Film „Noe: wybrany przez Boga” to dzieło reżysera Aronofskiego. Nie jest to reżyser zbyt płodny, to dopiero jego 5 film w XXI wieku, ale ma w dorobku kilka filmów niezłych, a jeden doskonały: „Requiem dla snu” z 2000 roku. Może faktycznie lepiej nie robić dwóch filmów rocznie, a skoncentrować się na tym, aby były dobre? „Noe…” to swobodna adaptacja historyjek biblijnych. Czasem coś się dzieje słowo w słowo i biblia jest cytowana, a czasem reżyser dodaje swoje autorskie wątki. Głównym bohaterem jest Noe, grany zresztą bardzo dobrze przez Russella Crowe. Ma on apokaliptyczne wizje potopu i wskazówki od Boga co zrobić, aby ten potop przeżyć wraz z niewinnymi ziemskiej hekatomby, czyli zwierzętami. Zaczyna budować arkę (czego ja rzecz jasna robić bym nie mógł, nigdy nie przyłożę ręki do budowy żadnej arki, zbyt złe skojarzenia, heh) a pomagają mu w tym upadłe anioły pod postacią kamiennych olbrzymów. Walczą oni o odkupienie swych win, co im się finalnie udaje. Na arkę pod koniec jej budowy przybywają zwierzęta, zadbano o bardzo efektowne przedstawienie tej zwierzęcej migracji. Zresztą scena potopu też przedstawiona jest efektownie, ale najbardziej wymiata scena walki, gdy ludzie którym przeznaczony jest koniec, próbują się wedrzeć na łódź Noego i walczą z kamiennymi olbrzymami. Koniec filmu jest bardzo dramatyczny i trzymający w napięciu, choć nie ma tu już efektownych scen batalistycznych. Widzimy człowieka, którym targają spore emocje, toczy się wewnętrzna walka dobra ze złem i na szczęście niekiedy ta lepsza strona wygrywa, także i tym razem. Generalnie film jest dobry i na pewno wart polecenia. Mocne 7 w mojej skali 0 -10 i zapraszam do kina.

noe