Archiwum dla Luty, 2014

Ważna dekada

No to zaczyna nam się marzec. To z wielu powodów ważny miesiąc, a gdy brać pod uwagę moje osobiste doznania, to szczególnie ważna i symboliczna jest pierwsza dekada marca i to aż z  trzech względów! Pierwsza kwestia jest najmniej istotna, jednakże dokuczliwa. Jutro bowiem najlepszy redaktor bloga w Polsce (ja czyli) obchodzi skromnie, z dala od knajpianego zgiełku swoje 41 urodziny. Żadna to wielka sprawa i chwalić się nie ma czym. W ogóle mam wrażenie, że ktoś mnie tu oszukał. Bo jak tak sobie pomyślę, to właśnie oczyma wyobraźni widzę, jak kolejni koledzy i koleżanki wnoszą (jeszcze lekko po kryjomu) baterie alkoholu na moje 18 urodziny. Ależ byłem silny, młody i zgrabny! No i było to bardzo niedawno, wszystkie szczegóły tej imprezy pamiętam. Ileż potem było urodzin kolejnych… 7… 8…? No właśnie. To wychodzi że mam 25, no max 30 lat. Gdzie tu 41, do jasnej Anielki? I upierałbym się przy jakimś większym wałku metrycznym, gdyby nie sprawność fizyczna ogólna, słuch, wzrok itp… one to bowiem są na poziomie 41 – latka i o żadnym oszustwie tu jednak mowy być nie może :cry: … Czy zdążę zaliczyć wszystkie ważne mecze, gdy czas tak szybko upływa? Czy zdążę spłacić swój kredyt hipoteczny? Oto pytania, na które odpowiedzi brak. Pewnym jest tylko, że zdążę umrzeć i zgnić w grobie i że większość najprzyjemniejszych, najlepszych rzeczy już za mną i nie nastraja to optymistycznie. No, ale nie ma co się załamywać. Dopóki nie jestem rezydentem oddziału geriatrycznego, dopóki nie oddycham przez rurkę, nie szczam do woreczka zawieszonego na szyi i nie podążam przez świat z szybkością 8 kroków na godzinę uwieszony na tzw. balkoniku – nie ma co narzekać. Trzeba żyć dalej ;-). Jakby nie było dzień moich urodzin jest dniem symbolicznym, albowiem jest to też Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych, a temat ten jest mi bardzo bliski. Poza tym jest to symboliczny początek rundy wiosennej w Polsce, kiedyś rozgrywki zawsze ruszały właśnie od początku marca, teraz ekstraklasa – w dobie podgrzewanych boisk – rusza szybciej. Ale cała reszta po pierwszym… Tym samym już rodząc się zostałem naznaczony piętnem patriotyzmu i kibicowania futbolowi. Chwalebne to piętno, więc nie narzekam ;-).

Druga ważna data na początku marca to drugi marca. Trzeciego marca 2013 bowiem wstałem lekko zmieszany po imprezie urodzinowej… nie spałem, bo spać się nie dało ;-)… Tonąc w oparach alkoholu, nieprzytomny jeszcze lekko będąc orzekłem, iż był to mój raz ostatni. Jeżeli chodzi o chlanie. I słowa żem, niczym Onufry Zagłoba dotrzymał! Tak to już szlachta ma… Drugiego o północy mija rok okrągły jak nie upiłem się ani razu. Ba! Nie tknąłem nawet piwa, wódki ni innych wynalazków alkoholowych z jednym wyjątkiem: czasami wypijam jedną lub dwie szklaneczki wina czerwonego wytrawnego. Jak minął ten jakże nietypowy dla moich wcześniejszych pijackich osiągnięć rok? Bywało ciężko. Brak piwa to mały problem, choć chłodna Perła czy Guiness z pianką, na której utrzymuje się moneta 5 pensowa – to przyjemność. Nie zaprzeczam. Ale da się bez niej obejść bez stresu, przynajmniej w moim przypadku. Problem to zaczyna się dopiero przy napojach wysoko procentowych. Gdy przypomnę sobie smak lodowatej wódki wysokiej jakości, która tak przyjemnie rozlewa się po trzewiach… Albo drink wściekły pies – tak pięknie gorzałka komponuje się z tabasco i sokiem malinowym… A whisky? Tak jak lubię – 12 letnia irlandzka, z 5 kostkami lodu w szklance i 1/10 coli celem zabarwienia? Płakać się chce, gdy sobie przypomnę i gardło schnie natychmiast i już chętnie bym biegł do sklepu… ale nic to, jak mawiał Zagłoba, będę żył wódczanymi wspomnieniami, a nadal tykał jej nie będę, chyba że mi się odmieni. Poinformuję was wtedy.

