Archiwum dla Marzec, 2014

wiej

O nałogach

Już tylko jeden dzień mnie dzieli od zerwania z kolejnym nałogiem :-). Oto bowiem po 3 latach nieustannego grania zrywam z wiejskim życiem. Musiałem dojrzeć do tej męskiej decyzji, gdyż spostrzegłem, że pod tą grę układam plan dnia i tygodnia.  Trzy lata bezustannego codziennego logowania się, minimum pół godziny siedzenia na kompie dziennie i siania, zbierania, przetwarzania produktów… Przy czym te pół godziny to było bardzo rzadko, najczęściej spędzałem 2-3 godziny dziennie na graniu, a bywało że i 5. Mogę więc chyba stwierdzić, że byłem w szponach nałogu? Jakieś 2.000 godzin spędzone na pięciu się w górę hierarchii wyimaginowanego rolniczego życia :mrgreen: . Tymczasem mili ludzie zaglądający tu (z litości zapewne) pytają, czemu tak rzadko coś piszę.  Odpowiedź już znacie, od 2 kwietnia wracam między żywych. To i chyba artykułów będzie więcej… zobaczymy. Teraz już został mi tylko jeden – kompletnie irracjonalny nałóg. Mianowicie jeżdżenie na mecze i uczestniczenie w życiu futbolowym pewnej podwórkowej ( w sensie umiejętności) i królewskiej (w sensie mojego uwielbienia) drużyny piłkarskiej. Z tego nałogu się leczyć nie da, próbowałem i już nigdy więcej tego błędu nie popełnię :twisted: . Swoją drogą temat nałogów, uzależnień jest szerszy i całkiem ciekawy. Każdy prawie ma jakieś małe uzależnienie, które drenuje jego czas, zdrowie i pieniądze. Najpopularniejszym z nałogów jest oczywiście chlanie. Przynajmniej w Polsce. Kurde, ilu ja znam ludzi, którzy umarli lub przynajmniej totalnie się stoczyli z powodu nadmiaru gorzały tudzież innych trunków! Właśnie się dowiedziałem, że typ którego znałem od ponad 20 lat zakończył swoje życie. Był mniej więcej w moim wieku. Trzeba przyznać, że w rozwijaniu swego alkoholowego nałogu był nadzwyczaj pedantyczny i skrupulatny. Pił regularnie rano, w południe i wieczorem.  Dzień w dzień. Nie robiąc przerw na niedziele czy święta. Wdała się miażdżyca, chłopu odjęli nogi, a kilka tygodni później zmarł. Historia jakich wiele na moim osiedlu, mieście czy w całej reszcie kraju. Inny, wesoły i dziwny trochę nałóg to hazard. Nie aż tak powszechny jak chlanie czy dragi, ale też nie aż tak marginalny, jak mogłoby się wydawać. Znam kilka osób uwikłanych w granie na jednorękich bandytach, tzw. maszynkach umieszczanych w barach piwnych czy na stacjach paliw… mam takiego kolegę w pracy, jaja z nim są jak berety, nie można mu dawać karty z firmowymi pieniędzmi, bo ten na co dzień w miarę uczciwy człowiek natychmiast wypłaca kasę i wszystko wrzuca w maszyny :lol: . Przegrał w to 5 milionów razy, wie że jest idiotą który zostawił w durnych maszynach ze dwa solidne mercedesy, i co? I nic. Słyszy brzęk maszyny, widzi demo na którym wyskakują trzy siódemki i już jest na nowo obłąkany, wierzy że w końcu, za 5 milionów pierwszym razem uda mu się wygrać. Może żona czeka na kasę żeby zrobić obiad, może trzeba na lekarstwa dla chorego dziecka, może zalega z czynszem? Nic to, jak mawiał Zagłoba, niech żyje balanga, wrzucamy kasę, dryń dryń, wirują numerki… jeeest… a nie, ale minimalnie brakowało. Wrzucę jeszcze 500 złotych, może się uda. Podobno 3 tygodnie był tu taki jeden wysoki blondyn, wrzucił 50 zł i wyjął 4 koła, słyszałeś? To wrzucę jeszcze 500. Tak to działa. Wesoła psychiczna choroba, wesoła dla mnie, bo mnie to nie dotyczy. Dla rodziny gracza wesoła chyba nieco mniej. Nałóg jak każdy inny, może trochę mniej się tu traci zdrowia – poza psychicznym – za to nakłady finansowe są gigantyczne. I nie do odrobienia.  To jeszcze nie koniec mojego tekstu o nałogach, bo przecież są jeszcze dragi. Kurczę, ten to chyba jest najgorszy. Bardzo przyjemny w użyciu, bardzo okrutny – bywa – w skutkach. Tu niestety nie mogę się rozpisywać, bo młodzież nie powinna znać żadnych przyjemnych skutków tego nałogu, lepiej skupmy się na negatywnych. Które występują zawsze i raczej zawsze dość szybko. Ruina zdrowia, finansów i pożycia rodzinnego i społecznego. Jeśli jeszcze nie mieliście osobistej styczności z narkotykami, to mam do was wielką prośbę: Nie zaczynajcie. Tu straty są znacznie większe niż tylko strata kasy jak przy hazardzie, czy okazjonalna utrata filmu po nachlaniu. Ostatnim powszechnym nałogiem z jakim mamy do czynienia są pety. To dopiero jest ohydztwo. Palący facet wygląda i śmierdzi marnie, ale paląca kobieta, to dopiero jest rozpacz i beznadzieja! Fu. Ja tu jednak nie chcę prawić zbyt wielu moralitetów, jeden drobny nałóg trzeba może mieć, żeby życie było ciekawsze i aby było z czym walczyć 8-) . Bo człowiek to generalnie do walki jest stworzony, a skoro podobno jesteśmy chronieni przez NATO, jak napisał mi jeden z czytelników w komentarzach, to może powalczmy choć trochę z tymi swoimi nałogami… Skoro inna walka nam nie grozi, he he.  Tak więc reasumując: Od jutra w sposób metodyczny i planowany zwalczam swój nałóg numer dwa, co w sensie pozytywnym odczują tysięczne rzesze czytelników z Polski i zagranicy – mam nadzieję ;-).  Żegnaj nałogu, witaj Realu, Zombie znowu zmienia się w człowieka i w tej transformacji pozostać zamierza. A co ty złego w sobie zwalczasz od jutra?

tru

Trucizna

No i znów zaliczyłem kolejne dziełko Pilipiuka. Czas chyba zrobić sobie przerwę od niego, ale w torbie do pracy leży już książka znacznie cięższego kalibru, zmiana będzie odczuwalna… Tymczasem jednak przenieśmy się w kolejny, siódmy już tom przygód Jakuba Wędrowyicza i jego przyjaciela Semena Korczaszko. Tom ten liczy sobie 20 opowiadań i są one różne – słabe, średnie i dobre. Tych ostatnich jest na szczęście więcej od słabych. Autor trzyma formę – nie jest gorzej, ale i nie lepiej. Po prostu przygody alkoholika, bimbrownika i egzorcysty Jakuba już tak nie zaskakują, jak wcześniej. Jest nadal śmiesznie ale już nie aż tak jak poprzednio. Mi się najbardziej podobało opowiadanie, w którym to w całej wsi woda zmienia się nagle w oranżadę. Bardzo zabawne jest też opowiadanie, w którym wróżka Zębuszka podmieniła Semenowi jego sztuczną szczękę na pudełko kredek. Okazała się ona laską z niezłymi cyckami, natomiast jej intencje podmiany zębów okazały się nie do końca czyste, jak to dzieciom się mawia 8-) . Najmocniejszym jednak w swej treści jest opowiadanko, w którym okoliczne zombie dobierają się do bimbru Jakuba… Głupie zombie, nie wiedziały z kim zadarły. Ogólnie jest śmiesznie, czyta się szybko, aczkolwiek poleciłbym zmianę formuły bądź ożywienie nieco zatęchłych i opatrzonych już nieco bohaterów… Daję 7 / 10 w mojej skali, trochę humoru zawsze się przyda, generalnie polecam.

