Archiwum dla Wrzesień, 2014

8/2014/15 Rasel Dygowo – Bałtyk Gdynia

Mecz w Dygowie był idealnym momentem na przełamanie dołka piłkarskiego, w którym znalazła się drużyna. Bo z kim wygrywać, jak nie z outsiderem? Już 2 dni przed wyjazdem dzwonił do mnie człowiek z Gwardii Koszalin z propozycją towarzyską. Mianowicie o tej samej porze co my, grali oni zaledwie 8 km od nas, w Ustroniu Morskim! Idealna okazja na to, aby się spotkać, pogadać, napić piwa. Kilku kibiców Bałtyku tego dnia jechać nie mogło, ale sądziłem że pozostali prawdziwi kibice Bałtyku, którzy udadzą się na wyjazd, skorzystają z okazji… Kto nie lubi chłodnego piwa? Tymczasem zaczęła powracać stara zmora Bałtyku – spóźnialstwo. Gdy najstarsi z Bałtyku, z wiadomych względów nie zainteresowani piciem piwa pojechali na mecz długo przed czasem, starzy kibice czekali na młodzież w miejscu zbiórki. W końcu się doczekali i wiadomym było, że z picia browaru z Gwardią nic tego dnia nie będzie, gdyż młodzież była już po spożyciu znacznie mocniejszych trunków. Ja rozumiem, 18 urodziny jednego z uczestników wyjazdu to poważna sprawa, ale są poważniejsze niekiedy… Ruszyliśmy w stronę Dygowa, to zaledwie 200 km od Gdyni, ale bus młodych ciągle robił postoje, a my ciągle czekaliśmy gdzieś na nich. Mecz już od dawna leciał, więc w końcu udaliśmy się naszym autem na niego, nie czekając już na resztę. Do przerwy dramat, Bałtyk przegrywał a następnie remisował z Raselem, a obok naszych kilku obecnych już na meczu kibiców krążyli i coś tam burczeli jakieś miejscowe gamonie. Na sektorze pojawiliśmy się w przerwie meczu, problem gamoni zniknął od razu, jeszcze została kwestia wyniku i dojazdu busa, który gdzieś się zgubił (naiwna wiara w nieomylność nawigacji gps).Na mecz weszliśmy za darmo, obiekt Rasela to dramat, trybuny z jednej strony tylko, może na 500 osób, płotek metrowy, jakaś klatka żenująca na 50 osób, do której nawet się nie zbliżaliśmy. Zero normalnych kibiców, znikaj Raselu jak najszybciej w otchłani koszalińskiej 5 ligi! Piłkarze z Dygowa w drugiej połowie meczu puchli z każdą minutą i całe szczęście, bo gra Bałtyku była tego dnia kiepska. Oczywiście na tle amatorów z Dygowa pod koniec meczu wyglądała coraz lepiej, szczęście że graliśmy tego dnia z takimi słabiakami. Ostatecznie wygraliśmy 3-1 po 2 golach Rusinka i 1 Węglińskiego. Doping był rwany, aż w końcu w 60 minucie spotkania doszło 8 osób z busa i już ostatnie pół godziny meczu dopingowaliśmy naszych jak należy. Ogółem na Raselu Dygowo pojawiliśmy się w 19 osób.  Mimo naszego nie najlepszego dnia piłkarze w komplecie podbili do nas po meczu i podziękowali nam za doping, a my im za grę. Co było miłe i ciekawe jeden gracz Rasela, chyba ich kapitan, też nam podziękował za przyjazd, spoko gość. Powrót szybki i spokojny, Gwardia trochę smutna, że nie nadawaliśmy się tego dnia do picia piwka, umówiła się z nami wstępnie na inny termin.

DSC00145My w Dygowie

DSC00148Inne ujęcie Prawdziwego Bałtyku

DSC00151Ha ha, Dygowo do boju, co za beka :-)