Ostatni skromny, lecz jakże ważny jubileusz przypada 10 marca. Tego to dnia bowiem mija okrągła pierwsza rocznica powstania tego bloga. Tak… Wolna Polska ma już prawie rok. Przynajmniej w wymiarze internetowym, bo w sensie realnym to my jeszcze długo wolnymi nie będziemy. Napisałem w tym czasie ponad 170 krótszych lub dłuższych artykułów. Czyli wychodzi jeden na dwa dni z kawałkiem. Powinien być jeden dziennie, tematów nie brakuje, gorzej z czasem. Tyle rzeczy do ogarnięcia… Przez ten rok miałem ponad 50.000 wejść, wychodzi na to, że średnio 140 osób dziennie zagląda na moją stronę, przy czym w ostatnim okresie ta średnia raczej wzrasta. To powód do dumy dla mnie, bez kozery rzec mogę, że w moim tak zwanym środowisku znają już mnie i wszystkie moje chore (?) klimaty wszyscy. Lepiej lub gorzej, ale znają. Zapewniam, że wszyscy którzy mnie lubią i regularnie tu zaglądają, dożyją późnej starości w zdrowiu i pokoju ducha, a po śmierci będą zbawieni. Tym zaś, którzy mnie nienawidzą, szkalują i oczerniają zapewniam pewną część ciała w inną część ciała regularnie co dzień w celi z murzynami chorymi na HIV :twisted: . Jeżeli ktokolwiek by się chciał podzielić swoimi przemyśleniami na temat mej skromnej twórczości z okazji pierwszej rocznicy, zapraszam. Chętnie poczytam nawet mega negatywne opinie na swój temat, kliknijcie w kontakt i piszcie. A ja? Idę na miasto, ale niedługo wracam i dalej jedziemy z tematem. Sprawy jeszcze nie załatwione, Polską rządzą żydzi i komuna, wojna trwa, Wolna Polska nadal nadaje  :twisted: :twisted: :twisted:

pomp

Pompeje

Anderson jest znany przede wszystkim jako reżyser wszystkich części „Resident Evil”, które mi się podobały, muszę przyznać. Fakt faktem, że specjalnie skomplikowana fabuła nie jest znakiem rozpoznawczym tej serii, i podobnie jest z „Pompejami”. Ot melodramatyczna historia wzbogacona elementami katastroficznymi. Gladiator Milo – Celt porwany za młodu przez Rzymian całe życie walczy jako gladiator. Znany z bardzo dobrych umiejętności ma w końcu walczyć z mistrzem – czarnym olbrzymem Atticusem. Rzecz się dzieje w Pompejach, nad którymi wznosi się majestatycznie Wezuwiusz. Od czasu do czasu z jego wnętrza dochodzą pomruki i ziemia drży, lecz nikt się tym specjalnie nie przejmuje… to błąd. Milo zakochuje się – z wzajemnością  - w pięknej Cassii, a w swojej walce o życie nieoczekiwanie łączy siły z Atticusem i stają naprzeciwko Rzymianom. Pewnie we dwoje by w końcu zginęli, ale oto wulkan wybucha, teren igrzysk gladiatorów wali się, ludzie umierają, panika robi swoje. Kule ognia spadają na miasto, z drugiej strony zalewa je woda, Pompeje w błyskawicznym tempie znikają z powierzchni ziemi. Końcówki nie zdradzę poza tym, że jest dramatyczna i bez happy endu 8-) . Generalnie film do obejrzenia, ale bez fajerwerków. Wszystkiego tu jest po trochu, nic w tragicznej jakości, ale i nic w dobrej. Charaktery nijakie, katastrofa średnia, fabuła taka sobie. Myślę, ze ocena 5 / 10 jest w pełni zasadna.

doktor

Doktor Sen

King to pisarz bardzo płodny. W swym życiu napisał wiele książek bardzo dobrych, dobrych, średnich ale i kilka słabych mu się przytrafiło – „Nobody is perfect” jak mówią Anglicy. Na szczęście tych nieudanych jest mało. Pozycja „Doktor Sen” to ciekawy zabieg literacki. Pamiętacie fantastyczny horror „Lśnienie” i jego ekranizację w wykonaniu Kubricka? King zdecydował się na kontynuację tego dzieła. Po 36 latach! Chłopczyk Danny z „Lśnienia” jest dziś Danem – facetem w średnim wieku, zmagającym się z brzemieniem alkoholizmu, niezbyt kolorowej przeszłości etc. Tymczasem po Ameryce jeździ kamperami grupa pozornie spokojnych emerytów. W rzeczywistości jest to bardzo stara grupa hmmm ludzi, która tą nieomalże nieśmiertelność zapewnia sobie mordując dzieci i wysysając z nich energię. Nie mogę się wgłębiać w szczegóły, książka jest gruba, akcja rozkręca się powoli ale konkretnie, a na koniec to już nie można się od niej oderwać. King tradycyjnie solidnie straszy, buduje emocje, zaskakuje. Kawał dobrej lektury można rzec, choć nie jest to „miasteczko Salem” czy „Misery”, niemniej z czystym sercem mogę polecić. W mojej ocenie 7 / 10.

Walentynki i igrzyska

Kurczę… Zapomniałem o napisaniu artykułu o Walentynkach. To takie fajne, very cool amerykańskie święto, a ja o nim ani słowa. W ogóle zauważyłem, że jestem zacofany, wszak wszystko co najlepsze jest amerykańskie. Widać nie kupując swej kobiecie kolorowej kartki z serduszkiem tudzież bombonierki czy innego szajsu w ogóle nie jestem trendy… Musze przyznać, że byłem blisko złamania się w tej kwestii, bo kobiecie takich oczywistych rzeczy jak niechęć do gównianych amerykańskich świąt wytłumaczyć jest niekiedy trudno. Jednak jakoś się udało. Z innych fajnych amerykanizmów to nie obchodzę helloween, nie jem indyka 4 lipca (w inne dni owszem – bardzo zdrowe i smaczne to danie) a co najgorsze, o czym już pisałem i co ostatecznie mnie dyskredytuje z grona kumatych – nie mam konta na fejsie! Oooh fak, dżizas! Jak ja żyję w tym modernistycznym społeczeństwie ;-)? Sam nie wiem. Marna i smutna niekiedy ta moja egzystencja, ale jakoś daję radę.