O Ruskach i europejskiej zgniliźnie

Wielokrotnie na łamach Wolnej Polski poczytać mogliście o narodach krajów z nami sąsiadujących (i nie tylko), jednak sytuacja jest dynamiczna, polityka zagraniczna jest niezwykle ważną domeną życia i statusu Polaków, i trzeba to wszystko uaktualnić i zebrać w jedną całość. Polak – niczym rasowy leśniczy, znający swój las od podszewki, powinien mieć wprawę w poruszaniu się po bagnach. Z jednej strony otacza nas bowiem bagno europejskich zgnilizny – unijny syf, z drugiej z kolei śmierdzące bagno wschodnie pełne mongoloidalnych osobników będących wstydem dla białej rasy, jej ponurą, zdegenerowaną odmianą. Z jednej strony cuchnące wyziewy sparszywiałej europejskiej demokracji, z drugiej strony śmierdzące bąki puszczane przez niedomytych ruskich Mongołów rojących w swych prymitywnych móżdżkach obłąkane idee dominacji nad światem. Każdy Polak powinien sobie śpiewać co rano niczym Ania Wyszkoni z zespołu Łzy: „Nie lubię nikogo, zawsze chodzę własną drogą…” i taka powinna też być polska racja stanu, albowiem przyjaciół w tej menażerii brak. Dość karmienia się mitami o sympatycznych Niemcach, przyjacielskich Rosjanach, lojalnych Francuzach czy rozsądnych Anglikach. Jak to powiedział kiedyś szef chuliganki Lecha Poznań – „Bo tu się nie ma nikt lubić!”. Nie chodzi mi o to, żeby ot tak sobie zionąć nienawiścią do wszystkiego, co nie z Polski. Zmusza nas do tego po prostu logika, polska racja stanu, dbałość o interesy naszego kraju. Nie piszę o wszczynaniu wojen, ale o zdecydowanym chronieniu granic Polski i życia Polaków. Unia Europejska i NATO to fasada, syf i armia biurokratów niezdolna i niechętna do jakiegokolwiek pomagania Polakom. Gdyby, nie daj Boże, kacapom po zajęciu Ukrainy zachciało się wjechać i do nas, możemy być pewni, że nie obroni nas nikt i nikt nam nie pomoże. Widać to teraz, gdy ruscy robią co chcą w Ukrainie. W tym czasie Unia czy tam USA zwołuje nadzwyczajne konferencje, wydaje rezolucje, obmyśla nad strategią, po czym uderza z cała mocą – robi zakaz wjazdu ze 20 dyplomatom ruskim :lol: . A kacapy rżną upowców jak chcą i gdzie chcą. Zajmują ich statki, urzędy, obiekty militarne. Nie to, żebym ich żałował, obojętne mi jak długa będzie granica z Ruskami, po prostu widać w całej rozciągłości nieudolność i niechęć do działania Unii i NATO. I nie ma co się łudzić, ze inaczej będzie w przypadku naszego kraju. Dziwnie to zabrzmi, ale znacznie lepiej wygląda w tej konfrontacji Putin. Oczywiście to szmaciarz, nienawidzący Polaków, przywódca najbardziej wrogiego nam państwa w świecie (no, może poza Izraelem) , być może był pośrednim sprawcą śmierci 96 Polaków w Smoleńsku… Niemniej abstrahując od cech indywidualnych, osobistych to taki właśnie typ przywódcy przydałby się w Polsce… Nacjonalista oficjalnie tępiący wszelkiej maści zboczeńców z pedałami na czele. Osobnik bez skrupułów krojący Żydów, vide problemy Abramowicza i Chodorkowskiego. Człowiek który radykalnie obniżył podatki, dzięki czemu Rosjanom żyje się o wiele lepiej niż np. 10 lat temu. Z kraju obracającego kupą zardzewiałego żelastwa stworzył drugą potęgę militarną świata. Dla zdrajców i morderców istnieje w tamtejszym kodeksie kara śmierci. Wszyscy się go boją i wolą z nim nie zadzierać. Przy całej nienawiści do tego satrapy, czy nie tak właśnie winien postępować rząd polski? Tymczasem polski rząd… ech nie chce mi się już pisać. To jest parodia rządu, nieudolna skorumpowana klika służąca interesom wrogich nam krajów jak właśnie Rosja, Niemcy czy Izrael. Ze zdradą stanu w wykonaniu polskiego „ rządu” mamy do czynienia właściwie na co dzień. Dla nich także jest odpowiednia kara i mam nadzieję że ktoś kiedyś ją wykona. Jaruzelski czy Kiszczak od stryczka już pewnie się wywiną, ale jest jeszcze długa lista kandydatów  na szubienicę, goście są w sile wieku więc wierzę, że sprawiedliwość zdąży ich dopaść. Wracając do spraw zagranicznych to kwestią czasu jest, gdy poza Krymem i reszta Ukrainy wpadnie w łapy Rosjan, los tego nędznego kraju jest już właściwie przesądzony. Banderowcy stojący na czele nielegalnego rządu Ukrainy, facet z obitą głową Kliczko czy złodziejka i oszustka Tymoszenko nie będą w stanie obronić tego kraju. Co potem? Mołdawia, Litwa a może Polska? Czas pokaże. Z krajów tego świata jedynie USA jest w stanie realnie się postawić Ruskom, ale od kiedy na ich czele stoi czarnuch i lewaki – demokraci, wiarygodność tego kraju spada drastycznie. Czarnuchy i lewaki nie będą nadstawiały głowy za nasz kraj, który nie należy do najważniejszych partnerów finansowych USA. W którym Stany nie utopiły miliardów. W którym nie ma ropy ani złota. Czas wspaniałego człowieka – Reagana – minął bezpowrotnie. Co w związku z tym będzie z naszym krajem? Stara zasada „matematyczna” głosi– „Umiesz liczyć, to licz tylko na siebie”. Co daję wszystkim pod rozwagę – póki jeszcze (?) nie jest za późno.

cart

Bałtyk Gdynia – Cartusia Kartuzy

Nie udało mi się zakrzyczeć rzeczywistości -  podłej i nędznej w naszym wykonaniu. Pierwszy z niezwykle ważnych meczów z sąsiadami w tabeli przegraliśmy. Tam gdzie naprawdę trzeba było zdobyć punkty, ponieśliśmy porażkę. Nasza sytuacja w tabeli stała się bardzo zła. Jeśli drużyny będące w naszym sąsiedztwie w tabeli zdobędą jutro punkty i przegramy za tydzień derby na rezerwach Lechii, stanie się ona tragiczna. Dziś Bałtyk starał się, prowadził 1-0, mógł dobić przeciwnika, na przerwę zeszliśmy z przewagą 1 gola. Potem dalej graliśmy, aż się zesraliśmy. W 60 i 67 minucie meczu gracze Cartusii wbili nam dwa gwoździe do trumny. Są w miarę skuteczni i z sytuacji takiej jak nasza wybili się po 4 kolejnych zwycięstwach na pozycję utrzymującą ich w lidze. Gratuluję. A my? Niestety wiosnę rozpoczęliśmy na minusie i po 3 kolejnych meczach nic nie nadrobiliśmy, a czas i kolejne rundy rozgrywek uciekają. Jeśli zdobędziemy jakieś punkty na Lechii, będziemy się jeszcze łudzić nadzieją, albowiem potem mamy pod rząd dwóch outsiderów u siebie. Jeśli jednak na Lechii przegramy, a jest to bardzo prawdopodobne, to nasz koniec będzie bardzo bliski. Niestety powoli należy się oswajać z pierwszym w historii spadkiem Bałtyku do 5 ligi. Z ciekawszych drużyn gra tam Gryf Słupsk, Pogoń Lębork czy Pomezania Malbork, ale też np. Amator Kiełpino, heh. No ale wróćmy do rzeczywistości, bo dopóki piłka w grze… Co do kibiców, to w końcu ujrzeliśmy fanów gości. Cartusia przyjechała bodajże w 24 osoby, miło że zawitali. Nas w młynie ok. 40 osób z jedną flagą, doping jakiś tam był. Smutny acz przewidywalny początek weekendu stał się faktem…

Najbliższy przeciwnik: Cartusia Kartuzy

Inauguracja 20 kolejki 4 ligi w naszej grupie nastąpi w Gdyni. Już dziś o 18 Bałtyk gra niezwykle ważny mecz o utrzymanie z Cartusią Kartuzy. Schrzanią nam weekend czy wprawią nas w dobry nastrój? Oto pytanie na dzisiejszy wieczór. Drużyna ze stolicy Kaszub jest na 9 miejscu w tabeli, podczas gdy bezpiecznym jest miejsce 10 (Bytovii z trzeciej ligi żadna siła nie zmusi do spadku). My jesteśmy na miejscu 12 i do utrzymania brakuje nam 4 punkty, a do Cartusii 5. Czyli jest to jeden z wielu meczów o wszystko. Musimy go wygrać, bo remis mocno skomplikuje naszą sytuację w tabeli, a porażka sprawi, że będzie ona (sytuacja) tragiczna. Zwiększenie dystansu do bezpiecznego miejsca w tabeli w perspektywie derbowego wyjazdu do wicelidera Lechii II Gdańsk na 10 kolejek przed końcem powoduje, iż nasze szanse na utrzymanie po ewentualnej porażce będą iluzoryczne. Do boju ruszą fantaści, matematycy i niepoprawni optymiści, realiści zaczną pić wódkę litrami bądź będą skakać z wieżowca na Krawieckiej 30. Lepiej aby do tego nie doszło. Tymczasem nastroje w Kartuzach chyba niezłe. W pierwszych meczach wiosny Cartusia zdobyła 6 punktów i o ile wygranie z Koralem to formalność, o tyle Lechia zrobiła nam świństwo podkładając się Kartuzom u siebie. Tak tak, nie mam dowodów… to niech mnie ktoś zaskarży. Nie ma jednak co beczeć, większe świństwo zrobili nam nasi piłkarze i działacze kompromitując się w rundzie jesiennej, teraz trzeba zacisnąć zęby i kontynuować dobrą passę naszą. Bo i my zaczęliśmy nieźle, mamy małą pozytywną serię – 4 meczów pod rząd bez porażki, a wiosną nie straciliśmy gola. Zróbmy ich na spokojnie, dziś 2-0 z Cartusią i dalej jesteśmy w grze. Mecz z Kaszubami powoduje też w końcu realną szansę ujrzenia kibiców gości. Myślę że zapakują się w autokar i w te 50 osób do nas przyjadą. Mają blisko i teren spokojny. Bo choć z Cartusią nic nas już nie łączy, nie ma też chyba do nich żadnej niechęci, więc zapowiada się lajtowy mecz.  Swoją drogą ciekawe, jak długo utrzymają się sami na rynku kibicowskim, a może już się garną pod opiekuńcze skrzydła Lechii lub Arki? Nic mi o tym nie wiadomo, czas pokaże. Zaciskajmy kciuki, a po 20 w te pędy do monopolowego! Bo wygramy dziś na pewno.

obiet

Obietnica

Film „Obietnica” jest dziełem pani Kazejak. To ta facetka, która zrobiła przedtem „Skrzydlate Świnie”. Rzecz jest o polskiej młodzieży, a więc dzieje się źle – tak jak w „Sali Samobójców”, czy „Bejbi blues”. Taka młodzież grubo przed osiągnięciem pełnoletniości ma solidny bagaż doświadczeń – alkohol, narkotyki, sex jest dniem codziennym już na starcie kariery licealnej. Smutny to więc film i właściwie pozbawiony pozytywnych bohaterów. Smutne jest też to, że po pierwszych 15 minutach właściwie wszystko już było wiadome. A więc chłopak zdradza swoją panienkę. Ona go rzuca. On mówi, że zrobi kompletnie wszystko, aby ją odzyskać. No to ona – wcale nie żartując, daje mu jedyną szansę na powrót, która wiedzie poprzez … zabicie tej panny, która jest przyczyną rozstania. Chłopak pannę zabija podczas imprezy nad wodą z okazji zakończenia pierwszej klasy liceum. Szybko się wyjaśnia kto zabił i chłopak idzie gibać. Panienka idzie na 48 h na dołek, bo psy wiedzą, że manipulowała swym byłym chłopakiem i nakłaniała go do przestępstwa. W tle są oczywiście rodzice po rozwodzie, którzy są zajęci zarabianiem kasy i swoimi romansami zamiast swoją córką. Przygnębiający film, lekko się ciągnie, jak już pisałem łatwy do przewidzenia. „Sala Samobójców” była w tej tematyce znacznie ciekawszym filmem, choć bardzo pozytywnie należy ocenić debiut aktorski Elizy Rycembel w roli Lilki – panienki o twarzy aniołka, w rzeczywistości introwertycznej, pozbawionej jakichkolwiek hamulców manipulatorki. Można obejrzeć w domu, przy piwku, na DVD. Pójście na ten film do kina jest przesadą, ocena moja to 4 / 10. Zostańcie w domach. PS: dziewczyny podrywające nie swoich facetów – uważajcie, bo kara może być surowa :twisted: !

