Archiwum dla Czerwiec, 2014

1992.08.08 Ślęza Wrocław – Bałtyk Gdynia

Pierwszy wyjazd w sezonie 92/93 wypadł nam do dalekiego Wrocławia. W upalne piątkowe popołudnie, w okolicach godziny 18 wyruszyliśmy z Gdyni. Było nas 11 osób.  Droga do Wrocławia nieco się dłużyła, umilił ją G z Obłuża zakupując paletę piwa w warsie… Potem do naszego przedziału dosiadła się jakaś panna, nie najpiękniejsza, ale za to lekko stuknięta, podobało jej się nasze chamskie towarzystwo. Dość powiedzieć, że coraz wulgarniejsze propozycje przyjmowała z uśmiechem i kto wie, co tam by się działo w wesołym przedziale, gdy niestety ściągnęła buty. Zaczęło strasznie śmierdzieć, atmosfera prysła i panna wyleciała z przedziału na kopach .  Pamiętam, że miałem bardzo jaskrawą pomarańczową kurtkę wtedy, trochę zajeżdżałem wiochą trzeba przyznać 8-) . We Wrocławiu w okolicach 6 rano wyszliśmy, nieco zwarzeni przed dworzec. Byliśmy w barwach i błyskawicznie zainteresował się nami Śląsk, który gdzieś w okolicach gościł ŁKS z Łodzi. Najpierw podeszło dwóch typów obciąć, potem zniknęli, a za kilka minut zobaczyliśmy całkiem pokaźną wycieczkę zmierzającą w naszą stronę i było wiadome, że za chwilę może być gorąco. Na szczęście podjechał tramwaj i nie bacząc na numer, wskoczyliśmy do niego i po prostu się zerwaliśmy. Potem gdzieś się przesiedliśmy i w końcu dojeżdżamy pod stadion Ślęzy. Ciągle jest jeszcze dość wcześnie, więc przechodzimy przez jakąś dziurę w płocie i jesteśmy w jakimś parku. Rozkładamy sobie naszą flagę i drzemiemy trochę… Obudził nas dzik. Wyszedł sobie z krzaków i stanął naprzeciw nas. Zdenerwował się naszą wizytą i zaczął grzebać przednią łapą w ziemi i głośno chrumkać. Byliśmy trochę w szoku, a gdy z krzaków wyszła sobie najzwyczajniej w świecie lama, spieprzyliśmy czym prędzej, na spotkanie z jakimiś innymi zwierzętami nie byliśmy przygotowani. Okazało się po prostu, że stadion Ślęzy graniczy z ZOO znanych komuchów Gucwińskich. Nieświadomie weszliśmy na teren tego zoologu, a potem znacznie szybciej go opuściliśmy ;-) . W końcu doczekaliśmy się meczu, rozwiesiliśmy dwie flagi, ale z dopingiem tego dnia nie było najlepiej… Po drugiej stronie ulokował się kilkunastoosobowy młynek Ślęzy z jedną flagą.  Otaczało nas czterech psów, popijaliśmy sobie gorącą wódkę z plastikowych kubków, upał był nie do zniesienia. Chwilę po rozpoczęciu meczu na obiekt weszło 30 – 40 fanów Śląska Wrocław, podeszli i usiedli nieopodal nas. Zaczęły się słowne wrzuty, znów zaczęło się robić gorąco, psy stały z pałami w rękach i nie bardzo wiedziały co robić. Po kilkunastu minutach Śląsk się zawinął, grali tego dnia na Lechu w Poznaniu. Skończyło się na niczym, choć mogło być nieciekawie. Mecz przegraliśmy 0-3, a do domu wzięli nas ze sobą piłkarze. To był wyjazd pełen emocji  :roll:

Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął

Chyba niezbyt wiele w swym życiu obejrzałem filmów szwedzkich reżyserów. Kraj ten bowiem bardziej słynie z Volvo, wysokich podatków, potopu i bufetu… szwedzkiego rzecz jasna, niż filmów ;-) . Ten film o dość długim tytule zapowiadał się ciekawie i nie zawiodłem się. Inteligentna komedia, w której obeszło się bez odgłosów pierdzenia, wzajemnego kopania się w dupę i „sympatycznych” pedałów. Facet, który doprawdy wiódł ciekawe życie w końcu usadowił się w domu starców. Właśnie nadszedł dzień jego setnych urodzin, kiedy to zerwał się przez okno i opuścił swoje miejsce zamieszkania. Za resztę swoich pieniędzy kupuje bilet na autobus na jakąś zapierdzianą wiochę, i tu o dziwo jego życie nabiera tempa… pewien przypadek pociąga za sobą lawinę wydarzeń. Allan Karlsson, bo tak się ów stulatek zwie, pakuje się w niezłą zadymę, w której występują różne dziwne świry, walizka pełna kasy, gangsterzy i safandułowaty gliniarz. Towarzyszy temu mnóstwo wybuchów, jest kilka trupów, ukradziony słoń z cyrku… Film ma dobre tempo, jest zabawny i sympatyczny tak, jak jego główny bohater. Dobrze się ogląda, jest czasem śmiesznie, zdecydowanie trzeba go zaliczyć, to wartościowa czarna komedia, jakich tak niewiele w dzisiejszych czasach… w mojej ocenie – 8 (0 – 10).

