Archiwum dla Lipiec, 2014

Pamiętamy…

 

Może mi przyjdzie polec tak samo
Jak, tyle, tyle tysięcy
Na piętrach, dachach, w piwnicach,
Promienny i krwawy jak zorza,
Radością pogonił w ulicach.

Wśród domów okrzykiem – jak surmą,
W zaułkach seriami – jak śmiercią.
Tysiące ruszyły do szturmu
W zwycięstwo. Sierpniowe zwycięstwo.

Dziś idę walczyć – Mamo!
Może nie wrócę więcej,
Może mi przyjdzie polec tak samo
Jak, tyle, tyle tysięcy.

W czerwieni i bieli zuchwałej
Proporców, opasek na rękach,
Nie zważa na ognia nawałę
Szalona, junacka potęga.

A sierpień zachodem nam świeci,
Zachodem co w łunach goreje.
Warszawa rzuciła swe dzieci
Po jutra wolnego nadzieję.

Dziś idę walczyć – Mamo!
Może nie wrócę więcej,
Może mi przyjdzie polec tak samo
Jak, tyle, tyle tysięcy.

Zgineło polskich żołnierzy
Za Wolność naszą i sprawę,
Ja w Polskę, Mamo, tak strasznie wierzę
I w świętość naszej sprawy

Dziś idę walczyć – Mamo kochana,
Nie płacz, nie trzeba, ciesz się, jak ja,
Serce mam w piersi rozkołatane,
Serce mi dziś tak cudnie gra.

To jest tak strasznie dobrze mieć Stena w ręku
I śmiać się śmierci prosto w twarz,
Za kraj! Za honor nasz!

Dziś idę walczyć – Mamo!
Może nie wrócę więcej,
Może mi przyjdzie polec tak samo
Jak, tyle, tyle tysięcy.

 

Józef Szczepański, „Ziutek”

 

Mija właśnie 70 lat od największego zrywu niepodległościowego w Europie. Warszawa była w gruzach, a Polacy mieli przeciwko sobie prawie wszystkich: Rosyjską stalinowską swołocz nadciągającą ze wschodu, niemieckich nazistów i polskich komunistów przygotowywanych do objęcia władzy w powojennej Polsce pod jarzmem Ruskich.  To dziwne, ale gdy jutro o godzinie 17 zawyją na chwilę syreny i większość Polaków choć na chwilę stanie, by oddać cześć bohaterom, nachodzą mnie jakby wspomnienia. Choć było to przecież 70 lat temu. Oczami duszy widzę płonącą stolicę i tych ludzi, którzy walczyli o wolność, o przyszłość, o honor, dumę i zwycięstwo. Jutro będą miały miejsce różnego rodzaju imprezy związane z tym dniem. Niewielu już zostało żywych powstańców, przecież każdy z nich musi mieć powyżej 85 lat… Ludzie ci byli bohaterami największymi z największych, tymczasem po wojnie byli nękani i niszczeni przez zbrodniarzy komunistycznych, a i dziś różnego rodzaju żydowskie bądź komunistyczne media próbują ich szkalować bądź podważać sens ich powstańczej walki. Nie będę tu streszczał historii, bo kto tylko chce, pozna ją z właściwych źródeł. Na szczęście jest pokolenie stadionów, polska nacjonalistyczna młodzież, która nie pozwoli, by pamięć o powstaniu kiedykolwiek zginęła. Wspomnijcie jutro choć na sekundę bohaterskich powstańców, oddajcie im cześć. Walka jeszcze nie skończona, jeszcze zło rządzi na świecie, a rosyjskie i germańskie imperia nadal trzymają się mocno, ale ofiara powstańcza nie pójdzie na marne, gdyż zwycięstwo należy do nas… Cześć i chwała bohaterom!

powst44

 

 

1992.10.30 Sokół Pniewy – Bałtyk Gdynia

Nienawidzę takich gównianych drużyn, sponsorskich prymitywnych wybryków typu Sokół Pniewy. Mała, obsrana mieścina leżąca na trasie Poznań – Berlin, która nigdy nie miała kibiców, historii, uznania, prestiżu… Nic, zapadła wielkopolska dziura w rejonie, gdzie liczy się tylko Lech Poznań. W Wielkopolsce sporo ludzi bogatych a głupkowatych, którzy swoje kradzione, śmierdzące pieniądze lokowali w lipnych klubikach, bo taki klub to doskonała pralnia kasy dla złodziei. Stąd złodziejskie inwestycje w jakieś Sokoły, Amici, Dyskobolie w tamtych rejonach, te gówna awansowały do ekstraklasy, pograły po rok, dwa nawet i pięć i znikły, a wielu wielkopolskich „biznesmenów” ogląda świat zza krat bądź uciekło za granicę. Skąd ta moja nienawiść? Bo przez te bandyckie pralnie i gangsterskie machlojki kluby które grały dobrze i ambitnie, ale nie miały układów i kasy, skazane były na porażkę. Takim też klubem był Bałtyk. Dobry kolektyw, bez gwiazd i bez kasy, rozumiejący się i walczący o ekstraklasę. Może wszystko byłoby inaczej, gdyby nam się to udało w czerwcu 1993? Niestety, korupcyjny Sokół Pniewy nas wysadził z siodła. Gdy gangsterom  z Pniew prorok dobrał się do tyłka, zwinęli interes. Obecnie Sokół spadł do poznańskiej okręgówki i nikt o nim nie pamięta. Jednak ten akurat najlepszy dla nas sezon, 92/93 straciliśmy bo Sokół „niepodziewanie” wszystko wygrywał na wiosnę i że tak powiem, złamał nam kręgosłup, i popadamy w ruinę, stan ten trwa do dziś. Do rzeczy…