zbrod

Zbrodnia i Kara

Tak sobie pomyślałem, że aby uzupełnić swe spore braki w literaturze pięknej, mniej więcej co trzecią lekturę szarpnę coś z kanonu literackiego, będącego na piedestale arcydzieł literatury. Nie zawsze się z tymi ocenami zgadzam, coś tam jednak zawsze zyskam czytając dzieła wybitne… Najbardziej wybitne dzieło to jednak będzie moje, kiedy napiszę i wydam drukiem, na razie jednak ocenię innych kolegów – literatów :-) . „Zbrodnia i Kara” to pierwsza książka, którą wziąłem na warsztat z kilku powodów. Raz, że zawsze mnie interesowała analiza zbrodni i psychiki mordercy, kilka książek na ten temat już przeczytałem. Dwa, że sama postać Dostojewskiego jest ciekawa – awanturnik, kobieciarz, syfiarz i alkoholik. Nie lubił Polaków. Odrażający typ, trzeba przyznać. Jednakże pisał ponoć genialnie. Przeczytałem więc książkę… 23 – letni były student, Rodion Raskolnikow jest jakże zbliżony duchem i charakterem do dzisiejszych absolwentów… Bez grosza przy duszy, bez pomysłu i perspektyw, za to nadzwyczaj mądraliński i filozoficzny. Gotów do oceniania całego świata i stawiania śmiałych tez, a nieprzygotowany do pracy, wysiłku i zarabiania na życie. Pseudo – inteligencja „nieużytkowa” bym powiedział… Mniej więcej 160 lat minęło od czasu akcji, a studenci wciąż tacy sami :lol: . Tenże Rodion od dawna ma w głowie plan zabójstwa. W swoich myślowych wywodach umożliwia sobie taką zbrodnię stawiając się wyżej od innych, dając sobie prawo do porządkowania tego świata. Ot, troszkę z Nietzschego, troszkę z Hitlera, troszkę od siebie. Patrząc z dzisiejszej perspektywy rzecz jasna, bo w połowie 19 wieku Adolf nawet nie był w planach. Swój plan wykonuje. Idzie do starej lichwiarki, wali ją w łeb siekierą, baba padła od razu. Pojawia się niespodziewany świadek, kolejna kobieta. Ona też dostaje po głowie siekierą i pada nieżywa. Raskolnikow ucieka i próbuje zatrzeć ślady mogące na niego wskazać jako sprawcę. Poznajemy potem jego życie, rodzinę, zmagania psychiczne z brzemieniem zbrodni. Ciekawe to wszystko, Dostojewski faktycznie pisze zajmująco, dobre i szczegółowe są portrety psychologiczne postaci, oraz analiza psychiczna zbrodniarza. Nie ma ponoć zbrodni doskonałej i w końcu pętla wokół Raskolnikowa się zaciska. W końcu pęka, idzie na psiarnię i składa zeznania. Szczegół po szczególe, nic nie zatajając opowiada jak było. Sąd widząc skruchę i szczerość studenta, oraz że nie spieniężył skrojonych fantów i nie wydał zrabowanej kasy, wydaje niski wyrok. Osiem lat syberyjskich łagrów. Rodion w pierdlu się zmienia, rozumie jak błędne było jego myślenie. Jest więc zbrodnia, kara i odkupienie. Jest i nawet happy end, ale nie taki hollywoodzki, tylko w wersji rosyjskiej, łagodniejszy, mniej efektowny. Książka dość dobra, do przeczytania, niektóre teksty naprawdę ciekawe. Z takich dzieł o zbrodni bardziej mi się podobało „Z zimną krwią” Trumana Capote, ale i „Zbrodnię i karę” mogę z czystym sumieniem polecić. W mojej ocenie 7 / 10. Na koniec smutna dygresja – morał płynący ze „Zbrodni i kary” jest oczywisty, każda zbrodnia wcześniej czy później będzie osądzona i spotka nas za nią kara. Śmiem wątpić. Nadmiar to optymizmu w moim mniemaniu… Spójrzcie na Jaruzelskiego – zbrodniarza, który kary na 99,99% uniknie…

22.03.2014 Bałtyk Koszalin 003

Bałtyk Koszalin – Bałtyk Gdynia

Pochmurny, acz nie deszczowy poranek przywitał mnie w dniu wyjazdu do Koszalina. Dziwnie się jedzie do tego miasta nie na Gwardię, a na jakiś dziwny nowotwór. Nie da się wypromować jakiegoś gówna poprzez danie mu pięknej nazwy. Bo Bałtyk jest tylko jeden – gdyński! Około 10 jest w Lęborku autokar naszych fanów, nie każdy chciał jednak nim jechać i w ślad za nim, ale bez przypału milicyjnego ruszyły 3 niepełne auta. Podróż mija szybko i spokojnie, dziwne te trzeźwe wyjazdy, jakże inne od tych z dawnych lat :mrgreen: … Pod stadionem Bałtyku spotykamy się wszyscy na 20 minut przed rozpoczęciem meczu. Bilety na lidera po 10 złotych, szybko wchodzimy (lista peseli okazała się fikcją)i wraz z rozpoczęciem meczu jesteśmy w komplecie na trybunach. Wywieszamy dwie flagi – poświęconą Vooperowi i wyciągniętą z jakiejś szafy po latach niebytu długą, czarną flagę naszego klubu. Mecz przyjemnie nudny. Przyjemnie – bo graliśmy na boisku lidera, a nie był on w stanie w żaden sposób nam zagrozić. Na stadionie w Koszalinie jedyną grupą kibiców byliśmy my, w ogółem 42 osoby. Myśleliśmy, że może Gwardia zajrzy, bo swój mecz w bliskim Kołobrzegu grali znacznie później, ale pojawił się jedynie jeden obcinacz. W trakcie drugiej połowy meczu nagle był rzut karny dla Koszalina. Nasz bramkarz, Tułowiecki w pięknym stylu go obronił! Od tego momentu ożywił się nasz niemrawy doping i do końca meczu już było z tym nieźle. Wynik końcowy – 0-0. Po meczu podziękowali nam za doping piłkarze, trener, no było miło, bo rzadko przywozimy dobre wieści z wyjazdów. Szybko w auta i do domów, ale co to za wyjazd, co kończy się w sobotę o 16? Żądam awansu! Ale to chyba dopiero za rok 8-) . Zjebany ochroniarz nie pozwolił mi wyjść przed płot i słabe trochę są zdjęcia, tzn. tylko z sektora – sorry. Autokar wracając przez Lębork odwiedził groby naszych lęborskich przyjaciół – Voopera i Orzecha. O nich się nie da zapomnieć… na koniec tradycyjna statystyka zachodnich bastionów: Luzino – 4 osoby, Lębork – 4 osoby. Acha! Mój przyjaciel z Lęborka przy wieczorku pełnym atrakcji marudził mi kiedyś, że zaliczam wszystkich do BGHL, podczas gdy nie wszyscy są z tego miasta. Specjalnie dla niego uściślam więc: 3 z Lęborka, 1 spod Lęborka. To na tyle.

Wjazd na stadion przy sporej eskorcie kundli.

W drodze na sektor

Bałtyk na sektorze w Koszalinie

Najbliższy przeciwnik: Bałtyk Koszalin

Najbliższy wyjazd jest dla nas bliski i ciekawy. Coraz mniej jest niezdobytych przez nas terenów w naszej 4 lidze, a do takich właśnie zalicza się stadion Bałtyku Koszalin. Beniaminek obecnych rozgrywek normalnych w naszym rozumieniu kibiców nie posiada. Klubem z kibicami jest w Koszalinie jedynie Gwardia. Czy zajrzą do nas? Być może. Tego dnia zbierają się na mecz derbowy w Kołobrzegu, ale grają dopiero o 17.30 podczas gdy my już o 13. Z ciekawostek to jeszcze śledzie z Arki jadą tą samą trasą co my, ale muszą wyruszyć znacznie wcześniej, bo grają w Świnoujściu już o 14. To już prędzej leszczy z Pomezanii Malbork spotkamy, grają na Gryfie Słupsk o 14.  Jadą na wyjazd raz na rok, ale nachlać się u ziomali w Słupsku pewnie się pojawią. No ale co ja tu dywaguję, wyjazd z obstawą psiarni to nie wyjazd i zapewne atrakcji zabraknie. Inna sprawa to kwestia sportowa. Bałtyk z Koszalina właśnie wskoczył na fotel lidera. Zaskakująca to sytuacja, wszak to beniaminek, ale widać że w Koszalinie mają kasę i układy i zapewne ochotę na awans. Wszelkie znaki na ziemi i niebie wskazują, że szykuje się nam straszliwy pogrom. Każdy inny niż nasza wysoka porażka będzie cudem na miarę tego fatimskiego chyba :oops: . Nie myślmy na tym wyjeździe o wyniku, choć całkiem szans Bałtykowi Gdynia odmawiać nie można… Wiara w cuda przecież u nas spora. No to do soboty!

Polska – Anglia ’93 i ’99

Kiedyś, gdy na meczach kadry było jeszcze normalnie, kibice poza meczami swoich drużyn klubowych obowiązkowo jeździli właśnie na kadrę, bo często coś ciekawego się działo. Naszym dyżurnym przeciwnikiem we wszelkich eliminacjach była Anglia i dziś chcę wam przedstawić dwa dość odległe czasy, w których to kibice Bałtyku uczestniczyli właśnie w meczach z Anglikami. Albowiem to mecze z Brytyjczykami mimo swej powtarzalności najbardziej przyciągały ekipy z naszego kraju, gdyż mimo naszej odwiecznej mizerii sportowej na te mecze przyciągał właśnie klimat trybun – tam to się działo! Zapraszam do lektury.