stulatek

Bałtyk Gdynia. Przed sezonem 2014/15

Nie licząc zawirowań związanych z przyznawaniem licencji, znamy już skład naszej III ligi pomorsko – zachodnio – pomorskiej, czyli de facto naszej 4 ligi. Z drużyn które podobnie jak w zeszłym sezonie grają nadal z nami mamy Arkę II Gdynia, Bałtyk Koszalin, Cartusię Kartuzy, Drawę Drawsko Pomorskie,  GKS Manowo,  Gwardię Koszalin, Kaszubię Kościerzyna, Lechię II Gdańsk,  Pogoń II Szczecin, Pomorze Potęgowo (chyba że nie dostaną licencji, wtedy Chemik Police). Opuszczają naszą ligę 4 drużyny, z których żadna nie ma kibiców i mogłaby już od jutra spokojnie przestać istnieć, a więc żal po nich żaden. To Chemik Police, Koral Dębnica, Energetyk Gryfino i Polonia Gdańsk. Piątą drużyną, która nas z kolei opuszcza dzięki awansowi jest Kotwica Kołobrzeg. Kotwie gratuluję serdecznie awansu, ten klub organizacyjnie dusił się i męczył w naszej lidze. Kibice Kotwicy też kilka wyjazdów w wyższej lidze zaliczą, więc przypału sobie nie zrobią – tak myślę, i zazdroszczę im. Nasz każdy wyjazd do Kołobrzegu poza pierwszym sprzed kilkunastu lat to była kompromitacja, im wyjazdy do nas też kompletnie nie wychodziły, więc może dobrze, że już sobie z naszej ligi poszli. Z wyższej ligi dołącza do nas Gryf Wejherowo, który walczył prawie do końca, ale nie udało mu się utrzymać na 3 – ligowym szczeblu, z którego na skutek łączenia obu grup w jedną spadała połowa drużyn. Czyli w derbowych przeciwnikach zachowaliśmy status quo, bo spadającą Polonię Gdańsk zastąpił właśnie Gryf. Zmiana kibicowsko na lepsze, bo Gryf posiada kibiców. Niezbyt ciekawych, to 100% – owy Fan Club Arki który pod protektoratem śledzi nie może zbytnio sobie indywidualizować, być samodzielnym. Zaliczają 1-2 wyjazdy na rundę i jeśli już, to tam, gdzie nie biją. Na początek wiosny na przykład zawitali do odległego Wałbrzycha, gdzie z racji zgody Górnika z Arką nic im oczywiście nie groziło. U siebie czasem tworzą jakiś młyn, podobno na jednym z ostatnich meczów było ich ok 30. Na mecz z nami na pewno się sprężą, myślę że spokojnie w 100 osób się zbiorą, jest też szansa że wsiądą w kolejkę SKM i przyjadą do nas na mecz, to w końcu tylko 40 minut jazdy w jedną stronę, szczególnie jeśli wybłagają z tej okazji wsparcie od Arki. Generalnie nie ma się z czego cieszyć, gówniane derby ze śledziofilami, na pewno trzeba będzie uważać. Teraz wam przedstawię beniaminków:

Rasel Dygowo – Dygowo to wieś leżąca 12 km od Kołobrzegu, aby tam się dostać trzeba w pewnym momencie zjechać w lewo z trasy Koszalin – Kołobrzeg. Można też tam dojechać pociągiem, gdyż jest stacja kolejowa w tej wsi na trasie Białogard – Kołobrzeg. To wiocha gminna, mieszka tam 1615 osób a do zwiedzania tam jest kościół neoromański z 1880 roku. Kibiców oczywiście nie ma tam żadnych, no prawie żadnych, znalazłem jedno foto jakiejś flagi z Dygowa z okazji niedawnej fety z okazji awansu,  ale szału raczej nie będzie….

rasel

Astra Ustronie Morskie – prawdziwy dramat. Tylko dojazd łatwy. Ustronie Morskie to wieś letniskowa licząca sobie 2081 osób i leżąca na trasie Koszalin – Kołobrzeg, 12 km przed Kołobrzegiem. Nigdy Astra nie posiadała swoich kibiców, przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo. Także można tam dostać się koleją. Natomiast są tam nadmorscy fani Lecha Poznań, nawet w 2012 roku zrobili turniej piłkarski, mają swoją flagę Lecha, ale o jakichkolwiek efektach ich działalności i czy jeszcze istnieją – nie wiadomo mi. Dla nas Astra nie jest całkiem anonimowa, jeden sezon graliśmy z nimi w lidze, w sezonie 2008/09. Oczywiście żaden kibic Astry nas nie odwiedził, natomiast my odwiedziliśmy Ustronie w fantastycznej jak na nas licznie 70 osób, do tego ok. 20 z Pogoni i ponad 100 z Kotwicy, co dało liczbę aż 200 osób w sektorze dla przyjezdnych! Obecnie liczba nie do powtórzenia.

rasel2

GKS Przodkowo – bogata wieś kaszubska leżąca 8 km od Kartuz, 21 od Gdyni. Mieszka tam 1185 osób.  Z tej wiochy jeżdżą na Arkę Gdynia, o fanach GKS-u jak dotychczas nie słyszałem.  Byłem tam raz na wyjeździe, w roku 2007, nas 65 osób. Miejscowych zero, pamiętam że wygraliśmy po golu strzelonym w 90 minucie.

KS Chwaszczyno – Chwaszczyno to duża wieś kaszubska (2678 osób) na pograniczu Gdyni, najbliżej stamtąd do Wielkiego Kacka. Straganiarze np. z Lęborka dobrze znają tą miejscowość, albowiem w środku nocy jeżdżą dzień w dzień do Chwaszczyna na giełdę po owoce i warzywa. Przynajmniej kiedyś jeździli. Oczywiście i tam trudno mówić o jakiś kibicach, aczkolwiek jakieś archiwalne zdjęcie ich dorwałem. Znając życie to mieszkańcy Chwaszczyna pewnie odwiedzają mecze Arki, choć dowodów na to nie mam.

rasel3

Jak widać, doszły nam tragicznie nudne drużyny i beznadziejne wyjazdy. Czas najwyższy zerwać się z tej ligi! Trzeba albo awansować, albo spaść w następnym sezonie, ale lepiej ta pierwsza wersja, heh.  Sezon zaczynamy weekendem 09/10.08.2014. Liczę na 30 zwycięstw. Zanim zaczniemy ligę gramy kilka sparingów: 12 lipca z Olimpią Elbląg, 19 lipca z Wdą Świecie, 23 lipca z Gryfem Tczew, 26 lipca ze Startem Warlubie i 02 sierpnia z Gedanią Gdańsk. O kwestiach piłkarskich na razie ciężko coś powiedzieć, być może nie dojdzie do całkowitego rozbioru drużyny charakterystycznego dla lat poprzednich, ale najlepsi gracze raczej odejdą – bardzo rozpaczliwie chcą wydostać się z Bałtyku Bułka i Tułowiecki, czyli czołowi nasi zawodnicy. Szkoda wielka, że nic nie jest w stanie ich zatrzymać w Bałtyku, może widzą że tu nic wielkiego ich nie czeka, a może chcą już teraz spróbować czegoś innego… Należy zdecydowanie zakładać, że już nich w Bałtyku nie ujrzymy, jak jednak stanie się inaczej, to tylko się cieszyć. O innych ruchach kadrowych będę jeszcze informował, wierzę choć to całkowicie irracjonalne z mojej strony, że w nowym sezonie będziemy walczyć o awans do trzeciej ligi  8-)

