Kwiecień ’96 to był jeden z ostatnich jak dotychczas miesięcy Bałtyku w 2 lidze. Wtedy jeszcze o tym nie wiedzieliśmy, liczyliśmy na utrzymanie. Wybraliśmy się na ten wyjazd autokarem, zbiórkę sobie urządziliśmy na Vitavie. Już od początku wyjazdu były komplikacje, bo na miejsce zbiórki wpadły psy i zrobiły nam rewizję autokaru, wynosząc z niego cały nasz sprzęt. Wtedy jeszcze niekiedy się go używało, aczkolwiek my bardzo rzadko. Potem był kolejny kłopot, bo na 50 – osobowy autokar przyszło prawie 60 chętnych i trzeba było zrobić lekką selekcję, kierowca przy psach bał się wziąć choćby jedną osobę ponad stan. To fatalna sprawa, gdy trzeba zostawiać ludzi  chętnych, by jechać za Bałtykiem… W końcu ruszyliśmy w te 50 osób. Natychmiast rozpoczęliśmy alkoholizację, psy z nami nie jechały, więc było miło. Ja imprezowałem z kolegą P. z Vitavy, który miał spirytus i zapomniał go rozcieńczyć, co spowodowało, że musieliśmy pić czysty spiryt i zapijać go piwem. Nie polecam :roll: . Gdy dojechaliśmy do Bydgoszczy, większość wycieczki była już nieźle „zrobiona”. Kierowca omyłkowo podjeżdża pod kasy Zawiszy. Wyskakujemy z autokaru i od razu atakujemy. Pod kasami popłoch, Zetka się rozbiega, kilku jest dorwanych i miło tego dnia nie wspominali. Wpadają psy i zabawa się kończy. Gdy już nas otoczyli, dwóch z nas zawinęli na izbę, konkretnie mnie i F. z Obłuża. Trochę mieliśmy pecha, bo wzięli nas dwóch pierwszych z brzegu – tego dnia na izbę to nadawał się cały autokar 8-) .  Pod tymi kasami skroiliśmy ze 2-3 szale, niestety wyszło na remis, bo z kolei Zawisza zapolował na naszych na PKP. Przyjechało 8 od nas pociągiem i zostali wykrojeni mniej więcej z takiej samej ilości barw. Tak więc ogółem w Bydgoszczy tego dnia 58 z Bałtyku. Młyn miejscowych to nieco powyżej 100 osób. Tradycyjnie przegrywamy, choć jakoś tam grali… na rogatkach Bydgoszczy opuszczają nas psy, a za kilka minut kolejne emocje. W miejscowości Trzeciewiec lecą na nas kamienie. Leci szyba, bodajże przednia. Autokar natychmiast staje, wyskakujemy, ale po napastnikach (3 auta) nie ma już ani śladu. Adrenalina udzieliła się nawet kierowcy i wracamy do Bydgoszczy, ale po kilku minutach wpadamy znów na te same psy, zdziwione i już wkurwione nieźle. Nie ma możliwości wjazdu do Bydgoszczy, więc pozbawieni jednej szyby wracamy do Gdyni. Duet z izby następnego dnia dostaje kwitki z promilami (ja 2,55 kolega F. 1,73) i w Trójmieście jesteśmy dopiero przed południem dnia następnego. To był naprawdę ciekawy wyjazd!