Wyjazd do Pniew zaczął się w chłodny, październikowy piątkowy wieczór. Wyruszyliśmy w 31 osób bardzo dobrej jak na nas ekipy. Mieliśmy bardzo dużo alkoholu, to był chyba najbardziej patologiczny nasz wyjazd w tym 5 – letnim okresie gry na zapleczu ekstraklasy, ale dojdziemy do tego. Mieszanie alkoholi, pijackie śpiewy i agresja – cóż rzec można, tak wtedy się jeździło… Wybijanie szyb butelkami od wina, totalna demolka jednego przedziału – „pani wstanie z tego siedzenia, bo muszę je wyrzucić przez okno” – do końca życia zapamiętam to zdanie, acz słowo „wyrzucę” było w nieco wulgarniejszej formie. Dojeżdżamy do Poznania, wytaczamy się z pociągu, chóralne śpiewy, trzask świetlówek na peronie, idziemy na drugi pociąg. Wbijamy się w przedziwny, przedpotopowy pociąg wyglądający niczym skradziony z muzeum kolejnictwa. Z rozkładu wynikało, iż ten zabytek łączy Pniewy z cywilizacją 3 razy w ciągu doby. Ruszamy w stronę Pniew. Jakiś kanar chodził i szukał „tego pana, co ma bilet grupowy dla wszystkich” ale ten pan niestety się nie znalazł, nie dziwiliśmy się oburzeniu kanara, który nie do końca nam wierzył w istnienie tegoż pana. Liczyliśmy się i okazało się, że dwóch brakuje. Byli ze starej ekipy z Rumi, która zawsze piła najwięcej, nawet chyba więcej od Vitavy. Starzy z Rumi po prostu kończyli pić w momencie, gdy co najmniej 2 innych kolegów musiało ich nieść, ale to mało istotna dygresja, bo generalnie piło 95% wyjazdowiczów. Tamci dojechali bodajże do Leszna, po czym jednemu udało się do nas wrócić, a drugi pojechał do Katowic bodajże, tak więc na meczu było nas równe 30 osób. Wysiadamy w Pniewach o godzinie 5.20. Ciemno jak w dupie u murzyna, pełna wieś, zimno jak cholera, ani jedna osoba poza nami nie wysiadła i nikt też nie wsiadał, witamy w Pniewach…  A my swoje Baaaałtykkk… Gdyyyyniaaa… poszło wesoło w przestworza. Po kilku minutach dochodzimy do pierwszego sklepu, zamkniętego jeszcze, ale stał przed nim transporter z mlekiem, było w nim chyba 12 butelek tej cennej zapitki, to był nasz pierwszy łup. Pamiętacie jeszcze z końcówki komuny te duże litrowe szklane butelki z mlekiem? Miały zależnie od procentu tłuszczu 2 rodzaje takich jakby kapsli ze złotka, można je zobaczyć w pierwszych scenach starego filmu „Nie lubię poniedziałku”. To właśnie takie mleko zdobyliśmy, ale 2-3 butle zaraz straciliśmy, bo przypadkiem poleciały w szyby dwóch zaparkowanych aut na niemieckich blachach. Ani mleka, ani szyb, taki to był interes. Dochodzi mniej więcej 5.45 dochodzimy do spożywczego, otwierają go o 6, ale kręci się jakaś baba na zapleczu. Walimy w szyby i wołamy „pani otwiera, bo tu ludzie czekają!”.  No i kobieta otworzyła, to była chyba najgorsza decyzja w jej życiu. Dwóch kolegów robi sztuczny tłum, idą do lady z żarciem i kłócą się z babą o flaczki w słoiku i paluszki, jednym z tych dwóch był pijany B z Chwarzna, bo wtedy pił jeszcze. On się śmiesznie jąka, a jak był pijany, to chyba tylko ci co rozwalili „Enigmę” byliby w stanie go zrozumieć, wydziera się że baba ma te flaczki drogie strasznie, ta go nie rozumie i coś tam gada, ale przenieśmy się w drugą, nieobstawioną strefę sklepu… z alkoholem. T z Rumi kładzie się na podłodze i przeczołguje pod ladą (jego stary numer, kilka razy tak zrobił) po czym wyciąga po butelce wódki (a usadowił się przy tych litrowych) i nam podaje. Wszystko lądowało w dużym, białym marynarskim worku G z Wejherowa. Proceder trwał chwilę, któraś butelka trzasnęła o podłogę i baba ze sklepu zaczęła drzeć ryja, trzeba było już iść. Gdy odeszliśmy kawałek podliczyliśmy zdobycze i okazało się, że mamy gratis 12 litrów gorzały. Rozpoczęło się pijackie pandemonium. Kilka osób wróciło do malutkiej poczekalni dworcowej i tam pochlali się aż pospadali z krzeseł i zalegli na podłodze. Kilka chlało w jakimś parku czy w sadzie. Ja byłem w grupie, która przestawiła bramki, skroiła tablice z wynikami i imprezowała na środku stadionu pniewskiego. Najdziwniejszą miejscówkę na picie miało jednak kilka osób, które piły na cmentarzu. Przy każdym toaście gadali do faceta, który tam leżał, na przykład „Twoje zdrowie” albo „Dzięki, że nic nie masz do nas, że tu pijemy”. Powoli nadszedł dzień, rozjaśniło się. Okazało się, że zniknęła kasa biletowa. To była taka buda z desek i jacyś nieznani sprawcy ją najzwyczajniej w świecie rozebrali, a deski rozrzucili po okolicy, bilety rozkradli. Idziemy mocno zadżumieni z powrotem na miasto… przyjechały jakieś psy i stały pod oknem kamienicy, przez które (zamknięte) nieznany sprawca z vitavy z biało niebieskim szalem na pysku wrzucił kosz na śmieci do mieszkania. Dojeżdżają radiowozy na sygnale wzywane masowo przez „przerażonych mieszkańców miasteczka”. Zgarniają nieprzytomnego z pijaństwa dżentelmena z Chwarzna, który wbrew obiegowym opiniom wcale nie jest nieślubnym synem Krystyny Jandy ;-) . Policyjna nysa rusza, zaskoczony K. wybija głową szybę w nysce. Dużo takich i podobnych wesołych incydentów miało tego dnia miejsce w Pniewach. Psów całe multum nagle się robi, zabawa się kończy, wbijamy wszyscy na stadion i kibicujemy naszym. Oczywiście nie mieliśmy prawa zdobyć punktów w Pniewach. Na dworcu czas do pociągu umila nam miejscowy kryminał z odsiedzianą ćwiarą (25 lat w kiciu) popisując się żarcikami z kryminału wronieckiego i połykaniem żyletki. Dojeżdżamy do Poznania, po wydarzeniach pniewskich eskortują nas psy. W Poznaniu wychodzimy z dworca i na umówiony sygnał rozbiegamy się gubiąc psów, po czym w komplecie odwiedzamy stadion Lecha Poznań na ich meczu ze Stalą Mielec. To była nasza pierwsza wizyta na Lechu od przybicia zgody z pyrami. Kilka piw i naprawdę już znużeni tym wyjazdem spokojnie wracamy do domu… Wyjazd z cyklu tych niezapomnainych.