8/2014/15 Rasel Dygowo – Bałtyk Gdynia, 27 września, 16.00

No to się doigraliśmy. Po latach stagnacji na poziomie czwartoligowej ligi pomorskiej gramy z kolejną drużyną, której nazwę jak najszybciej powinniśmy wymazać z pamięci, a to z powodu awansu do wyższej ligi. Albowiem Wielkiemu Bałtykowi z tak czerstwymi drużynami grać po prostu nie przystoi. Dla wsi Dygowo będzie to donioślejsze wydarzenie, niż coroczne dożynki, nawet gdy brać uwagę te sprzed 3 lat, gdy pijany sołtys przejechał traktorem 3 osoby, w tym jedną śmiertelnie (niepotrzebnie cofał zaraz po tym, jak ją przejechał, ale 5,2 promila robi swoje). Dygowo to sympatyczna wioseczka z pomnikiem Łososia w samym środku tej miejscowości. Ciekawa jest geneza powstania klubu Rasel. Otóż, jak wiadomo, znany amerykański aktor, Kurt Russell lubił od czasu do czasu przyjechać sobie w okolice Kołobrzegu na ryby, bądź ewentualnie na kajaki. Pewnego dnia płynął sobie kajakiem przez potok Olszynka, który przez Dygowo przepływa, niestety kajak się wyrąbał i znany aktor nieomalże nie utonął w otmętach tejże Olszynki. Uratował mu życie kierownik Koła Gospodyń Wiejskich w Dygowie, niejaki Zbigniew, nazwisko nieznane. Kurt Russell z olbrzymiej wdzięczności za uratowanie mu życia postanowił w Dygowie założyć klub piłkarski, by dzieci, zamiast jak dotychczas pić wina i palić marihuanę zajęły się sportem. I tak od 2000 roku istnieje Rasel Dygowo – nazwa klubu, jak widać, to nazwisko aktora w spolszczonej pisowni. Projekt do końca nie wypalił, gdyż dzieci mało że nie przestały pić i jarać, to dodatkowo gremialnie zaczęły sobie sprowadzać dopalacze z Holandii, jednakże klub pozostał i gra do dzisiaj. Nie wytrzymał tego aktor i w 2003 roku zmarł, niestety. Wracając do dnia dzisiejszego, to beniaminek naszej 4 ligi ma na razie problemy z aklimatyzacją w tej, jakże wysokiej dla takiego klubiku lidze. Choć zaczął dobrze, zremisował, przegrał i w trzeciej kolejce tego sezonu osiągnął najwartościowszy wynik jak dotychczas – wygrał na wyjeździe z Leśnikiem w Manowie. Na tym dobre wyniki Rasela się skończyły, w kolejnych 4 kolejkach ligowych drużyna zanotowała komplet porażek. Dziś zamyka tabelę, aczkolwiek stratę do wyższych pozycji ma niedużą i na pewno stanie wręcz na głowie, by ugryźć Wielki Bałtyk i odebrać mu jakieś punkty. Musi nasz Bałtyk bardzo uważać, tym bardziej że wpadł w mały dołek formy ostatnio – 1 punkt w dwóch meczach to bardzo słaby wynik – oraz, że zawsze z outsiderami tabel grało nam się ciężko. Wystarczy przypomnieć sławetne remisy u siebie z Koralem Dębnica. No ale to tylko takie gderanie, dołek się skończył, Bałtyk zrobi swoje. Bez fanfar i nagłaśniania, bo po prostu to jeden meczów do odbębnienia, 3-0 do przerwy dla nas, a potem to się zobaczy. Tak ma być i nie inaczej!

russell

Stukostrachy

Akcja „Stukostrachów” dzieje się, jak to często bywa u Kinga w niewielkim, sielskim miasteczku w stanie Maine. Miejscowa średniej klasy pisarka znajduje w lesie metalowy przedmiot, którego część wystaje, ale znaczna większość jest głęboko zakopana w ziemi.  Oczywiście nie jest to przygoda zbieracza złomu, akcja przybiera wymiar metafizyczny, ludzie w miasteczku zaczynają się dziwnie zachowywać. Całe Haven, bo tak się owe miasteczko nazywa, staje się bardzo nieprzyjazne dla obcych, dzieją się coraz dziwniejsze rzeczy.  Ludzie się zmieniają, są jakby opanowani umysłowo przez inne istoty. Akcja jest wartka i wciągająca, powieść liczy sobie z 500 stron , ale szybko się ją połyka. King tradycyjnie ma świetne dialogi, dobrze dozuje napięcie, z jednej strony coraz więcej elementów horrorystycznych, z drugiej zaś widzimy obraz drobnomieszczaństwa amerykańskiego, ich codziennego życia. Akcja zmierza ku finałowi, który niby jest fajny, ale trochę jednak przewidywalny i trochę nazbyt, jak na moje oczekiwania baśniowy, rodem z powieści S-F. Inaczej rzecz biorąc super lektura 90% książki i średnio zaskakujące zakończenie, to już kolejna taka książka po ”Pod kopułą”, którą czytałem poprzednio tego autora. No cóż, „Miasteczko Salem”, „Misery” czy „Zielona mila” to to nie jest, niemniej śmiało polecam, nie czeka was zmarnowany wieczór… kilka wieczorów, sądząc po ilości stron. W mojej ocenie 8 w skali 0-10.

