Kiedyś, gdy na meczach kadry było jeszcze normalnie, kibice poza meczami swoich drużyn klubowych obowiązkowo jeździli właśnie na kadrę, bo często coś ciekawego się działo. Naszym dyżurnym przeciwnikiem we wszelkich eliminacjach była Anglia i dziś chcę wam przedstawić dwa dość odległe czasy, w których to kibice Bałtyku uczestniczyli właśnie w meczach z Anglikami. Albowiem to mecze z Brytyjczykami mimo swej powtarzalności najbardziej przyciągały ekipy z naszego kraju, gdyż mimo naszej odwiecznej mizerii sportowej na te mecze przyciągał właśnie klimat trybun – tam to się działo! Zapraszam do lektury.

29.05.1993, Chorzów. Polska – Anglia.

Na ten mecz kibice Bałtyku wybierali się na dwa sposoby. Ja, wraz z dwoma koleżkami udawałem się z mojej rezydencji w Gdańsku Przymorzu, gdzie wtedy mieszkałem w bursie. Noc poprzedzająca wyjazd była spędzona na piciu nędznych, acz wysoko procentowych trunków (kasy nie było, ciężkie czasy…) i wyliczaniu matematycznych szans, jakie jeszcze mieliśmy na awans. Bo muszę wam powiedzieć, że rok 1993 to był jeszcze rok, gdy byłem naiwny, wierzyłem w walkę do końca i takie tam, no ale z drugiej strony… jak miałem nie wierzyć, nasz Bałtyk walczył wtedy o ekstraklasę… Poważnie skacowani dotarliśmy do dworca Gdańsk – Oliwa, gdzie oczekiwaliśmy na pociąg do Katowic. Wraz z nami wsiadło kilku łysych, we Wrzeszczu wsiadła kolejna grupa, a w Głównym to już chyba z 50 Betonów z Lechii wsiadło. Przeprowadzili oni kontrolę pociągu, pytając wszystkich nieznajomych „Nie jesteś, kurwa, z Arki przypadkiem?”. Przypadkiem nie byłem, więc wszystko grało. Na każdej kolejnej stacji dosiadali się ludzie z Polski zmierzający na mecz, ależ było wesoło :lol: .  W warsie wódka lała się strumieniami, ludzie się dzielili tym co mieli i wesoło zapowiadali, co to zrobią angielskim chuliganom, jeśli tylko ich dopadną. Mnie wprawdzie jakiś cham z Kwidzyna potraktował gazem, ale przeprosił bo pomylił mnie z kimś, a ja pamiętliwy nie jestem ;-). Na Górnym Śląsku to już pociąg pijany w trzy dupy, wisiały flagi narodowe z okien, ja akurat waliłem szlampy z jakimiś koleżkami z Sosnowca, śpiewy, atmosfera na medal i to złoty! Dojechaliśmy do Katowic, a tutaj western. Właśnie 600 osobowa banda kiboli goniła psów. Ochoczo dołączyliśmy. Psy stanęły ze 200 metrów dalej i zrobiły kontrę. Kostka brukowa latała koło głowy, trzeba było uważać. Kilka minut i zapanował względny spokój. Za jakiś czas okazało się, że psy dlatego nie chciały żebyśmy szli główną trasą, bo 10 minut wcześniej doszło do poważnego spięcia w tramwaju może z pół kilometra od dworca. Cracovia zaatakowała z użyciem ostrych narzędzi, śmierć poniósł kibic Pogoni Szczecin. My uformowaliśmy pochód i w końcu w jakieś 700 osób ruszyliśmy w stronę stadionu. Dochodzimy do hotelu „Katowice” a tu w ogródku piwnym chleją Angole, z okien pokojowych powiewają białe szmaty z czerwonymi krzyżami, ewentualnie Union Jacki… leci atak. Angole się stawiają, co mile zaskoczyło, ale w końcu uciekają. Co rusz słychać brzęk szkła – lecą szyby w oknach hotelowych. Dochodzimy do stadionu, ja pierdzielę, co tu się dzieje. Watahy żądnych krwi kiboli krążą w koło stadionu, pełno psów, ale niezorganizowanych, sytuacja ich zaskoczyła. Wbijamy się w końcu na stadion. Olewamy nasze miejsca, podbijamy na sektor Lecha. Nasi, którzy jechali autokarem z Gdyni jeszcze nie dotarli, spotykamy ich dopiero w przerwie meczu. Oni też mieli wesoło. Jadą w 11 autokarem razem z… Arką. Pijani na parkingach wspólnie śpiewali, dziwne to były czasy ;-). Gdzieś tam w Polsce mijali się z autokarem Legii, furia i agresja, przy wymijaniu latały pasy, poszła jedna szyba. W drodze powrotnej chłopaki  sami sobie z nudów rozwalili autokar. Czyli w sumie na Polska – Anglia było tego dnia 14 kibiców Bałtyku Gdynia. Tymczasem rozpoczyna się mecz. Angole prezentowali się godnie, przyjechało ich 2.000 solidnej bandy, wiedzieli co może się dziać. Piąta minuta meczu i Arka z Cracovią atakuje Angoli. Dym przy płocie, jest wyginany w obie strony, Angole walczą, w obie strony lata kupa sprzętu. Polaków na stadionie około 60.000 ludzi. Mija kilka minut i rozpoczyna się na dobre. W sektorze Lechii i Śląska następuje atak na milicję, z 1000 chłopa wali w mundurowych czym popadnie, psy pękają i uciekają z sektora zostawiając paru kolegów. Po chwili wracają po nich w znacznej sile, w tym czasie do boju ruszają inni, kocioł się rozpoczyna w sektorach Wisły Kraków, coś widzę zamieszanie na Motorze czy Legii, przynajmniej za flagami tych ekip. Nikt raczej nie patrzy na mecz, w pewnej chwili naliczyłem 5 miejsc w których naraz coś się dzieje, cała Polska walczy z psami, niektórzy próbują dostać się do Angoli. W końcu się uspokoiło, bo na murawie sensacja – prowadzimy z Anglią! Potem niejaki Leśniak zmarnował dwie „setki”, na koniec meczu Anglia wyrównała i skończyło się jak zawsze. Ten mecz odbił się echem w całej Europie, wszystkie stacje telewizyjne pokazywały walki stadionowe, angielski chuligan w swej książce o tym meczu napisał, iż był to najbardziej zwariowany wyjazd w jego życiu. Powrót mieliśmy spokojny, aczkolwiek miesiącami jeszcze o tym meczu opowiadało się w barach i na stadionach…

