Archiwum dla 12 stycznia 2014

mbc

Malarstwo Białego Człowieka, tom I

Wiele już książek Waldka Łysiaka przeczytałem, niestety jego sagę o malarstwie musiałem odkładać ze względu na koszta, każdy tom „Malarstwa Białego człowieka” kosztuje ok. 115 zł, to niemała suma… Na szczęście Mikołaj, nie wiem skąd, znał moje marzenia i pod choinką pierwsza część MBC leżała sobie i czekała na mnie :-) … Ta książka jest bardzo ciężka, chyba waży ze dwa kilo, a wynika to stąd, że jest pisana na pięknym kredowym papierze, albowiem taki tylko dawał gwarancję wiernych reprodukcji dzieł sztuki, a imć Waldemar jest niezwykle rygorystyczny pod tym względem… Sztuka przez wielkie S coraz bardziej mnie fascynuje, więc lektura MBC mnie porwała… To dzieło składa się z 9 tomów traktujących o sztuce. Mistrz Łysiak przedstawia w pierwszym tomie, dla kogo ta książka jest pisana, chce ludziom przybliżyć wieczną doskonałość dzieł przez niego przedstawianych. W przystępnym stylu pan Waldemar pisze o kolejnych twórcach, epokach i obrazach, dowiedziałem się jak bardzo ważny w ocenie dzieła jest światłocień i perspektywa, z każdą stroną MBC poznaje tajniki malarstwa, uczę się odbierać sztukę i poznawać, co „autor miał na myśli”. Pan Łysiak jest bardzo prawicowym, znanym eseistą i publicystą, autorem wielu wspaniałych książek o tej tematyce. Tu jednak sztuka porwała go bez reszty, przechodzi w inny świat malarzy, kolorów, cieni, motywacji twórczej, żongluje metaforami, jak zwykle jest świetnie przygotowany faktograficznie. Pisze o sztuce, a czuję się, jakbym powieść przygodową czytał. Niewiele tu polityki, wiele miłości do rzeczy niezwykle ważnych, acz ulotnych, niematerialnych. Poznaję rzeczy, o których nie miałem wcześniej pojęcia. Powoli uczę się tej sztuki i czekam już z niecierpliwością na drugi tom, tylko czemu Mikołaj odwiedzi mnie znów dopiero prawie za rok 8-) ? W mojej ocenie 9,5  / 10,  jedna z wartościowszych pozycji jakie w życiu czytałem.

Na luźno

Redaktor wasz ukochany jest, jak się okazało, artystą nader często oderwanym od spraw ludzkich, przyziemnych, osobnikiem wręcz wyalienowanym od codzienności. Albo ewentualnie jest kretynem, oceńcie sami… Mój brak artykułów pisanych na tej stronie przez cały tydzień nie wynika z nawału pracy czy prozaicznego lenistwa. Straciłem swoje narzędzie pracy czyli laptopa… Jazda po raz ostatni do Łodzi była brzemienna w skutki. Zaspany i nieprzytomny po 6 rano wyskoczyłem w Gdańsku, po czym po 3 minutach skonstatowałem, iż nie mam przy sobie laptopa. Natychmiast wróciłem się do opuszczonej kolejki SKM, ale Polska to nie Kanada, Szwajcaria czy Finlandia chociażby. Laptopa, trywialnie mówiąc, już ktoś zajebał. W niezmierzonej swej naiwności pytałem jeszcze kierownika pociągu czy też w biurze rzeczy znalezionych, czy aby nikt mego sprzętu tam nie dał, ale cud się nie wydarzył. W związku z powyższym jeszcze tydzień trwać będzie moja gehenna, potem już będę miał dwa komputery przenośne do prowadzenia swej działalności „wywrotowej” i „faszystowskiej” co daję pod rozwagę ewentualnym złodziejom.

               Życie sportowca to nie tylko kupa szmalu, łatwe panienki, szybkie bryki i dobra zabawa po zawodach. Czasami można zrobić sobie kuku i to niezłe. W ostatnim czasie dwóch niemieckojęzycznych sportowców solidnie się rozbiło i walczy o życie. Schumacher – kierowca F1 rozbił baniak o kamień podczas zjeżdżania na nartach, a skoczek austriacki Thomas Morgenstern rozbił się podczas zawodów. Gdy przypomnimy sobie wypadek Kubicy sprzed kilku lat, bądź sprzed wielu lat naszego motorowodniaka Marszałka, to dojdziemy do konkluzji, że ryzyko jest spore i każdemu może się coś nieprzyjemnego przydarzyć. Profesjonalizm i zawodowstwo nie uwalnia od możliwości kontuzji… Lubię ludzi sportu generalnie i choć taki Schumacher był nienawidzony w swoim środowisku (o czym teraz media oczywiście nie wspominają) to obu życzę powrotu do zdrowia.