bałtyk

O Brazylii po raz drugi

Piłka nożna to ma w sobie jednak tą moc. Choć nie sprężałem się na mistrzostwa w Brazylii mentalnie, to wciągnęły mnie one dość szybko. Oszustw i niesmaku na tej imprezie nie było tyle ile myślałem że będzie po obejrzeniu meczu otwarcia. Skręcili Chorwację i być może dzięki wałkom na korzyść Brazylii tej dzielnej drużyny nie ma już w turnieju. Jednak następne mecze raczej były sędziowane przyzwoicie, a błędy sędziowskie były chyba wynikiem ich (arbitrów) marności a nie świadomego oszustwa. Czytałem wypowiedzi co niektórych blogerów i ich czytelników, że cieszą się, że zgniła i upadła Europa dostaje laczki od drużyn z Ameryki Południowej, ze jedna po drugiej „potęga” europejska pakuje się i wraca już po pierwszej rundzie mistrzostw do domu. No Europa to niewątpliwie jest na skraju przepaści z powodu swego zepsucia, zgnilizny , nie szanowania wartości i ogólnego upadku cywilizacji. Ja jednak myślę inaczej, bo za pomocą Polaków, Węgrów czy może Serbów lub Chorwatów Europa wróci na właściwe tory, zresztą piłka to nie polityka, a przynajmniej nie tylko. Europa jest najważniejszym kontynentem świata czy się to komuś podoba czy nie, a biały człowiek, choć stanowi zaledwie 3 % populacji ziemskiej,  jest fundamentem cywilizacji, od niego wszystko się zaczęło i na nim się kończy. Więc Europa musi zwyciężyć, choć niespodzianki są… Odpadli etatowi nadęci farmazoniarze którzy z niewiadomych przyczyn byli wymieniani w gronie szeroko pojętych faworytów, po czym dostawali oklep aż miło. Anglia, Włochy, Rosja to bogate kraje, piłkarze tamtejsi zarabiają aż miło, trenerzy też, i tylko piłkarzy nie mają, a tym samym wyników. Jednak kiedy ostatnio w Londynie, Rzymie czy Moskwie widziano naprawdę dobry mecz? Balon nadmuchiwany bez żadnych obiektywnych i uzasadnionych przyczyn pękł momentalnie po konfrontacjach z drużynami, w których piłkarzom chciało się grać i faktycznie, żal po nich żaden. Z Europy zostało jeszcze 6 drużyn w tych mistrzostwach, w tym 4 które mogą zdobyć mistrzostwo świata – Francja, Niemcy, Holandia i nieobliczalna Belgia. Ameryka Południowa ma niefartowny układ, w swojej części drabinki turniejowej biją się między sobą i już wiadomo, że w półfinale z 4 drużyn ostanie im się jedna, mam nadzieję że będzie to Chile, które tak elegancko pogoniło Hiszpanię, ale i Kolumbią się nie zmartwię. Kolumbia to ciekawy kraj, rządzą tam bandyci z lewackich bojówek  i uzbrojone po zęby kartele narkotykowe, jedynie względnie chronione przez wojsko miejsca to trójkąt Bogota – Medellin – Cali, wszędzie indziej można być w każdej chwili okradzionym, uprowadzonym bądź po prostu zabitym. Piłkarze kadry zapewne tych problemów nie znają, aczkolwiek każdy pamięta pewnie historię piłkarza Escobara, który za swój błąd powodujący koniec kariery Kolumbii na mistrzostwach zapłacił cenę najwyższą – zabili go jak psa na ulicy :roll: . Afrykańskie ostatki w postaci Nigerii i Algierii zapewne skończą swą karierę na 1/8 turnieju, trudno przypuszczać żeby postawiły się odpowiednio Francji i Niemcom, szykuje się chyba fascynujący pojedynek tych europejskich drużyn w ćwierćfinale. Holandię czeka bardzo ciężki mecz z Meksykiem, a potem znacznie łatwiejszy ze zwycięzcą spotkania Kostaryka – Grecja, chyba już są jedną nogą w półfinale. Ostatnia „ćwiartka” to faworyt Argentyna, jednak mam wielką nadzieję, że pogoni ich Szwajcaria, a jeśli nie ona, to rundę później waleczna Belgia. Mistrzem świata musi być ktoś z Europy! Na pewno emocji nie zabraknie. Szkoda tylko że nudy na pudy na trybunach, nikt tam prawie nie pojechał, nie licząc bogatych gamoni. Nawet jak oglądałem niby zdjęcia najlepszych lasek na trybunach, to stwierdziłem, że lepsze są w Lęborku na ulicach. Doprawdy nie ma na czym oka zawiesić, aha jeszcze jest wesoły przypadek Suareza, urugwajskiej baby co gryzie przeciwników. Widać za długo gra w Anglii, już zniewieściał. Nie lepiej jebnąć z bani niczym Zidane albo z wyskoku niczym Cantona? Lepiej wygląda i szacunek na lata jest zapewniony… ;-)

braz

c3

C

Bardzo wolno idzie mi pisanie mojego osobistego alfabetu, tymczasem muszę zacząć się śpieszyć, gdyż ponoć byłem podsłuchiwany przez podstawionego kelnera w barze piwnym „U Mietka” podczas konsumpcji 9 piwa… Ponoć mówiłem rzeczy kompromitujące mnie i mój kres jako osoby publicznej i kształtującej świadomość Polaków zbliża się ku końcu… No chyba że „nic się nie stało” niczym w naszym rządzie… Dziś kolejna, niezbyt ciekawa litera, czyli „C”…:

Cham – Te określenie, jak też i kilka zbliżonych dość często słyszę w odniesieniu do swojej osoby. Wy też, czy jestem wyjątkiem? Zauważyłem, że określenie „cham” to pojęcie pejoratywne, niekiedy odpowiadam na to „ale jaki słodki”, acz riposta ta nie spotyka się na ogół z życzliwym przyjęciem. Generalnie chamem jestem określany wtedy, gdy szczerze i uczciwie mówię to, co myślę. To dziwne, szczerość w tym kraju nic a nic nie jest ceniona. Gdy spotykam na swej drodze klienta, spoconego dziada o ryju ubeka, wiedzącego wszystko lepiej i wychwalającego czasy minione, czasem nie zdzierżę i puszczę mu wiązankę, niekoniecznie orchidei. W wulgarnych i agresywnych słowotokach, na ogół monodramach osiągnąłem całkiem wysoki stopień profesjonalizmu, potrafię  nawet w 2 minuty zniszczyć, zbrukać i upokorzyć takiego dziada i wtedy to właśnie słyszę, że jestem chamem 8-) . Czyli to chyba jednak słowo o wydźwięku pozytywnym, tym bardziej że często słyszę o chamstwie tam, gdzie tego chamstwa nie widzę, a właśnie szczerość i dążenie do prawdy. Pamiętam z czasów minionych, gdy jeszcze w związku nie byłem, że panny, do których człowiek dobierał się już na drugiej, bądź – o zgrozo – na pierwszej randce, też mawiały „ależ, Rafał, cham z ciebie” 8-).  Co jednak zauważyłem –  znacznie wolały takich „chamów” niż elokwentnych i ułożonych filozofów rozprawiających na randce o teorii interwencjonizmu państwowego Keynesa.. Co zrobić byłem chamem, jestem chamem  i zapewne do końca dni moich chamem pozostanę… Dlatego na łamach Wolnej Polski zawsze możecie liczyć na słowa prawdy. Macie dość chamstwa? To zmieńcie portal na pudelek.pl  8-)