Miałem za cel nie napisać ani słowa o igrzyskach w Soczi. Co miałem napisać już napisałem – i starczy. I co się okazało? Muszę złamać dane samemu sobie słowo. Polacy pokazują podczas tej imprezy, że są ludźmi zimna i lodu. Łamią i obalają wszelkie schematy. Schematem bowiem zawsze było, że liczą się tylko letnie igrzyska, zaś zimowe to ewentualne cuda w postaci złota Fortuny w Sapporo 100 milionów lat temu i granie w hokeja na dopingu, czym nasi się skompromitowali na igrzyskach w Calgary. Kilka lat temu pojawiły się nadzieje w postaci rodzynków Małysza, Sikory i Kowalczyk. Jednak dopiero na tych igrzyskach, na wrogiej ruskiej ziemi Polacy pokazują, na co naprawdę ich stać. W chwili kiedy piszę te słowa, zdobyliśmy 4 medale, na dodatek wszystkie złote. W Londynie wszystkie nasze gwiazdy  – Radwańska, Dołęga, siatkarze, ech długo by jeszcze wymieniać – dali ciała. Ludzie którzy mają kupę forsy, doskonałe warunki do trenowania i o których aspiracjach było głośno. Sportowcy zimowi mają niewyobrażalnie mniej kasy od sportowców letnich, o warunkach do trenowania nie wspominając. Są po prostu bohaterami. Najlepszą sytuację miał Stoch.  Po sukcesach Małysza przyszła koniunktura na skakanie i infrastruktura zdecydowanie się poprawiła, mamy dwie porządne skocznie w Wiśle i Szczyrku oraz archaiczną ale klimatyczną skocznię w Zakopanem. Oczywiście kompletnie nijak ma się to do warunków Słowaków, Austriaków, Norwegów… długo by jeszcze wymieniać. Niemniej to właśnie pan Kamil pokazał dupę wszystkim na świecie dwa razy. Dwa złota, niczym nie tak dawno Ammann ze Szwajcarii a kiedyś Nykaenen z Finlandii. I nikt więcej. Wielki szacun! Druga nasza bohaterka to Justyna Kowalczyk. Od lat najlepsza na świecie, przegrywająca z  rzadka tylko z „astmatyczkami” z Norwegii. Tym razem nie powinna w ogóle startować, gdyż ma pękniętą stopę. Oczywiście wystartowała i zgarnęła złoto w swoim koronnym dystansie i zapowiada, że jeszcze startów nie skończyła. Ona też kiedyś była bez kasy, dopiero swymi sukcesami napędziła jakoś koniunkturę na lepsze warunki. Największym jednak bohaterem z ekipy z Soczi jest dla mnie strażak Bródka z Łowicza. Gościu zdobył złoto w łyżwiarstwie, choć w Polsce nie ma gdzie trenować! W tym kraju nie ma ani jednego krytego tory łyżwiarskiego. Cholera wie, czy jeździ trenować za granicę, czy biega po jakimś symulatorze, czy trenuje teoretycznie, na sucho ;-).  Bródka zdobywając złoto spowodował nerwowy szał u Holendra, pewnego swej dominacji w tej dyscyplinie.  Czemu o tym piszę, choć znaleźć bez problemu to info można w necie? Po pierwsze dlatego, że sport jednak jest piękny. Niezależnie od tego czy lubię niektóre dyscypliny czy też nie, miło jest utrzeć nosa wszystkim bogatym i pewnym siebie cwaniakom z tego świata. Poza tym sportowcy nasi z tej olimpiady pokazują prawdziwy polski charakter. Charakter, który sprawia, iż niemożliwe staje się możliwe. Ludzie na których zbytnio nie liczono wznoszą się na wyżyny swych umiejętności, albo i jeszcze wyżej. W tym kraju tak potrafimy, na co dowód jest w postaci różnych zakrętów historii, przez które przeszliśmy. Wydawało się, że obecnie jest to w 100 procentach kraj lemingów, którzy potrafią jedynie iść przed siebie na zatracenie.  Gdy jednak widzę, że nasi sportowcy zimowi tak wiele potrafią, wzorcowo pokonując własne słabości i stając się najlepszymi na świecie to zyskuję nadzieję. Nadzieję na to, że będziemy dokonywać niemożliwego także w innych dziedzinach życia. Skoro mogą nasi olimpijczycy, to mogą i zwykli ludzie zwalczyć własne słabości i zacząć walczyć o swoje. Kto wie, może zaczęliśmy od złota Bródki, a skończymy na spaleniu sejmu i wieszaniu zdrajców? Czego sobie i wam życzę ;-). Każda motywacja do wszczęcia rewolucji i obudzenia się obywateli w tym kraju jest dobra, także i olimpijska…

