Drużyna KS Myszków większość swojego istnienia tułała się po niewysokich ligach, w chwili obecnej jest na przykład w częstochowskiej lidze okręgowej. Miała jednak swoje 5 minut w połowie lat 90 – tych. Pod swoje skrzydła wzięły ją firmy „Krisbut” i „Papiernik”, dość bogate jak na tamte lata, co spowodowało grę Myszkowa na drugoligowym poziomie przez 2-3 sezony. W sezonie 94/95 był to absolutny beniaminek, toteż ciekawi byliśmy wrażeń w tym mieście. Wyjazd był dla nas standardowo daleki, Myszków leży nieco poniżej Częstochowy. Wyruszyliśmy na ten wyjazd w 17 osób.  W Częstochowie mieliśmy przesiadkę, co wykorzystaliśmy na zrobienie napisu sprayem na moście, oczywiście SKS Bałtyk Gdynia. Już po godzinie 8 rano byliśmy w Myszkowie. W tej mieścinie w tamtych czasach kibicowało się wyłącznie Ruchowi Chorzów, pewnie i dziś jest podobnie, zaś największą nienawiścią cieszył się zabrski Górnik. Nawet stare dziady opowiadały, jak to nienawidzą Górnika. Znaleźliśmy pijacką metę o nazwie „Bar nad Wartą”, gdzie w niewyszukanej cenie sprzedawano browar, a koneserzy tego trunku od rana przesiadywali w owym przybytku.  Pękało piwo za piwem, trochę się nudziliśmy, do meczu ciągle było daleko. Postanowiliśmy udać się na miasto. Gdy zobaczyliśmy salon fryzjerski, padła radosna myśl, byśmy wszyscy ostrzygli się na łyso. Ostatecznie zrobiło to 13 lub 14 osób, zdecydowana większość ekipy. Wyglądaliśmy kozacko. Po wizycie u fryzjera lekko się rozeszliśmy. Została już ledwie godzina do meczu, gdy przybiegła do nas, zalegających pod stadionem grupka trzech od nas, która piła wódkę w pobliskim parku. Mówili że w naszą stronę idzie większa od naszej grupa w barwach Ruchu Chorzów. Zdjęliśmy pasy i ruszyliśmy w ich stronę, gdy ich spotkaliśmy, z okrzykiem „Bałtyk Gdynia” zaatakowaliśmy. Trzech eskortujących ich psów nawet nie drgnęło, natomiast grupka ok. 25 myszkowskich Ruchofanów rozbiegła się w popłochu.  Próbowali się zebrać, ale po kilku minutach znów ich gonimy i znów uciekają. Niestety to już koniec zabawy, pomiędzy nas na sygnale wjeżdżają dwie kabaryny i wyskakują z nich psy , kilku miało na ryjach kominy. Zaprowadzili nas na stadion. Wywieszamy trzy flagi i rozpoczyna się mecz. Miejscowi utworzyli 60 – 80 osobowy młynek, doping ich dotyczył głównie Ruchu, krzyczeli też m.in. „Deutschland” i „Zabić skina, sk…na” w naszą stronę, ale generalnie nie mieli szans przebić nas dopingiem, po prostu raczkowali dopiero. Po 7 minutach meczu przegrywaliśmy już 2-0, by ostatecznie zremisować 2-2. Po meczu psy ładują nas do lodówy i zawożą na dworzec. Daleko nie było, za nami przyszło chyba z pół miasteczka. W pewnym momencie jeden od nas dostaje w głowę butelką, od razu wybiegamy w bodajże czterech przed dworzec, miasteczko się rozbiega, chyba z 70 ich tam przyszło, ale siła bojowa – zerowa. Psy już mają nas dosyć, ale wsiadamy w końcu w pociąg do Częstochowy. Tam mamy trochę czasu, więc udajemy się do znajomych zakonnic na jasnej Górze, gdzie dostajemy dzbanek herbaty – bardzo nam smakowała, kac bowiem się zaczynał robić gigantyczny. W końcu jest pociąg do Gdyni, podbija kanar, a jadący z nami ksiądz wmawia kanarowi, że jesteśmy trudną młodzieżą wracającą z pielgrzymki. Jakoś ten bajer w końcu przechodzi i reszta powrotu do Gdyni przebiega już w spokoju. Ten wyjazd trwał około 30 godzin i w tamtych czasach była to normalka dla nas, a dziś niektórzy beczą, jak muszą spędzić 10 godzin poza domem z powodu wyjazdu, inne czasy, inne obyczaje, inni ludzie wtedy jeździli – ot, co…