Początek roku 1993 był specyficzny. Otóż pierwsze dwa mecze wiosny graliśmy u siebie i dopiero w trzeciej kolejce był wyjazd. Wygraliśmy te mecze u siebie i w ten sposób po raz pierwszy i w zasadzie ostatni w moim życiu mieliśmy wyjazd o miejsce gwarantujące awans do ekstraklasy. Po wygraniu w Dębicy mielibyśmy wicelidera II ligi, a wchodziły wtedy dwie drużyny. Kilka osób postanowiło jechać pociągiem. Już na dworcu w Gdyni przetrzepały ich psy no i kolega P nie pojechał – był obwiązany łańcuchem i zawinęli go na godzinkę na komisariat. Przyjechał na Obłuże pod „Fonograf” i razem z nami wybrał się autokarem. Tymczasem pociągiem do Dębicy ostatecznie pojechało 10 osób. My tym czasem wsiedliśmy w autokar i ruszyliśmy w daleką wyprawę. Było nas 55 osób. Droga mijała nam szybko i zabawnie, w oparach alkoholu rzecz jasna. Dojeżdżamy w okolice stadionu jakieś pół godziny przed meczem i od razu widzimy zabawny widok – biegnie około 15 gości z Dębicy, a za nimi nasi, w tym jeden wymachuje gałęzią. Niestety zjawiły się też psy i zabawy zostały przerwane. Okazało się, że od kilku godzin typki z Igloopolu się czaiły na naszych, ale po prostu nie byli w stanie im zagrozić, gdy już się zebrali w kilku, to nasi ich gonili. Połączyliśmy się w grupę i razem ruszyliśmy na stadion, jeszcze zapamiętałem typa z Dębicy, który groźnie wymachiwał nunczakiem, po czym niestety się w nie zaplątał. Ostatecznie na meczu w Dębicy nas 65 osób. Wywiesiliśmy bodajże 6 flag i z całych sił dopingowaliśmy naszych. Młyn Igloopolu (a raczej młynek) liczył sobie 20 osób, a dowodził nimi… cygan. A przynajmniej gość o bardzo mocno śniadej karnacji. Mieli ze 3 flagi lecz doping wychodził im znacznie słabiej niż nam. Zresztą trochę to obciach, że mieliśmy do nich 650 km a było nas 3 razy więcej… Chłopki z Igloopolu wyzywali nas, więc w przerwie meczu postanowiliśmy się do nich przebiec. Nawet nieźle nam szło, trybuny z ich strony opustoszały. Niestety zatrzymaliśmy się na psach. Poszło trochę pał i w końcu wróciliśmy na sektor. Mecz zakończył się remisem i zostaliśmy na 3 miejscu w tabeli i nigdy już nie wskoczyliśmy na premiowane awansem. Był to bowiem sezon, w którym na Wartę Poznań nie było bata, a gówniany Sokół Pniewy kupował mecz za meczem. Wydawało się, że to już koniec emocji na ten dzień, pakujemy się wszyscy w autokar i wracamy do domu. Kierowca miał jakieś kłopoty z orientacją w Warszawie, ale w końcu wyjechał z niej na Gdańsk. Środek nocy, ciemno jak w dupie i nagle huk. Wszyscy momentalnie się budzą. Widać, że coś nie gra, bo jesteśmy przechyleni pod niezłym kątem. Okazało się, ze kierowca zasnął na kierownicy. Zjechał z drogi i wjechał w drzewo. Na szczęście nie czołowo, a bokiem. Przetarł po nim i w końcu wyhamował. Cały bok wgnieciony a my zawieszeni nad urokliwym mazowieckim bagnem. Trzeba było się z niego wydostać, musieliśmy to zrobić przez okienko w kabinie kierowcy, który spanikowany… uciekł. Niektóre grubasy, szczególnie B z Vitavy mieli problem z wydostaniem się z pułapki :mrgreen: . Rzut okiem na autobus dał nam pewność, że dalej nim nie pojedziemy. Część poszła do wiejskich domostw leżących nieopodal celem zorganizowania jakiegoś żarcia. Poczciwi rolnicy wystraszeni hukiem wypadku karmili nas obficie . Grupa niedopitych (niemała) postanowiła dorobić. W tym celu z bagna powyciągaliśmy gałęzie i wystawiliśmy je na drogę, w ten sposób zatrzymywaliśmy auta i pobieraliśmy od nich opłaty za przejazd. Zabawa się znudziła, więc udaliśmy się do centrum wiochy celem konsumpcji i dalszej rozrywki. Okazało się, że owa wiocha to Glinojeck. Była tu urokliwa knajpa. Jacyż byliśmy głodni! Wesoła grupa około 30 osób zasiadła przy stołach. Kelnerki uwijały się jak w ukropie, bo zamówień było sporo i zróżnicowane. Dobrze tak po długiej podróży się najeść. Problem niestety pojawił się w momencie regulowania rachunków. Nikt nie miał pieniędzy, a wszystko zeżarte. Powiedzieliśmy obsłudze, że zapłacimy następnym razem. Obsługa nic a nic nie znała się na żartach i wezwała psy. Komisariat był 50 metrów dalej – i cóż z tego? Służbę tego dnia pełniło na nim dwóch psów. Podjechali, uchylili szybę i powiedzieli „proszę natychmiast zapłacić!”, po czym odjechali… Do Gdyni wracaliśmy potem już na różne sposoby. Stopem, PKS-em, pociągiem. Ja jechałem pociągiem z bodajże Ciechanowa, w Działdowie dosiadło się kilka osób (kompletnie pijanych) od nas i razem dobiliśmy do trójmiasta. Największa grupa dorwała jakiś pusty autobus, który szczęśliwie dowiózł ich do Gdańska. Tam jeszcze widowisko zrobił B z Chwarzna, który w centrum tego miasta dostał ataku padaczki. Generalnie jakoś tam wszyscy dojechaliśmy do domów i ten wyjazd w końcu się zakończył…