Bałtyk przed sezonem

Nihil novi – chciałoby się rzec po łacinie, by skomentować to, co dzieje się w klubie Bałtyk. Klub opuścili już prawie wszyscy którzy potrafią prosto kopnąć piłkę. Nie tylko liderzy tacy jak Bułka, Tułowiecki czy Wasielewski uciekają z Bałtyku niczym z miejsca skażonego zarazą. Także zawodnicy nieco mniej znaczni uciekają z Bałtyku niczym wieśniaki z szamba ze wsi pod Żaganiem… Uciekają po prostu wszyscy. Nikt nie chce grać w naszym klubie, nikt nie chce wiązać z nami przyszłości. Ciekawe dlaczego? Może smucą ich słowa jednego z pracowników klubu, który oficjalnie na forum komentując odejście pierwszych 5-6 graczy stwierdził, iż nie ma kogo zbytnio żałować poza 2-3 graczami, choć w wyjściowej jedenastce grywali akurat wszyscy? I osiągnęli jakiś wynik, 10 meczów z rzędu bez porażki to nie jest codzienność w naszym klubie. Zapewne tradycyjnie zarząd naszego klubu nie ma sobie nic do zarzucenia, a już na pewno najmniej Stasiek Rajewicz –  Koriat / Filipiak naszych czasów. Niekompetentni, żałośni, unikający informowania kibiców o sytuacji w klubie. Po co ja to piszę? KMWTW jak mówią wtajemniczeni. Tu nie zmienia się nic. Dość już o działaczach. Może mają genialny plan, może nie wiemy o czymś, może Martyniuk po raz kolejny wypali jako trener cudotwórca, może passa będzie trwała dalej? Po rundzie jesiennej będzie mi wstyd, że wątpiłem, a passa będzie już trwała 25 meczów bez porażki. Zobaczymy, na szczęście futbol nie jest najważniejszy w tym wszystkim. Przejdźmy więc do terminarza. Zaczynamy 8/9 sierpnia derbami z rezerwami Lechii, a kończymy 15/16 listopada derbami z rezerwami Arki.  Gramy na zmianę – u siebie, wyjazd i żadnego meczu nie gramy w środę. Oto szczegóły:

9/10.08 Bałtyk – Lechia II Gdańsk

16/17.08 Drawa Drawsko Pomorskie – Bałtyk

23/24.08 Bałtyk – Chemik Police

30/31.08 Cartusia Kartuzy – Bałtyk

06/07.09 Bałtyk – Bałtyk Koszalin

13/14.09 Gryf Wejherowo – Bałtyk

20/21.09 Bałtyk – Pogoń II Szczecin

27/28.09 Rasel Dygowo – Bałtyk

04/05.10 Bałtyk – Astra Ustronie Morskie

11/12.10 GKS Manowo – Bałtyk

18/19.10 Bałtyk – GKS Przodkowo

25/26.10 KS Chwaszczyno – Bałtyk

02.11 Bałtyk – Kaszubia Kościerzyna

08/09.11 Gwardia Koszalin – Bałtyk

15/16.11 Bałtyk – Arka II Gdynia

Tłustym drukiem zaznaczyłem mecze absolutnie konieczne do zaliczenia, czyli wyjazdy. Kibice, którzy nie jeżdżą na wyjazdy to głąby i gamonie, i nikt ich nie traktuje poważnie. My wprawdzie mało mamy zer wyjazdowych, ale i to stanowczo za słabo. Niemniej komplet wyjazdów w najbliższej rundzie to niezbędne minimum tego, aby nie być nikim. Tych wyjazdów jest 7, aczkolwiek do klasyfikacji wyjazdowej można zaliczyć 6 – Drawsko, Kartuzy, Dygowo, Manowo, Chwaszczyno i Koszalin. Siódmy wyjazd to w rzeczywistości derby w Wejherowie, który choć trzeba zaliczyć, do wyjazdów się nie dopisuje. Zaczynamy od Drawska – dwa czołgi w centrum tego miasta już czekają na nas. Może ci, co nie jeżdżą na wyjazdy, a uważają się za kibiców Bałtyku, niech robią to dalej? W tym sezonie ponoć za absencję na meczach wyjazdowych Bałtyku przewidziane są wysokie nagrody: romantyczna kolacja we dwoje z Anną Grodzką z Twojego Ruchu, karnet na 3 występy taneczne grupy homoseksualistów „Hawana Boys Band” oraz Talmud w wydaniu kieszonkowym z gratisem w postaci 3 główek czosnku :mrgreen: . Zostańcie w domu, naprawdę warto! A do tych, na których jak zwykle mogę liczyć i im ufać: Będzie dobrze, czeka nas wiele przygód wyjazdowych i brak zer. Bałtyk Gdynia wiecznie żywy!!!

