przykro mi, że nie bywam na meczach u siebie, ale coś musiałem wybrać, moje życie to wyjazdy i tak jak zaliczyłem ich 100% w roku 2014, zaliczę ich prawdopodobnie tyle samo w 2015. Choć do końca nigdy nic nie wiadomo, jest kilka spraw w Bałtyku do wyjaśnienia i jeżeli kolejną zimę nic się nie wyjaśni… e tam, o tym innym razem. Piłkarzom Bałtyku życzę solidnie przepracowanej zimy bo w ich grze do poprawienia jest wiele… bardzo wiele. Humor zepsuty i do marca już się nie poprawi, bo właśnie zaczęliśmy przerwę zimową.

15/2014/15 Bałtyk Gdynia – Arka II Gdynia, sobota, 11.00

Koniec dość udanej rundy jesiennej nastąpi już w najbliższą sobotę o 11. Ukoronowanie rundy będzie niezwykle istotne, albowiem gramy derby ze śledziami. Oczywiście z rezerwami zaledwie, ale to już ostatni rok (he he). Po wygraniu przez Drawę zaległego meczu sytuacja w tabeli się mocno skomplikowała.  Od początku sezonu byłem pewien Drawy w czołówce, tymczasem dopiero w przedostatniej kolejce dołączyła ona do czoła tabeli. Sytuacja w tabeli jest nieprzyjemna, bo będąc na piedestale lidera, za 2 kolejki można wylądować np. na 9 miejscu. Każda pomyłka słono kosztuje, albowiem 9 w tabeli KS Chwaszczyno – nasz pogromca zresztą, ma zaledwie 4 punkty straty do lidera. Spłaszczenie tabeli naszej ligi spowodowane jest brakiem wyraźnego lidera, każda z drużyn zaliczyła sporo wpadek. Ot choćby nasz Bałtyk – od cholery punktów stracił u siebie z cieniasami, powinniśmy mieć minimum 4 punkty więcej i sytuacja byłaby całkiem inna. No ale jest jak jest. W tej sytuacji, na kolejkę przed końcem rundy i 16 przed końcem sezonu każdy mecz jest na wagę złota. Musimy wygrać tę ligę, ile razy można jeździć do Koszalina czy na Lechię II? O Manowie czy Chwaszczynie nie wspominając. Do tego przeciwnik jest ważny. Gramy z gównianym klubem, który istnieje dzięki wałkom i przekrętom, jest wstydem dla polskiej piłki i kibiców. Ten klub wśród drużyn jest tym, czym wśród narodów żydzi, czym wśród chorób ebola, czym wśród profesorów uniwersytetu matoł z wodogłowiem. Jednym słowem zakałą i ropnym wrzodem na dupie. Z tym klubem trzeba wygrać koniecznie, nawet jeśli mamy nie wygrać ligi, to trudno, niech przerżną kolejne 10 spotkań, ale akurat – proszę – nie teraz. Śledziowskie rezerwy miały niezły środek rundy, kiedy to w 5 meczach odnieśli 4 zwycięstwa i 1 remis. To jednak przeszłość, obecnie grają w kratkę. 3 kolejki temu przegrali u siebie z wazelinami z Wejherowa, by za tydzień ograć Gwardię Koszalin na jej stadionie! Szykując się do objęcia pozycji lidera w niedzielne popołudnie niespodziewanie – a jak radośnie dla nas – dostali laczki z bardzo słabymi rezerwami Pogoni Szczecin. Tym samym wylądowali na 7 pozycji w tabeli, ale to niewiele znaczy, bo jak już pisałem – tabela jest spłaszczona, wygrają z nami i… wyprzedzają nas! Po co ja jednak kreślę czarne scenariusze, jesteśmy w formie, śledzi nie lubimy, ogrywamy gamoni i samodzielnie przewodzimy w tabeli przez cała zimę! Oto twój plan, jedyna prawdziwa gdyńska drużyno! Do boju! Wspomoże was armia kibiców Bałtyku nie szczędząca swych gardeł!  W Gdyni jest tylko jeden klub!

