Pierwszy wyjazd w sezonie 92/93 wypadł nam do dalekiego Wrocławia. W upalne piątkowe popołudnie, w okolicach godziny 18 wyruszyliśmy z Gdyni. Było nas 11 osób.  Droga do Wrocławia nieco się dłużyła, umilił ją G z Obłuża zakupując paletę piwa w warsie… Potem do naszego przedziału dosiadła się jakaś panna, nie najpiękniejsza, ale za to lekko stuknięta, podobało jej się nasze chamskie towarzystwo. Dość powiedzieć, że coraz wulgarniejsze propozycje przyjmowała z uśmiechem i kto wie, co tam by się działo w wesołym przedziale, gdy niestety ściągnęła buty. Zaczęło strasznie śmierdzieć, atmosfera prysła i panna wyleciała z przedziału na kopach .  Pamiętam, że miałem bardzo jaskrawą pomarańczową kurtkę wtedy, trochę zajeżdżałem wiochą trzeba przyznać 8-) . We Wrocławiu w okolicach 6 rano wyszliśmy, nieco zwarzeni przed dworzec. Byliśmy w barwach i błyskawicznie zainteresował się nami Śląsk, który gdzieś w okolicach gościł ŁKS z Łodzi. Najpierw podeszło dwóch typów obciąć, potem zniknęli, a za kilka minut zobaczyliśmy całkiem pokaźną wycieczkę zmierzającą w naszą stronę i było wiadome, że za chwilę może być gorąco. Na szczęście podjechał tramwaj i nie bacząc na numer, wskoczyliśmy do niego i po prostu się zerwaliśmy. Potem gdzieś się przesiedliśmy i w końcu dojeżdżamy pod stadion Ślęzy. Ciągle jest jeszcze dość wcześnie, więc przechodzimy przez jakąś dziurę w płocie i jesteśmy w jakimś parku. Rozkładamy sobie naszą flagę i drzemiemy trochę… Obudził nas dzik. Wyszedł sobie z krzaków i stanął naprzeciw nas. Zdenerwował się naszą wizytą i zaczął grzebać przednią łapą w ziemi i głośno chrumkać. Byliśmy trochę w szoku, a gdy z krzaków wyszła sobie najzwyczajniej w świecie lama, spieprzyliśmy czym prędzej, na spotkanie z jakimiś innymi zwierzętami nie byliśmy przygotowani. Okazało się po prostu, że stadion Ślęzy graniczy z ZOO znanych komuchów Gucwińskich. Nieświadomie weszliśmy na teren tego zoologu, a potem znacznie szybciej go opuściliśmy ;-) . W końcu doczekaliśmy się meczu, rozwiesiliśmy dwie flagi, ale z dopingiem tego dnia nie było najlepiej… Po drugiej stronie ulokował się kilkunastoosobowy młynek Ślęzy z jedną flagą.  Otaczało nas czterech psów, popijaliśmy sobie gorącą wódkę z plastikowych kubków, upał był nie do zniesienia. Chwilę po rozpoczęciu meczu na obiekt weszło 30 – 40 fanów Śląska Wrocław, podeszli i usiedli nieopodal nas. Zaczęły się słowne wrzuty, znów zaczęło się robić gorąco, psy stały z pałami w rękach i nie bardzo wiedziały co robić. Po kilkunastu minutach Śląsk się zawinął, grali tego dnia na Lechu w Poznaniu. Skończyło się na niczym, choć mogło być nieciekawie. Mecz przegraliśmy 0-3, a do domu wzięli nas ze sobą piłkarze. To był wyjazd pełen emocji  :roll: