Na ten film szedłem z chęcią zobaczenia durnego i tzw. czarnego humoru w dobrej oprawie. Zachęciło mnie to, że reżyserował go facet, który wcześniej reżyserował „Teda”, jedną z niewielu naprawdę śmiesznych komedii w ostatnich latach. Generalnie nie jest najgorzej, aczkolwiek humor prymitywny polegający na rozprutych flakach, fekaliach i aluzjach seksualnych wysokich lotów nie jest, i musi mieć w sobie „to coś” by wywoływać cokolwiek poza uczuciem zażenowania.  Udało się średnio.  Albert, hodowca owiec, nietypowo jak na Zachód stroni od przemocy, nie umie nawet strzelać. Poznaje laskę (Charlize Theron w dobrej formie) która uczy go życia kowbojskiego, aczkolwiek nie stroni od jego wrażliwej, uczuciowej strony. Potem są strzelaniny, pojedynek rewolwerowy ze środkiem na przeczyszczenie w tle, picie indiańskich napojów z zawartością narkotyczną i związane z tym zabawne wizje. Najciekawszym, zaskakującym momentem było chwilowe spotkanie… Emmeta z „Powrotu do przyszłości 3”, heh zaskoczenie się udało.  Końcówka nie odbiega od standardów i byłaby nawet nota 6, bo nie nudziłem się podczas projekcji, ale odejmuję punkt w ocenie za oszustwo. Otóż polski dystrybutor nie sprostał zwiastunowi i dwie najlepsze (najbardziej obrzydliwe??) sceny bezczelnie wyciął – nie ma ich w filmie! Jednym słowem kto polegał tylko na zwiastunie, mógł poczuć się zawiedziony, bo nie dostał tego wszystkiego, czego się spodziewał. Czyli moja ocena: 5 (0 – 10), jednak „Ted” był znacznie lepszy.

milion