dziewcz

Dziewczyny z Powstania

Dużo już wiemy – choć takiej wiedzy nigdy zbyt wiele – o żołnierzach powstania, wspaniałych ludziach którzy po wsze czasy będą dla nas wzorcem postaw ludzkich. Tym razem wziąłem się za książkę, która dostałem od córki na imieniny, a mianowicie o dziewczynach biorących udział w powstaniu.  To były bohaterki, niewiarygodnej wręcz wiary  młode dziewczyny. Świetnie wychowane przez niekiedy bardzo prostych rodziców, a niekiedy przez szlachciców  z własnymi dworkami. Dzielił je przedwojenny status społeczny, zaś łączyła miłość do Polski, wiara w zwycięstwo i niepodległość. Te dziewczyny były najczęściej sanitariuszkami, łączniczkami jak też dobrymi duchami powstańców. W tej całej tragedii miały też miejsce ludzkie zachowania, wśród latających bomb i umierających ludzi w jakiś przedziwny sposób wplątywały się zwykłe, ludzkie odruchy. Chłopak z jelitami na wierzchu nie zgadza się, żeby go opatrzyła sanitariuszka, bo wstyd mu rozebrać się przy obcej kobiecie. Romanse wśród świszczących w koło pocisków i zawieranie małżeństw po znalezieniu księdza no i podczas przerwy w nalotach. Co jest ciekawe i dramatyczne zarazem, wszystkim praktycznie kobietom opisującym swoje przeżycia podczas powstania ustąpił okres. Były młode i zdrowe, a na skutek olbrzymich przeżyć, nerwów i emocji wszystkim co do jednej wstrzymały się okresy! Wyobrażacie sobie to w ogóle…? Branicki, szlachcic który gościł w swej posiadłości Piłsudskiego czy Mościckiego. Człowiek  niezwykle bogaty i posiadający układy w całej Europie. Gdy powstanie się zbliżało, miał możliwość ucieczki za granicę. Nic z tych rzeczy, wysłał jedynie starsze kobiety. „A nasza córka?” pyta jego żona. „Nasza córka jest Polką i podobnie jak ja weźmie udział w powstaniu” odpowiada Branicki. Mogła jechać w luksusy do Włoch czy Francji, tata też, ale byli Polakami więc zostali. Tata zorganizował szpital polowy dla powstańców na swojej posiadłości, a córka poszła na starówkę… Więcej jest takich historii. Jedna z dziewczyn po latach słucha narzekań swojego syna na problemy z zaopatrzeniem, kłopoty w pracy i mówi – a bomby na ciebie spadały? Widziałeś swoich bliskich jak płonęli w ogniu? Co dzień brano modliłeś się, aby przeżyć? To jakie ty masz kłopoty…  Książka może nie jest jakimś wyczynem od strony literackiej, nie jest pełna zgrabnych metafor, zaskakujących porównań i pięknych opisów przyrody. To są opisy 11 dziewczyn, którym udało się przeżyć piekło. Które liczyły na 3-4 dni walki i wejście ruskich świń, które jednak nas zostawiły samych sobie. Bardzo fajna książka, błyskawicznie się czyta, zdecydowanie polecam. 8 w mojej skali od 0 do 10.

dziewcz

furia

Furia

Furia… znam ten stan. Czasem go dostaję w okolicach piątkowej wypłaty, a czasem gdy przyjdą nowe, niespodziewane, niezwykle wysokie rachunki do zapłacenia ;-)  . Co jednak napisać o filmie „Furia”? Z Bradem Pittem mam niezłe wspomnienia, gdyż ostatni film, w jakim go kojarzę, to niezwykle udane „Bękarty Wojny”.  Film wojenny o czołgistach – od razu na usta ciśnie się zaśpiew „My cztereeeeeeej… panceeeeerniiii!” , ach te smutne inklinacje do fałszujących rzeczywistość „historycznych” seriali… No, ale ja nawet mieszkam na ulicy Czołgistów, więc na ten film pójść po prostu musiałem 8-) . Wracając do filmu – jest to epicka opowieść o okrucieństwach, jakie wojna z sobą niesie. Dobiega ona właśnie końca, jest rok 1945, alianci wjechali na terytorium Niemiec. Sierżant Collier (Brad Pitt) dowodzi czołgiem o nazwie „Furia”, odbijają ostatnie wsie i miasteczka będące pod panowaniem Niemców. Trup ściele się gęsto, Niemcy się nie poddają, do walki zaprzęgli kobiety i dzieci. W czołgu Colliera jest jeden nowy żołnierz  – Norman, który zastępuje niedawno zmarłego członka załogi. No i generalnie wojna jest pokazana właśnie z perspektywy młodego żołnierza. Dzieci, które nie chciały brać udziału w wojnie powieszone na słupach przez Waffen SS, poćwiartowane zwłoki spychane do wspólnego rowu jako miejsca pochówku, Kobiety sprzedające ciało za paczkę fajek – przygnębiające. Sceny bitewne – znakomite, a już pojedynek Shermana z Tygrysem w polu może przejść do kanonów filmowych, jest doskonały. Reasumując bardzo dobre sceny bitewne , dbałość o szczegóły. Film jest pozbawiony hollywoodzkiego „patosu” , jest w nim błoto, krew, przemoc, śmierć… chyba wojna tak właśnie wygląda. Dobra muzyka. Można w samej treści filmu znaleźć kilka nieścisłości, ale nie fałszują one filmu, nie obniżają jego wartości. Świetna obsada, wszyscy aktorzy są wyraziści i zapamiętacie ich. No może nie jest to najlepsze dzieło wojenne jakie w życiu widziałem, ale końcowa akcja z rozwalonym czołgiem pod dowództwem Colliera, który broni ważnego strategicznie skrzyżowania winduje go do ścisłej czołówki widzianych przeze mnie batalitycznych obrazów, mocne 8 w mojej skali, zapraszam do kin!

furia

DSC00001

14/2014/15 Gwardia Koszalin – Bałtyk Gdynia

Ostatni wyjazd roku 2014 był dla nas ważny i pod względem sportowym, i pod kibicowskim. Jechaliśmy bez przypału, bez żadnych list imiennych, peseli, obstawy psiarni czyli tak, jak od zawsze postulowałem – znowu miałem rację 8-) . Gdy już zebraliśmy się w połowie trasy do Koszalina, postanowiliśmy zadzwonić do Gwardii celem sprawdzenia się. Poprzednie dwa razy odmówiliśmy, jadąc w małych liczbach na wioski pod Koszalinem, umówiliśmy się że „do trzech razy sztuka”, więc ten trzeci raz w końcu nadszedł. Półtorej godziny przed meczem Gwardia dostała cynk i zaczęła się zbierać. Dojechaliśmy do Sianowa, gdzie czekaliśmy na chłopaków z KSG. Przyjechali na stację paliw, powiedzieli że jest ich 8 osób i w tej liczbie nie chcą się sprawdzać. No OK, to po meczu. Przez te wszystkie kwestie na mecz dotarliśmy spóźnieni, dopiero około 25 minuty spotkania zasiedliśmy w sektorze dla przyjezdnych. Mieliśmy na wyposażeniu sporo flag, ostatecznie wywiesiliśmy bodajże 4. Gwardia zebrała się w max 80 osób, cały czas dopingowała, zrobiła dwie oprawy, czwarty raz byłem w Koszalinie na wyjeździe i od strony ultras teraz wyglądali zdecydowanie najlepiej. Trochę pajacowały psy, robili zdjęcia dowodom, kamerowali, fotografowali ludzi na sektorze. Obok psa fotki nam robił młody koleś w czapce Gwardii, trochę dziwnie to wyglądało. Ogółem nas w Koszalinie na Gwardii 46 osób – 39 w sektorze dla przyjezdnych plus 7 pod stadionem, którzy na sektor wejść nie mogli. Na meczu trochę bluzg, trochę dopingu, ogólnie za dobrze nam tego dnia nie szło. Poziom meczu mógł się podobać, choć obrony obu drużyn nie popisały się. Spokojnie mogła wysoko wygrać Gwardia, mógł też Bałtyk, skończyło się remisem, co na boisku wicelidera jest niezłym wynikiem. Po meczu piłkarze podziękowali nam za doping i pojechali do domu, a my nie. Owszem, w stronę domu ruszyliśmy, ale w niejakim Malechowie odbiliśmy w lewo, w pamięci mieliśmy wieści o niezwykle malowniczych pejzażach pól i lasów w tamtych okolicach. Zaiste, pięknie tam było, do podziwiania owych widoków zaprosiliśmy kibiców Gwardii, którzy ponoć mieli taka ochotę – spotkać się z nami. Okazało się, że jednak dla fanów Gwardii nie było tam aż tak pięknie, gdyż nagle odechciało im się przyjeżdżać. Marne argumenty, zmyślone powody… Najzwyczajniej w świecie Gwardia po prostu wydygała i zdarza się to każdemu, można było po prostu powiedzieć, że dziś nie damy rady, a nie szukać marnych wykrętów. Zmartwiło nas to, ruszyliśmy w stronę domu. Dzwonił jeszcze Gryf Słupsk, ale z nimi spotkaniem nie byliśmy tego dnia zainteresowani. Trochę zawiódł nas ten dzień, zawiodła Gwardia, ale przynajmniej wynik dobry, bo oto wygramy za tydzień z rezerwami Arki i jesień kończymy jako jedyny, niepodważalny lider tabeli! Z Lęborka 2 osoby na tym meczu. Cały rok 2014 skończyliśmy bez jednego choćby zera wyjazdowego, komplet wyjazdów i wiosną, i jesienią zaliczyła tylko jedna osoba z Bałtyku… Ciekawe kto 8-) ? Zgadliście – to ja we własnej osobie.