c3

„Che” Guevara – Jeden z najbardziej zaskakujących dowodów manipulacji i ogłupiania ludzkości. Bandyta, śmieć, morderca, manipulator, komunista i zwyczajny bandzior, jakich wiele. Tymczasem wśród lewackiego ścierwa urósł do walki symbolu, nie do końca wiem jakiego… Wolności? Walki? Przyjaciel Fidela Castro, niedorobiony lekarz, działał jak typowy południowoamerykański bojówkarz lewacki – za pomocą szantażu, morderstw, konfidenctwa, demagogii… Zginął w ten sposób, że dość go mieli ci, których „wyzwalał”, czyli boliwijscy chłopi, i zamiast wstępować w szeregi jego bojówek wydali go wojsku. Guevarę zabito, skończył adekwatnie do swojego życia – jak śmieć, i doprawdy niewyjaśniona dla mnie jest zagadka jego kultu, był nikim i zdechł jak nikt. U nas też są takie przykłady, przez wielu na piedestał wynoszony jest np. konfident, zdrajca, szmata i tępe bydlę, niejaki Bolek Wałęsa zwany też jako Lejba Kohne. Przykładem odwrotnym za to jest np. Pinochet, który był bardzo pozytywnym i odważnym człowiekiem, a przez mainstreamowe lewackie światowe media jest przedstawiany negatywnie…

c5

Czas – Był kiedyś taki śmiesznie żenujący piosenkarz Dr Huckenbusch, który problem czasu poruszył w  jednym ze swych utworów, a mianowicie zaśpiewał  „O k…a mać, jak zap…la czas”. Ta, wypowiedziana w nowatorski sposób kwestia oddaje istotę problemu. Czas to niebywały luksus i faktycznie zap…la, aczkolwiek jest to (czas) pojęcie względne. Inaczej nam leci, gdy rozbiera się przed nami 19 letnia podpita nimfomanka z rozmiarem 75 F, a inaczej, gdy idziemy w poniedziałek rano skacowani strasznie do roboty w 30 stopniowym upale z możliwością nadgodzin za marne grosze…  Nieco inaczej o czasie mówi Pink Floyd w epokowym kawałku „Time”:  „Ticking away the moments that make up a dull day, You fritter and waste the hours  in an offhand way”  czyli mniej więcej „Tykanie zegara wypełnia chwile szarego dnia, Marnujesz i trwonisz godziny, które otrzymałeś”. Też nic dodać nic ująć, aczkolwiek Roger Waters jest nieco subtelniejszy od Huckenbuscha ;-) . To fakt niezbity, cały czas marnujemy i trwonimy swoje godziny, np. na oglądanie telewizji, czytanie „Gazety Wyborczej”, robienie zakupów w markecie w niedzielę, picie piwa puszkowego, czytanie programu wyborczego Twojego Ruchu czy chodzenie na mecze Arki Gdynia… To ostatnie to już robią wyjątkowi, ohydni dewianci o tendencjach homoseksualnych, ale są i tacy! Nie żartuję. Jeżeli chodzi o najważniejszą kwestię czasu dotycząca mojej skromnej osoby, to zauważam, że mam coraz mniej czasu na zobaczenie Bałtyku w lidze mistrzów, ideałem byłby taki mecz z Paris Saint Germain przerwany w 10 minucie i już nie wznowiony z powodu najazdu 1000-nej armii Hunów z Bałtyku i awantury z chuliganami PSG na trybunie bulońskiej… To było zawsze moim marzeniem i kiedyś byłem pewien, że czas mi pozwoli doczekać tej chwili, ale minęło 20 lat i moje marzenia oddaliły się zamiast przybliżyć… Zaczynam mieć wątpliwości , czy czas okrutny pozwoli mi doczekać realizacji tych marzeń, bo patrząc co dzień rano w lustro coraz częściej dane mi jest powtarzać słowa pioseneczki Dr Huckenbuscha… :twisted:

