Wspominając wyjazd na Raków, który odbył się prawie 21 lat temu spłacam dług mentalny wobec mojego dobrego kolegi z Częstochowy, bodajże od 6 lat mam mu dostarczyć opis tego wyjazdu. Nie mogłem znaleźć odpowiedniego numeru mojej „Zadymy”, by tą prośbę spełnić, ale w końcu się udało. Z okazji robienia porządków odnalazłem w końcu 26 numer  „Zadymy” z lipca 2000, w której to ten wyjazd był opisany. Swoją drogą to, co wtedy (w roku 2000) było opisywane jako wydarzenia bieżące, dziś też już jest historią, bo 14 lat to też szmat czasu i większość ludzi jeżdżących dziś na mecze roku 2000 już nie pamięta. Czy ktoś mi kiedyś ufunduje jakiś pomnik za to nieocenione wręcz kronikarstwo, dzięki któremu historia Bałtyku nigdy nie zaginie?

Na wyjazd do Częstochowy wyruszyliśmy nocnym pociągiem, którym regularnie jeździliśmy, gdy mieliśmy wyjazd w okolice Górnego Śląska.  Wyruszyło nas 15 osób. Były to takie czasy, że górował ten, kto zrobił większą trzodę w pociągu. Najpierw zlikwidowaliśmy toaletę – wyleciała cała przez okno, w podłodze została jedynie dziura po sraczu.  Potem odbywaliśmy niczym rycerze Jedi pojedynki na świetlówki. Marny to materiał do pojedynków, poszły  w drobiazgi wszystkie :roll: . Upojenie alkoholowe zmorzyło nas w okolicach Zduńskiej Woli, tuż przed celem podróży obudził nas kanar, który zdenerwował się, że nie może zapalić światła by sprawdzić nam bilety. Niepotrzebnie się trudził, nie mieliśmy ani jednego :mrgreen: . Po 6 rano wysiadamy w Częstochowie. Czasu do meczu było aż nadto, więc udaliśmy się na Jasną Górę. W klasztorze jasnogórskim zdumiał nas kolega Cece który udał się do spowiedzi, a był doprawdy ostatnią osobą, którą można było o to podejrzewać.  W domu pielgrzyma niektórzy pili napój pielgrzyma, którym było kakao, jednakże większość z nas popijała nieco inne napoje, acz ukradkiem.  Wychodząc z klasztoru zahaczyliśmy o jakiś bar, w którym zauważyliśmy poruszenie wśród tubylców, gdy ujrzeli nasze barwy. Dość długo zajął nam marsz w kierunku stadionu, w tym czasie dołączyło kilka osób od nas. Pod stadionem rozdzieliliśmy się na kilka grupek, w tym czasie jak się okazało organizował się Raków na wieść o naszym przybyciu. To rozdzielenie się to był oczywiście błąd taktyczny, na wyjazdach zawsze należy się trzymać razem. Raków też się rozdzielił gdy już się stawił w okolicach stadionu i zaatakował.  Byliśmy w trzech miejscach, w każdym z nich Rakowa było więcej niż nas. Ja z dwoma innymi kolegami piłem winko na koronie stadionu RKS-u, podbiło do nas 6-7 „Medalików”, wymiana kilku słów, poszły ze dwa gongi i zrywamy się. Porażka nasza, ale dzięki zrywce uratowałem flagę Bałtyku, którą miałem w plecaku.  Inni koledzy biesiadowali w okolicach hotelu na stadionie, ich było ze siedmiu, gdy podbił Raków w dwukrotnie liczniejszej grupie, chwilę trwała szarpanina, po czym nasi wycofali się do hotelu, gdzie zabarykadowali się fotelem i znad niego ciskali butelkami w Raków. Do hotelu chłopaki z Częstochowy się nie wdarli, a za chwilę musieli się zrywać, bo już jechał wiadomo kto na sygnale. Jedyne zwycięstwo w tych potyczkach odnieśliśmy w knajpie, gdzie siedziało ze 6 od nas. Raków wjechał, nasi kopnięciem wyjebali stół z żarciem i piciem i zaatakowali z butelkami w łapach, tu Raków musiał się zerwać. Generalnie jednak byliśmy w defensywie, Raków trochę nas pogonił i wykroił 2 szale.  