DSC00001

My w lesie pod Sianowem w malowniczej scenerii…

DSC00178

 Kibice Gwardii KoszalinDSC00182My na sektorze

GwardiaJeszcze ujęcie z daleka nas na sektorze

14/2014/15 Gwardia Koszalin – Bałtyk Gdynia, 8 listopada 13.00

Ledwo się runda jesienna zaczęła, ledwo pierwszy mecz Bałtyk grał… a już jesteśmy przy końcówce. Raptem 2 mecze nam zostały do długiej, zimowej przerwy. Przed nami ostatni, listopadowy wyjazd. Dramaturgia jednak będzie niczego sobie, albowiem Bałtyk Gdynia jedzie do Koszalina bronić lidera! Nie za często nam się to zdarza. Po raz pierwszy taka okazję mieliśmy niedawno w Chwaszczynie i polegliśmy. Tym razem będzie inaczej! Dramaturgię zwiększa fakt, iż lidera bronić będziemy na stadionie wicelidera, albowiem to Gwardia właśnie jest tuż za nami! Oba kluby – Bałtyk i Gwardia – mają drobne grupy kibiców, i obie nie należą do specjalnie bogatych. Przed rozpoczęciem rundy bardziej się spodziewałem Kaszubii czy Drawy na tym miejscu, jednakże nasi piłkarze mimo kilku potknięć są po 13 kolejkach rozgrywek na miejscu najwyższym z najwyższych! Gwardia z kolei w połowie rozgrywek uzyskała wysoką formę i goliła wszystkich po kolei odnosząc 6 zwycięstw pod rząd. Zimny prysznic Gwardia otrzymała w najlepszym możliwym dla nas momencie -  w poprzedniej kolejce. Cieszyć się nie ma specjalnie z czego, bo powstrzymały ich śledziewskie rezerwy, niemniej ta niespodzianka jest nam na rękę. Gwardia jest wytrącona z rytmu i na nas jeszcze się nie pozbiera, jestem pewien ;-) . Tym bardziej że wspomnienia z Koszalina mam całkiem niezłe, byłem tam na dwóch ostatnich wyjazdach i z obu przywieźliśmy zwycięstwa `1-0, niechże i tym razem historia się powtórzy! Nasze liczby wyjazdowe z wyjazdów do Koszalina są marne, ale to nic nowego, bo nasze liczby wyjazdowe generalnie są marne. W sezonie 2012/13 byliśmy tam w 37 osób, w ubiegłym zaś w 11. No to chyba obie te liczby jutro poprawimy? Czas pokaże. Aby utrzymać się na tronie lidera musimy wygrać, remis pozwoli nam wyprzedzać nadal Gwardię, ale mogą nas puknąć depczące po piętach Wejherowo i rezerwy śledzi, tym bardziej że mają marnych przeciwników – Rasela i Pogoń II Szczecin. Co tu dużo gadać, jedziemy w 70 osób, po drodze palimy nieprzyjazne wioski, gwałcimy i kradniemy. Wygrywamy, lejemy wszystkich, wracając znów palimy i gwałcimy.  I kradniemy :twisted: .Zwycięstwo tylko liczy się!

