Sezon 93/94 był sezonem, gdy FC Lębork był praktycznie wszędzie. Nie inaczej było w przypadku wyjazdu do Dzierżoniowa. W 4 osoby z Lęborka imprezowaliśmy trochę w Gdańsku, po czym udaliśmy się na PKP w Oliwie, aby wsiąść w pociąg do Wrocławia. Kilkanaście minut przed odjazdem pociągu na peron wtoczyło się ok. 40 kibiców Śląska i Lechii, mocno rozbawionych dodajmy… Tego dnia bowiem miał w Gdańsku miejsce mecz zgodowy Lechii ze Śląskiem. Nie rozkminili nas, ale woleliśmy nie prowokować losu i ten pociąg sobie odpuściliśmy. Około godzinki czekania i wbijamy się w pociąg na Katowice. Już spokojni wyciągamy co tam mamy w plecaku… butelka wódki i 2-3 wina to był nasz zestaw podróżny. W Laskowicach Pomorskich słyszymy wesołe śpiewy… to oczywiście Śląsk. Wywalili ich tam za jazdę bez biletów i jednak musieliśmy z nimi jechać. Wbili nam się do przedziału i na pytanie dokąd jedziemy, skłamaliśmy niestety – że jedziemy do kolegi z wojska. Miło, że nie trzepali nam plecaka, mieliśmy tam flagę i 4 szale. Kanar był trochę jebnięty – nic mu się nie podobało. A to jazda bez biletów mu przeszkadzała, a to picie alkoholu, a i do fałszywych dokumentów kolegi P z Lęborka się przyczepił… Do samego Inowrocławia się czepiał. Tam już i my, i Śląsk musieliśmy wysiąść, bo pociąg odbijał na Zduńską Wolę. Stoimy tak sobie na peronie, gdy zapowiadają opóźniony pociąg z Katowic do Gdyni. Muszę wam powiedzieć, że wtedy miałem w głowie wszystkie mecze, połączenia kolejowe itd. No i błysnąłem stwierdzeniem, że w tym pociągu na pewno będzie Zawisza wracający z Górnika Zabrze i że na pewno ktoś będzie z Inowrocławia. Niezła wiedza jak na laika jadącego do kolegi z wojska, ale nikt nie załapał. Chowamy się w poczekalni i faktycznie… z pociągu wysiada 2 fanów bydgoskiego Zawiszy z Ina z jednym plecakiem (wszystkich razem z Zawiszy było wtedy 32 w Zabrzu). Chłopaki ze Śląska Idą za nimi i parę metrów za dworcem atakują, Zawisza traci flagę i 2 szale – Zetki i ŁKS-u.  Niestety, Śląsk bierze sobie to wszystko. W końcu jedziemy dalej. Zaraz za Poznaniem (Puszczykowo?) wyrzucają znowu Śląsk z pociągu, a my na kredytach w końcu sami dobijamy do Wrocławia. Do końca się nie zorientowali, kim jesteśmy. We Wrocławiu kolejny kłopot. Do meczu zostało pół godziny, Do Dzierżoniowa 60 km i żadnego transportu. Podbijamy na taxi ale ich stawki przyprawiają o zawał serca. W końcu jeden facet zbija trochę z ceny, ale nadal to zbyt wiele dla nas… Z westchnieniem ciężkim wyciągam kasę, którą od matki dostałem na opłacenie internatu… P. zdejmuje z szyi srebrny łańcuszek i jedziemy. Złotówa wczuł się w  rolę, większość drogi jedziemy 130 km / h. Wjeżdżamy na stadion Lechii w 5minucie spotkania. Wchodzimy na stadion i wieszamy flagę. Dołącza do nas P. z Vitavy, więc jest nas razem 5 na tym wyjeździe. Po drugiej stronie małe poruszenie i w naszą stronę idzie ok. 25 miejscowych. Bierzemy w ręce 2 pasy, 2 butelki i czekamy. Lechia podchodzi i pyta: „Z Wałbrzycha jesteście?”, na co my „Z jakiego k…wa Wałbrzycha? Bałtyk Gdynia”. „Aaa to spoko. Pijecie wino?” . „Czemu nie”. Szybka zbiórka kasy, leci jakiś małolat do sklepu, po chwili na sektorze ląduje 8 win i wesoło oglądamy mecz i rozmawiamy na kibicowskie tematy. Pod koniec meczu chłopaki z Dzierżoniowa proponują układ. Mówimy, że owszem przybijemy go, ale jak się zjawią u nas na meczu. Na szczęście nigdy się nie pojawili i układ nie powstał. Po tych wszystkich stresach podróżnych zgłupiałem i zgodziłem się na wymianę flagami. To była moja wielka głupota, ale trzeba się umieć do tego przyznać… Mecz chyba w plecy, rozpadał się deszcz. Piłkarze nas wzięli ze sobą autokarem, za co poczęstowaliśmy ich paletą jajek Kinder – niespodzianka „pożyczoną” gdzieś po drodze. Około 3 w nocy z niedzieli na poniedziałek dobiliśmy do Lęborka. To były wyjazdy! Dalekie, niebezpieczne i ciekawe – nawet w kilka osób, i ta podróż pociągiem… warto było po to żyć, żeby sobie raz na dwa tygodnie gdzieś pojechać.