c1

1993.04.17 Miedź Legnica – Bałtyk Gdynia

Wiosna  ’93 była wyjątkowo ciepła. Bałtyk też grał dobrze – czołówka drugiej ligi, to były czasy! Więc wiadomym było, że w piątek wieczór trzeba się udać na wyjazd. Po południu w mojej rezydencji w Gdańsku Przymorzu odwiedził mnie kolega G z Wejherowa, wypiliśmy po dwa piwa i udaliśmy się do sklepu spożywczego, celem zaopatrzenia na wyjazd. Nasze finanse były wyjątkowo marne, a czekał nas wyjazd do dalekiej Legnicy – ponad 500 km w jedną stronę, ponad 24 godziny w trasie, bilety, żarcie, inne pierdoły, tymczasem po podliczeniu wspólnych zasobów finansowych wyszło nam, że mamy licząc na dzisiejsze czasy około 30 złotych. Na dwóch. Na pierwszy ogień poszły bilety PKP – natychmiast z nich zrezygnowaliśmy. Potem zrezygnowaliśmy z biletów na mecz i z jedzenia. W końcu dokonaliśmy zakupu – kupiliśmy 6 win owocowych, a resztę zainwestowaliśmy w jedzenie, starczyło na 5 suchych bułek. Z tym oto prowiantem ruszyliśmy SKM w stronę Gdyni. Jeszcze przed Sopotem nastąpił dramat, albowiem G się pośliznął i uderzył butelką w ścianę przedziału, na skutek czego odpadła szyjka, na szczęście nie wylała się zawartość. Ciężko było pić, bo ostre zręby w butelce groziły poranieniem, z kolei żal było wylać. Wpadliśmy na pomysł, że jak pociąg stawał, jeden wyglądał przez okno i dawał natychmiast znać, gdy pociąg miał ruszyć, a drugi w tym momencie ostrożnie pił. W ten oto sprytny sposób wypiliśmy całe wino, choć przyznać trzeba, że jeszcze przez kilka godzin odłamki szkła chrzęściły w zębach. W Gdyni czekało na nas jeszcze dwóch wyjazdowiczów, więc razem zaledwie w 4 osoby ruszyliśmy do dalekiej Legnicy. Bodajże w Lesznie mieliśmy przesiadkę, a pociąg do Legnicy wlókł się niemiłosiernie, więc G wymyślił konkurs. Otóż miał on przy sobie 2 prymitywne ruskie koziki przywiezione z niedawnej wyprawy do Rosji. No i wymyślił ,że przy użyciu zaledwie tego kozika trzeba wyciąć i wyrzucić jedną rzecz przez okno, kto nie da rady nic wyrzucić, przegrywa. Walka była zacięta, po wszystkich siedzeniach poleciały za okno stoliki, frytkownica, aż w końcu skończyło się na remisie, bodajże 6-6, gdyż przedział był już kompletnie pusty. W Legnicy w związku z naszymi zawodami jak też uporczywym uchylaniem się przed okazaniem dokumentów wkroczyli SOK-iści i coś tam nam wypisali. Idąc wesoło przez Legnicę w swoich barwach spotkaliśmy w parku nieopodal stadionu P. z Vitavy, który przyjechał z piłkarzami i oznajmił nam, że załapał się na pokój w hotelu „Piast”, gdzie nasi piłkarze nocowali. Tak więc zaliczyliśmy ten wyjazd w sumie w 5 osób. Udaliśmy się do hotelu, który miał przygnębiające otoczenie. Legnica zwana była „Małą Moskwą”, w mieście tym stacjonowało mnóstwo rosyjskich okupantów, kwiecień ‘93 był to okres, kiedy to dopiero co opuścili nasz kraj. W koło walały się zdemolowane koszary, ruscy brali wszystko jak leci łącznie z wyrywaniem zlewów i wanien ze ścian, właśnie wśród tych zgliszczy mieścił się „Piast”. Na pokoju skorzystaliśmy z możliwości odświeżenia się, jak też na naszej biało – czerwonej fladze pastą do butów namalowaliśmy zgrabnego celtyka. Potem porżnęliśmy nożami wszystkie łóżka i wygłupialiśmy się wyciąganymi z nich sprężynami, sam nie wiem dlaczego. Przyszedł czas meczu. Na stadionie usiedliśmy naszą piątką w sektorze dla przyjezdnych, wywiesiliśmy dwie flagi – biało czerwoną z celtykiem i Bałtyku. Miedź zebrała się w 70 – 80 osób, trochę nas wyzywali, a w swych pozdrowieniach wymienili chyba z siedem klubów, wywiesili 3 flagi. Mecz przegraliśmy 1-0. Po meczu piłkarze zgodzili się wziąć nas autokarem do Gdyni, widać wieści z hotelu nie dotarły do nich. Przejeżdżając koło dworca PKP zauważyliśmy, że uratowaliśmy sobie dupy, byłoby bardzo gorąco, albowiem czekało na nas 25  -30 osobników, w większości łysych i nie wyglądali oni na nastawionych przyjaźnie. Reszta wyjazdu była już spokojna, a jakieś 3 tygodnie później przyszedł do mnie jakiś kosmiczny rachunek za dewastację pociągu. Pałany strasznym oburzeniem napisałem protest do biura przejazdów bezbiletowych na ul. Lecha 10 w Gnieźnie. Mój protest uznano i znowu przyszedł rachunek, ale już normalny, za jazdę bez biletów tylko.  To były piękne lata, bez kalkulacji, obstawy, pieniędzy… fantazja, miłość do klubu, chęć przeżycia przygody i prawdziwe koleżeństwo – oto co powodowało, że aż trząsłem się z niecierpliwości, kiedy to będzie następny wyjazd. Co nam zostało z tych lat… Aż przykro mówić. Szanujmy wspomnienia…

milion

Milion sposobów, jak zginąć na Zachodzie

Na ten film szedłem z chęcią zobaczenia durnego i tzw. czarnego humoru w dobrej oprawie. Zachęciło mnie to, że reżyserował go facet, który wcześniej reżyserował „Teda”, jedną z niewielu naprawdę śmiesznych komedii w ostatnich latach. Generalnie nie jest najgorzej, aczkolwiek humor prymitywny polegający na rozprutych flakach, fekaliach i aluzjach seksualnych wysokich lotów nie jest, i musi mieć w sobie „to coś” by wywoływać cokolwiek poza uczuciem zażenowania.  Udało się średnio.  Albert, hodowca owiec, nietypowo jak na Zachód stroni od przemocy, nie umie nawet strzelać. Poznaje laskę (Charlize Theron w dobrej formie) która uczy go życia kowbojskiego, aczkolwiek nie stroni od jego wrażliwej, uczuciowej strony. Potem są strzelaniny, pojedynek rewolwerowy ze środkiem na przeczyszczenie w tle, picie indiańskich napojów z zawartością narkotyczną i związane z tym zabawne wizje. Najciekawszym, zaskakującym momentem było chwilowe spotkanie… Emmeta z „Powrotu do przyszłości 3”, heh zaskoczenie się udało.  Końcówka nie odbiega od standardów i byłaby nawet nota 6, bo nie nudziłem się podczas projekcji, ale odejmuję punkt w ocenie za oszustwo. Otóż polski dystrybutor nie sprostał zwiastunowi i dwie najlepsze (najbardziej obrzydliwe??) sceny bezczelnie wyciął – nie ma ich w filmie! Jednym słowem kto polegał tylko na zwiastunie, mógł poczuć się zawiedziony, bo nie dostał tego wszystkiego, czego się spodziewał. Czyli moja ocena: 5 (0 – 10), jednak „Ted” był znacznie lepszy.