29.05.1993, Chorzów. Polska – Anglia.

Na ten mecz kibice Bałtyku wybierali się na dwa sposoby. Ja, wraz z dwoma koleżkami udawałem się z mojej rezydencji w Gdańsku Przymorzu, gdzie wtedy mieszkałem w bursie. Noc poprzedzająca wyjazd była spędzona na piciu nędznych, acz wysoko procentowych trunków (kasy nie było, ciężkie czasy…) i wyliczaniu matematycznych szans, jakie jeszcze mieliśmy na awans. Bo muszę wam powiedzieć, że rok 1993 to był jeszcze rok, gdy byłem naiwny, wierzyłem w walkę do końca i takie tam, no ale z drugiej strony… jak miałem nie wierzyć, nasz Bałtyk walczył wtedy o ekstraklasę… Poważnie skacowani dotarliśmy do dworca Gdańsk – Oliwa, gdzie oczekiwaliśmy na pociąg do Katowic. Wraz z nami wsiadło kilku łysych, we Wrzeszczu wsiadła kolejna grupa, a w Głównym to już chyba z 50 Betonów z Lechii wsiadło. Przeprowadzili oni kontrolę pociągu, pytając wszystkich nieznajomych „Nie jesteś, kurwa, z Arki przypadkiem?”. Przypadkiem nie byłem, więc wszystko grało. Na każdej kolejnej stacji dosiadali się ludzie z Polski zmierzający na mecz, ależ było wesoło :lol: .  W warsie wódka lała się strumieniami, ludzie się dzielili tym co mieli i wesoło zapowiadali, co to zrobią angielskim chuliganom, jeśli tylko ich dopadną. Mnie wprawdzie jakiś cham z Kwidzyna potraktował gazem, ale przeprosił bo pomylił mnie z kimś, a ja pamiętliwy nie jestem ;-). Na Górnym Śląsku to już pociąg pijany w trzy dupy, wisiały flagi narodowe z okien, ja akurat waliłem szlampy z jakimiś koleżkami z Sosnowca, śpiewy, atmosfera na medal i to złoty! Dojechaliśmy do Katowic, a tutaj western. Właśnie 600 osobowa banda kiboli goniła psów. Ochoczo dołączyliśmy. Psy stanęły ze 200 metrów dalej i zrobiły kontrę. Kostka brukowa latała koło głowy, trzeba było uważać. Kilka minut i zapanował względny spokój. Za jakiś czas okazało się, że psy dlatego nie chciały żebyśmy szli główną trasą, bo 10 minut wcześniej doszło do poważnego spięcia w tramwaju może z pół kilometra od dworca. Cracovia zaatakowała z użyciem ostrych narzędzi, śmierć poniósł kibic Pogoni Szczecin. My uformowaliśmy pochód i w końcu w jakieś 700 osób ruszyliśmy w stronę stadionu. Dochodzimy do hotelu „Katowice” a tu w ogródku piwnym chleją Angole, z okien pokojowych powiewają białe szmaty z czerwonymi krzyżami, ewentualnie Union Jacki… leci atak. Angole się stawiają, co mile zaskoczyło, ale w końcu uciekają. Co rusz słychać brzęk szkła – lecą szyby w oknach hotelowych. Dochodzimy do stadionu, ja pierdzielę, co tu się dzieje. Watahy żądnych krwi kiboli krążą w koło stadionu, pełno psów, ale niezorganizowanych, sytuacja ich zaskoczyła. Wbijamy się w końcu na stadion. Olewamy nasze miejsca, podbijamy na sektor Lecha. Nasi, którzy jechali autokarem z Gdyni jeszcze nie dotarli, spotykamy ich dopiero w przerwie meczu. Oni też mieli wesoło. Jadą w 11 autokarem razem z… Arką. Pijani na parkingach wspólnie śpiewali, dziwne to były czasy ;-). Gdzieś tam w Polsce mijali się z autokarem Legii, furia i agresja, przy wymijaniu latały pasy, poszła jedna szyba. W drodze powrotnej chłopaki  sami sobie z nudów rozwalili autokar. Czyli w sumie na Polska – Anglia było tego dnia 14 kibiców Bałtyku Gdynia. Tymczasem rozpoczyna się mecz. Angole prezentowali się godnie, przyjechało ich 2.000 solidnej bandy, wiedzieli co może się dziać. Piąta minuta meczu i Arka z Cracovią atakuje Angoli. Dym przy płocie, jest wyginany w obie strony, Angole walczą, w obie strony lata kupa sprzętu. Polaków na stadionie około 60.000 ludzi. Mija kilka minut i rozpoczyna się na dobre. W sektorze Lechii i Śląska następuje atak na milicję, z 1000 chłopa wali w mundurowych czym popadnie, psy pękają i uciekają z sektora zostawiając paru kolegów. Po chwili wracają po nich w znacznej sile, w tym czasie do boju ruszają inni, kocioł się rozpoczyna w sektorach Wisły Kraków, coś widzę zamieszanie na Motorze czy Legii, przynajmniej za flagami tych ekip. Nikt raczej nie patrzy na mecz, w pewnej chwili naliczyłem 5 miejsc w których naraz coś się dzieje, cała Polska walczy z psami, niektórzy próbują dostać się do Angoli. W końcu się uspokoiło, bo na murawie sensacja – prowadzimy z Anglią! Potem niejaki Leśniak zmarnował dwie „setki”, na koniec meczu Anglia wyrównała i skończyło się jak zawsze. Ten mecz odbił się echem w całej Europie, wszystkie stacje telewizyjne pokazywały walki stadionowe, angielski chuligan w swej książce o tym meczu napisał, iż był to najbardziej zwariowany wyjazd w jego życiu. Powrót mieliśmy spokojny, aczkolwiek miesiącami jeszcze o tym meczu opowiadało się w barach i na stadionach…