11.04.1992 Stilon Gorzów Wlkp. – Bałtyk Gdynia

Bardzo byłem podniecony tym meczem, albowiem był to mój pierwszy wyjazd z Bałtykiem. Od pół roku już jeździłem regularnie na mecze u siebie, a wszyscy mi mówili, że wyjazdy to całkiem inne przeżycie, najciekawsze w życiu kibica. Okazało się, że mieli rację ;-) . Debiut wyjazdowy, jak to często bywa miałem do ówczesnego zgodowicza – Stilonu Gorzów. Na dworcu w Gdyni zebraliśmy się w około 100 osób. Przy dworcu stało kilku psów, a nieopodal, przy salonie gier automatycznych zebrało się około 40 śledzi. Spodziewaliśmy się tzw. kamionki i słusznie. Zaraz po starcie pociągu z Gdyni Głównej poleciał w niego grad kamieni, już na Wzgórze wjechaliśmy ze stratą ok. 10 szyb. My też od Sopotu począwszy kamieniowaliśmy mijane stacje. W Gdańsku pociąg stanął na dobre. Po około pół godziny rozległy się sygnały – zjeżdżały się psy. Zrobili nam małą pacyfikację, wygnali wszystkich z pociągu, zaczęły się przeszukania i spisywanie. Dwie osoby zwinęli na dołek, kilkanaście się wykruszyło. Przez ten incydent padło nam połączenie z zaledwie 1 przesiadką w Bydgoszczy, musieliśmy się zdecydować na jazdę jakimiś łamańcami. Już w Tczewie mieliśmy kolejną przesiadkę i aż 3 godziny czekania na pociąg do Bydgoszczy. Znaczna większość naszej grupy wykorzystała ten czas na zakupy potężnej baterii alkoholu. Już mniej więcej po godzince stada pijanej gawiedzi z Bałtyku krążyły po Tczewie wesoło śpiewając bądź wykrzykując wulgaryzmy 8-) . Pamiętam jak na przykład kolega T z Rumi mimo zamkniętego kiosku metodą siłową zdobył gazetę do czytania, kolega W z Obłuża pijany oddawał mocz  na środku jadłodajni dworcowej, a z kolei 4 pijanych z Rumi niosło piątego nieprzytomnego z nadużycia ;-). Psy się znów pojawiły w znacznej sile i około 20 osób zwinęły, ale tuż przed odjazdem pociągu puściły wszystkich. Największy stres miał dzisiejszy członek zarządu Bałtyku, któremu zapowiedzieli, że jak będzie miał 2 promile – jedzie na izbę. Miał 1,98 ;-). W końcu ruszyliśmy. Gdy dojechaliśmy do Bydgoszczy, czekał na nas kolejny kordon psów. Ci byli bardzo agresywni i pojebani. Kilka osób od nas obili, flagę Bałtyku nam zabrali i wrzucili do kibla, mundurowe dziwki! Mi podczas rewizji znaleźli nóż tzw. finkę, która wziąłem ze sobą i oczywiście zabrali.  Debile przy tych marnej jakości popisach bardzo się cieszyli. Gdy już od tej milicyjnej swołoczy się uwolniliśmy, było już spokojniej. Kolejne przesiadki w Pile i Krzyżu odbyły się już bez perturbacji. Dojechaliśmy do Gorzowa na około 3 godziny przed meczem. Tam na dworcu czekało na nas około 20 ziomali ze Stilonu. Miejscowych psów też trochę było, ale widząc atmosferę przyjaźni nie zatruwały nam życia dyskretnie kukając na nas z oddali. Czas pozostały do meczu spędziliśmy na pijackich zabawach i umacnianiu zgody. W końcu zaczął się mecz. Ostatecznie na wyjeździe w Gorzowie było nas 79 osób. Na płocie wisiało bodajże 7 flag. Cały mecz trwał nasz głośny doping, który nie uchronił nas przed wysoką porażką. Stilonu w młynie było około 60 osób, wywiesili 5 flag. Po meczu pękło jeszcze kilka browarów czy wódeczek i do domu. Przesiadka w Stargardzie Szczecińskim spokojna, cyrki zaczęły się w pociągu relacji Szczecin – Gdynia. Olewka kanara, zero biletów i wesołe bieganie po pociągu spowodowały, że pajac wezwał psy. W Słupsku pociąg zanotował dłuższy postój, podczas którego mnóstwo kundli wpadło do pociągu i wyciągały ludzi. Od razu na peronie ich fotografowali i po raz kolejny spisywali. To już stawało się nudne… Emocje tego wyjazdu dobiegły końca. Około 2 w nocy ostatni pociąg z kibicami Bałtyku dojechał do Gdyni.