stuk

7/2014/15 Bałtyk Gdynia – Pogoń II Szczecin

Ten mecz trzeba było wygrać – a jednak się nie udało. Zremisowaliśmy 1-1. Bałtyk Gdynia miał w tym meczu przewagę, ale kompletnie nic z niej nie wynikało. Chaos, niedokładność… to już drugi mecz z rzędu Bałtyk gra kiepsko i gdybym mógł coś sugerować trenerowi, to sugeruję zdecydowane zmiany albo coś, co wstrząsnęłoby zespołem.  Dużo punktów w tym sezonie tracimy u siebie z niezbyt mocnymi drużynami – Lechią II Gdańsk, Chemikiem Police,  teraz  z Pogonią II Szczecin. Stanowczo zbyt dużo. Jedynego gola dla nas na wagę remisu strzelił w 45 minucie Rusinek.  W pierwszej połowie meczu dopingu praktycznie nie było, w drugiej około 30 osób dopingowało Bałtyk, oczywiście przyjezdnych brak.  Następny mamy wyjazd do słabiutkiego Raselu Dygowo i po prostu musimy tam wygrać, aby nie popaść w otchłań czwarto ligowej przeciętności. Smutno się zaczął ten weekend.

7 kolejka 2014/15, Bałtyk Gdynia – Pogoń II Szczecin, 19 września 18.00

Mecze z rezerwami porządnych klubów pozwalają zakosztować „lepszego świata” kibicowskiego. Wyjazd do Szczecina na Pogoń, to zawsze coś, choćby i na rezerwy. Mecze u siebie to już jednak nudy. Taki mecz to też jest zagrożenie, że drużynę rezerw wesprą gracze pierwszej drużyny. Tym razem takie problem nie istnieje, gdyż  pierwsza drużyna Pogoni Szczecin też jedzie do Trójmiasta, grają z Lechią w Gdańsku, tyle że chwilę po nas, o 20.30. Cóż nam pozostaje? Ogolić do zera, bez litości, zacząć nową serię meczów bez porażki. Dociągniecie chłopaki do 20? Forma Pogoni zbyt wysoka nie jest, ale trzeba być czujnym. Ostatnio ograli u siebie Gwardię, która po dobrym początku sezonu całkowicie się rozkleiła i przegrywa wszystko co się da. Generalnie spodziewam się 1-0 po mimo wszystko ciężkim meczu . Jazda z paprykarzami!!!

Minął tydzień

Od dawna już nie było rubryki „Minął tydzień”  na łamach Wolnej Polski. Wystraszonym czytelnikom śpieszę wyjaśnić, iż nie oznacza to, że tygodnie już nie mijają, a czas stoi w miejscu. Po prostu już prawie całkowicie obmierzło mi komentowanie naszej rzeczywistości politycznej, wolę koncentrować się na kwestiach społecznych, sportowych czy kibicowskich, relacje z tego co się dzieje na etapie wynaradawiania naszego kraju przyprawiają o mdłości… Choć czasem niestety zajmować się tym trzeba. Ostatnio mnie rozbawiła wiadomość, że oto mojego guru literackiego, Romka Zielińskiego chcą wsadzić za kratki. W 2006 roku wydał on książkę o bardzo prowokacyjnym tytule „Jak pokochałem Adolfa Hitlera”. Musiał wiedzieć, że w tym kraju ta prowokacja mu się powiedzie, aczkolwiek długo się wydawało, ze jednak nie. No i w końcu, 8 lat po wydaniu dziełka, znalazło się babsko, któremu, bez czytania rzecz jasna książki (kto bym tam tracił czas na pierdoły, gdy wszystko jasne) pewnym się wydawało, że oto pan Roman to wcielony diabeł i nazista 8-) . Nie widziałem Romana dość dawno, niemniej nie przypominam sobie wydziaranych  swastyczek u niego, nie widziałem też by hajlował na każdym kroku. Może warto by przeczytać książkę, żeby wydawać osądy? Eee tam, nie trzeba. Sprawa jest już w sądzie, do pudła go! Kolega Roman różnie jest postrzegany wśród kibiców Śląska, ci bardziej sportowi nie wszyscy się z nim utożsamiają, ale ja zapamiętam go zawsze, jako tego, który na początku lat 90-tych oświecił mnie literacko. Zawsze będę mu wdzięczny za „Pamiętnik kibica” i „Ligę chuliganów”, na tamte czasy był to milowy krok w kwestii indoktrynacji kibicowskiej. Wsadzą Romana do pudła, to nie ukrywam, że na rakietę się dorzucę :twisted: . To ironia oczywista, bo na kant, nie powiem czego, śmieszne obsrane sądy mogą panu Zielińskiemu skoczyć.