Sytuacja się uspokoiła, potem jeszcze ja z kolegą Skrzydłem otworzyliśmy patentem jakiś śmieszny zamek w klubie i wdarliśmy się do suszarni, skąd skroiliśmy 2 koszulki piłkarskie Rakowa. Czas meczu się zbliżał, zasiedliśmy w klatce dla przyjezdnych i rozwiesiliśmy bodajże 4 flagi, co chwila dołączał ktoś od nas, kto dojechał na swój sposób później. Tuz przed meczem dołączył kolega z FC Lębork zwany jako Tramwajarz ze względu na zawód, który uprawiał. W ręku miał jeden ze skrojonych szali Bałtyku! Okazało się, że gdy szedł na nasz sektor, zobaczył skrojony szal Bałtyku na nodze jednego z kibiców RKS-u. Podszedł do niego i zażądał zwrotu. Chłopak z Rakowa szal zdjął i oddał… Fakt faktem, że Tramwajarz miał 1,95 wzrostu i wyglądał nieprzyjemnie, każdy z kolegów Częstochowianina udawał, że patrzy akurat gdzieś indziej… Tak więc nasze straty w świętym mieście to tylko 1 szal ostatecznie.  Na meczu ogółem nas 23 osoby, Rakowa ok 60 w młynie. Muszę powiedzieć, że była to kolorowa menażeria, mieli różne przedziwne szale na sobie, widziałem Wisłę, ŁKS, kluby zagraniczne…  W trakcie meczu festiwal uprzejmości. Raków ma szarpaninę z psami o transparent, na którym w wulgarny sposób uwłaczano Legii Warszawa. Mecz się skończył naszą porażką 3-0 niestety. Po meczu psy zapakowały nas w kabaryny i wywiozły z Częstochowy do pierwszej miejscowości, w której stawały pociągi w stronę Gdyni! Ci, których było stać dokupili coś z alkoholi i po jakimś czasie znów w 15 osób wsiadamy w pociąg do Gdyni. Porozsiadani po całym pociągu zapadaliśmy w drzemki… kolejny błąd tego dnia. Gdy dojechaliśmy do Zduńskiej Woli, zobaczyliśmy bandę chłopa na peronie, która krzyknęła „Lech, Lech, Kolejorz!”. Mieliśmy w tym czasie zgodę z Lechem. Uradowany, wraz z kolegą odkrzyknąłem im „Bałtyk Gdynia”, na co goście z peronu: „jeeest! Tutaj są”. Albowiem była to podpucha. Ludźmi z peronu był Zawisza Bydgoszcz, który w 60 osób wracał z Widzewa Łódź. Wjechali w pociąg i zrobili nam niezłą jazdę. Większość osób dostała oklep, straciliśmy ze 4 szale i sporo rzeczy prywatnych – kurtki, zegarki, pieniądze… ja z kolegą B z Bolszewa barykadowaliśmy się w kiblu, ale po pół godzinie musieliśmy otworzyć drzwi, nie mieliśmy już sił. Potem wjechały psy, ale nikt nic nie widział i nie miał pretensji, więc nic nie zdziałali. Gdy psy sobie poszły dalej, chłopaki z Zetki oddali mi flyersa, dzięki czemu nie musiałem wracać na gołej klacie do domu (przedtem mi ukradli nawet  t-shirta z celtykiem). Akcja Zety była dobra, niepotrzebnie kroili rzeczy prywatne, ale to były inne czasy niż dzisiaj. Jako ciekawostkę powiem, że to był pierwszy wyjazd kolegi Pracusia z FC Lębork, który był wtedy chudym 60-kilowym 15-latkiem (dziś jest 120 – kilowym 36 – latkiem heh) i myślałem, że  to będzie jego pierwszy i ostatni wyjazd, jednak on jeszcze ponad 10 lat jeździł na wyjazdy, to wydarzenie jedynie go zahartowało. Drugą ciekawostką jest fakt, że flaga która bezczelnie sobie leżała na frytkownicy została uratowana, bo nikt w ferworze ganianek nie zwrócił na nią uwagi…Reszta powrotu była już spokojna. Nie da się ukryć, ciekawy był to wyjazd, choć happy endu ciężko się w nim doszukać.