Wiosna  ’93 była wyjątkowo ciepła. Bałtyk też grał dobrze – czołówka drugiej ligi, to były czasy! Więc wiadomym było, że w piątek wieczór trzeba się udać na wyjazd. Po południu w mojej rezydencji w Gdańsku Przymorzu odwiedził mnie kolega G z Wejherowa, wypiliśmy po dwa piwa i udaliśmy się do sklepu spożywczego, celem zaopatrzenia na wyjazd. Nasze finanse były wyjątkowo marne, a czekał nas wyjazd do dalekiej Legnicy – ponad 500 km w jedną stronę, ponad 24 godziny w trasie, bilety, żarcie, inne pierdoły, tymczasem po podliczeniu wspólnych zasobów finansowych wyszło nam, że mamy licząc na dzisiejsze czasy około 30 złotych. Na dwóch. Na pierwszy ogień poszły bilety PKP – natychmiast z nich zrezygnowaliśmy. Potem zrezygnowaliśmy z biletów na mecz i z jedzenia. W końcu dokonaliśmy zakupu – kupiliśmy 6 win owocowych, a resztę zainwestowaliśmy w jedzenie, starczyło na 5 suchych bułek. Z tym oto prowiantem ruszyliśmy SKM w stronę Gdyni. Jeszcze przed Sopotem nastąpił dramat, albowiem G się pośliznął i uderzył butelką w ścianę przedziału, na skutek czego odpadła szyjka, na szczęście nie wylała się zawartość. Ciężko było pić, bo ostre zręby w butelce groziły poranieniem, z kolei żal było wylać. Wpadliśmy na pomysł, że jak pociąg stawał, jeden wyglądał przez okno i dawał natychmiast znać, gdy pociąg miał ruszyć, a drugi w tym momencie ostrożnie pił. W ten oto sprytny sposób wypiliśmy całe wino, choć przyznać trzeba, że jeszcze przez kilka godzin odłamki szkła chrzęściły w zębach. W Gdyni czekało na nas jeszcze dwóch wyjazdowiczów, więc razem zaledwie w 4 osoby ruszyliśmy do dalekiej Legnicy. Bodajże w Lesznie mieliśmy przesiadkę, a pociąg do Legnicy wlókł się niemiłosiernie, więc G wymyślił konkurs. Otóż miał on przy sobie 2 prymitywne ruskie koziki przywiezione z niedawnej wyprawy do Rosji. No i wymyślił ,że przy użyciu zaledwie tego kozika trzeba wyciąć i wyrzucić jedną rzecz przez okno, kto nie da rady nic wyrzucić, przegrywa. Walka była zacięta, po wszystkich siedzeniach poleciały za okno stoliki, frytkownica, aż w końcu skończyło się na remisie, bodajże 6-6, gdyż przedział był już kompletnie pusty. W Legnicy w związku z naszymi zawodami jak też uporczywym uchylaniem się przed okazaniem dokumentów wkroczyli SOK-iści i coś tam nam wypisali. Idąc wesoło przez Legnicę w swoich barwach spotkaliśmy w parku nieopodal stadionu P. z Vitavy, który przyjechał z piłkarzami i oznajmił nam, że załapał się na pokój w hotelu „Piast”, gdzie nasi piłkarze nocowali. Tak więc zaliczyliśmy ten wyjazd w sumie w 5 osób. Udaliśmy się do hotelu, który miał przygnębiające otoczenie. Legnica zwana była „Małą Moskwą”, w mieście tym stacjonowało mnóstwo rosyjskich okupantów, kwiecień ‘93 był to okres, kiedy to dopiero co opuścili nasz kraj. W koło walały się zdemolowane koszary, ruscy brali wszystko jak leci łącznie z wyrywaniem zlewów i wanien ze ścian, właśnie wśród tych zgliszczy mieścił się „Piast”. Na pokoju skorzystaliśmy z możliwości odświeżenia się, jak też na naszej biało – czerwonej fladze pastą do butów namalowaliśmy zgrabnego celtyka. Potem porżnęliśmy nożami wszystkie łóżka i wygłupialiśmy się wyciąganymi z nich sprężynami, sam nie wiem dlaczego. Przyszedł czas meczu. Na stadionie usiedliśmy naszą piątką w sektorze dla przyjezdnych, wywiesiliśmy dwie flagi – biało czerwoną z celtykiem i Bałtyku. Miedź zebrała się w 70 – 80 osób, trochę nas wyzywali, a w swych pozdrowieniach wymienili chyba z siedem klubów, wywiesili 3 flagi. Mecz przegraliśmy 1-0. Po meczu piłkarze zgodzili się wziąć nas autokarem do Gdyni, widać wieści z hotelu nie dotarły do nich. Przejeżdżając koło dworca PKP zauważyliśmy, że uratowaliśmy sobie dupy, byłoby bardzo gorąco, albowiem czekało na nas 25  -30 osobników, w większości łysych i nie wyglądali oni na nastawionych przyjaźnie. Reszta wyjazdu była już spokojna, a jakieś 3 tygodnie później przyszedł do mnie jakiś kosmiczny rachunek za dewastację pociągu. Pałany strasznym oburzeniem napisałem protest do biura przejazdów bezbiletowych na ul. Lecha 10 w Gnieźnie. Mój protest uznano i znowu przyszedł rachunek, ale już normalny, za jazdę bez biletów tylko.  To były piękne lata, bez kalkulacji, obstawy, pieniędzy… fantazja, miłość do klubu, chęć przeżycia przygody i prawdziwe koleżeństwo – oto co powodowało, że aż trząsłem się z niecierpliwości, kiedy to będzie następny wyjazd. Co nam zostało z tych lat… Aż przykro mówić. Szanujmy wspomnienia…