Beksińscy. Portret podwójny

„Beksińscy. Portret podwójny” to dziwna biografia. Przede wszystkim rzadko zdarza się, by jedna biografia była poświęcona aż dwóm osobom naraz, cóż, że blisko ze sobą związanym. Grzebałkowska unika ferowania wyroków, wystawiania własnych opinii, brak tu opisów twórczości, dzieł i wielu innych rzeczy, które w skład standardowych biografii na ogół wchodzą. Książka ta to suche fakty, przytaczane słowa i refleksje artysty – nie było to takie trudne, stary Beks prowadził bardzo regularnie dziennik foniczny. Nagrywał się i swoich bliskich, twierdząc słusznie, acz nie bez sporej dozy narcyzmu, że jest niezłym artystą i warto, by jak najwięcej o nim po nim się zachowało.  Do tego dochodzą rozmowy z osobami które go otaczały, znajomymi, rodziną, współpracownikami.  Wszelakie listy, których Zdzisław pisał sporo. Innym też swego rodzaju artystą był jego syn. Z wyglądu i zachowania antypatyczny, zamknięty w sobie bufon, który zaszczycał rozmową tylko tych, którzy na to w jego mniemaniu zasługiwali. Jak łatwo się domyśleć było to bardzo wąskie grono osób. Natomiast Tomasz był genialnym dziennikarzem radiowym i na muzyce znał się jak mało kto w tym kraju, być może jak nikt. Cały czas słuchał, zapisywał, nagrywał, komentował, żył muzyką. Wiedział o niej wszystko, uruchamiał swe znajomości muzyczne  za granicą, by ściągać stamtąd płyty całkowicie niedostępne w siermiężnej komunistycznej Polsce. Jako pierwszy w Polsce stał się posiadaczem „Final Cut” Pink Floyd, już nie będę tego szczegółowo opisywał, sięgnijcie po książkę. Jego wszelkie prelekcje, audycje w radiu były niczym baśniowa podróż przez świat muzyki, mógł o niej mówić godzinami. O samobójstwie mówił często, nie trawił życia w otoczeniu kretynów, chamów i parweniuszy, dawał temu wielokrotnie wyraz. Czas umierać  – napisał w swym testamencie nazwanym „Fin de siecle”, który bez problemu znajdziecie w necie. Był konsekwentny, swe zamierzenia wprowadził w czyn, co bardzo potępiam, gdyż nikt nie powinien sam sobie odbierać życia. Jest to objaw tchórzostwa, mazgajstwa i strachu przed rzeczywistością. Nie można było go lubić jako człowieka, nie dawał szans ku temu. Trzeba by nadawać na jego falach, bardzo nieliczni to potrafili. Nie można jednak  zapomnieć jego audycji o muzyce, prawdziwy artysta słowa, nikt już tak nie będzie opowiadał… Wróćmy jeszcze do jego ojca, Zdzisława. Mentalne przeciwieństwo syna, zamierzał żyć długo, zamordowany przez syna sąsiada potrzebującego kasy. Tworzył dużo i potrafił wszystko – był znakomitym rzeźbiarzem, malarzem, fotografem, na końcu swojego życia bawił się też grafiką komputerową. Od rzeczywistości codziennej trochę odjechał, wszyscy mieli z nim krzyż pańscy – rodzina, przyjaciele, współpracownicy, wystawcy… Niepokorny, narcystyczny typ, powtarza się historia jak u syna  – ciężki w pożyciu, acz trochę bardziej mimo wszystko przyswajalny przez otoczenie, ludzi urzekała jego twórczość, nie trzeba było z nim gadać, wystarczyło podziwiać… Gdy było podejrzenie, że jego syn popełnia właśnie samobójstwo orzekł, że nie będzie mu wchodził w życie osobiste i że trzeba uszanować jego wybór, nie cierpiał dzieci i oczywiście większości ludzi, gdyż byli to według niego idioci. No specjalnie to się nie mylił, ciekawe co by dziś powiedział, gdyby obejrzał telewizję i wyszedł na ulicę? Reasumując, bo mógłbym tu jeszcze dużo pisać. Ciekawa książka, czyta się lekko, czasem przeraża, czasem rozśmiesza, czasem wpędza w zadumę. Zdecydowanie polecam, w mojej ocenie 9 w skali 0 -10.

beks

O Brazylii po raz czwarty

Po raz czwarty, i zapewne przedostatni piszę o odbywających się właśnie mistrzostwach w piłkę kopaną. Wczoraj w meczu pocieszenia Holendrzy pokazali Brazylijczykom, że ich 1-7 z Niemcami nie było (ha ha) wypadkiem przy pracy. Dziś zapowiada się stosunkowo nudny mecz. W zasadzie Niemcy udowodnili już, że są najlepszą drużyną świata. Tyle, że na poprzednich mistrzostwach świata czy Europy bywało podobnie, a tytułu już dość dawno nie zdobyli. W tym może upatrywać swojej szansy południowoamerykańska drużyna o ładnych barwach. Argentyna może też liczyć na niewiarygodnego farta, np. że Niemcy dostaną szybko czerwoną kartkę, potem drugą… może też liczyć na sprzyjającego sędziego, na pewno byłoby weselej oficjelom, gdyby klub z kontynentu na którym odbywają się mistrzostwa je wygrał. Może geniusz Messiego? Bach bach, strzeli w 10 na przykład minucie meczu super bramkę, potem postawią tzw. autobus w polu karnym i dowiozą najskromniejsze zwycięstwo… tego wszystkiego nie można wykluczyć, bo piłka nożna jest grą niespodzianek, i wziąwszy to wszystko do kupy Argentyna ma mocne 20% szans na zdobycie mistrzostwa. Będzie to jednak niespodzianka sporego kalibru i nie sądzę, by to było możliwe.  Bo Szkopki są teraz tak dobre, ze tak naprawdę sami sobie muszą coś spieprzyć, żeby tego meczu nie wygrać.  Musi Neuer puścić jakiegoś babola, któryś ze znakomitych niemieckich obrońców zaspać, albo któryś z napastników nie dać rady. Mało prawdopodobne i mój – jakże często nietrafny typ – to skromne 2-1 dla Niemiec. To dobre preludium dla rozpoczętego właśnie przez mnie urlopu. Było zwiedzanie, jezioro, teraz lampka wina, kilogram bobu i można oglądać. Przyjeżdżajcie na Mazury, naprawdę warto! Szum jeziora za oknem, mecz w telewizji, wygrana u bukmachera… cóż można chcieć więcej?

Satyrycy z marginesu

Gdy myślę o polskich „rozśmieszaczach”, zawodowych dowcipnisiach, wszelkiej maści kabaretach zastanawiam się, dlaczego polski ogólnie pojęty kabaret już się skończył? Dlaczego klasa humoru prezentowanego na łamach telewizji i w naturze dorównała poziomem klasie polskich polityków, i nie jest to bynajmniej stwierdzenie nobilitujące? Wiem wiem, nie brakuje „zabawnych” programów w ekranie tego szklanego gówna w moim pokoju. Jest „Dzięki Bogu już weekend”, „Kabaretowy klub dwójki” różne transmisje  kabaretowe na żywo bądź na martwo (hi hi) z Mrągowa, Lidzbarku Warmińskiego i pewnie wielu innych.  No dobrych parę godzin tygodniowo jakby się człowiek uparł można oglądać skecze, monologi, dowcipasy najróżniejsze. No muszę wam powiedzieć że są tak zajebiście zabawne, że oglądam je w pampersach, bo w innym przypadku byłbym regularnie posrany ze śmiechu. Turlam się po podłodze, łzy z rozbawienia mi ciekną, brzuch mnie tak boli ze śmiechu, że minimum 2 ranigasty zjadam po takim programie. Mówiąc poważniej to osiągnęliśmy dno całkowite. Dowcip rubaszny rodem z Niemiec gdzie faceci malują się, przebierają się za baby i odwrotnie – baby w spodniach z browarem w łapie udają facetów. Niejaki kabaret Limo z Gdańska (nie dziwota, PO ma tu najlepsze wyniki w Polsce) opowiadający jak to papież zwyczajnie sra i szcza i puszcza bąki jak inni ludzie i że nic w tym boskiego. Jakiś inny przezabawny kabaret wesoło opowiadający anegdotki o Smoleńsku. Formacja Chatelet przybliżająca nam kulturę pedałów – jacy oni śmieszni, zabawni, sympatyczni. Gwóźdź programu to najczęściej grający najebanych jak szpadle chamów w kufajkach mający obrazować zacofanie i pijaństwo polskiej wsi. Oczywiście są pojedyncze wyjątki, goście z kabaretu Moralnego Niepokoju czy Ani Mru Mru mają jakąś tam zawodową śmieszność w sobie, czasem rozbawią, owszem. Generalnie jednak jest to szajs. Kiedyś było z tym znacznie lepiej, polski humor śmieszył. Począwszy od intelektualnego humoru z lat bardzo dawnych w postaci „Kabaretu Starszych Panów”’ aż do końca komuny było dobrze, bo kabaret był opozycją, walczył z niewolniczym systemem, wszyscy byli „po jednej stronie” i nie była to strona prorządowa. Tu chyba właśnie jest jedna z przyczyn całkowitej degrengolady polskiego humoru, po prostu ci, co dawniej walczyli, są już po „właściwej” stronie. Nie jątrzą, nie dopytują, nie psują sielanki. Przytyki pod adresem rządu są życzliwe i delikatne, no bo co tu krytykować, skoro wszystko jest „zajebiście”? Ot żarciki, że Tusk idzie „haratnąć w gałę” albo Komorowski mówi niczym ksiądz na kazaniu. Nie znaczy to, że kabareciarze polscy nie potrafią dosadnie zjebać i skrytykować, co to to nie! Tym jebanym katolom zawsze się dostanie, temu PiS-owi zawsze warto przyjebać, a ci kibice? Ci naziści w biało czerwonych barwach? Kabareciki o miernych umiejętnościach, śliskim charakterze, niezbyt wysokich ambicjach. Gówno na gówno wpisane w ramy gównianej telewizji dla gównianych odbiorców. Dużo tego gówna generalnie. Nie wszyscy się wpisują w ten kanon lizodupstwa, konformizmu i pedalstwa, są pojedynczy artyści, starej daty na ogół którzy w ten kloaczny nurt się nie wpisują. Na przykład Jan Pietrzak czy Janusz Rewiński. Nie boją się mówić prawdy, mają swoje zasady i przekonania. Mając tez IQ wyższe od pawiana białorękiego, a więc nie są fanatykami PO. No i dziwnym trafem ci akurat artyści zostali zepchnięci na pobocze „kabaretowej sceny polskiej”, heh. Widać, już nie śmieszni. Szczególnie nie śmieszą baronów z PO i ich przydupasów. Pojechali z naszym gównianym niepolskim rządem no to rząd pojechał z nimi… Nagle, po wielu latach kariery i uznaniu wśród Polaków, dowcip Rewińskiego przestał śmieszyć rządzących i dziwnym trafem stracił wszystkie swoje programy, jak też przestał dostawać propozycje robienia następnych. Nagle, po kilkudziesięciu latach nie przedłużyli Pietrzakowi umowy najmu miejsca, w którym grał jego „Kabaret pod Egidą”, i też, cóż za przypadek, przestał dostawać propozycje występów, choć nadal jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych i lubianych polskich satyryków. Jednym słowem władza się rozprawia z niewygodnymi. Kończą karierę niewygodni satyrycy, a w ich miejsce już są nowi, jakże słuszni, pokorni i przydatni. Władza się roprawia z kim chce, a kiedy ktoś w końcu rozprawi się z tą władzą?

 zlaczeni

2000.03.25 Wigry Suwałki – Bałtyk Gdynia

W 2000 roku mieliśmy pierwszy w historii wyjazd na Wigry Suwałki  i, jak do tej pory ostatni. Odległość do Suwałk zaliczała się do tych większych, aż 590 km koleją w jedną stronę. Z Trójmiasta wyruszyliśmy pociągiem na Białystok w 8 osób. Na tym wyjeździe rządziła Rumia, która wystawiła 6 zawodników ;-)  . Jak na tamte czasy był to zaskakująco niealkoholowy wyjazd, w zasadzie jechaliśmy trzeźwi. W Białymstoku mieliśmy ponad godzinę czasu na kolejną przesiadkę, wyskoczyliśmy na chwilę na miasto. Zauważyliśmy nieopodal zbierających się kilku kibiców Jagi, grali wtedy w jakiejś niskiej lidze, zbierali się na wyjazd gdzieś pod Warszawę. W pociągu już do Suwałk wesołość nasza wzbudzili jacyś Ukraińcy wyglądający na popromienne ofiary Czarnobyla. W końcu dojechaliśmy do celu. Wrażenie straszne, czy to jeszcze Polska? Dworzec wyglądał jak sklecony naprędce z przygodnych desek kurnik. W koło las i 2 taksówki przy dworcu. Do miasta chyba z tego dworca kilometr albo i dwa, no masakra po prostu. Po zwiedzeniu tego biegunu zimna wbiliśmy się na stadion już z godzinę przed meczem, za darmo zresztą. Po jakimś czasie dołączyła do nas 5 – osobowa załoga auta, więc razem było nas 13 osób.  To dobry wynik był na tamte czasy, grająca z nami w lidze Arka i Pogoń Lębork odwiedziły Suwałki po 2 osoby. Mieliśmy ze sobą dwie duże flagi i parasol biało – niebieski 8-)  . Miejscowi zebrali się w 40 osób bardzo młodzieżowego młyna, mieli jedną flagę na płot i jedną na kiju. Dopingowaliśmy całkiem nieźle. No i już przed przerwą Bałtyk zdobył prowadzenie, którego już nie oddał. W drugiej połowie miejscowi wkurzeni niekorzystnym przebiegiem meczu zaczęli nieśmiało coś wrzucać nam i Pogoni. To spowodowało reakcję, w ich młyn wpadło dwóch od nas i wypłacili kilka liści. Wtedy stała się rzecz zaskakująca – wszystkie zgredy ruszyły na nas! Chyba z 70 osób, nawet nas trochę pogonili, ale stanęliśmy przy flagach, oni też stanęli nieco dalej. Do końca meczu stek wulgaryzmów z ich strony, nawet jakaś puszka w nas poleciała, ale na krzykach się skończyło. Nie odważyli się zaatakować. Po meczu miejscowi się rozeszli, a grupa samochodowa jeździła po Suwałkach i obijała fanów Wigier, nawet skrojono jeden szalik. W Suwałkach już po pierwszym meczu przestali nas lubić jednym słowem i za jakiś czas próbowali romansów z Arką, ale chyba im do końca nie wyszło. Powrót spokojny, piłkarze podrzucili nas do Olsztyna, stamtąd z jedną przesiadką w Iławie dotarliśmy około 4 w nocy do Trójmiasta. To był ciekawy wyjazd, a opisuję go między innymi z przyczyn porównawczych. W roku 2000 kibice i drużyna Wigier byli lata świetlne za nami, a dziś? Kibice Wigier to porządna ekipa, ciężko byłoby w ewentualnym starciu z nimi. O piłce to już w ogóle nie wspominam, odjechali nam strasznie, właśnie awansowali do drugiej ligi…