milion

Artyści upadli

Wiele jest kapel muzycznych, których słuchałem w młodości, począwszy od lat 80-tych, do których mam sentyment ze względów chyba wiadomych. To były fajne czasy, muzyki się słuchało na kiepskich nośnikach, jakość tego wszystkiego była co najwyżej średnia. Ale to nie przeszkadzało. Dużo się słuchało muzyki polskiej wtedy, zagraniczna była mniej dostępna no i nie miała tej siły przekazu, czyli zrozumiałych słów, odnoszących się do naszej teraźniejszości… która w połowie lat 80-tych specjalnie różowa nie była. Teraz zresztą też nie jest.  Chcę dzisiaj wspomnieć o kapelach upadłych… którym jakoś przedziwnie spadek formy artystycznej nierzadko połączył się z zaangażowaniem w politykę i wybory te były delikatnie rzecz biorąc nietrafione. Kiedyś kapele buntu, kontestacji otaczającej rzeczywistości, nastawione anty… do kurewstwa, syfu i komuny, dziś już nierzadko nastawione prorządowo, miękkie faje, podstarzałe pierdzistołki. Bez wyrazu, bez jakości, bez niczego sensownego, poziom muzyczny jakiś Kwiatkowskich i Grzeszczak (nie Margaret! Ona jest słodka, lubię ją :lol: ), nadal wydaje im się, że mają coś do powiedzenia, ale to już jest naćpany bełkot, nic wartościowego. Jak to śpiewał Perfect „Trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść…” aczkolwiek sam wykonawca tego utworu, o ile jeszcze nie zszedł ze sceny, to czas już ku temu najwyższy, ciekawe czy o tym wie.  Zaczniemy od Big Cyca. Kiedyś fajna kapela, naprawdę lubiłem. Od 1990 roku poczęli grać, ich pierwsze płyty to „Z partyjnym pozdrowieniem” i „Nie wierzcie elektrykom”, bardzo udane, podobnie jak następne „Miłość, muzyka, mordobicie” oraz „Wojna plemników”. Potem już tylko było coś w stylu the best z kilkoma nowymi utworami czyli „Nie zapomnisz nigdy” i jak dla mnie właściwie Big Cyc się skończył. Skończyły się czasy pomarańczowej alternatywy, protestów wraz z UPR-em  w sprawie podatków,za to Skiba stał się gwiazdą dziennikarstwa. Wszędzie go zrobiło się pełno, tylko że niestety wraz ze swym przyjacielem Koniem Konnakiem stawał się coraz głupszy i stan ten permanentnie się pogłębia do dni dzisiejszych włącznie. Płyty Big Cyca stawały się coraz gorsze, ich poziom leciał na łeb na szyję wraz z poziomem pseudo celebryckich zachowań, komentarzy i felietonów Skiby. Nadal pisze ironicznie o komunistach, lewakach i czarnuchach, ale życzliwa to ironia, nie braknie w niej elementów drobnej sympatii, za to walka z kościołem stała się w świadomości Skiby kwestią nadrzędną. Upadek całkowity. Posłuchajcie sobie jego utworu z ostatniej nadającej się do słuchania płyty o nazwie „Wszystko gnije”, o tym jak etos solidarności zagubiły, zniszczyły i zdewaluowały te wszystkie Bolki, Niesiołowskie, Krzywonosy i inne indywidua… Przynamniej ja tak ten utwór rozumiem i o to chodzi, aby rozumieć po swojemu.



Następnym wykonawcą, który „kiedyś grał” a obecnie mało że jest nikim od strony muzycznej, to jeszcze jest służalczym pachołkiem systemu, jest pani Kora Jackowska z zespołu Maanam. To biedna, upadła kobieta. Kiedyś grała rewelacyjnie, bardzo lubiłem Maanam z moich bardzo młodych lat. Ostatnia płyta Maanamu, ostatnia kiedy naprawdę grali to „Derwisz i Anioł” z 1991 roku, to ta płyta z „Wyjątkowo zimnym majem”. Na tym w zasadzie Maanam się skończył. Dziś to jest stara kobieta, ćpająca i zamawiająca paczki z narkotykami na imię i nazwisko swojego psa. W oparach alkoholu i marihuany pani ta z przeciwniczki i kontestatorki stała się piewczynią systemu, ulokowała się w nim świetnie, no i ustawiła się na lata. Ze śpiewaniem u niej marnie, więc jest jurorką za niebagatelną kasę w talk show „Must Be the Music” i tam może bezkarnie dawać upust swym talentom oratorskim (fakt faktem na muzyce się zna, nikt jej tego nie odbierze) i pluć w koło jadem na wszystko, co związane jest z wiarą, kościołem lub PiS-em. Nienawiść do systemu przekuła w nienawiść do wartości duchowych, intrygująca i dziwna przemiana. W roku 1983 Maanam nagrał świetną płytę, której tytuł jak też wiodący singiel to „Nocny Patrol”. To nie mogło się spodobać komunistycznym cenzorom z ul. Mysiej w Warszawie, kawałek o nocnym patrolu podczas stanu wojennego i godziny milicyjnej. Błysnęła odwagą, bo mogli jej zamknąć karierę raz na zawsze, nie takich ludzi wtedy łamano. Oczywiście natychmiast dostała odpowiedź, że płyta ta absolutnie nie pójdzie. No to Maanam wziął się na sposób i nagrał tą samą płytę w wersji angielskiej – „Night Patrol”. Czy to cenzorzy byli durni i nie umieli sobie przetłumaczyć, czy też uznali, że w niewyedukowanym lingwistycznie społeczeństwie taka płyta szkód nie narobi – dość powiedzieć, ze w angielskiej wersji płyta poszła. Potem stan wojenny się skończył i w końcu puszczono na rynek płytę w wersji polskiej i tym samym kuriozum, przynajmniej jak na tamte czasy stało się faktem. „Night Patrol” wyszedł w 1983 roku, „Nocny Patrol” w 1984. Posłuchajmy jak to „Oddech zmęczony, tupet nerwowy  – sypie się szkło…”, bo teraz już Kora nic podobnego na pewno nie zaśpiewa, no chyba że (ale świnia ze mnie) zrobi sobie jakiś cover Chemical Brothers na dziale onkologii w szpitalu…

Myślałem, kogo jeszcze by tu wrzucić. Budkę Suflera? Perfect? Wiecznie żywą niczym Lenin Marylę Rodowicz? Wielu jest jeszcze kandydatów na listę hańby, ale już wystarczy, chciałem tylko zwrócić uwagę, jak to ludzie się zmieniają, jak alkohol i narkotyki mogą zmienić fazę na bani, jak niektóre prostaki się pogubiły gdy „upadła” komuna… Zjechały czołgi z ulicy, Rosjanie nie stacjonują u nas, i już nie wiedzą co robić, kto jest swój, a kto wróg. To się nazywa brak permanentnej logiki i samodzielnego myślenia. Tak wiem, wielu ludzi ma z tym problemy, ale artyści rzekomi, którzy kształtują w dużym stopniu gusta, myślenie swoich fanów powinni od siebie wymagać więcej i widzieć szerzej… Niestety różnie z tym bywa. A jeżeli czytają mnie różni gówniani „artyści” i cieszą się, że o nich nic nie skrobnąłem, to uważajcie – radość wasza jest przedwczesna. Redakcja Wolnej Polski wszystko widzi i wszystko wie, i nikt jej surowej acz sprawiedliwej ocenie nie umknie. Wszystko jest kwestią czasu  :twisted:

karty2

Kto rozdaje karty… ?