08.09.1999 Warszawa. Polska – Anglia.

Na ten mecz było bardzo wielu chętnych, tymczasem Legia na stadion mogła wpuścić jedynie 15.000 kibiców, w tym 3.000 z Anglii, więc otrzymanie wejściówki graniczyło z cudem. Ostatecznie nie uzyskaliśmy ani jednego biletu, więc do boju ruszyli fałszerze. Podróbki biletów były naprawdę profesjonalne, nawet hologramy były zrobione ;-). Już przed 10 zbieramy się w okolicy baru „Alcatraz” (był kiedyś taki na Redłowie). Gdy było nas 7 osób, wjeżdża Arka w trzy auta. Trzech z nas obijają, kroją reklamówkę, w której był szalik, komórka i 3 race świetlne. Muszę też przyznać, że jeden z nas był o kulach, bodajże śp. Poldi, i jego Arka nie ruszyła. Teraz takie zachowanie nie dziwi, wtedy taka postawa u Arki była ewenementem. W końcu jedziemy busem i 5 autami w 32 osoby do Warszawy. Już 2 godziny przed meczem jesteśmy pod stadionem, ścisk niemiłosierny, niby sprzedali Polakom 12.000 biletów, a chyba z 50 tysięcy się tłoczy pod stadionem 8-)  . Z tymi biletami to były jaja, bo na tych podróbach w pełnym składzie dostaliśmy się na obiekt! Komuś się udało, ktoś dał łapówkę, ktoś uciekł ochronie… jak to w Polsce :roll: . Mecz był w miarę spokojny. Poleciały z płotu flagi „Wronki” i „Września” potraktowane jako tereny Lecha (Triada A – L – C była wtedy poza układem na kadrę). Do Angoli nie szło się dostać, dzielił nas sektor buforowy pełen psów, więc chłopaki strzelali w nich jakimiś świecidełkami 8-) . Angole się wkurzyli, zaczęli wyrywać krzesełka, wskoczyli na płot, takie tam drobne zakłócenia. Zbliża się 80 minuta meczu. Podbiega do nas młody kibic Bałtyku z Rumi i mówi, że jakiś pijany cham skroił go z barw, podając się przy tym za Górnika Wałbrzych. Typ ten wulgarnie się odnosił do Bałtyku. „Rozpoznasz go?”, „Tak”. „No to idziemy”. Czteroosobowa ekspedycja karna ruszyła na poszukiwanie chama. No jest, i ma nasz szal. Na grzeczne zapytanie coś burknął no i była kara. Poszedł strzał z bańki, potem piękny sierp piszącego te słowa, jeszcze jeden strzał, kop i załatwione. Każdy dał panu po razie, pan leży zwinięty na ziemi i mówi tak: „chrrr chhrrr” ;-). Szalik wrócił do właściciela, wróciliśmy na swój sektor. Mija chwila i zaczyna się dziać coś dziwnego. W naszej okolicy robi się pusto, niektórzy z Bałtyku chowają barwy. Nagle z płotu lecą obie nasze flagi. Co jest grane? Umięśnione typy otaczają nas z góry i z dołu, chyba będzie jatka. Okazało się, że ten pijany cham tylko prowokował mówiąc iż jest z Wałbrzycha, w rzeczywistości był to stary Legionista, który między innymi był z Legią na pamiętnym wyjeździe na Hajduka Split, gdzie Legii było ok. 50, zaraz po wojnie domowej. Więc przypadkowy nie był. Czepiał się do wszystkich, ale tamci wiedzieli skąd jest, więc go olali. Opisał to szczegółowo potem Romek Zieliński w „Fan Śląsku” w artykule „Jak warszawski cwaniaczek bicie od Bałtyku zaliczył”. My nie wiedzieliśmy skąd jest na jego nieszczęście a zarazem i nasze :lol: . Chłopaki w nas wjechali z dwóch stron jak w masło. Mnie ciągnęli po krzesełkach za szalik kopiąc jednocześnie, na chwilkę nawet film mi się zerwał. Ja pierdzielę, tak okopany byłem maksymalnie ze dwa razy w życiu, cały spuchłem. Potem już luzik. Powrót spokojny, we wtorek czy środę po tym meczu nie mogłem już wytrzymać z bólu i udałem się do lekarza. Był zdziwiony moim wyglądem  8-)  .  To były bardzo pamiętne mecze i chyba za mojego życia już tak fajnie na kadrze nie będzie…