W roku 2003 kibicowsko prezentowaliśmy się całkiem nieźle. Tydzień po efektownym ultrasowsko meczu przy światłach z Wisłą Tczew wybraliśmy się do Chojnic.  Na ten mecz zmobilizowaliśmy się i do grodu tura wyruszyliśmy w dwa autokary. Wraz z nami jechali przyjaciele z Pogoni Lębork. Wesoła wycieczka wsparta wysokoprocentowymi napojami bez problemów dojechała do granicy Chojnic. Tutaj zatrzymały nas psy i sapały o jakiejś drobnej promocji, którą uskuteczniliśmy po drodze. Czas mijał, już 15 minut staliśmy w miejscu, a głupkowate psy nie chciały nas puścić. W końcu im oznajmiliśmy, że mecz się właśnie rozpoczął i idziemy na piechotę i dopiero teraz będą mieli burdel. Po tych argumentach psy odpuściły i wsiadamy z powrotem do autokarów.  Dojeżdżamy pod stadion, na którym widzimy młyn 70-80 miejscowych wspartych drobnymi posiłkami z Bydgoszczy i ze Słupska. Na płocie wisiały ich 3 flagi. Wysypujemy się z autokarów i atakujemy bramę wjazdową. Ta jednak była solidna, dodatkowo  z drugiej strony ochrona cały czas psika w nas gazem. Olewamy ta bramę i biegniemy pod główne wejście na stadion. Ta też jest zamknięta, więc zaczynamy ją szturmować. Było ciężko, bo ze strony Chojniczanki mieliśmy gęsty ostrzał. W nasza stronę leciało wszystko – kamienie, butelki, rolki, kawałki płyt chodnikowych. Ekipa z przodu napierdziela w bramę ile wlezie, a ekipa z tyłu odrzuca Chojniczance ich kamienie i inne badziewie.  Coś tam psy machają pałkami, ale szczerze mówiąc nikt nie zwraca na nich uwagi. Ktoś potem mówił, że dym pod bramą trwał 4 minuty, wydawało się że dłużej – wiadomo. W końcu brama pęka. Rozwścieczony tłum kibiców Bałtyku wbija się na stadion Chojniczanki. Do bezpośredniego starcia z chojnickimi kibicami nie doszło, bo w tym momencie robią oni w tył zwrot i całą bandą, gremialnie spierdalają! Biegniemy za nimi, doganiamy kilku, których okopujemy. Przebiegamy wzdłuż całej prostej i dobiegamy aż do muru okalającego stadion, przez który skacząc na łeb, na szyję uciekają gospodarze obiektu, aby następnie w panice rozbiec się pomiędzy bloki. Zasiadamy sobie na ich wyludnionym sektorze, ale co to za mecz bez gospodarzy? Udajemy się na swój sektor, dla przyjezdnych, głośnym wołaniem przywołując Chojniczankę, obiecując, że już nie będziemy bić. Dopingujemy trochę naszą drużynę, ale widzimy, że przetrzebiona grupka Chojniczan wraca na swój sektor w około 40 osób, więc po chwili znów wyrusza w ich stronę ekspedycja karna. Urywamy się psom w 19 osób, podbijamy pod te resztki fanów Chojniczanki, znów obrywają. Chłopaki po prostu marzyli, aby ten mecz w końcu już się skończył. Już na spokojnie zasiadamy w swoim sektorze i dopingujemy naszych do końca meczu. Jest nas 101 – 85 z Bałtyku + 16 z Pogoni Lębork. Na płocie wiszą 4 flagi – 3 Bałtyku i 1 Pogoni.  Mecz wygrywamy, piłkarze w komplecie dziękują nam za doping.  Potem nawet dzwonią do nas w trakcie drogi powrotnej, słyszymy jak się bawią w swoim autokarze. Nic nie zwiastowało nadchodzącej tragedii. Dojechaliśmy do Żukowa, gdzie nasze autokary rozdzieliły się. Za jednym z autokarów ruszyło 7 aut, nazwijmy ich nieznanych sprawców. Jechali sobie cichutko za naszymi i oczekiwali okazji. Ta natrafiła się na parkingu Geanta w Gdańsku Osowej. Autokar tam stanął, gdyż pasażerowie chcieli się odlać. Gdy wysiadło kilka osób, nieznani sprawcy zaatakowali. Zaczęła się bójka, posypały się szyby w autokarze, jak to zdarza się niekiedy kibicom. Gdy jednak wyskakiwały kolejne osoby i ochoczo dołączały do dymu, nieznani sprawcy zorientowali się, że tego dnia z Bałtykiem będzie im bardzo ciężko. Wtedy nagle wyciągnęli broń ostrą, jakiej nie powstydziłyby się wojska Jagiełły w bitwie pod Grunwaldem. To już była szybka akcja… poszło kilkanaście cięć, po czym nieznani sprawcy wskoczyli do aut i zerwali się z pola bitwy. Parking Geanta przypominał pobojowisko. Wszędzie tłuczone szkło, porzucony sprzęt, krew i ranni. Ogółem u nas 6 osób rannych – 5 od noży, 1 od kijów bejsbolowych. Najbardziej ranni byli U i M z Dąbrowy z raną ciętą klatki piersiowej i przeciętymi płucami, Sz z Obłuża miał bodajże 5 ran kłutych w dupę i w plecy. Mało się nie wykrwawił. Psy po tym meczu szalały, zwijały różne osoby, na szczęście brak zeznań uchronił napastników od konsekwencji. Ten mecz to swoista sinusoida nastrojów. Po spektakularnym zwycięstwie w Chojnicach nieomalże ofiary śmiertelne od noży nieznanych napastników. Od siebie dodam, że napastnicy zachowali się jak rury w tym dymie, tak bardzo im zależało aby nas zatrzymać w rozwoju, że aby cel osiągnąć w dupie mieli wszelkie zasady kibicowskie. Należy też przyznać im niestety, że pomimo całej nienawiści do nich zachowali się genialnie strategicznie. Uderzyli na nas w najlepszym momencie. Gdy mieliśmy bandę ponad 50-ciu dobrych ludzi do bicia, gdzie coraz częściej byliśmy z nimi do przodu w różnych potyczkach i bójkach osiedlowych.  Poczekali na nasz najlepszy wyjazd, poszli na całość i z ich strony był to strzał w 10—tkę niestety, cokolwiek nie mówić by o środkach dojścia do celu – swoisty makiawelizm tu się kłania. Rozjebali nam psychikę, morale siadło. Wielu ludzi przestało jeździć na mecze od tej pory, z tych co nadal jeżdżą, wielu przestało się udzielać chuligańsko. Atmosfera padła na ryj. Za tydzień był następny wyjazd – na Gryfa Słupsk do Ustki, gdzie wtedy Gryfici rozgrywali mecze. Z zamówionych 3 autokarów dwa odprawiliśmy, pojechało nas w sumie zaledwie 46 osób, na szczęście wsparło nas 30 z Pogoni i 10 z Kotwicy. Ten wyjazd i te noże w naszych dupach to początek końca ekipy Bałtyku, wpadliśmy w dołek z którego generalnie do dziś wydostać się nie możemy. Szkoda, że akurat to było w tak pięknym dniu pogromu chojnickiego, bo nagle rozgonienie Chojnic stało się niezbyt ważnym incydentem.