„Beksińscy. Portret podwójny” to dziwna biografia. Przede wszystkim rzadko zdarza się, by jedna biografia była poświęcona aż dwóm osobom naraz, cóż, że blisko ze sobą związanym. Grzebałkowska unika ferowania wyroków, wystawiania własnych opinii, brak tu opisów twórczości, dzieł i wielu innych rzeczy, które w skład standardowych biografii na ogół wchodzą. Książka ta to suche fakty, przytaczane słowa i refleksje artysty – nie było to takie trudne, stary Beks prowadził bardzo regularnie dziennik foniczny. Nagrywał się i swoich bliskich, twierdząc słusznie, acz nie bez sporej dozy narcyzmu, że jest niezłym artystą i warto, by jak najwięcej o nim po nim się zachowało.  Do tego dochodzą rozmowy z osobami które go otaczały, znajomymi, rodziną, współpracownikami.  Wszelakie listy, których Zdzisław pisał sporo. Innym też swego rodzaju artystą był jego syn. Z wyglądu i zachowania antypatyczny, zamknięty w sobie bufon, który zaszczycał rozmową tylko tych, którzy na to w jego mniemaniu zasługiwali. Jak łatwo się domyśleć było to bardzo wąskie grono osób. Natomiast Tomasz był genialnym dziennikarzem radiowym i na muzyce znał się jak mało kto w tym kraju, być może jak nikt. Cały czas słuchał, zapisywał, nagrywał, komentował, żył muzyką. Wiedział o niej wszystko, uruchamiał swe znajomości muzyczne  za granicą, by ściągać stamtąd płyty całkowicie niedostępne w siermiężnej komunistycznej Polsce. Jako pierwszy w Polsce stał się posiadaczem „Final Cut” Pink Floyd, już nie będę tego szczegółowo opisywał, sięgnijcie po książkę. Jego wszelkie prelekcje, audycje w radiu były niczym baśniowa podróż przez świat muzyki, mógł o niej mówić godzinami. O samobójstwie mówił często, nie trawił życia w otoczeniu kretynów, chamów i parweniuszy, dawał temu wielokrotnie wyraz. Czas umierać  – napisał w swym testamencie nazwanym „Fin de siecle”, który bez problemu znajdziecie w necie. Był konsekwentny, swe zamierzenia wprowadził w czyn, co bardzo potępiam, gdyż nikt nie powinien sam sobie odbierać życia. Jest to objaw tchórzostwa, mazgajstwa i strachu przed rzeczywistością. Nie można było go lubić jako człowieka, nie dawał szans ku temu. Trzeba by nadawać na jego falach, bardzo nieliczni to potrafili. Nie można jednak  zapomnieć jego audycji o muzyce, prawdziwy artysta słowa, nikt już tak nie będzie opowiadał… Wróćmy jeszcze do jego ojca, Zdzisława. Mentalne przeciwieństwo syna, zamierzał żyć długo, zamordowany przez syna sąsiada potrzebującego kasy. Tworzył dużo i potrafił wszystko – był znakomitym rzeźbiarzem, malarzem, fotografem, na końcu swojego życia bawił się też grafiką komputerową. Od rzeczywistości codziennej trochę odjechał, wszyscy mieli z nim krzyż pańscy – rodzina, przyjaciele, współpracownicy, wystawcy… Niepokorny, narcystyczny typ, powtarza się historia jak u syna  – ciężki w pożyciu, acz trochę bardziej mimo wszystko przyswajalny przez otoczenie, ludzi urzekała jego twórczość, nie trzeba było z nim gadać, wystarczyło podziwiać… Gdy było podejrzenie, że jego syn popełnia właśnie samobójstwo orzekł, że nie będzie mu wchodził w życie osobiste i że trzeba uszanować jego wybór, nie cierpiał dzieci i oczywiście większości ludzi, gdyż byli to według niego idioci. No specjalnie to się nie mylił, ciekawe co by dziś powiedział, gdyby obejrzał telewizję i wyszedł na ulicę? Reasumując, bo mógłbym tu jeszcze dużo pisać. Ciekawa książka, czyta się lekko, czasem przeraża, czasem rozśmiesza, czasem wpędza w zadumę. Zdecydowanie polecam, w mojej ocenie 9 w skali 0 -10.

beks