- W Warszawie istniało sobie 75 lat kino „Femina”. To było najdłużej działające, kultowe kino warszawskie. Jego pierwszym filmem były „Zakazane piosenki”, a ostatnim będzie „Miasto 44”. Ostatnim, gdyż kino to zamykają, mimo tego że frekwencję ma niezłą, mimo zbiorowych protestów okolicznych mieszkańców, wysyłanych petycji. Nic to, panie, dość kin, dość zasranej kultury. Nadszedł czas władania firmy Jeronimo Martins. Panie i panowie, w miejsce kina powstanie „Biedronka”! Hip hip hura! Codziennie niskie ceny, kurwa! Zamknijcie wszystkie kina – a w ich miejsce „Biedronki”, nowy przedmiot kultu. Zamknijcie teatry i opery, a w ich miejsce „Tesco”.  Zamknijcie kościoły, a w ich miejsce „Żabki”. Tam też można się modlić – „I spraw panie Boże, żeby promocja na batony trwała jak najdłużej” :roll:  . W dalszej części można wstawić markety zamiast basenów, hal sportowych, ośrodków kultury. By żyło się lepiej. Wynika z tego że pokłosie debilów i lemingów wciąż jeszcze jest zbyt małe, dla miłościwie nam panujących, wciąż niewystarczające. A nie powiedziałbym, kurde. Proces wynaradawiania i depolonizacji trwa nadal.

-W Szkocji już coraz większość ludzi nie chce należeć do korony brytyjskiej. Patrząc na to, jak idiotyczny to jest kraj, wcale się nie dziwię. Wielka Brytania rozpada się i mam nadzieję, że Szkotom uda się doprowadzić do uzyskania niepodległości.  Anglia to kraj całkowicie upadły od strony społecznej i moralnej, finansowo też się rozpada, ale trzyma go jeszcze z milion Polaczków, którzy za bardzo marne stawki  tyrają ponad siły. W każdym razie mam nadzieję, że w jutrzejszym referendum Szkoci jasno określą, że chcą być wolni i niepodlegli. Jebać Anglię!

- Miałem w głębokim poważaniu mistrzostwa świata w siatkówkę mężczyzn i raczej fascynatem tej dyscypliny się nie stanę. Tymczasem chłopaki grają coraz lepiej. Chociaż kibice siatkówki to gamonie, należy przyznać że poziom sportowy siatkówki mężczyzn w tym kraju to niewyobrażalna dysproporcja poziomu sportu w porównaniu do naszych piłkarzy. Wczoraj siatkarze Polski w 5-setowym pojedynku pokonali Brazylię i trzeba przyznać, że jest to wynik otwierający im drogę do mistrzostwa świata. Zobaczymy czy im się to uda. A jak wygrają? Sukces będzie niesamowity, wszyscy rozjadą się do domów, po czym dalej niepodzielnie będzie rządzić piłka nożna. Tak to już jest niestety, że ten piękny sport rządzi światem i nic tego nie zmieni. Zresztą najbliższy mecz Bałtyku z rezerwami Pogoni Szczecin jest o niebo ważniejszy niż wszystkie mecze siatkówki razem wzięte. Niemniej gratuluję i życzę powodzenia, szczególnie że najbliższy mecz jest z Rosją.

 