Podwórkowa Filozofia Malkontenta

A więc stało się… Nieoficjalna to jeszcze wersja, niepotwierdzona papierami, ale fakt jest faktem… Od dziś jestem posiadaczem ziemskim. Pani emerytka trochę zaszalała z ceną, ale w końcu przystała na moje warunki no i wraz z moją żoną jestem właścicielem działki. Jutro wizyta u notariusza i takie tam. 500 metrów kwadratowych nowej posiadłości, domek,, folia krzewy, no sielski krajobraz po prostu… Swoją drogą takie kupowanie działki to jak głębiej pomyśleć, oznaka starzenia się i biedy. Starzenia, bo to panie posiedzieć, pogrzebać w ziemi, grilla zrobić… A kiedyś się chciało świat zdobywać. Biedy, bo można 800 metrów od domu udać się „na wczasy”, taki zamiennik wyjazdu na Mazury czy w góry… Myślałem, czym by tu się zająć na takiej działce, najlepiej czymś niezbyt legalnym. W grę wchodził mały, zaciszny burdelik, plantacja konopii, punkt dealerski bynajmniej nie Forda, produkcja nielegalnego alkoholu albo punkt z hot dogami, w praktyce pralnia brudnych pieniędzy. Niestety połowica moja sprowadziła mnie na ziemię, stanowczo żądając uprawy warzyw, hodowli kwiatów, rekreacji i wypoczynku. Czyli z bałaganu nici… No trudno – co zrobić.

Kupiłem sobie ostatnio tygodnik „Do Rzeczy”, aby poczytać. Generalnie kupuję raz w tygodniu, no czasami częściej „Przegląd Sportowy”, raz w miesiącu „To My, Kibice” no i tygodnik „Angorę”, ale ten mnie drażni coraz mocniej, bo czytuję tam różne lewackie artykuły w stylu Sobczaka, Szpaka czy Martenki, sam Korwin -  Mikke  swymi zjadliwymi prawicowymi tekstami tego pisma nie uratuje, a że poziom merytoryczny artykułów tego pisma także spadł, zastanawiam się nad zmianą periodyku. „Nie” Urbana odpada, „Wiadomości Wędkarskie” również, „Markiza” dla zwolenników BDSM już nie wydają – szkoda, kurde ;-)  . No i czytam te „Do rzeczy” i tak powiem szczerze, nie jest może najgorzej, ale na kolana też nie powala. Oczywiście zacząłem od przedostatniej strony, tam pisze Łysiak, ale akurat nie napisał w tym numerze niczego zaskakującego, bo opisywał Ronalda Reagana z okazji 10 rocznicy śmierci tego pana. Reagan jest największym bohaterem dzisiejszych czasów, bardzo wiele zrobił i dla Polski, jak i dla upadku sowieckiego imperium zła, zresztą jedno z drugim się łączy. Tyle że ja to wszystko wiem, poczytałbym coś innego. Inne felietony raz lepsze, raz gorsze, nie z wszystkimi dziennikarzami piszącymi dla „Do Rzeczy” sympatyzuję. Ogólnie myślałem, że będzie ciekawiej. Na koniec śmiesznostka – jest taka dziwna aktorka, Szczepkowska, ta która kiedyś ogłosiła, że skończył się komunizm. Myślałem że to baba o zapatrywaniach prawicowych, a okazało się, że pisała felietony dla „Wysokich Obcasów”, dodatku do… „Gazety Wyborczej”, skąd przeszła do… „Do Rzeczy”. No i właśnie po wydaniu 26 numeru, tego który sobie kupiłem, Szczepkowska zrezygnowała z pisania dla tej gazety, a to na skutek okładki, na której jest Tusk z ryjem pomalowanym niczym Indianin i jest tekst „Tusku odejdź”.  Pani Szczepkowska wyjaśniła, że odchodzi, bo nie zgadza się z linią programową pisma, bo Tusk nie jest według niej wszystkiemu winien… No muszę to w końcu napisać: debilka. „Wyborcza” nie pasuje, „Do rzeczy” nie pasuje, no szkoda naprawdę że tego „Markiza” już nie wydają, może odnalazłaby się jako seksistowskie, pełne przemocy wcielenie potwora doktora Frankensteina z pejczem wysadzanym ćwiekami na ten przykład 8-)  ?

Dziś, spontanicznie, korzystając z pięknej pogody (znając życie – długo nie potrwa) udaliśmy się nad jezioro. Przy wejściu na plażę chronioną widziałem tabliczkę – zakaz wprowadzania psów. Tak sobie pomyślałem, że taki zakaz jest trudny do wyegzekwowania. Bo co zrobić, jak pies przyjdzie po cywilu? Bez munduru? Ja wiem, przeciętny pies ma matołectwo i debilizm wypisany na twarzy, są jednak wyjątki, które dobrze się maskują. Takiego psa można bez problemu wychwycić za pomocą podchwytliwego pytania, np. o stolicę Polski, z dodawania w zakresie dziesięciu lub jakiego koloru jest kolor niebieski. Jeżeli na takim pytaniu się wyłoży, na 90% jest to milicjant, ale może też to być Wałęsa albo Krzywonos, więc system nie jest stuprocentowo pewien. Zresztą nie widziałem przy furtce na plażę bramkarzy – selekcjonerów, więc obawiam się, że niejeden pies się przemycił. Krzywonos nie dałaby rady, bo nie ma takiej furtki, przez którą by się przecisnęła.

