Nienawidzę takich gównianych drużyn, sponsorskich prymitywnych wybryków typu Sokół Pniewy. Mała, obsrana mieścina leżąca na trasie Poznań – Berlin, która nigdy nie miała kibiców, historii, uznania, prestiżu… Nic, zapadła wielkopolska dziura w rejonie, gdzie liczy się tylko Lech Poznań. W Wielkopolsce sporo ludzi bogatych a głupkowatych, którzy swoje kradzione, śmierdzące pieniądze lokowali w lipnych klubikach, bo taki klub to doskonała pralnia kasy dla złodziei. Stąd złodziejskie inwestycje w jakieś Sokoły, Amici, Dyskobolie w tamtych rejonach, te gówna awansowały do ekstraklasy, pograły po rok, dwa nawet i pięć i znikły, a wielu wielkopolskich „biznesmenów” ogląda świat zza krat bądź uciekło za granicę. Skąd ta moja nienawiść? Bo przez te bandyckie pralnie i gangsterskie machlojki kluby które grały dobrze i ambitnie, ale nie miały układów i kasy, skazane były na porażkę. Takim też klubem był Bałtyk. Dobry kolektyw, bez gwiazd i bez kasy, rozumiejący się i walczący o ekstraklasę. Może wszystko byłoby inaczej, gdyby nam się to udało w czerwcu 1993? Niestety, korupcyjny Sokół Pniewy nas wysadził z siodła. Gdy gangsterom  z Pniew prorok dobrał się do tyłka, zwinęli interes. Obecnie Sokół spadł do poznańskiej okręgówki i nikt o nim nie pamięta. Jednak ten akurat najlepszy dla nas sezon, 92/93 straciliśmy bo Sokół „niepodziewanie” wszystko wygrywał na wiosnę i że tak powiem, złamał nam kręgosłup, i popadamy w ruinę, stan ten trwa do dziś. Do rzeczy…

Wyjazd do Pniew zaczął się w chłodny, październikowy piątkowy wieczór. Wyruszyliśmy w 31 osób bardzo dobrej jak na nas ekipy. Mieliśmy bardzo dużo alkoholu, to był chyba najbardziej patologiczny nasz wyjazd w tym 5 – letnim okresie gry na zapleczu ekstraklasy, ale dojdziemy do tego. Mieszanie alkoholi, pijackie śpiewy i agresja – cóż rzec można, tak wtedy się jeździło… Wybijanie szyb butelkami od wina, totalna demolka jednego przedziału – „pani wstanie z tego siedzenia, bo muszę je wyrzucić przez okno” – do końca życia zapamiętam to zdanie, acz słowo „wyrzucę” było w nieco wulgarniejszej formie. Dojeżdżamy do Poznania, wytaczamy się z pociągu, chóralne śpiewy, trzask świetlówek na peronie, idziemy na drugi pociąg. Wbijamy się w przedziwny, przedpotopowy pociąg wyglądający niczym skradziony z muzeum kolejnictwa. Z rozkładu wynikało, iż ten zabytek łączy Pniewy z cywilizacją 3 razy w ciągu doby. Ruszamy w stronę Pniew. Jakiś kanar chodził i szukał „tego pana, co ma bilet grupowy dla wszystkich” ale ten pan niestety się nie znalazł, nie dziwiliśmy się oburzeniu kanara, który nie do końca nam wierzył w istnienie tegoż pana. Liczyliśmy się i okazało się, że dwóch brakuje. Byli ze starej ekipy z Rumi, która zawsze piła najwięcej, nawet chyba więcej od Vitavy. Starzy z Rumi po prostu kończyli pić w momencie, gdy co najmniej 2 innych kolegów musiało ich nieść, ale to mało istotna dygresja, bo generalnie piło 95% wyjazdowiczów. Tamci dojechali bodajże do Leszna, po czym jednemu udało się do nas wrócić, a drugi pojechał do Katowic bodajże, tak więc na meczu było nas równe 30 osób. Wysiadamy w Pniewach o godzinie 5.20. Ciemno jak w dupie u murzyna, pełna wieś, zimno jak cholera, ani jedna osoba poza nami nie wysiadła i nikt też nie wsiadał, witamy w Pniewach…  A my swoje Baaaałtykkk… Gdyyyyniaaa… poszło wesoło w przestworza. Po kilku minutach dochodzimy do pierwszego sklepu, zamkniętego jeszcze, ale stał przed nim transporter z mlekiem, było w nim chyba 12 butelek tej cennej zapitki, to był nasz pierwszy łup. Pamiętacie jeszcze z końcówki komuny te duże litrowe szklane butelki z mlekiem? Miały zależnie od procentu tłuszczu 2 rodzaje takich jakby kapsli ze złotka, można je zobaczyć w pierwszych scenach starego filmu „Nie lubię poniedziałku”. To właśnie takie mleko zdobyliśmy, ale 2-3 butle zaraz straciliśmy, bo przypadkiem poleciały w szyby dwóch zaparkowanych aut na niemieckich blachach. Ani mleka, ani szyb, taki to był interes. Dochodzi mniej więcej 5.45 dochodzimy do spożywczego, otwierają go o 6, ale kręci się jakaś baba na zapleczu. Walimy w szyby i wołamy „pani otwiera, bo tu ludzie czekają!”