6/2014/15 Gryf Wejherowo – Bałtyk Gdynia

Wyjazd na Gryfa Wejherowo traktowaliśmy poważniej niż do Drawska czy Kartuz. Raz, że co by nie powiedzieć – jakiś tam kibiców Gryf posiada, dwa, że jest tam silny Fan Club Arki, zresztą Gryf Wejherowo od lat namiętnie się jej wazelinuje. Bywało, że tej zbieraniny wejherowsko – gdyńskiej nawet i 200 osób oczekiwało, by przy nadarzającej się okazji obić nam mordy. Zebraliśmy się w pewnym miejscu i okazało się, że jest nas nieco ponad 20 osób, więc zdecydowaliśmy się na jazdę autami. Trochę brakło miejsc w tychże, więc zamówiliśmy taksówkę i jedno znajome auto i nieco spóźnieni, ale w komplecie udaliśmy się do niezwykle brzydkiego miasta Wejherowa. Dojechaliśmy pod stadion, gdzie przejęły nas psy. Pod samym stadionem było bardzo śmiesznie, albowiem kolega otwierając drzwi od auta jebnął motocyklistę, który próbował wyprzedzić nas z prawej strony. Gościu fiknął koziołka, a my pękaliśmy ze śmiechu :mrgreen: . Kilkanaście minut trzepały i spisywały nas psy, aż w końcu udaliśmy się pod sektor dla przyjezdnych. Weszliśmy na sektor około 30 minuty spotkania, a wiem to stąd, że w tej właśnie chwili Gryfici objęli prowadzenie – gdy przeciskałem się przez bramkę. Doszło do nas kilka osób oczekujących na nas i zasiedliśmy na sektorze w 29 osób. Po kilku minutach doszła jeszcze jedna osoba, ale głupki z ochrony pozamykały już bramki na kłódki i musiała usiąść obok klatki, niemniej nasza liczba na tym derbowym wyjeździe to równe 30 osób. Wywiesiliśmy dwie flagi – „Voopera” i „Gdańsk”. Po drugiej stronie stadionu – z wielkiej chmury mały deszcz, można powiedzieć. Malutki młynek miejscowych, który odważył się wywiesić swoją flagę dopiero wtedy, gdy wszyscy już byliśmy w klatce! Naliczyłem ich na zdjęciu 37 osób, może kilku było w kiblu, może ktoś doszedł, liczba 40-50 Gryfa na tym meczu na pewno jest odpowiadająca prawdzie. Mieli jedną flagę. Stanowili dla nas zagrożenie na poziomie Cartusii Kartuzy, czyli bardzo nikłe, by nie powiedzieć – żadne. Ponieważ epoka dmuchanych zamków, kobiet w ciąży i wielodzietnych rodzin na meczach Bałtyku odeszła bezpowrotnie, od tego meczu wróciliśmy do normalnego kibicowania naszemu Bałtykowi. Gorący doping dla naszej drużyny przetykany niesłychaną ilością wyzwisk i wulgaryzmów, to jest to. Atmosfera była zabawna, niezwykle chamska, wreszcie wszyscy się dobrze bawili 8-) .  Było „Śpiewają miasta, śpiewają wioski największą  k…ą Gryf wejherowski”, była „Fiesta americana”, była „A..  G… k… świnia”, było przypomnienie, jaką to profesją na co dzień trudnią się matki kibiców Gryfa. Gdy dodam jeszcze, że tak na wesoło poszło „Sieg Heill Rudolf Hess gdyński Bałtyk SS” to należy skonstatować ze „smutkiem”, że drugiej części ballady o dobrym kibicowaniu już chyba nie nakręcą o Bałtyku. Ponieważ gracz Gryfa z numerem 18 o karłowatym wzroście sprawiał wrażenie rudego, dostała mu się także potężna porcja inwektyw („osiemnastka… osiemnastka.. rudy ch…j!”). Ostatnim obiektem, na którym skupiła się nasza werbalna agresja był balon, który przeleciał nad murawą stadionu, ktoś stamtąd nam bezczelnie machał. Poszło od razu „Baloniarze ch…j wam w twarze” i przestali już machać. Niestety, zabawy na trybunach nie podkręcała tego dnia gra Bałtyku, gdyż ten nie grał kompletnie nic. Ciężko to zrozumieć, dobry mecz w Kartuzach, świetny z Bałtykiem Koszalin i tragiczny tydzień później w Wejherowie, ale naprawdę nie istnieliśmy tego dnia. Przegraliśmy 3-1, a jedynego gola dla nas strzelił Węgliński z karnego tuż przed przerwą. Wybaczamy chłopaki, raz na 16 meczów to i Bayern Monachium przegra, ale wiecie co macie zrobić za tydzień z rezerwami Pogoni Szczecin, prawda? Na pewno wiecie? Podziękowaliśmy im za grę, oni nam za doping i do domu. Na skutek szczegółowej rewizji nie wnieśliśmy rac na obiekt, więc odpaliliśmy je sobie na powrocie, przy jakiejś stacji paliw. Na tym wyjeździe ilościowo rządziło Wejherowo, które reprezentowało aż 7 kibiców, ale i Lębork nie od parady – 3 nas było, a z Luzina 2. Centrum chuligańskie Bałtyku przenosi się na zachód :twisted: . Zapamiętajcie sobie kibice Bałtyku ten mecz, bo następnej porażki prędko nie ujrzycie! Amen.

DSC00134Jedziemyyyy…!!!

DSC00135Gospodarze

DSC00139Przemili i kulturalni goście  8-)

DSC00141Ci sami, przemili goście, od wewnątrz sektora.

DSC00144Już po meczu, lecz zabawa trwa!