Dziś w telewizji widziałem w jakimś programie informacyjnym, jaki to „problem” mają ludzie z jednego z warszawskich osiedli. Otóż w spożywczym pani sprzedaje dynks spod lady, no denaturat innymi słowy. No i jest problem, bo przychodzą menele i ten denaturat kupują i go – co tu ukrywać – wypijają. Pani wyczuła biznes, bo ponoć smakoszy fioletowej jest w tamtych okolicach niemało. No i dziennikarz zasrany chodzi po osiedlu i dopytuje, czy faktycznie wszystkich to wkurza, że menele kupują dynks. Pyta też pani sklepowej, dlaczego go sprzedaje, oraz psów, co robią żeby problem zniknął. Ten cały program to jakiś jeden wielki bzdet, kretynizm do potęgi entej. Denaturat jest dopuszczony do normalnej sprzedaży jako środek chemiczny, a czy ktoś go pije, myje nim szyby, czy smaruje sobie dupę – jego sprawa. Więc nic tu nie ma pod względem prawnym do roboty, program wyjęty z dupy! Psy to nawet powiedziały, że mogą babie na kant tyłka skoczyć, bo nie robi nic bezprawnie. Nie kumam też baby sklepowej, która na hasło „towar” wyjmowała denaturat spod lady i goniła go klientom. Czego tu się wstydzić, co tu ukrywać? Ja bym walnął wielką fioletową butelkę z kartonu przed sklepem z jakimś wesołym wierszykiem zachęcającym do kupowania. Menele kupowały sobie małą flaszkę dynksu za 2,50, po swojemu rozrabiały i było z tego imprezy na cały dzień. Na więcej ich nie stać, a wypić mają prawo ile tylko chcą – nie jest to zabronione póki co. Nie wchodzą nikomu w drogę i piją za swoje. Burzą się jacyś zasrani emeryci, którym wszystko przeszkadza. Sami całe życie chlali, na pewno nie raz byli obrzygani, spali na ławce w parku, tłukli swoje baby po paru głębszych. Teraz na to są za starzy, więc uprzykrzają życie innym. Nie przyburzą się do cwaniaków którzy grupkami chleją wódę pod sklepem, nie przyburzą się do małolatów którzy śmigają naćpani po osiedlu, tylko burzą się do meneli, którzy im nie mogą dać po ryjach, skarżą na nich dziennikarzom i psom. Stare ubeki, konfidenci dzielnicowi, jebane społeczniaki. Wczoraj skarżyli się w partii, dziś dzwonią do TVN-u. Wczoraj biegli skarżyć do milicji, dziś… też do milicji, choć nazwa chyba inna. A dziennikarz –  szmaciarz podchwycił obsrany, nic nie warty temat. Myślał że zabłyśnie, a tu klapa. Menele! Piszę do was, choć wiem że niewielu z was ma kompa z netem. Znam jednego waszego drinka – przepuszcza się dynks przez bułkę paryską, dodaje sok pomidorowy i podobno – miód malina, whisky się chowa . Na zdrowie!

O Brazylii po raz trzeci

Maradona wrócił do gry! Nie sądziłem, że w wieku 54 lat ten genialny piłkarz i, delikatnie mówiąc, nie najwyższych lotów intelektualnych człowiek przerwał emeryturę i wszedł na boisko, by pomóc Argentynie wywalczyć awans do półfinału. Powiem wam na dokładkę, że wyszło mu to dobrze, był jednym z najlepszych graczy w drużynie. Zastanawiał fakt jego uderzającego podobieństwa do Messiego… Coś mi w tym wszystkim nie pasowało, no ale przecież redaktor Szpakowski to zawodowiec, mógł się ewentualnie raz pomylić, ale nie pięć! Tak tak, to musiał być Maradona. To był mecz – Argentyny z Belgią – na którym pysk raz po raz się otwierał podczas oglądania. Niestety, nie w niemym zachwycie, a z nudów. Argentyna strzeliła gola i wszyscy grali tak, jakby właśnie obstawili u bukmacherów 1-0 dla Albicelestes. Argentyna niby grała, a Belgia niby chciała wyrównać i skończyło się na niczym, czyli awansie Argentyny. Bardzo nad tym ubolewam, że akurat 5 mecz w tych mistrzostwach był zdecydowanie najsłabszy w wykonaniu Belgów, kibicowałem im. Wyszedł chyba brak obycia  w tak wielkich imprezach, niemniej swoje zrobili, awans do ćwierćfinałów to też bardzo solidny wynik. Wracając do Szpakowskiego, to cieszy jednak to, że nauczył się już, jak nazywać mieszkańców Belgii. Bo kiedyś mówił „Beldzy” he he. Co pokaże Argentyna w dwóch ostatnich meczach też tak do końca nie wiadomo, zagrali dotychczas jeden dobry mecz – z Nigerią, jeszcze w grupie, dwa ostatnie średnio – ze Szwajcarią i wczoraj z Belgią. Tym bardziej że ich półfinałowy przeciwnik – Holandia – też wczoraj zaspał. Holendrzy chcieli wziąć Kostarykę jak najmniejszym nakładem sił i trochę się zagalopowali, zaczęli grać dopiero na poważnie w 80 minucie i dzielna Kostaryka się wybroniła, dogrywka też nie dała efektów i Oranje musieli celnie strzelać rzuty karne, by dostać się do pierwszej czwórki tych mistrzostw. Strzelali je bardzo pewnie  i awansowali, ale wielki szacun dla dzielnej Kostaryki, ze grała tak długo i zaszła tak daleko. Dla piłki jednak lepiej że weszła Holandia, możemy liczyć na emocje w półfinale, mama nadzieję że pogonią Argentynę, bo jestem Europejczykiem i kibicuję Europie… Wcześniejsze półfinały były ciut ciekawsze, w końcu zaczyna przekonywać do siebie Brazylia, jej mecz z Kolumbią był zdecydowanie najlepszym spośród czterech półfinałowych meczów tych mistrzostw. Ubolewam nad tym, bo Brazylii nie znoszę i zawsze kibicuję jej przeciwnikom, no bo przecież z Izraelem grać nie mogą ;-) . Nie lubię tych wszystkich nażelowanych gwiazdorów i tego namolnego pchania przez media wszelakie Brazylii na tron mistrzostw świata, liczę że ktoś ich w końcu pokona. Kolumbia walczyła ze wszystkich sił, przedtem Chile, nie udało się, to trzeba kogoś z Europy. Czas by Niemcy zaczęli grać na poważnie. Bo na razie robią to wyrywkowo – w meczu otwarcia puknęli na poważnie Portugalię 4-0, potem pokazali że nie idą na układy i wygrali na luzie 1-0 z USA i sprężyli się w dogrywce meczu z Algierią, żeby nie doszło do loterii, jaką są rzuty karne. Francję przycisnęli, strzelili gola i bez większych napięć spokojnie dowieźli zwycięstwo do końca. Widać, że mają spore rezerwy i coś mi się wydaje, że tylko oni mogą pogonić Brazylię i mam nadzieję, że to uczynią. Bo niemiecki futbol to jest siła, szybka gra atrakcyjna dla oka i walka do ostatnich minut meczu. Wszystko to mi imponuje i choć za Niemcami delikatnie mówiąc nie przepadam, ktoś musi przywrócić blask europejskiej piłce. Liczę na finał Niemcy – Holandia, byłoby fantastyczne widowisko, ale droga ku temu daleka… A kibice? Nudy na pudy. Bogate, pomalowane gamonie, bez inwencji, bez doświadczenia w kibicowaniu. Zero konkretnych flag, zero konkretnego dopingu, zero atmosfery. Może na następnych mistrzostwach w Rosji będzie ciekawiej, bo w kolejnych w Katarze to już na pewno nie  . Zresztą zabiorą im je jeszcze :twisted: . Lać Brazylię, lać Argentynę! Czekamy na wtorek z niecierpliwością…