jack

Jack Strong

Mieszane uczucia miałem idąc do kina na „Jacka Stronga” ze względu na reżysera. Bo Pasikowski to nie tylko kultowe „Kroll”, „Psy” czy „Psy 2”, ale też antypolski gniot „Pokłosie”.  I po takim „Pokłosiu” Pasikowski robi film o Kuklińskim? Dziwna nieco metamorfoza. Tymczasem jednak ten egzamin Pasikowski zdał. Historia jest znana. Ryszard Kukliński, pułkownik Ludowego Wojska Polskiego decyduje się na współpracę z CIA. No i muszę od razu stwierdzić, że Pasikowski jest pozbawiony wątpliwości na temat Kuklińskiego, którymi od lat nas raczą wszelkie spedalone, lewackie media: Ryszard Kukliński jest wielkim bohaterem i reżyser nie pozostawia tu najmniejszych wątpliwości. Muszę wam się przyznać, że i ja miałem kiedyś wątpliwości na temat pana Ryszarda, czego dziś się po prostu wstydzę. Ten film ludzi myślących, których stać na własne zdanie pozbawia wszelkich wątpliwości, wszystko jest jasne. To ogólnie jest taki thriller szpiegowski, trochę może łagodny na przykład w słownictwie, bo gdy pamięta się „Psy”… Dorociński gra nieźle, kobiety słabo, natomiast mało znany rosyjski aktor Maslennikov, który gra Kulikowa to po prostu jest mistrz. Dałbym mu Oskara dla aktora drugiego planu 8-) . Akcja przebiega sprawnie, nie ma dłużyzn, reżyser dba, żeby dokładnie wytłumaczyć słuchaczom kim był Kukliński. Z dużym prawdopodobieństwem można założyć, że ten wspaniały, kierowany wielkim patriotyzmem bohater uchronił Polskę przed III Wojną Światową. Poniósł za to straszna karę w starym stylu ruskim: jego oszczędzili, a zamordowali mu najbliższych. Żeby cierpiał do końca życia. Pewnie między innymi dlatego pułkownika Kuklińskiego nie ma już wśród nas… Śpij spokojnie, bohaterze. Rozwiane są też różne bzdurne mity, jak np. to, że Kukliński brał pieniądze za szpiegowanie. Nie brał. Generalnie film nie jest pozbawiony drobnych usterek, ale swoją rolę spełnia, dobrze się ogląda, bez zadęcia propagandowego dowiadujemy się, kim był ten niezwykle ważny człowiek dla historii najnowszej naszego kraju. Dobry, solidny film, koniecznie trzeba obejrzeć. Gdy go już obejrzycie, każcie go obejrzeć swoim dzieciom, bo takie będą Rzeczpospolite, jakie ich synów chowanie… Zdecydowanie polecam, w mojej skali 8 / 10.

