Archiwum dla Styczeń, 2014

Minął tydzień…

-Trudno mieć całkiem w dupie to, co się dzieje na Ukrainie. Niestety jest to nasz sąsiad i jak dojdzie u nich do jakiś konkretnych zadym, może to i u nas odbić się czkawką. Jest tam niby – rząd i niby – opozycja. Dla mnie te wszystkie układy tam są podejrzane. Dużo się teraz mówi o wolności w Ukrainie, media już ustaliły podział: proeuropejscy patrioci ukraińscy w postaci opozycji do komunistycznego prorosyjskiego betonu, jakim jest rząd i jego poplecznicy. Media, a przynajmniej ich 95% to gówniane tuby swoich promotorów i niezbyt ważne jest ich opiniowanie, przyjmijmy do wiadomości fakty… Ukraińscy „patrioci” to nacjonaliści, nienawidzący Polaków, wielbiący Banderę. Z nimi nam na pewno nie po drodze. Na ich czele stoi Kliczko, który z racji wykonywanego zawodu przyjął bardzo wiele ciosów na głowę i jest mentalnie i umysłowo niepewny ;-). Nie po drodze nam też z marionetkowym rządem sterowanym przez ruskich. Dobrze by było, żeby już żadne ćwoki z platformy czy z PiS-u się nie udzielały w temacie Ukrainy, niech się powyrzynają jak mają taką potrzebę, im słabszy nielubiący nas sąsiad za miedzą, tym lepiej. Jeśli jednak dojdzie do rozstrzygnięć umiarkowanie pokojowych, to mam wrażenie, że biedny Kliczko będzie wystawiony na żer. Pozwolą mu rządzić i tworzyć nowy rząd, a sami będą wszystkiego pilnować z tylniego siedzenia. Znamy temat, sami mieliśmy w ’89 wystawionego debila z wąsami do rządzenia, bacznie obserwowanego przez swoich zwierzchników… Mimo wszystko na dzień dzisiejszy wydaje mi się, że do konkretnej wojny domowej tam nie dojdzie, no ale zobaczymy…

- Pogonienie przez naszych piłkarzy ręcznych Białorusinów i Szwedów na Mistrzostwach Europy dało mi pozytywnego kopa myślowego i z napięciem oglądałem mecz o wszystko (czyli awans do półfinału) z Chorwacją. Skończyło się jak zwykle, potem jeszcze laczki od Islandii i zakończyliśmy bodajże na 6 miejscu. Marnie, można by rzec, może w tych kilku decydujących meczach które przegraliśmy jedną bramką zabrakło zrozumienia jakiegoś detalu technicznego przekazywanego przez trenera? Nawijanie w przerwach w gorących ostatnich sekundach meczu za pomocą tłumacza to jakaś żenada. Na dokładkę decydujący dwumecz o awans do Mistrzostw Świata 2015 zagramy, jak się dziś okazało z Niemcami. Najgorzej jak można było trafiliśmy… czy niemiecki trener poprowadzi nas do wiktorii nad Niemcami? Ciężkie pytanie. Może czas na szybką zmianę na tym stanowisku. Inna sprawa to fakt, że narzekając na grę naszych pamiętajmy, że w innych dyscyplinach drużynowych okolice 6 miejsca w Europie leżą co najwyżej w sferze najśmielszych i najmniej realnych marzeń…

- Powrócił, jak bumerang temat torturowania jeńców wojennych w Polsce. Ponoć Amerykanie dali nam za to 15 milionów dolców w dwóch kartonach ;-). Wojna to okrutna sprawa, jest rzeczą jasną, że jest wojna – są i tortury. Szczególnie, gdy jest to wojna z terrorystami. Konwencja genewska to dobry temat dla dyplomatów – teoretyków, prawdziwe życie wojenne wygląda zgoła inaczej. Polacy to oficjalny sojusznik USA i z 95 % – ową pewnością można stwierdzić, że paru tych terrorystów przetrzymywali. Za dużo tych przecieków – o lądowaniu na wojskowym lotnisku w Szymanach, o Talibach w nieodległych Klewkach, teraz o torturach. Tymi Talibami w Klewkach to kiedyś Lepper zrobił medialną zadymę, zrobili z niego wariata, a potem się okazało, że to całkiem prawdopodobne było. Tylko Lepper już się o tym nie dowie, bo patrz pan – wziął się i powiesił. Wielu takich co wiedzieli za dużo zaczęło przejawiać nieznane wcześniej skłonności samobójcze w tym kraju… Wracając do tematu, to ja się pytam – gdzie te dolary, gdzie te kartony? Przepili dziady wszystko, cholerna szara strefa ;-)… Oficjalnie pójść nie mogło, podejrzewam że skarbówka nie ma jeszcze ustalonego vatu za torturowanie ;-).

- Na Rudę Śląską padł blady strach. Trynkiewicz wyskakuje z puchy 11 lutego i w tym mieście planuje uwić sobie gniazdko! Co za żenada, debilizm, żałosny koniunkturalizm mediów się ujawnia w lansowaniu tematu tego mordercy. Co Mariusz jadł na śniadanie, co ostatnio powiedział, gdzie się uda po wyjściu z pierdla… Żałosne prymitywne media uwielbiają takie tematy na poziomie matki Madzi z Sosnowca. Gdyby w tym kraju była normalna, uczciwa i ze wszech miar konieczna kara śmierci w kodeksie karnym, problemu by nie było. Trynkiewicza by już zjadły robaki po KS-ie 25 lat temu. Wystarczyłoby 10 – 15 wyroków rocznie na najgorszych bestiach tego kraju, a sytuacja byłaby całkiem inna. Inne byłoby też poczucie sprawiedliwości społecznej. Teraz zaś mają pasztet, a następni seryjni mordercy wychodzą już za kilka miesięcy: Pękalski, Moruś… Teraz pracuje już nad Trynkiewiczem sąd, sztaby specjalistów, zarabiają na nim kupy ludzi za pieniędze podatników rzecz jasna… tymczasem niestety prawda jest okrutna. Skoro komuś kiedyś zabrakło jaj, żeby wyrwać chwasta, to teraz powinien on niestety spokojnie wyjść na wolność. Przynajmniej oficjalnie. Od czego są służby specjalne w tym kraju, wyjdzie i na pierwszym przejściu przez ulicę pechowo go samochód potrąci… albo się powiesi (wypróbowana metoda) godzinę po wyjściu na pierwszym drzewie w lesie. Niemniej swoje odpękał i dalsze przetrzymywanie go w pierdlu czy na jakimś oddziale zamkniętym jest po prostu bezprawne! Mam nadzieję że zastosują się do mojej koncepcji. Czego sobie i wam życzę.

jaf

Ja, Frankenstein

Tym, którzy teraz pomyśleli że to biografia Michnika spieszę donieść, że jednak nie ;-). Frankenstein z pierwowzorem z powieści Mary Shelley’s ma związek bardzo luźny. Faktycznie jest ożywiony gościu zszyty z 8 trupów, faktycznie zabija swego twórcę i znika. Film zaczyna się 200 lat później, potwór dr Frankensteina nazwany później Adamem żyje i ma się całkiem dobrze. Na świecie, poza wiedzą ludzi na nim żyjących toczy się wojna o panowanie nad nim. Walczą gargulce, które uosabiają dobro z demonami, które naturalnie służą ciemnym mocom. Obie te grupy chcą dorwać Adama, a przede wszystkim dziennik jego twórcy, aby poznać sekret ożywiania trupów… Z tymi trupami później oczywiście mają rządzić światem. Adam nie przepada ani za jednymi ani za drugimi, ale na skutek różnych okoliczności staje w końcu po stronie tych dobrych – gargulców.  Eleganckie sceny walki z demonami, efektom nie można nic zarzucić. Treść oczywiście niezbyt ambitna i łatwa do przewidzenia. Główna rola w wykonaniu Eckharta znanego choćby z „Mrocznego Rycerza” nie najgorsza. Ogólnie film do obejrzenia, aczkolwiek bywało lepiej. Ocena 6 / 10

rak

Wywiad z Rakowem Częstochowa

Znów trzeba było trochę czekać, aby poczytać coś nowego… Zapraszam do przeczytania wywiadu z kibicem Rakowa Częstochowa…

Cześć. Wiem, że jak każdy z branży nie lubisz udzielać się publicznie, ale jednak wymusiłem od Ciebie odpowiedź na kilka pytań ;-). Na początek proszę o kilka słów o Tobie. Ile masz latek, od kiedy jeździsz na Raków, jaki styl kibicowania preferujesz? 

34 rok na karku właśnie za chwilę stuknie. Tak się fajnie złożyło,że podczas nadchodzącej rundy na wyjeździe do Wałbrzycha minie równe 20 lat od pierwszego wyjazdu. Będzie okazja by znów obchodzić dwudzieste urodziny ;-). A styl kibicowania to chyba jak każdy kto zaczynał w pierwszej połowie lat 90. – stara szkoła: darcie ryja na meczach i jak jest okazja to mały sparing bokserski nie zaszkodzi ;-) Jedno z drugim idealnie się uzupełnia.

Teraz mam pytanie – co ogólnie się dzieje w Częstochowie? Wiadomo że przede wszystkim Raków i długo długo nic, ale czy istnieją inne grupy kibiców? Włókniarz, AZS? Kiedys był FC Widzewa u was ale już nie ma. Czy na jakieś inne drużyny jeżdżą jacyś kibice z Częstochowy?

Sam sobie odpowiedziałeś na to pytanie – teraz jest Raków i długo,długo nic. Owszem jest młyn na AZSie czy Włókniarzu. Jest też grupka pajaców na Skrze. Ale to wszystko to zupełnie inny klimat. Bezsilność Włókniarza pokazał czerwcowy mecz CKM-Falubaz, który odwiedziliśmy w kilkadziesiąt osób. Kilkusetosobowy młyn zniknął, gdy tylko pojawiliśmy się na stadionie. AZS też lubi stawiać się za wzór jedynych niepikników na siatkówce.Posiadają flagę „Antypiknik”, na której mają wyszyte hasło „na kibiców wychowani” jednak ostatnio na wyjazd do Kędzierzyna nie chcieli jechać bez wahadła. Dla nas obie te grupy nie są jakimkolwiek rywalem, ale obie te formacje są nastawione – mentalnie – do nas wrogo. Nie stać ich jednak na walkę wręcz. Głównie żużlofani lubują się za to w „wojence” na napisy. Inna sprawa to Skra. Młynek tam tworzy kilka, czasem kilkanaście osób. Część z nich niegdyś łaziła w innych szalikach (takie biało-zielone, albo nawet i czerwono-biało-czerwone), dlatego też byli już karceni kasacją flag. Co do FC w Częstochowie to na dobrą sprawę w historii były tylko dwa z prawdziwego zdarzenia. Widzew, z którym – mimo iż był nastawiony praktycznie w całości na chuligankę – już sobie poradziliśmy. Zostały jednostki,które nieoficjalnie jeżdżą do Łodzi na mecze. Czasem jeszcze pojawi się ich mała flaga na płocie. Drugi to był ŁKS. Tych w szczytowym momencie było do dwudziestu osób. Po zerwaniu zgody funkcjonowali jedynie przez niecały sezon. Ślad po nich zaginął. Była jeszcze flaga Lecha „Częstochowa”, która była autorstwa akurat przerzuta z Rakowa, który pochodził spod Częstochowy. To też temat sprzed dekady. Dawno i nieprawda. Obecnie są jeżdżące jednostki na Śląsk, Wisłę i Legię, ale nie funkcjonują na zasadzie FC.

Chciałbym teraz spytać o kwestie osobiste. Kiedyś przeżyłeś niezłą traumę,pies z bardzo bliskiej odległości strzelił ci w głowę gumowym pociskiem. Mam prozaiczne pytanie – jak zdrowie? czy odczuwasz jeszcze jakieś reperkusje zdrowotne po tym wypadku? Czy ktokolwiek cie przeprosił za to, co ci wbrew prawu zrobili? Czy pies który to zrobił, został pociągnięty do jakiejkolwiek odpowiedzialności? 

Żartowniś :) A czy Jaruzelski przeprosił za Stan Wojenny? A Michnik za ojca,matkę i brata? W Tuskanii, która jest spadkobiercą ideałów PRLu nie przeprasza się za krzywdy i nie dokonuje zadośćuczynienia. Skoro komuna się skończyła to oddali nam zagrabiony Lwów, Grodno i Wilno? Nikt w moim przypadku nie był pociągnięty do odpowiedzialności i nigdy nie będzie.A jeśli chodzi o zdrowie, to niestety uraz powoduje cały czas komplikacje,ale nie mam zamiaru się nad sobą użalać na łamach Twojego bloga :) Żyję,jeżdżę,więc nie ma co narzekać.

Jeszcze mam do ciebie ostatnie, rozbudowane pytanie. Niedawno na moim blogu opisywałem wyjazd na Raków z ’93 roku. Bez jakiś szczegółowych rozkmin można stwierdzić, że byliśmy na zbliżonym poziomie kibicowskim. Dzisiaj my jesteśmy prawie na dnie, a wy jesteście bardzo przyzwoitą ekipą,waleczną,honorową i regularnie jeżdżącą. W jaki sposób tak bardzo np nam odjechaliście? W jaki sposób pracowaliście, by stać się kimś? Ostatnie pytanie ode mnie to prośba o kilka słów na temat kibiców Bałtyku – twoja opinia.

No to musimy niewątpliwie wrócić do wspominanego sezonu 1993/94. Dla nas był to przełom z tego względu, że kopacze po raz pierwszy w historii awansowali do I ligi. Sam awans przewrotnie pogorszył wszystko na trybunach. Wszystko przez boom szalikowy. Narobiło się dziadostwa co pokupowało sobie szaliki i zaczęli chodzić na Raków, no bo gra w I lidze. Do tego młodzież często „wiedziała lepiej” więc starzy się szybko odsunęli i okazało się, że jest u nas kiepsko. Dalej była ekipa sprzed awansu, która potrafiła napsuć krwi rywalom, ale niestety tonęła w grupie baranów. Do tego ten narybek,który powiedzmy był mentalnie ogarnięty, ale potrzebował wsparcia u starszych,bowiem nie miał żadnego doświadczenia bojowego, został sam. W I lidze opinia o nas się pogorszyła (a np. jeszcze w sezonie 92/93 mieliśmy opinię małej, ale charakternej i agresywnej bandy). Przez cztery lata pierwszej ligi pokolenie ’80, którego było dość sporo musiało okrzepnąć,dorosnąć i dojrzeć. I wychowywanie się w nieprzychylnych opiniach o Rakowie sprawiło, że mieliśmy jasno postawiony cel. Dążyliśmy by przywrócić dobre imię chuliganów Rakowa. Po raz kolejny paradoksalnie pomógł nam spadek. Lanserzy i barany poszli w odstawkę. Zostało nas mniej, ale samych zdeterminowanych. Kolejny spadki i klęska sportowa w pewnym momencie sprawiła, że walczyliśmy o przetrwanie. Na szczęście rywale w naszym mieścieto nie ekipy w których cieniu jest Bałtyk w Trójmieście. Mimo, że było u nas słabo to daliśmy radę. To wszystko w ciągu dwóch dekad od wspominanego przez Ciebie meczu między nami sprawiło, że się dość mocno zahartowaliśmy.Wspięliśmy się na pewien poziom, który jest drogowskazem dla następnych pokoleń. Wiemy doskonale, że pewnego poziomu w częstochowskich realiach nie przeskoczymy, ale nie chcemy też spaść poniżej pewnego pułapu. Wobec czego pamiętając o grzechach przeszłości już w zarodku reagujemy na pewne symptomy. Prawda jest taka, że gdybyśmy w najbliższej okolicy mieli za rywali takie ekipy jak u Trójmieście mogłoby to wyglądać inaczej. Niemniej jednak zwalać całej odpowiedzialności za swoją słabość na wroga nie można. Obecnie ciężko o pozytywy. Jeśli jest się kibicem Bałtyku to należy bywać na meczach Bałtyku. A z tym bywa ostatnimi czasy różnie. Czy u siebie czy na wyjazdach. Raz na jakiś czas to trochę za mało. Zresztą chyba doskonale wiesz, że musicie poukładać sobie pewne tematy wewnętrzne. Gdy byliśmy u Was dwa lata temu w Wielką Sobotę to dość długo pod stadionem stało bezkarnie dwóch typów w czapkach sąsiada zza miedzy. Od Was nie było reakcji żadnej,to my wróciliśmy do Częstochowy bogatsi o dwa gadżety. To też wiele mówi.

Dzięki za wywiad, pozdrawiam…

                                                                    

pod

Pod Mocnym Aniołem

Smarzowski błyskawicznie wskoczył w fotel najlepszego polskiego reżysera. Szybko widzowie zapomnieli o tych wszystkich Wajdach, Kieślowskich i innych Hoffmanach, ale to nic dziwnego – „Dom Zły”, „Róża” czy „Drogówka” skutecznie na to pozwoliły… same dobre filmy. Tym razem reżyser zmierzył się z wszechobecnym w Polsce alkoholizmem. Jerzy, dość popularny pisarz, jest nałogowym alkoholikiem. Poznaje młodszą laskę, zakochuje się w niej i próbuje zerwać z nałogiem. Smarzowski leci bez znieczulenia. Kolejne kadry filmowe pokazują nam kolejne stadia upodlenia alkoholowego. Jerzy, którego gra Więckiewicz trafia do środka leczenia uzależnień. Widzimy kilka historyjek z życia różnych klientów tegoż ośrodka. Patologia, upadek, bełkot, rzygowiny, szczanie w nachy, leżenie w rynsztoku. Okradanie bliskich aby się napić. Wszystko to wygląda strasznie, ale nie oglądamy tego z niedowierzaniem, bo przecież problem ten dobrze znamy – czyż nie? Chleje każdy – milicjant, ksiądz, artysta, rolnik, baba ze wsi, kierowca. Każdy z nas zna kilku pijaków, każdy z nas już to gdzieś widział. Tym samym choć Smarzowski uderza mocno i celnie w problem, to niczym nie zaskakuje. Film jest generalnie do przewidzenia. Na koniec sceny niektóre się powtarzają, tylko są coraz bardziej rozmazane, niczym w stanie coraz większego upojenia, próbujemy łapać co jest realne, a co wytworem pijackiej maligny bohatera. Pamiętacie „Wszyscy jesteśmy Chrystusami”?  Dobry był. Czy „Pod Mocnym Aniołem” jest lepszy? Nie wiem. Warto zobaczyć, dobry, mocny film, niezłe dialogi, aczkolwiek „Dom Zły” czy „Drogówka” to to nie jest, aż tak w fotel nie wbija. W mojej ocenie 7 / 10.

Na luźno

Wróciłem! Swoisty come back z pisarskiego niebytu od dnia dzisiejszego stał się faktem. To był naprawdę fatalny, noworoczny okres. Ruina finansowa, strata laptopa i niemożność pisania i czytania mogły zniechęcić… Ale już redakcja Wolnej Polski powstaje niczym Feniks z popiołów ;-). Na razie muszę operować na notebooku 14 cali marki IBM, nie jest to może spełnienie marzeń, ale nie jest źle. Pracę w brzydkiej acz sympatycznej Łodzi zamieniłem na atrakcyjne miasto nieopodal morza, tak więc same nowości. Gdy piszę te słowa, w telewizji niebawem się zacznie transmisja z meczu Mistrzostw Europy w piłkę ręczną w Danii, w którym to nasi zmierzą się z Białorusią. Z tym krajem sporo nas łączy – szerokość geograficzna, system rządzenia, wolność wypowiedzi. Natomiast ludzie w Polsce i na Białorusi mają jakby nieco inne charaktery, Białorusini sprawiają wrażenie uległych i pogodzonych ze swym losem, nic gorszego człowieka nie może spotkać. Trochę ich szkoda. Piłka ręczna mężczyzn to atrakcyjny sport niezwykle, więc bezpośrednia relacja telewizyjna to będzie jeden z tych rzadkich momentów, w którym będę spozierał bez obrzydzenia w nadajnik telewizyjny. Życzę zwycięstwa naszym, aczkolwiek zapowiadają się laczki, obym się mylił… W ogóle w zimę odnosimy praktycznie jedyne w skali roku sukcesy, kiedyś nie do pomyślenia. Nasi rajdowcy osiągają dobre wyniki (to niby sporty nie zimowe, ale skoro jeżdżą w styczniu, to jak je nazwać?), Kowalczyk wygrywa co rusz i już osiągnęliśmy słodkie przyzwyczajenie do jej kolejnych wiktorii. Skoczkowie narciarscy też osiągają piękne rezultaty, nie znam szczegółów bo sporty zimowe zaczynam lubić w pod koniec marca – gdy się kończą, niemniej chwała naszym wszelakim za godne reprezentowanie naszego kraju.  Tak więc, z umiarkowanym optymizmem obejrzę sobie mecz z Białorusią, a potem zapewne czym prędzej wyłączę telewizję,  aby przypadkiem nie nadziać się na jakąś debilną porcję wiadomości czy reklamy. No dobra, kończę, bo mecz się już zaczął. Dziś jeszcze może recenzja filmu na który udaję się do kina, a niebawem wywiad z kimś, kto ma cos do powiedzenia no i wiele innych rzeczy… Wracam na dobre i już nie dam się okraść a poza tym regularnie lecytynę zażywam co i wam polecam 8-) .

mbc

Malarstwo Białego Człowieka, tom I

Wiele już książek Waldka Łysiaka przeczytałem, niestety jego sagę o malarstwie musiałem odkładać ze względu na koszta, każdy tom „Malarstwa Białego człowieka” kosztuje ok. 115 zł, to niemała suma… Na szczęście Mikołaj, nie wiem skąd, znał moje marzenia i pod choinką pierwsza część MBC leżała sobie i czekała na mnie :-) … Ta książka jest bardzo ciężka, chyba waży ze dwa kilo, a wynika to stąd, że jest pisana na pięknym kredowym papierze, albowiem taki tylko dawał gwarancję wiernych reprodukcji dzieł sztuki, a imć Waldemar jest niezwykle rygorystyczny pod tym względem… Sztuka przez wielkie S coraz bardziej mnie fascynuje, więc lektura MBC mnie porwała… To dzieło składa się z 9 tomów traktujących o sztuce. Mistrz Łysiak przedstawia w pierwszym tomie, dla kogo ta książka jest pisana, chce ludziom przybliżyć wieczną doskonałość dzieł przez niego przedstawianych. W przystępnym stylu pan Waldemar pisze o kolejnych twórcach, epokach i obrazach, dowiedziałem się jak bardzo ważny w ocenie dzieła jest światłocień i perspektywa, z każdą stroną MBC poznaje tajniki malarstwa, uczę się odbierać sztukę i poznawać, co „autor miał na myśli”. Pan Łysiak jest bardzo prawicowym, znanym eseistą i publicystą, autorem wielu wspaniałych książek o tej tematyce. Tu jednak sztuka porwała go bez reszty, przechodzi w inny świat malarzy, kolorów, cieni, motywacji twórczej, żongluje metaforami, jak zwykle jest świetnie przygotowany faktograficznie. Pisze o sztuce, a czuję się, jakbym powieść przygodową czytał. Niewiele tu polityki, wiele miłości do rzeczy niezwykle ważnych, acz ulotnych, niematerialnych. Poznaję rzeczy, o których nie miałem wcześniej pojęcia. Powoli uczę się tej sztuki i czekam już z niecierpliwością na drugi tom, tylko czemu Mikołaj odwiedzi mnie znów dopiero prawie za rok 8-) ? W mojej ocenie 9,5  / 10,  jedna z wartościowszych pozycji jakie w życiu czytałem.

Na luźno

Redaktor wasz ukochany jest, jak się okazało, artystą nader często oderwanym od spraw ludzkich, przyziemnych, osobnikiem wręcz wyalienowanym od codzienności. Albo ewentualnie jest kretynem, oceńcie sami… Mój brak artykułów pisanych na tej stronie przez cały tydzień nie wynika z nawału pracy czy prozaicznego lenistwa. Straciłem swoje narzędzie pracy czyli laptopa… Jazda po raz ostatni do Łodzi była brzemienna w skutki. Zaspany i nieprzytomny po 6 rano wyskoczyłem w Gdańsku, po czym po 3 minutach skonstatowałem, iż nie mam przy sobie laptopa. Natychmiast wróciłem się do opuszczonej kolejki SKM, ale Polska to nie Kanada, Szwajcaria czy Finlandia chociażby. Laptopa, trywialnie mówiąc, już ktoś zajebał. W niezmierzonej swej naiwności pytałem jeszcze kierownika pociągu czy też w biurze rzeczy znalezionych, czy aby nikt mego sprzętu tam nie dał, ale cud się nie wydarzył. W związku z powyższym jeszcze tydzień trwać będzie moja gehenna, potem już będę miał dwa komputery przenośne do prowadzenia swej działalności „wywrotowej” i „faszystowskiej” co daję pod rozwagę ewentualnym złodziejom.

               Życie sportowca to nie tylko kupa szmalu, łatwe panienki, szybkie bryki i dobra zabawa po zawodach. Czasami można zrobić sobie kuku i to niezłe. W ostatnim czasie dwóch niemieckojęzycznych sportowców solidnie się rozbiło i walczy o życie. Schumacher – kierowca F1 rozbił baniak o kamień podczas zjeżdżania na nartach, a skoczek austriacki Thomas Morgenstern rozbił się podczas zawodów. Gdy przypomnimy sobie wypadek Kubicy sprzed kilku lat, bądź sprzed wielu lat naszego motorowodniaka Marszałka, to dojdziemy do konkluzji, że ryzyko jest spore i każdemu może się coś nieprzyjemnego przydarzyć. Profesjonalizm i zawodowstwo nie uwalnia od możliwości kontuzji… Lubię ludzi sportu generalnie i choć taki Schumacher był nienawidzony w swoim środowisku (o czym teraz media oczywiście nie wspominają) to obu życzę powrotu do zdrowia.

               Dostałem od Mikołaja (tak! Ja w niego wciąż wierzę) słuchawki, więc bywa ostatnio, że  jadąc np. pociągiem w stronę domu nakładam je sobie na uszy i słucham jakiejś muzyki z telefonu, bądź radia. Radio to ogólnie w większości gówniane jest, niemniej i tak znacznie lepsze od telewizji. Ogłuchnąć nie ogłuchnę, gdyż to się już stało, problemy ze słuchem to moja specjalność 8-) . Słuchając tegoż radia natrafiłem na muzyczne podsumowanie minionego roku. Dowiedziałem się, że najwięcej na świecie swoich płyt w roku 2013 sprzedał niejaki Bruno Mars w ilości 4 milionów sztuk. Ze smutkiem po raz kolejny skonstatowałem, że muzyka skończyła się. Przynajmniej w znakomitej większości, w masowym odbiorze. Najwięcej płyt na świecie? Dlaczego Bruno Mars a nie np. John Snickers :lol: ? Albo Marian Jowisz :lol: ? Z jakiś migawek muzycznych kojarzyłem, że to jakieś gówno, ale na wszelki wypadek sprawdziłem. Moje czarne przeczucia sprawdziły się… to gówno straszliwe, chłam nie nadający się do słuchania. Kto takiego szajsu słucha, kto kupuje aż tak gównianą muzykę? Znaczy się, hegemonia kretynów nie dotyczy tylko naszego kraju? Jest tak wszędzie? Nie jest mi z tym jakoś wyraźnie lepiej. Nie od dziś wiadomo, że skończyła się sztuka, dochodzi do tego muzyka, z kinematografią jest trochę lepiej, ale też bez szału (nie dotyczy polskiej – ta praktycznie nie istnieje). Naprawdę zbliża się chyba czas jakiejś małej apokalipsy, wszystko trzeba będzie zacząć od nowa na gruzach obecnego zgniłego systemu…

               Nóż mi się w kieszeni otwiera, gdy widzę w mediach tego transwestytę w różowych okularach, tego showmana ze spalonego teatru, największego buraka wśród witrażystów, faryzeusza Owsiaka. Ta szmata wciąż, kolejny już rok uprawia lans w telewizji, promując swoje gówniane anarchistyczne (jednakże posłuszne systemowi) wartości. Debil w czerwonych spodniach, zapóźniony pedofil, wiecznie niedojrzały „Piotruś pan”. Róbta co chceta! Nie myślta, dawajta, ruchajta, taplajta się w błocie! Biedne, ogłupiałe dzieci chodzące parami po ulicach żebrujące 13 – latki… Nie chce mi się już pisać o skali oszustw tego gnoma, przekręta i oszusta. Choć zbiera 1/10 tego, co Caritas, ma darmowe media, przyzwolenie na wykorzystywanie dzieci do żebractwa, reklamę i olbrzymie bogactwo… No, ale ktoś powie: W służbie zdrowia dzięki niemu jest lepiej. Taaak? Zauważyliście to? Kasa która miałaby iść na rzeczy sponsorowane przez Owsiaka nie marnuje się. Panowie dyrektorzy placówek i ich pomagierzy mają na ekskluzywne wycieczki i solidne nagrody. Dla siebie i znajomych. To jednak jeszcze nie koniec. Szmata na tyle urósł, że uważa się za autorytet! Wypowiada się publicznie, gani ministrów, ludzi, ustawy, poprawia świat jednym słowem… Megaloman, dewiant, ścierwo. Mam jeszcze parę epitetów, ale już z grubsza wiadomo, jakie mam zdanie na temat Owsiaka i jego żebraczej orkiestry…

               Dziś jeszcze wrzucę recenzję pewnej pięknej książki którą dziś skończyłem czytać, lecz niestety ten ostatni tydzień jeszcze będę bez kompa, więc pewnie dopiero w piątek – sobotę będą następne materiały… nadrobimy, wytrzymajcie… wiem, nie będzie łatwo  8-)

28.08.1993 Raków Częstochowa – Bałtyk Gdynia

Wspominając wyjazd na Raków, który odbył się prawie 21 lat temu spłacam dług mentalny wobec mojego dobrego kolegi z Częstochowy, bodajże od 6 lat mam mu dostarczyć opis tego wyjazdu. Nie mogłem znaleźć odpowiedniego numeru mojej „Zadymy”, by tą prośbę spełnić, ale w końcu się udało. Z okazji robienia porządków odnalazłem w końcu 26 numer  „Zadymy” z lipca 2000, w której to ten wyjazd był opisany. Swoją drogą to, co wtedy (w roku 2000) było opisywane jako wydarzenia bieżące, dziś też już jest historią, bo 14 lat to też szmat czasu i większość ludzi jeżdżących dziś na mecze roku 2000 już nie pamięta. Czy ktoś mi kiedyś ufunduje jakiś pomnik za to nieocenione wręcz kronikarstwo, dzięki któremu historia Bałtyku nigdy nie zaginie?

Na wyjazd do Częstochowy wyruszyliśmy nocnym pociągiem, którym regularnie jeździliśmy, gdy mieliśmy wyjazd w okolice Górnego Śląska.  Wyruszyło nas 15 osób. Były to takie czasy, że górował ten, kto zrobił większą trzodę w pociągu. Najpierw zlikwidowaliśmy toaletę – wyleciała cała przez okno, w podłodze została jedynie dziura po sraczu.  Potem odbywaliśmy niczym rycerze Jedi pojedynki na świetlówki. Marny to materiał do pojedynków, poszły  w drobiazgi wszystkie :roll: . Upojenie alkoholowe zmorzyło nas w okolicach Zduńskiej Woli, tuż przed celem podróży obudził nas kanar, który zdenerwował się, że nie może zapalić światła by sprawdzić nam bilety. Niepotrzebnie się trudził, nie mieliśmy ani jednego :mrgreen: . Po 6 rano wysiadamy w Częstochowie. Czasu do meczu było aż nadto, więc udaliśmy się na Jasną Górę. W klasztorze jasnogórskim zdumiał nas kolega Cece który udał się do spowiedzi, a był doprawdy ostatnią osobą, którą można było o to podejrzewać.  W domu pielgrzyma niektórzy pili napój pielgrzyma, którym było kakao, jednakże większość z nas popijała nieco inne napoje, acz ukradkiem.  Wychodząc z klasztoru zahaczyliśmy o jakiś bar, w którym zauważyliśmy poruszenie wśród tubylców, gdy ujrzeli nasze barwy. Dość długo zajął nam marsz w kierunku stadionu, w tym czasie dołączyło kilka osób od nas. Pod stadionem rozdzieliliśmy się na kilka grupek, w tym czasie jak się okazało organizował się Raków na wieść o naszym przybyciu. To rozdzielenie się to był oczywiście błąd taktyczny, na wyjazdach zawsze należy się trzymać razem. Raków też się rozdzielił gdy już się stawił w okolicach stadionu i zaatakował.  Byliśmy w trzech miejscach, w każdym z nich Rakowa było więcej niż nas. Ja z dwoma innymi kolegami piłem winko na koronie stadionu RKS-u, podbiło do nas 6-7 „Medalików”, wymiana kilku słów, poszły ze dwa gongi i zrywamy się. Porażka nasza, ale dzięki zrywce uratowałem flagę Bałtyku, którą miałem w plecaku.  Inni koledzy biesiadowali w okolicach hotelu na stadionie, ich było ze siedmiu, gdy podbił Raków w dwukrotnie liczniejszej grupie, chwilę trwała szarpanina, po czym nasi wycofali się do hotelu, gdzie zabarykadowali się fotelem i znad niego ciskali butelkami w Raków. Do hotelu chłopaki z Częstochowy się nie wdarli, a za chwilę musieli się zrywać, bo już jechał wiadomo kto na sygnale. Jedyne zwycięstwo w tych potyczkach odnieśliśmy w knajpie, gdzie siedziało ze 6 od nas. Raków wjechał, nasi kopnięciem wyjebali stół z żarciem i piciem i zaatakowali z butelkami w łapach, tu Raków musiał się zerwać. Generalnie jednak byliśmy w defensywie, Raków trochę nas pogonił i wykroił 2 szale.  Sytuacja się uspokoiła, potem jeszcze ja z kolegą Skrzydłem otworzyliśmy patentem jakiś śmieszny zamek w klubie i wdarliśmy się do suszarni, skąd skroiliśmy 2 koszulki piłkarskie Rakowa. Czas meczu się zbliżał, zasiedliśmy w klatce dla przyjezdnych i rozwiesiliśmy bodajże 4 flagi, co chwila dołączał ktoś od nas, kto dojechał na swój sposób później. Tuz przed meczem dołączył kolega z FC Lębork zwany jako Tramwajarz ze względu na zawód, który uprawiał. W ręku miał jeden ze skrojonych szali Bałtyku! Okazało się, że gdy szedł na nasz sektor, zobaczył skrojony szal Bałtyku na nodze jednego z kibiców RKS-u. Podszedł do niego i zażądał zwrotu. Chłopak z Rakowa szal zdjął i oddał… Fakt faktem, że Tramwajarz miał 1,95 wzrostu i wyglądał nieprzyjemnie, każdy z kolegów Częstochowianina udawał, że patrzy akurat gdzieś indziej… Tak więc nasze straty w świętym mieście to tylko 1 szal ostatecznie.  Na meczu ogółem nas 23 osoby, Rakowa ok 60 w młynie. Muszę powiedzieć, że była to kolorowa menażeria, mieli różne przedziwne szale na sobie, widziałem Wisłę, ŁKS, kluby zagraniczne…  W trakcie meczu festiwal uprzejmości. Raków ma szarpaninę z psami o transparent, na którym w wulgarny sposób uwłaczano Legii Warszawa. Mecz się skończył naszą porażką 3-0 niestety. Po meczu psy zapakowały nas w kabaryny i wywiozły z Częstochowy do pierwszej miejscowości, w której stawały pociągi w stronę Gdyni! Ci, których było stać dokupili coś z alkoholi i po jakimś czasie znów w 15 osób wsiadamy w pociąg do Gdyni. Porozsiadani po całym pociągu zapadaliśmy w drzemki… kolejny błąd tego dnia. Gdy dojechaliśmy do Zduńskiej Woli, zobaczyliśmy bandę chłopa na peronie, która krzyknęła „Lech, Lech, Kolejorz!”. Mieliśmy w tym czasie zgodę z Lechem. Uradowany, wraz z kolegą odkrzyknąłem im „Bałtyk Gdynia”, na co goście z peronu: „jeeest! Tutaj są”. Albowiem była to podpucha. Ludźmi z peronu był Zawisza Bydgoszcz, który w 60 osób wracał z Widzewa Łódź. Wjechali w pociąg i zrobili nam niezłą jazdę. Większość osób dostała oklep, straciliśmy ze 4 szale i sporo rzeczy prywatnych – kurtki, zegarki, pieniądze… ja z kolegą B z Bolszewa barykadowaliśmy się w kiblu, ale po pół godzinie musieliśmy otworzyć drzwi, nie mieliśmy już sił. Potem wjechały psy, ale nikt nic nie widział i nie miał pretensji, więc nic nie zdziałali. Gdy psy sobie poszły dalej, chłopaki z Zetki oddali mi flyersa, dzięki czemu nie musiałem wracać na gołej klacie do domu (przedtem mi ukradli nawet  t-shirta z celtykiem). Akcja Zety była dobra, niepotrzebnie kroili rzeczy prywatne, ale to były inne czasy niż dzisiaj. Jako ciekawostkę powiem, że to był pierwszy wyjazd kolegi Pracusia z FC Lębork, który był wtedy chudym 60-kilowym 15-latkiem (dziś jest 120 – kilowym 36 – latkiem heh) i myślałem, że  to będzie jego pierwszy i ostatni wyjazd, jednak on jeszcze ponad 10 lat jeździł na wyjazdy, to wydarzenie jedynie go zahartowało. Drugą ciekawostką jest fakt, że flaga która bezczelnie sobie leżała na frytkownicy została uratowana, bo nikt w ferworze ganianek nie zwrócił na nią uwagi…Reszta powrotu była już spokojna. Nie da się ukryć, ciekawy był to wyjazd, choć happy endu ciężko się w nim doszukać.