Podwórkowa Filozofia Malkontenta

Ech jak słodko się pracuje blisko domu… 20.30 na zegarze, a ja już w domu od dawna… Kasa w banku wpłacona i zaraz stracona na różne haracze, zakupy zrobione, piesek zaliczył długi spacer… Niemcy zrobili swoje, Francja nawet nie kwiknęła zbytnio w meczu mistrzostw… Francja tak generalnie ma, że jak się biorą za nią Niemcy, to nawet nie kwiknie i poddaje się bez większej walki. Tak było w różnych starciach francusko – niemieckich, tak jest też i w tych mistrzostwach. No, ale zawsze i tak mają lepiej od pedałkowatych Włochów, bo mieli swoje 5 minut w postaci Napoleona Bonaparte. Siedzę tak sobie, wypoczywam z lekka i myślę… myślę, że jakaś myśl mnie nachodzi, ale jeszcze nie wiem do końca jaka. W domu sam jestem, pies zmęczony zalega na łożu, kobieta na babskim grillu… To nawet i trochę dobrze, bo choć tęsknię za swoją kobietą, to i sam być lubię, muszę przyznać… nawet bardzo lubię. Dziwne są te sprzeczności w człowieku. Uwielbiam, ponosi mnie atmosfera meczowa, doping, race, awantury, szaleństwo, adrenalina, w koło mnie 1000 ziomali z Bałtyku… poniosło mnie trochę, tylko raz w historii było nas 1000 w młynie :roll:  Ale nie w tym rzecz. Fanatyzm, atmosfera, pełno ludzi złączonych w jednej idei… mecz, koncert, pielgrzymka kibiców – jest super. I z drugiej strony – być samemu, ukoić swe myśli, nie gadać z nikim… Komputer, książka, czasem mecz w tv… Hałas jest piękny, stymulujący, energetyzujący… Cisza – dokładnie tak samo… Wszystko zależy od nastroju chwili. Też tak macie? Czy tylko ja mam takie rozdwojenie jaźni? Melancholik czy choleryk? Dr Jekyll czy Mr Hyde? The Prodigy czy Beethoven? Różnie to bywa. Podczas bicia w mordę melancholia się nie sprawdza. Podczas romantycznej kolacji przy świecach o zadymach się nie prawi… no dobra, zdarzało się, ale to udane randki nie były :mrgreen: . Kukam przez okno, temperatura mocno letnia, niepokoi mnie. Niepokoi mnie, że lato przyszło za szybko. Już ja znam swoje szczęście, przygrzeje jeszcze kilka dni, potem mam urlop i 3 tygodnie pompa i wichury, a potem znów się pięknie wszystko unormuje. Jak już wrócę do pracy. Wrrr… Patrzę sobie przez okno… niczym „Okno na podwórze” Hitchcocka, heh – zabawna dygresja. Patrzę i słucham… coś przerywa mi sielankę świergotania ptaków i szumu wiatru… odgłosy jakieś… Hmmm… Już wiem. To odgłosy dzieciaków. Kilku chłopaków może 12 – letnich gra sobie w piłkę… To dziwne. Grają w piłkę? Jakie to miłe, myślałem że wszyscy chłopcy w ich wieku siedzą przed kompami. Nic to, że grają na trawniku, do boiska daleko, trzeba się cieszyć, że ktokolwiek chce jeszcze grać w piłkę. Aaaa niech tam i szybę sobie jakąś wybiją. Tak się zaczyna przygoda, jeb! I nie ma szyby, ucieczka, gonią czy nie gonią? Gorzej jak piłka po wybiciu szyby wpadnie do jakiejś piwnicy czy pokoju. Jak byłem takim 12 – letnim srajtem, to była jeszcze głęboka komuna, rok 1985. Posiadać elegancką piłkę do nogi to było nie byle co. Tam gdzie grywałem w piłkę, a chodziło się kiedyś codziennie, na 20-30 chłopaków były ze 2-3 piłki, ja też miałem. Koniec szkoły – plecak czy może raczej tornister w kąt, na podwórko i do nocy się grało. To były czasy! A więc już wiem, jakie mnie naszły myśli… nie polityczne tym razem, nie sportowe, tylko te najgorsze – wspomnieniowe. Okropne! Wiecie czemu..? Bo oznacza to, że się starzeję… Przez długi czas człowiek w ogóle nie zaprząta sobie głowy tym, co było wczoraj. Potem od czasu do czasu wspomina – to mój etap właśnie – aż w końcu wkracza w epokę dziadowania i żyje tylko wspomnieniami… Ludzie na starość żyją gdzieś w 75% wspomnieniami, w 25% życiem realnym, współczesnym… Ten procent się cały czas zmienia na gorsze, aż staruszek fiksuje do końca albo schodzi z tego łez padołu. Ech dość marudzenia… czegoś mi brakuje… To chyba ciągle jest szklanka whisky z odrobiną lodu? 16 miesięcy mi mija jak nie chleję, a ta whisky mi z głowy nie chce wyjść. „Whisky moja żono” ;-) ? No trudno, wezmę sobie w zamian Dr Peppera, taki głupi napój gazowany, który mi ostatnio zasmakował. Zbliża się czas, w którym mam nadzieję Brazylia zapłacze. Wierzę że Kolumbia ich opędzluje , mocno wierzę! Nie lubię faworytów, pewniaków, frajerów wożonych przez sędziów! Kolumbio niszcz gamoni z Brazylii! Ooo co widzę, pierwsza szklana telewizji, Materna jest w studio. Mecz czas zacząć, wyłączam się, ale przecież niedługo wrócę ;-)