Najwięksi artyści dawno już pomarli. Już wspominałem w wielu artykułach, oraz w jednym konkretnie napisałem o sztuce – że ta praktycznie już nie istnieje. Są jednak wyjątki nieliczne. W XX wieku w zalewie malarskiego kiczu, syfu i żenady jednym z niewielu ostatnich pozostałych przy życiu artystów był Zdzisław Beksiński. Gość klimatyczny, czytam o nim i jego synu książkę, więc wiem na jego temat coraz więcej. Był znanym rzeźbiarzem, rysownikiem i fotografem, do mnie jednak przemawia przede wszystkim jako malarz. Jako człowiek był takim trochę czubem. Po jego pierwszej wystawie krytycy odwrócili się od Zdzicha na zawsze i zginąłby w tłumie pacykarzy, gdyby nie to, że spodobał się ludziom. Komunistycznym cenzorom zabrakło wyczucia. Beksiński nie dawał się w żaden sposób usystematyzować, zaszufladkować. Na przykład żadnemu obrazowi nie nadał tytułu, nie przywiązywał wagi do pierdoł. Nie chciał wpływać na ludzi, chciał żeby dobrowolnie interpretowali ich treść.  Na pytanie, co znaczy dany obraz, Beksiński odpowiedział tak: „Nigdy nie zadaję sobie pytania „co to znaczy” ani w odniesieniu do moich obrazów, ani do cudzych. Znaczenie jest dla mnie całkowicie bez znaczenia. Jest tyle warte ile smak czekolady w opisie literackim. Nie mogę pojąć że problem znaczenia może być dla ludzi aż tak istotny, jeśli idzie o obcowanie ze sztuką. Nie to jest ważne co się ukazuje, lecz co jest ukryte…. Ważne jest to, co ukazuje się naszej duszy, a nie to, co widzą nasze oczy i co możemy nazwać.” Piękna definicja i nie mam nic do dodania. Jego obrazy są dziwne i mroczne… Nie znaczy to, że Beksiński jest pesymistą, satanistą, smutasem ani nic w tym stylu. Pytany o to autor odpowiada w swoim stylu, że po prostu wstaje rano i maluje to, co mu się przyśniło, a przecież nie odpowiada za swoje sny. W sumie koło jego obrazów nie przechodzi się obojętnie – albo się go nienawidzi, albo bardzo lubi, albo nie rozumie, ale o ludziach bez wrażliwości artystycznej pisał tutaj nie będę. Mroczne wizje, krajobrazy apokaliptyczne, osobliwe fantasmagorie… Styl Beksińskiego rozpoznaję najdalej w 3 sekundy od spojrzenia na dzieło, jest charakterystyczny. Lubię go, podziwiam i żałuję że zmarł w tak durny sposób (zamordowany przez naćpanego sąsiada – małolata, któremu nie chciał dać kasy). No to przedstawiam jego 3 obrazy, oraz moją radosną interpretację jego niektórych dzieł, dla mnie to futurystyka, przewidywanie przyszłości, wszak mam je rozumieć na swój sposób, no to proszę  ;-) :

Beksiński

Rok 2018… skompromitowany rząd polski dokańcza żywota na wygnaniu na pustyni Gobi w południowej Mongolii.. Po lewej zmarnowany Komorowski… poznajecie? Drugi z lewej to chyba Tusk… Kilku jeszcze zdrajców siedzi przy ognisku, wyglądają marnie, nikt ich nie chce karmić, nikt nie chce przygarnąć… ognisko dogaśnie i zapewne pomrą marnie… Nie ma dla nich miejsca w Wolnej Polsce… Niech zdechną na mongolskiej pustyni, to jedyne miejsce adekwatne do ich podłego i marnego życia…

Beksiński1

Tu trochę wcześniejsze czasy, rok 2016. W kraju trwa wojna domowa. Widzimy płonącą Warszawę, okolice Starego Miasta. Jak widzimy kanałami ucieka przed armią polskiej prawicy zmutowany żydokomuch, fanatyk PO, jak widać jadł zbyt dużo produktów z wysoką zawartością GMO…

Beksiński2

In hoc signo vinces – Pod tym znakiem zwyciężysz, taka inskrypcja jest napisana na tym obrazie. Na tej dziwnej kołysce widzimy literę R… czy oznacza to, że pod moim przewodnictwem zwyciężymy? Bo też i ta tajemnicza postać w białej szacie wygląda trochę tak, jak redaktor Wolnej Polski piszący kolejny ważny artykuł… Jak widać sztukę Zdzisława Beksińskiego każdy faktycznie może interpretować na swój sposób, co wam gorąco polecam  8-)