Znamy smutną historię ostatniego ćwierćwiecza, gdy to na fali euforii z powodu upadku komunizmu zmienialiśmy świat na lepsze… Okazało się, że tylko nam się wydawało, że zmieniamy, i tylko nam się wydawało, że komunizm upadł. Lata minęły, u jednych oszołomienie minęło szybko i dopuścili do siebie prawdę po kilku latach, u innych trwało dłużej, a są też i tacy, u których trwa do dziś, ale to już raczej albo debile albo ludzie źli, świadomie zniekształcający fakty. Wszyscy znają już historię prawdziwą „Okrągłego stołu”, poprzedzającej go „Magdalenki”, historię werbunku i wiernego wywiązywania się z powierzonych zadań przez kapusiów SB. Znamy nazwiska zdrajców a efekty ich działań szukać daleko nie trzeba. Wystarczy wyjść na ulicę. Jest fasada, przykrywka, którą można pokazywać w telewizji i którą można się chwalić w programach propagandowych. No bo przybyło przecież autostrad, przez te lata… ze sporym opóźnieniem i najdroższe na świecie, ale są. Przybyło nam stadionów, w tym narodowy… najdroższy na świecie, ale jest. Bloki stały się bardziej kolorowe, wszędzie pełno jest krzykliwych, kolorowych reklam, każdy ma komórkę, lub kilka, a w sklepach półki uginają się pod ciężarem dóbr wszelakich. Kanałów w telewizji w najpodlejszej tv osiedlowej jest 50, ale żaden problem mieć ich 5.000, wszystko zależy od wykupionego pakietu. Można jechać za granicę, do pracy i na wycieczkę, chcesz na Malediwy? Proszę bardzo, chcesz na Bora Bora? Czemu nie. Wpłać kasę tylko, w twoim mieście na pewno jest kilka biur podróży. Chcesz sexu? Wchodzisz na portal internetowy i w 10 minut masz telefon do odpowiedniej panny, za parę złotych. Zmywak w Anglii, mecz pucharowy we Włoszech, pigułki w Amsterdamie, rejs statkiem po Nilu, safari w Kenii. To wszystko masz ot tak, pstrykniesz, zadzwonisz, zapłacisz  i masz. Warto było, zmiany zaszły, jest dobrze! Może tak pomyśleć debil po otrzymaniu solidnego zastrzyku ogłupiającego. Mógł tak pomyśleć pijany kibic z Irlandii będący tydzień w Polsce na mistrzostwach Europy. Bo whisky było dobre, kurwiszony na każdym kroku, uśmiechnięty (bo rolujący cię, irlandzki baranie) taksówkarz stoi pod hotelem i zaprasza do siebie. Gdy mieszkasz jednak dłużej niż tydzień w tym kraju, gdy myślisz choć trochę, gdy umiesz wyciągać wnioski, fasada pęka. Mur kłamstwa lichy coraz bardziej jest i wali się, niczym mury Jerycha po zadęciu w trąby przez żydowskich siedmiu kapłanów… Mur już legł w gruzach i mamy wszystko jak na dłoni, i oto widać gówno. Lawa gówna, potoki gówna w jakie zmienione jest nasze życie. Bo faktycznie autostrad przybyło, ale jeżdżą po nich głównie samochody firmowe, prywatna osoba zastanowi się zanim zaleje paliwa, którego litr kosztuje tyle co 40 minut pracy. Bo sklepy faktycznie pełne, tyle że bankrutują jeden po drugim, bo ludzie przychodzą tylko po chleb, kaszę i mleko. Ponad 2 miliony ludzi uciekło z kraju, z tego 90% żyje za granicą jak szczury, w nędzy i upokorzeniu ciułają po 2 funty dziennie, może starczy na wpłatę na kawalerkę w Polsce po kilku latach oszczędzania, jak pan murzyn z pracy nie wywali przedtem. Mimo tylu wyjazdów bezrobocie nadal rekordowe. Padają firmy, przemysł, obniża się standard życia. Rośnie liczba samobójstw, morderców i dewiantów. Baby boją się rodzić dzieci, bo rodzina może zdechnąć z głodu, bo tylko tata ma etat, zarabia 2 koła i cieszy się, bo inni mają gorzej. Ludzie w rozpaczy wołają „wróć komuno”  i wcale im się nie dziwię. Oni nie muszą rozumieć, że komuna trwa nadal, że fasada, otoczka tylko się zmieniła. Oni pamiętają, że jak człowiek do partii się zapisał, to i do sekretarza partyjnego mógł pójść na skargę, z głodu na pewno by nie umarł. A teraz umierają. Umierają renciści z 900 zł na rękę co miesiąc, gdy za czynsz dają 500, trochę na prąd i gaz i zostaje comiesięczny dylemat: żreć za te 300 czy kupić te leki co doktor przepisał? Zdechnąć z głodu czy z choroby? Syn nie pomoże, bo pracy nie ma od 15 lat i się rozpił. Poskarżyć się nie ma komu. Nędza, syf i brak perspektyw na lepsze jutro. Jednak przy tym wszystkim jest i to wcale nie taka mała grupa, która na „zmianach ustrojowych”, na „25 latach wolności” wyszła świetnie. To ci, którzy trzymali za stery w roku ’89 jak też w latach wcześniejszych i późniejszych. Kilku tysiącom ludzi powodzi się w tym kraju naprawdę dobrze: starym ubekom, ludziom z nocnej zmiany, zdrajcom z „Solidarności” od Bolka Wałęsy począwszy, neokomunistom spod znaku PO, no jeszcze trochę można by wymieniać. Wszystko to wie ten, kto chce wiedzieć, kto kojarzy fakty i w zasadzie nie ma co się powtarzać, bo pisałem o tym nie raz. Nurtuje mnie inny problem – kto dzisiaj pociąga za sznurki? Kto dzisiaj, niczym Nowicki w „Wielkim Szu” rozdaje karty? Karty znaczone, oszukane, muszą wygrać ci, którzy są ku temu namaszczeni. Kto wypełni kolejny tom „Alfabetu Szulerów”, jeśli takowy Łysiak będzie chciał kiedyś napisać? Trochę takiej wiedzy mamy, aczkolwiek na pewno czymś będziemy zaskoczeni. Dotychcas rządzący renegaci powoli będa odchodzić od władzy, niebawem czekają nas więc kolejne przykre zaskoczenia. Ktoś kogoś namaści na nowych rządzących, tradycyjnie „z tylniego siedzenia”. Komuś opadnie maska sympatycznego patrioty i zobaczymy ohydny mongolsko – sowiecki ryj z żydowskimi świdrującymi oczkami. Niejeden autorytet padnie, obawiam się że niejeden kolejny „piewca wolności” okaże się szmatą. Bo chyba nikt nie wierzy w to, że neokomuna nie ma planu „B”. Oni dobrze wiedzą, że czas  Platformy Obywatelskiej się kończy, jak nie teraz, to za pół roku, rok, najdalej dwa. SLD chyba do władzy nie dojdzie, trzeba dać ludowi kogoś nowego, „wiarygodnego”, niczym Wałęsa i jego banda w 1989. Korwin Mikke chyba się nie nadaje, zbyt kopnięty, a tym samym niewygodny do prowadzenia przez oficerów prowadzących, więc może Kaczyński? Wieczna opozycja dopcha się do władzy, zna się z tymi wszystkimi ch…mi, od 30 lat siedzi w tym bagnie. Obydwoje siedzą od wielu lat, obydwoje Żydzi z pochodzenia, Goldberg i Kalkstein, a Żydzi pójdą na wszystko, byle kasa się zgadzała. I najlepiej na świecie umieją udawać, np. prawdziwych patriotów, np. antykomunistów… Może ktoś z Ruchu Narodowego jest już namaszczony? Bo czas nacjonalistycznych partii, ich dojścia do głosu zbliża się wielkimi krokami, Francja, Węgry, Anglia, Niemcy, coraz więcej w tych krajach nacjonaliści mają do powiedzenia, ci co rozdają karty dobrze o tym wiedzą, szulerzy to najwyższej klasy. Strzelam ślepakami na razie, być może obrażam uczciwych ludzi, posądzam niesłusznie, ale też i wiem że mam rację,tylko jeszcze nie wiem „kto”.  Ta banda bardzo złych ludzi rządzących Polską od wielu lat zawsze jest przygotowana na kolejną transformację systemu. Trzymający władzę to parafrazując „Wielkiego Szu” nie jest naiwny drobny cwaniaczek z postoju taxi, to nie jest też małomiasteczkowy macher Mikun ogrywający głupszych od siebie, to jest sam Wielki Szu, który niczym Nowicki w swej popisowej roli gra tak, byś do samego końca myślał, że wygrywasz… Grasz w pokera, myślisz że jesteś dobry, dobierasz trzy karty i masz fula maxa, trzy asy na dwa króle… Fortuna jest już blisko, czujesz przyspieszone bicie serca, poker jest twój, a Polska jest nasza, wygraliśmy w końcu wybory… Ale po drugiej stronie stołu siedzi On. Przytrzymuje twoją rękę, która już zgarniasz forsę ze stołu. Ma karetę z 4 dziewiątek. Leżysz. Leżysz i kwiczysz, a tak bardzo miałeś nadzieję… „Wielki szu” to bardzo mądry i pouczający film, jeśli jakimś cudem ktoś go jeszcze nie widział – polecam. Ale tu nie o film chodzi. Jestem zły, zgorzkniały i nieufny. Nie wierzę tak do końca nikomu. Pchnęły mnie ku takiemu zachowaniu złe czasy i źli ludzie. Nie ufam nikomu w pełni, bo nikt na to nie zasługuje. Muszę się dowiedzieć, kto rozdaje karty i kto jest przewidziany na stołki w najbliższych latach. Chętnie wykonam na nim (na nich) jedyny słuszny wyrok: śmierci. W moim kodeksie on nadal funkcjonuje. No nie wierzę w dobrych ludzi i prawdziwych 100 – procentowych patriotów z aureolą nad głową i zastępem dobrych aniołów im towarzyszących. Może się mylę, może przesadzam… ale ja rok 1989 dobrze pamiętam, pamiętam jak wiara moja upadała, by dopiero chyba po 2000 roku przestać wierzyć całkowicie politykom. Dlatego wybieram, bo nie mam wyjścia, ale nie zbawcę, uzdrowiciela, szamana polskiej rzeczywistości. Szukam jedynie kogoś w miarę uczciwego, kto ma pojęcie o gospodarce, ekonomii, kto nie jest skurwielem i złodziejem… Albo przynjajmniej jest trochę mniejszym od tych, którzy są teraz. To już są cechy dostępne niewielu politykom, znacznie ich z tego bagna wyróżniające. W zbawcę i przywódcę uczciwego, prawdziwego, nie przygotowanego przez rozdających karty póki co nie wierzę, bo nie widze nikogo zaufanego, godnego i zdolnego by wymaganiom moim podołać. Jak i wymaganiom całej Polski, niestety. Bo nie wierzę wto, że establishment odpuści, że salon dopuści „nie swoich” do konfitur władzy. Ale jak pisałem w poprzednim artykule – przy paleniu sejmu i wieszaniu złoczyńców może taki ktoś się objawi? Ja czekam… Nawet zapałki i sznur mam już przygotowane…