Minął tydzień

-Niestety, ale zaczęły się Igrzyska Olimpijskie w Soczi. Piszę niestety, gdyż to strasznie nudne – w kółko w telewizji trzeba będzie oglądać baby na łyżwach albo facetów na nartach. Będą biegać, skakać, strzelać i turlać się po śniegu. Nudy okropne, no może poza turniejem hokeja, szkoda tylko że w tej naprawdę męskiej dyscyplinie sportu Polska jest na poziomie krajów tropikalnych, gdzie o śnieg czy lód trudno :roll: . Ponoć mamy kilka szans na medale i chwała naszym zawodnikom, jeżeli jakieś wywalczą. W ogóle coraz bardziej mi zwisają wszelkie wielkie turnieje gdyż ich sens sportowy jest coraz mniejszy, zaś coraz większy jest koszt takiej imprezy. Co za tym idzie jakiś blichtr, finansowa otoczka jest priorytetem, sens sportowego współzawodnictwa coraz bardziej odchodzi w cień. Stać już na nie tylko najbogatsze kraje, doszło do tego że mistrzostwa świata w piłkę nożną będzie kiedyś tam organizował Katar, który z piłką ma tyle wspólnego, co ja ze spadochroniarstwem. Na te obecnie rozgrywające się igrzyska w Soczi ruscy ponoć wydali 51 miliardów dolarów. To jakaś beka totalna i niezła abstrakcja. Kraj w którym wielu obywateli zdycha z głodu robi jakieś śmierdzące igrzyska w cenie 10 razy większej niż jakiekolwiek realne wyliczenia. Zapewne połowa tych wziętych z sufitu kosztów to wałki i łapówki, ale nie mój cyrk i nie moje małpy, szkoda że ruskie świnie nie wydały np. 1 %  tej sumy na wyjaśnienie (szybkie i rzetelne) katastrofy smoleńskiej, która się odbyła na terenie ich śmierdzącego kraju. To moim skromnym zdaniem byłoby ważniejsze od robienia jakiś np. torów bobslejowych dla pajaców na śmiesznych sankach. Moje ożywienie wywoła jakaś ewentualna bombka  podłożona przez separatystów np. czeczeńskich, mogliby tego zjeba Putina wysłać na orbitę w 250 kawałkach za pomocą kilograma sentexu ;-). Wracając jeszcze do Smoleńska, to kacapy zawsze miały tą sprawę w dupie, choć przecież zginęło u nich 96 obywateli naszego kraju. Takie jednak zachowanie – brak jakichkolwiek zasad moralnych i etycznych i szacunku dla obywateli (także swoich) charakteryzuje ludy dzikie, prymitywne, nieokrzesane. Modelowym przykładem posiadania takich obywateli jest Rosja. I nie zmienią tego igrzyska w Soczi, choćby wydali na nie i 102 miliardy dolarów, a nie 51. Albowiem pieniądze to nie wszystko, jak mawiają dżentelmeni. Czyli na pewno nie Rosjanie ;-).

-Już z góry można założyć, i wiem to z całą pewnością, że z gazu łupkowego będziemy mieli gówno. Wulgarny jestem, wiem i ubolewam na tym, aczkolwiek bardziej wulgarna i nieprzyjemna jest otaczająca nas rzeczywistość. Gdy ekspertyzy na temat złóż gazu łupkowego robią niezależne firmy – najczęściej amerykańskie, kierujące się jedynie chęcią zysku – wykazują one że gazu łupkowego jest u nas mnóstwo. Gdyby się wziąć za niego konkretnie i szybko zacząć go wydobywać, już za 10 lat moglibyśmy być niezależni od np. ruskiego gazu przesyłanego do nas za olbrzymie pieniądze, większe niż np. płacą za niego Niemcy. Po ogłoszeniu wyników takiej ekspertyzy za kilka dni jest już nowa ekspertyza, tym razem „słuszna” i „poprawna politycznie” robiona przez polskich „ekspertów” często – czemu mnie to nie dziwi – wspieranych przez rosyjskich, heh, „fachowców”. Ta z kolei ekspertyza wykazuje już, że gazu łupkowego jest u nas max na dwie kuchenki Amici i wydobycie nie ma sensu. Dupa blada się robi, a już podlęborski Łebień miał być polskim Edmonton ;-). Wiadomym jest, że wpływy ruskich są u nas większe niż normalnych ekonomistów z innych krajów i że nie pozwolą oni na wspieranie wydobycia źródeł energii pozwalających się na uniezależnienie od ich wpływów. Kurde, co ja tu piszę o wpływach – Polska to jakieś przedziwne kondominium rusko – niemiecko – żydowskie, obywateli bądź wasali tych krajów jest mnóstwo w naszym rządzie, i  – co nie jest dziwne – reprezentują oni interesy swoich mocodawców. Szkoda, bo ten gaz łupkowy to prawdopodobnie nasza wielka szansa, która raczej na pewno będzie zmarnowana. Jak wiele innych. Kiedyś, gdy będziemy żyć wolni, we własnym kraju, takie szansy będziemy wykorzystywać. Obiecuję.