.  No i kobieta otworzyła, to była chyba najgorsza decyzja w jej życiu. Dwóch kolegów robi sztuczny tłum, idą do lady z żarciem i kłócą się z babą o flaczki w słoiku i paluszki, jednym z tych dwóch był pijany B z Chwarzna, bo wtedy pił jeszcze. On się śmiesznie jąka, a jak był pijany, to chyba tylko ci co rozwalili „Enigmę” byliby w stanie go zrozumieć, wydziera się że baba ma te flaczki drogie strasznie, ta go nie rozumie i coś tam gada, ale przenieśmy się w drugą, nieobstawioną strefę sklepu… z alkoholem. T z Rumi kładzie się na podłodze i przeczołguje pod ladą (jego stary numer, kilka razy tak zrobił) po czym wyciąga po butelce wódki (a usadowił się przy tych litrowych) i nam podaje. Wszystko lądowało w dużym, białym marynarskim worku G z Wejherowa. Proceder trwał chwilę, któraś butelka trzasnęła o podłogę i baba ze sklepu zaczęła drzeć ryja, trzeba było już iść. Gdy odeszliśmy kawałek podliczyliśmy zdobycze i okazało się, że mamy gratis 12 litrów gorzały. Rozpoczęło się pijackie pandemonium. Kilka osób wróciło do malutkiej poczekalni dworcowej i tam pochlali się aż pospadali z krzeseł i zalegli na podłodze. Kilka chlało w jakimś parku czy w sadzie. Ja byłem w grupie, która przestawiła bramki, skroiła tablice z wynikami i imprezowała na środku stadionu pniewskiego. Najdziwniejszą miejscówkę na picie miało jednak kilka osób, które piły na cmentarzu. Przy każdym toaście gadali do faceta, który tam leżał, na przykład „Twoje zdrowie” albo „Dzięki, że nic nie masz do nas, że tu pijemy”. Powoli nadszedł dzień, rozjaśniło się. Okazało się, że zniknęła kasa biletowa. To była taka buda z desek i jacyś nieznani sprawcy ją najzwyczajniej w świecie rozebrali, a deski rozrzucili po okolicy, bilety rozkradli. Idziemy mocno zadżumieni z powrotem na miasto… przyjechały jakieś psy i stały pod oknem kamienicy, przez które (zamknięte) nieznany sprawca z vitavy z biało niebieskim szalem na pysku wrzucił kosz na śmieci do mieszkania. Dojeżdżają radiowozy na sygnale wzywane masowo przez „przerażonych mieszkańców miasteczka”. Zgarniają nieprzytomnego z pijaństwa dżentelmena z Chwarzna, który wbrew obiegowym opiniom wcale nie jest nieślubnym synem Krystyny Jandy ;-) . Policyjna nysa rusza, zaskoczony K. wybija głową szybę w nysce. Dużo takich i podobnych wesołych incydentów miało tego dnia miejsce w Pniewach. Psów całe multum nagle się robi, zabawa się kończy, wbijamy wszyscy na stadion i kibicujemy naszym. Oczywiście nie mieliśmy prawa zdobyć punktów w Pniewach. Na dworcu czas do pociągu umila nam miejscowy kryminał z odsiedzianą ćwiarą (25 lat w kiciu) popisując się żarcikami z kryminału wronieckiego i połykaniem żyletki. Dojeżdżamy do Poznania, po wydarzeniach pniewskich eskortują nas psy. W Poznaniu wychodzimy z dworca i na umówiony sygnał rozbiegamy się gubiąc psów, po czym w komplecie odwiedzamy stadion Lecha Poznań na ich meczu ze Stalą Mielec. To była nasza pierwsza wizyta na Lechu od przybicia zgody z pyrami. Kilka piw i naprawdę już znużeni tym wyjazdem spokojnie wracamy do domu… Wyjazd z cyklu tych niezapomnainych.