rec4

[REC] 4 : Apokalipsa

Dziwnie brzmi dla mnie język hiszpański w filmie, bo musze się przyznać, ze hiszpańskich filmów nie oglądam zbyt wiele. Może filmy Almodovara są w języku hiszpańskim, ale Pedryla… pardon, Pedra zbytnio nie lubię. Tymczasem seria filmów [REC] przypadła mi do gustu – 1 część była bardzo dobra, druga częśc bardzo dobra, trzecia dobra z plusem. A więc i na 4 część filmu, który już zdążył rozsławić hiszpański horror w Europie, poszedłem z zaciekawieniem. Rzecz się dzieje na statku. Ciasne pomieszczenia, metalowe drzwi, zardzewiałe wszystko, klimat dla horroru wymarzony. Oczywiście ohydny wirus po raz kolejny wymyka się spod kontroli, bohaterowie giną jeden po drugim, statek zaraz wybuchnie, lipa niesamowita! Mówiąc poważnie to niestety fabuła filmu jest miałka i płytka, a ratują go naprawdę mocne sceny rzezi, dobrze budowana otoczka, sceneria, jedno niespodziewane rozstrzygnięcie. Po trzech dobrych częściach czwarta jest do obejrzenia od biedy i aby nie psuć w miarę dobrego wrażenia, należy jak najszybciej serię filmów [REC] zakończyć.  W mojej skali 0-10 daję 5 czyli można spojrzeć, ale warto poczekać te 2 miesiące i kupić sobie za 29,99 z gazetą jakąś i obejrzeć w domu. Dla fanów gatunku.

rec4

Bogowie

Bogowie

Nie byłem zbytnim fascynatem pójścia do kina na film „Bogowie”. Myślałem, że to będzie płaczliwy melodramat – „I wtedy, pani zaczął uciskać to serce i zaczęło bić, i ten pan przeżył, jakżem płakała! Całe kino we łzach!”. Ale sercowy przypadek mojego ziomala Bomby spowodował, że zacząłem być ciekaw, jak to wszystko wyglądało, jak się zaczęło. Do tego doszły do mnie pierwsze pochlebne recenzje od osób, które bynajmniej gospodyniami domowymi po 50-tce, z wykształceniem podstawowym, łatwo wzruszającymi się na wenezuelskich serialach – nie są. No to poszedłem. Film okazał się dynamicznym, postacie w nim grające przekonywujące, fabuła wciągająca. Znałem Religę, tzn. śledziłem jego żywot, gdy był już w glorii pierwszego kardiochirurga w Polsce, wdał się w jakieś rozgrywki partyjne, upolitycznił się… zdecydowanie mu to zaszkodziło, jego wizerunek znacznie ucierpiał poprzez konszachty z politycznymi kreaturami. Nie polubiłem go zbytnio. Tymczasem w filmie poznałem początki jego kariery, gdy był pełen pasji, miał nieszablonowe pomysły, był medycznym wizjonerem. Do tego wiedza jego podparta była niezwykła fachowością wzmocnioną zagranicznymi stażami, co w czasach głębokiej komuny było niezwykle trudną do realizacji sprawą. Swe wizje musiał przecierać ciężkimi szlakami – komuny, ostracyzmu „starszych towarzyszów” , wszechwładną po dziś dzień biurokracją, partyjniactwem, brakiem pieniędzy.  Gdy zdobył etat właściciela kliniki w Zabrzu, musiał m.in. załatwiać kasę czy zapieprzać w budowlanych ciuchach i budować swój własny oddział…  Wszystko jest na faktach, a przygody godne Jamesa Bonda… który zesrałby się i odpuścił w polskich realiach. Oczywiście cierpi na tym zdrowie doktora, cierpi życie rodzinne, osobiste. Były poważne chwile zwątpienia, ale Religa nie poddaje się i dopina swego. Kto wie, może dzięki niemu gruby Bomba nie ma się co zbytnio bać ewentualnego przeszczepu… ? Mało tego, niemrawemu Kotowi udało się w końcu dobrze zagrać w filmie, akcja jest dynamiczna, humor sytuacyjny naprawdę niezły i śmieszny, a cały film nie jest grany „po ciemku” no jednym słowem nie  ma lipy, film jest niczym jakiś film „zagraniczny”, a nie polski. Do tego zamglone przebitki ze starych dokumentów i gazet, i te siermiężne komunistyczne obrazki – np. parking przed szpitalem, rok 1985… duży fiat, dwa małe fiaty, żuk, łada, trabant i syrena ;-) … Sam sobie nie wierzę, ale daje od siebie 9 w skali 0-10, bardzo dobry film, godny polecenia, lubię ludzi z pasją, lubię wariatów, którzy za wszelka cenę realizują młodzieńcze wizje, a że przy okazji ratują ludzkie życia…? Tylko się cieszyć, idźcie do kina jak najszybciej!

Bogowie