6 kolejka2014/15, 13 września 17.00: Gryf Wejherowo – Bałtyk Gdynia

Gryf Wejherowo kibiców ma raczej miernych. Natomiast raz do roku zmobilizować się potrafią i przy pomocy wejherowskiej Arki jakoś tam się prezentują. Zresztą to chyba ci sami ludzie. Wyjazdy ligowe fani Gryfa zaliczają bardzo rzadko, natomiast u siebie gdy się zbiorą, potrafią być groźni. Na Bałtyk się zbiorą na pewno, więc jeżeli ktoś by z was wybrał się do Wejherowa, niech uważa, bo Kaszubki żółto – czarne chętnie mu poskaczą po głowie. Co do futbolu to będzie bardzo ciężko. Myślę że Gryf jest przedostatnią drużyną mogącą nam zagrozić w walce o pierwsze miejsce w tabeli. Poza nimi to jeszcze tylko Kaszubia może powalczyć, z resztą faworytów już graliśmy. Póki co Gryf gra w kratkę.  U siebie jeszcze nie wygrał, miał remis 3-3 z Przodkowem i porażkę 0-1 z Kaszubią. Na ostatnim wyjeździe za to rozgromili Gwardię w Koszalinie aż 5-1. Mimo że teren bezpieczny (wszyscy za Arką) fanów Gryfa tylko 5 na tym meczu.  Reasumując czeka nas trudny, ale bardzo ważny mecz. Tym razem nawet remis przyjdę z zadowoleniem, choć tak szczerze mówiąc – lać Kaszubów! Lepiej wygrać… ;-)

2003.09.27 Chojniczanka Chojnice – Bałtyk Gdynia

W roku 2003 kibicowsko prezentowaliśmy się całkiem nieźle. Tydzień po efektownym ultrasowsko meczu przy światłach z Wisłą Tczew wybraliśmy się do Chojnic.  Na ten mecz zmobilizowaliśmy się i do grodu tura wyruszyliśmy w dwa autokary. Wraz z nami jechali przyjaciele z Pogoni Lębork. Wesoła wycieczka wsparta wysokoprocentowymi napojami bez problemów dojechała do granicy Chojnic. Tutaj zatrzymały nas psy i sapały o jakiejś drobnej promocji, którą uskuteczniliśmy po drodze. Czas mijał, już 15 minut staliśmy w miejscu, a głupkowate psy nie chciały nas puścić. W końcu im oznajmiliśmy, że mecz się właśnie rozpoczął i idziemy na piechotę i dopiero teraz będą mieli burdel. Po tych argumentach psy odpuściły i wsiadamy z powrotem do autokarów.  Dojeżdżamy pod stadion, na którym widzimy młyn 70-80 miejscowych wspartych drobnymi posiłkami z Bydgoszczy i ze Słupska. Na płocie wisiały ich 3 flagi. Wysypujemy się z autokarów i atakujemy bramę wjazdową. Ta jednak była solidna, dodatkowo  z drugiej strony ochrona cały czas psika w nas gazem. Olewamy ta bramę i biegniemy pod główne wejście na stadion. Ta też jest zamknięta, więc zaczynamy ją szturmować. Było ciężko, bo ze strony Chojniczanki mieliśmy gęsty ostrzał. W nasza stronę leciało wszystko – kamienie, butelki, rolki, kawałki płyt chodnikowych. Ekipa z przodu napierdziela w bramę ile wlezie, a ekipa z tyłu odrzuca Chojniczance ich kamienie i inne badziewie.  Coś tam psy machają pałkami, ale szczerze mówiąc nikt nie zwraca na nich uwagi. Ktoś potem mówił, że dym pod bramą trwał 4 minuty, wydawało się że dłużej – wiadomo. W końcu brama pęka. Rozwścieczony tłum kibiców Bałtyku wbija się na stadion Chojniczanki. Do bezpośredniego starcia z chojnickimi kibicami nie doszło, bo w tym momencie robią oni w tył zwrot i całą bandą, gremialnie spierdalają! Biegniemy za nimi, doganiamy kilku, których okopujemy. Przebiegamy wzdłuż całej prostej i dobiegamy aż do muru okalającego stadion, przez który skacząc na łeb, na szyję uciekają gospodarze obiektu, aby następnie w panice rozbiec się pomiędzy bloki. Zasiadamy sobie na ich wyludnionym sektorze, ale co to za mecz bez gospodarzy? Udajemy się na swój sektor, dla przyjezdnych, głośnym wołaniem przywołując Chojniczankę, obiecując, że już nie będziemy bić. Dopingujemy trochę naszą drużynę, ale widzimy, że przetrzebiona grupka Chojniczan wraca na swój sektor w około 40 osób, więc po chwili znów wyrusza w ich stronę ekspedycja karna. Urywamy się psom w 19 osób, podbijamy pod te resztki fanów Chojniczanki, znów obrywają. Chłopaki po prostu marzyli, aby ten mecz w końcu już się skończył. Już na spokojnie zasiadamy w swoim sektorze i dopingujemy naszych do końca meczu. Jest nas 101 – 85 z Bałtyku + 16 z Pogoni Lębork. Na płocie wiszą 4 flagi – 3 Bałtyku i 1 Pogoni.  Mecz wygrywamy, piłkarze w komplecie dziękują nam za doping.  Potem nawet dzwonią do nas w trakcie drogi powrotnej, słyszymy jak się bawią w swoim autokarze. Nic nie zwiastowało nadchodzącej tragedii. Dojechaliśmy do Żukowa, gdzie nasze autokary rozdzieliły się. Za jednym z autokarów ruszyło 7 aut, nazwijmy ich nieznanych sprawców. Jechali sobie cichutko za naszymi i oczekiwali okazji. Ta natrafiła się na parkingu Geanta w Gdańsku Osowej. Autokar tam stanął, gdyż pasażerowie chcieli się odlać. Gdy wysiadło kilka osób, nieznani sprawcy zaatakowali. Zaczęła się bójka, posypały się szyby w autokarze, jak to zdarza się niekiedy kibicom. Gdy jednak wyskakiwały kolejne osoby i ochoczo dołączały do dymu, nieznani sprawcy zorientowali się, że tego dnia z Bałtykiem będzie im bardzo ciężko. Wtedy nagle wyciągnęli broń ostrą, jakiej nie powstydziłyby się wojska Jagiełły w bitwie pod Grunwaldem. To już była szybka akcja… poszło kilkanaście cięć, po czym nieznani sprawcy wskoczyli do aut i zerwali się z pola bitwy. Parking Geanta przypominał pobojowisko. Wszędzie tłuczone szkło, porzucony sprzęt, krew i ranni. Ogółem u nas 6 osób rannych – 5 od noży, 1 od kijów bejsbolowych. Najbardziej ranni byli U i M z Dąbrowy z raną ciętą klatki piersiowej i przeciętymi płucami, Sz z Obłuża miał bodajże 5 ran kłutych w dupę i w plecy. Mało się nie wykrwawił. Psy po tym meczu szalały, zwijały różne osoby, na szczęście brak zeznań uchronił napastników od konsekwencji. Ten mecz to swoista sinusoida nastrojów. Po spektakularnym zwycięstwie w Chojnicach nieomalże ofiary śmiertelne od noży nieznanych napastników. Od siebie dodam, że napastnicy zachowali się jak rury w tym dymie, tak bardzo im zależało aby nas zatrzymać w rozwoju, że aby cel osiągnąć w dupie mieli wszelkie zasady kibicowskie. Należy też przyznać im niestety, że pomimo całej nienawiści do nich zachowali się genialnie strategicznie. Uderzyli na nas w najlepszym momencie. Gdy mieliśmy bandę ponad 50-ciu dobrych ludzi do bicia, gdzie coraz częściej byliśmy z nimi do przodu w różnych potyczkach i bójkach osiedlowych.  Poczekali na nasz najlepszy wyjazd, poszli na całość i z ich strony był to strzał w 10—tkę niestety, cokolwiek nie mówić by o środkach dojścia do celu – swoisty makiawelizm tu się kłania. Rozjebali nam psychikę, morale siadło. Wielu ludzi przestało jeździć na mecze od tej pory, z tych co nadal jeżdżą, wielu przestało się udzielać chuligańsko. Atmosfera padła na ryj. Za tydzień był następny wyjazd – na Gryfa Słupsk do Ustki, gdzie wtedy Gryfici rozgrywali mecze. Z zamówionych 3 autokarów dwa odprawiliśmy, pojechało nas w sumie zaledwie 46 osób, na szczęście wsparło nas 30 z Pogoni i 10 z Kotwicy. Ten wyjazd i te noże w naszych dupach to początek końca ekipy Bałtyku, wpadliśmy w dołek z którego generalnie do dziś wydostać się nie możemy. Szkoda, że akurat to było w tak pięknym dniu pogromu chojnickiego, bo nagle rozgonienie Chojnic stało się niezbyt ważnym incydentem.