               Dostałem od Mikołaja (tak! Ja w niego wciąż wierzę) słuchawki, więc bywa ostatnio, że  jadąc np. pociągiem w stronę domu nakładam je sobie na uszy i słucham jakiejś muzyki z telefonu, bądź radia. Radio to ogólnie w większości gówniane jest, niemniej i tak znacznie lepsze od telewizji. Ogłuchnąć nie ogłuchnę, gdyż to się już stało, problemy ze słuchem to moja specjalność 8-) . Słuchając tegoż radia natrafiłem na muzyczne podsumowanie minionego roku. Dowiedziałem się, że najwięcej na świecie swoich płyt w roku 2013 sprzedał niejaki Bruno Mars w ilości 4 milionów sztuk. Ze smutkiem po raz kolejny skonstatowałem, że muzyka skończyła się. Przynajmniej w znakomitej większości, w masowym odbiorze. Najwięcej płyt na świecie? Dlaczego Bruno Mars a nie np. John Snickers :lol: ? Albo Marian Jowisz :lol: ? Z jakiś migawek muzycznych kojarzyłem, że to jakieś gówno, ale na wszelki wypadek sprawdziłem. Moje czarne przeczucia sprawdziły się… to gówno straszliwe, chłam nie nadający się do słuchania. Kto takiego szajsu słucha, kto kupuje aż tak gównianą muzykę? Znaczy się, hegemonia kretynów nie dotyczy tylko naszego kraju? Jest tak wszędzie? Nie jest mi z tym jakoś wyraźnie lepiej. Nie od dziś wiadomo, że skończyła się sztuka, dochodzi do tego muzyka, z kinematografią jest trochę lepiej, ale też bez szału (nie dotyczy polskiej – ta praktycznie nie istnieje). Naprawdę zbliża się chyba czas jakiejś małej apokalipsy, wszystko trzeba będzie zacząć od nowa na gruzach obecnego zgniłego systemu…

               Nóż mi się w kieszeni otwiera, gdy widzę w mediach tego transwestytę w różowych okularach, tego showmana ze spalonego teatru, największego buraka wśród witrażystów, faryzeusza Owsiaka. Ta szmata wciąż, kolejny już rok uprawia lans w telewizji, promując swoje gówniane anarchistyczne (jednakże posłuszne systemowi) wartości. Debil w czerwonych spodniach, zapóźniony pedofil, wiecznie niedojrzały „Piotruś pan”. Róbta co chceta! Nie myślta, dawajta, ruchajta, taplajta się w błocie! Biedne, ogłupiałe dzieci chodzące parami po ulicach żebrujące 13 – latki… Nie chce mi się już pisać o skali oszustw tego gnoma, przekręta i oszusta. Choć zbiera 1/10 tego, co Caritas, ma darmowe media, przyzwolenie na wykorzystywanie dzieci do żebractwa, reklamę i olbrzymie bogactwo… No, ale ktoś powie: W służbie zdrowia dzięki niemu jest lepiej. Taaak? Zauważyliście to? Kasa która miałaby iść na rzeczy sponsorowane przez Owsiaka nie marnuje się. Panowie dyrektorzy placówek i ich pomagierzy mają na ekskluzywne wycieczki i solidne nagrody. Dla siebie i znajomych. To jednak jeszcze nie koniec. Szmata na tyle urósł, że uważa się za autorytet! Wypowiada się publicznie, gani ministrów, ludzi, ustawy, poprawia świat jednym słowem… Megaloman, dewiant, ścierwo. Mam jeszcze parę epitetów, ale już z grubsza wiadomo, jakie mam zdanie na temat Owsiaka i jego żebraczej orkiestry…

               Dziś jeszcze wrzucę recenzję pewnej pięknej książki którą dziś skończyłem czytać, lecz niestety ten ostatni tydzień jeszcze będę bez kompa, więc pewnie dopiero w piątek – sobotę będą następne materiały… nadrobimy, wytrzymajcie… wiem, nie będzie łatwo  8-)