08.09.1999 Warszawa. Polska – Anglia.

Na ten mecz było bardzo wielu chętnych, tymczasem Legia na stadion mogła wpuścić jedynie 15.000 kibiców, w tym 3.000 z Anglii, więc otrzymanie wejściówki graniczyło z cudem. Ostatecznie nie uzyskaliśmy ani jednego biletu, więc do boju ruszyli fałszerze. Podróbki biletów były naprawdę profesjonalne, nawet hologramy były zrobione ;-). Już przed 10 zbieramy się w okolicy baru „Alcatraz” (był kiedyś taki na Redłowie). Gdy było nas 7 osób, wjeżdża Arka w trzy auta. Trzech z nas obijają, kroją reklamówkę, w której był szalik, komórka i 3 race świetlne. Muszę też przyznać, że jeden z nas był o kulach, bodajże śp. Poldi, i jego Arka nie ruszyła. Teraz takie zachowanie nie dziwi, wtedy taka postawa u Arki była ewenementem. W końcu jedziemy busem i 5 autami w 32 osoby do Warszawy. Już 2 godziny przed meczem jesteśmy pod stadionem, ścisk niemiłosierny, niby sprzedali Polakom 12.000 biletów, a chyba z 50 tysięcy się tłoczy pod stadionem 8-)  . Z tymi biletami to były jaja, bo na tych podróbach w pełnym składzie dostaliśmy się na obiekt! Komuś się udało, ktoś dał łapówkę, ktoś uciekł ochronie… jak to w Polsce :roll: . Mecz był w miarę spokojny. Poleciały z płotu flagi „Wronki” i „Września” potraktowane jako tereny Lecha (Triada A – L – C była wtedy poza układem na kadrę). Do Angoli nie szło się dostać, dzielił nas sektor buforowy pełen psów, więc chłopaki strzelali w nich jakimiś świecidełkami 8-) . Angole się wkurzyli, zaczęli wyrywać krzesełka, wskoczyli na płot, takie tam drobne zakłócenia. Zbliża się 80 minuta meczu. Podbiega do nas młody kibic Bałtyku z Rumi i mówi, że jakiś pijany cham skroił go z barw, podając się przy tym za Górnika Wałbrzych. Typ ten wulgarnie się odnosił do Bałtyku. „Rozpoznasz go?”, „Tak”. „No to idziemy”. Czteroosobowa ekspedycja karna ruszyła na poszukiwanie chama. No jest, i ma nasz szal. Na grzeczne zapytanie coś burknął no i była kara. Poszedł strzał z bańki, potem piękny sierp piszącego te słowa, jeszcze jeden strzał, kop i załatwione. Każdy dał panu po razie, pan leży zwinięty na ziemi i mówi tak: „chrrr chhrrr” ;-). Szalik wrócił do właściciela, wróciliśmy na swój sektor. Mija chwila i zaczyna się dziać coś dziwnego. W naszej okolicy robi się pusto, niektórzy z Bałtyku chowają barwy. Nagle z płotu lecą obie nasze flagi. Co jest grane? Umięśnione typy otaczają nas z góry i z dołu, chyba będzie jatka. Okazało się, że ten pijany cham tylko prowokował mówiąc iż jest z Wałbrzycha, w rzeczywistości był to stary Legionista, który między innymi był z Legią na pamiętnym wyjeździe na Hajduka Split, gdzie Legii było ok. 50, zaraz po wojnie domowej. Więc przypadkowy nie był. Czepiał się do wszystkich, ale tamci wiedzieli skąd jest, więc go olali. Opisał to szczegółowo potem Romek Zieliński w „Fan Śląsku” w artykule „Jak warszawski cwaniaczek bicie od Bałtyku zaliczył”. My nie wiedzieliśmy skąd jest na jego nieszczęście a zarazem i nasze :lol: . Chłopaki w nas wjechali z dwóch stron jak w masło. Mnie ciągnęli po krzesełkach za szalik kopiąc jednocześnie, na chwilkę nawet film mi się zerwał. Ja pierdzielę, tak okopany byłem maksymalnie ze dwa razy w życiu, cały spuchłem. Potem już luzik. Powrót spokojny, we wtorek czy środę po tym meczu nie mogłem już wytrzymać z bólu i udałem się do lekarza. Był zdziwiony moim wyglądem  8-)  .  To były bardzo pamiętne mecze i chyba za mojego życia już tak fajnie na kadrze nie będzie…