karty2

smok

Jak wytresować smoka 2

Wytwórnia filmowa DreamWorks na przebojach filmowych się zna – to spod ich ręki wyszły wszystkie „Shreki”, najlepsza animacja jaka dotychczas powstała, jak sądzę, przynajmniej moja ulubiona. Pierwsza część „Jak wytresować smoka” okazała się sporym sukcesem, więc pewnym można było być, że powstanie i część druga. Akcja dzieje się 5 lat później, asymilacja wikingów z wioski Berk ze smokami przebiega idealnie, nikt już nie pamięta prawie, że kiedyś z nimi wojowano. Sielanka jednak wkrótce zostaje przerwana.  Czkawka, syn wodza wioski na swym smoku zapuszcza się kiedyś wyjątkowo daleko i odkrywa, że zbliża się zagrożenie. Wojownik Drago Bludvist na czele swej armady zmierza ku wiosce naszych znajomych wikingów, ma zamiar ją podbić i zabić wszystkie smoki, taka bowiem idea mu przyświeca od wielu lat. To bardzo niebezpieczny przeciwnik, dobrze uzbrojony i zaprawiony w bojach. Inną postacią która pojawia się na horyzoncie to tajemniczy Smoczy Jeździec, którym okazuje się… nie będę spoilerował, w każdym razie film jest dynamiczny, podzielony na kilka wątków które z czasem się zazębiają i prowadzą do finału. Batalia końcowa jest efektowna i trzyma w napięciu do ostatnich minut filmu. Macie dorastające dziecko w wieku 8 – 14 lat? Ten film jest idealnym rozwiązaniem, aby spędzić z nim prawie 2 godziny czasu, dziecku film bardzo się spodoba, a i wy nie będziecie się nudzić. Zdecydowanie polecam i daje notę 8 (0 -10), oby więcej takich animacji.

smok