Życie z pasją

Start człowieka w dorosłe życie determinują marzenia na temat jego statusu w przyszłości… Dzisiejsza globalizacja świata i dostęp wszelakiej informacji snucie marzeń ułatwiają. Generalnie większość młodych ludzi marzy o tym, aby być bogatym, zdrowym i przystojnym. W pierwszym stadium życia chłopcy chcą być milicjantami, wojskowymi bądź strażakami. Po zdobyciu jakiejkolwiek świadomości chęć bycia milicjantem błyskawicznie mija :twisted: . Brutalne zderzenie dziecięcych marzeń z dorosłą rzeczywistością odziera nas ze złudzeń, w wieku 30 lat w Polsce rzadko kto marzy już o willi z basenem i własnym helikopterze, gronem hostess i kelnerek w stroju topless podającym drinki, czy najnowszym Bentleyu w garażu. Marzenia staja się o wiele bardziej przyziemne, by nie rzec trywialne. Ludzie po 30 roku życia marzą, by wreszcie spłacić kredyt na mieszkanie lub samochód, by komornik zapomniał ich adresu, bądź by pracodawca zatrudnił ich wreszcie na pełen etat. Samochód, jak już jest, to Opel Corsa ze skorodowanymi blachami. Ja osobiście zaprzestałem dopiero 2-3 lata temu ostatniego „szalonego” marzenia, aby zwiedzać świat. Nie chciałem aż tak wiele, chciałem zwiedzić Chiny, Meksyk, a z Europy to już tylko Grecję. Smutne i straszne jest to wszystko, ch…j do dupy z takim życiem, w którym rok po roku z wszystkiego trzeba rezygnować, w wieku 41 lat wiem, że już nic mnie ”fajnego” na 99% nie czeka. A przecież i tak mam „luksus” – nie ścigają mnie komornicy, ciągle mam zdolność kredytową. Czynsz regularnie, alimenty – wiadomo, to zawsze będzie regularnie, tylko śmieć nie płaci na swoje dziecko. Gaz, prąd zapłacony, jeszcze na jedzenie wystarcza…  Czyste szaleństwo po prostu. Jak już dodam, że na winko wytrawne mnie stać czasem, czy na inną formę rozrywki, oraz że nie robię na czarno, tylko legalnie, na pół etatu, to niektórzy zapytają – „to o co mu k… chodzi?”. Niczym w piosence T.LOVE – „jest super… jest super… więc o co ci chodzi?”.

Polska – najwspanialszy kraj świata, życie tu powinno być największym z możliwych przywilejów. Kraj w środku Europy, który usilnie, od wielu lat jest niszczony od zewnątrz i od środka. Życie tutaj teraz, w dzisiejszych czasach to pasmo udręk. Czasem to aż człowiek zastanawia się, po co to wszystko.  Dobrze, że jest dziecko, które trzeba wychować, kobieta, z którą się żyje, pies, którego trzeba wyprowadzać. Trzeba walczyć z patologiami niszczącymi nasz kraj, trzeba go ocalić i trzeba żyć jak człowiek. O tym już wielokrotnie pisałem. Trzeba też walczyć o spełnienie swoich marzeń… Zacząłem od tego, że wyzbyłem się prawie wszystkich i że wszystko jest do dupy. Na szczęście jest jeszcze jedna rzecz, która trzyma przy życiu poza patriotyzmem i walką o lepszy kraj. To pasja. Macie jakąś? Mnie przy życiu trzyma, i pozwala funkcjonować rodzina, oraz kibicowanie Bałtykowi. Całe szczęście, że nie przestajemy grać. Wiek coraz starszy, a aktywność nie maleje. Z jednej strony mój czas powoli dobiega końca, kiedyś trzeba będzie dać sobie w końcu spokój. Z drugiej strony, jak skończę kibicować – skończę żyć, rozpocznie się ostatni etap życia – starcza wegetacja. Bez pasji życie jest niczym, jest nudne i nieciekawe, liczenie ciągłe pieniędzy, życie od wypłaty do wypłaty, spanie, jedzenie i wydalanie. Wybranie swojej drogi życiowej w formie kibicowania Bałtykowi to był najwspanialszy wybór w moim życiu. Już nigdy tego nie zrozumieją moi starzy oraz większość znajomych, nie związanych z tematem. Tymczasem ta nasza obskurna liga z tymi naszymi prowincjonalnymi działaczami i ta nie za dobra (choć to się ostatnio zmienia) drużyna z ledwie garstką kibiców… Na pozór nic, czym by można było się zachwycać. Ta właśnie jednak pasja – jeżdżenie, pisanie, nap…nie po ryjach powoduje różnicę, powoduje, że nigdy nie będę stłamszony pomiędzy kredytem hipotecznym a dwumiesięczną kolejką do lekarza specjalisty. Jak do tego dojdzie jeszcze odpowiednia muza, jakiś elegancki obraz do kontemplowania, raz na miesiąc jakiś dopalacz drobny, albo książka ciekawa, to już w ogóle, okulary różowe i wszystko znów gra. O co mi w tym wszystkim chodzi? Że trzeba mieć w życiu coś, co pozwoli wam odlecieć. Zapomnieć o żydach z banku, o kretyńskich mordach z telewizora, o ciągle zbyt małej pensji, o debilach w koło nas, o pedałach w sejmie. Nie myślcie ciągle o niespełnionych marzeniach, o nieudanym życiu, o babach które wam się puszczają , o zawiasach które prorok chce wam odwiesić. Bo parafrazując stary kawałek Slums Attack.. „Jest jedna rzecz, dla której warto żyć… BAŁTYK!… I nie liczy się nic ;-) . PS – Oczywiście ludzie mają różne pasje, jak np. wędkowanie, gra w kręgle, zbieranie proporczyków lub dzierganie na drutach. Lepsze to niż nic, ale proponuję jednak uzależnić się od Bałtyku Gdynia, przyjemniejsze i pożyteczniejsze…

pasja