-Mocno wzrosły liczniki odwiedzin na moim blogu. Ze 100-200 dziennie wzrosły do 200-300 a niekiedy i znacznie więcej. To bardzo cieszy i łechce moja próżność. Że też ktoś chce czytać te wypociny… Natomiast coś drobnego mnie wkurza. Latam czasami po jakiś mniej odwiedzanych przeze mnie stronach i co znajduje? Swoje własne teksty. Przypadkiem. Kurde, jeżeli ktoś chce wykorzystać teksty z mojego skromnego bloga, wypadałoby zapytać lub przynajmniej poinformować. Nie robię z siebie żadnego gwiazdora burzącego się o prawa autorskie, po prostu minimum przyzwoitości powinno obowiązywać… widzę moje teksty i nawet zdjęcia na stronie o kibicach, wiem że na gównianym facebooku też ktoś wrzuca moje teksty a to polityczne, a to dotyczące starych wyjazdów… Szczerze mówiąc na tej stronie nigdy nie byłem i nie chcę być w żadnej formie, to dla mnie ścierwo które nie powinno istnieć. Jeśli kogoś jednak „fejs” podnieca, to niech sobie zakłada tam konto, ale czy musi wrzucać tam coś ode mnie? Bez mojej wiedzy? Jeżeli jednak ktoś już to robi, jeżeli nie uznaje za zasadne mnie powiadomić o tym, to niech przynajmniej, do jasnej Anielki poda źródło! Wystarczy na dole napisać „tekst ze strony wolna-polska.crazylife.pl” i już będzie znacznie lepiej. Zacznijcie myśleć, to nie boli…

wilk

Wilk z Wall Street

Ten film ledwo wszedł na ekrany, już wywoływał sporo emocji. Scorsese leszczem nie jest, obsada niezła, temat ciekawy – trzeba było zobaczyć. Film trwa pełne 3 godziny. Opowiada historię Jordana Belforta – maklera giełdowego. Faceta, który dzięki pracowitości, inteligencji, uporowi, bezwzględności, cynizmowi, wrodzonemu makiawellizmowi osiąga swój cel  – staje się bogaty.  Coraz większe bogactwo tego mistrza technik sprzedaży to i coraz większe pokusy… Tym wszystkim pokusom Belfort świetnie zagrany przez Leonarda Di Caprio ulega  - jednej po drugiej. Piękne kobiety, coraz lepsze narkotyki, coraz większe mieszkania i jachty… Hedonistyczna (i nie tylko) orgia trwa. Belfort gra na giełdzie oczywiście nie zawsze zgodnie z prawem, toteż w końcu interesuje się nim FBI. Są tu skorumpowani policjanci, prawnicy i bankierzy, ale wszystkich kupić się nie da, powoli pętla na szyi naszego bohatera się zaciska. Niby Belfort o tym wie, ale przecież…  zabawa trwa. Pieniądze, choć ma ich tak wiele, nadal mnoży w zawrotnym tempie, bo jak mówi, ich zapach jest potężniejszym afrodyzjakiem od sexu i narkotyków nawet ;-)… Film nie jest żadnym moralitetem, to po prostu sprawnie napisana biografia i dobrze zagrana. Zresztą brak tu moralizowania choćby z tego względu, że bohater wyślizgał się w dużym stopniu od należnej mu kary. Oczywiście widać jak pieniądze zmieniają człowieka, jego ego, cały charakter. Generalnie niby wiemy, że posiadanie tak dużych pieniędzy i jazda bez trzymanki zawsze raczej źle się kończą, ale na wszelki wypadek chciałoby się to sprawdzić :mrgreen: … Parę scen z tego filmu zapada w pamięć – przemówienie do swojej kadry Belforta, gdy ma odejść z branży, branie najczystszej z czystych kokainy z wypiętego tyłka pięknej brunetki ( albo z cycków niesamowitej blondyny…) , rzucanie do celu wynajętym karłem w kasku czy też jazda lamborghini przez Belforta w momencie gdy go „dopadł” opóźniony strzał legendarnie mocnego towaru… Dobre sceny, mocny film, niezła dawka humoru, fajna ścieżka dźwiękowa i dobra obsada. To wszystko powoduje, że ten film jest bardzo dobry, zapada w pamięć i zdecydowanie go polecam. A czy każdy odbierze z niego takie przesłanie, jakie powinien? A to już jego sprawa. Mi się bardzo podobało i z rozrzewnieniem będę wspominał te piękne kobiety i tą czyściutką … nieważne 8-) Obejrzyjcie to koniecznie.  9 / 10, jeden z lepszych filmów jakie ostatnio widziałem.