IMG_4045

Pielgrzymka Patriotyczna Kibiców

Chwilę się zastanawiałem czy na VI Patriotyczną Pielgrzymkę Kibiców na Jasną Górę wyruszyć z dwóch powodów. Raz że specjalnie bogobojny nie jestem i klimaty stricte religijne nie do końca mnie fascynują, dwa że zastanawiałem się, czy warto tracić cenny czas i pieniądze na tego typu uroczystość.  Zdecydowałem się jechać i była to bardzo dobra decyzja z mojej strony, wspaniale spędziłem ten sobotni dzień. Wyjechaliśmy już około północy w nocy z piątku na sobotę autem Norberta zwanego Jankesem przez niektórych. Nasze auto było wypełnione zarówno członkami Kategorii C, jak też aktywnymi członkami wszystkich możliwych kategorii kibicowskich Bałtyku w postaci Ł i mnie 8-) . Podróż przebiegała sprawnie, wszak „Polska w budowie” i „Rząd zdał egzamin”, co spowodowało, że trasa A1 z Gdańska na Łódź, która w pierwotnych planach miała być oddana na Euro2012 już w 90% jest wykonana!  Szybkie tempo jazdy i spory komfort, ominięcie wstrętnego Włocławka, to wielkie udogodnienie dla kierowców. Już o 7.30 jesteśmy w mieście innym niż wszystkie, czyli oczywiście Częstochowie. Parkujemy nieopodal jasnogórskiego klasztoru i dzielimy się na 2 bojowe grupy,  z których jedna bojowo drzemie w aucie, a druga wybiera się na miasto. W tym samym czasie z Gdyni dojeżdża dwóch kolejnych kibiców w postaci B i Sz, tym samym fanów Bałtyku na pielgrzymce melduje się 7 osób. Przed 10 ogarniamy się już wszyscy i w komplecie idziemy na śniadanie do Domu Pielgrzyma, które było niestety tak ohydne, że należałoby się dowiedzieć, czy nie było w owym domu zejść śmiertelnych w ostatnim czasie. W końcu meldujemy się w klasztorze, oczywiście zewsząd dobijają mniejsze bądź większe grupy kibicowskie z całej Polski, pojawiają się znajomi z Gryfa Słupsk, KKS-u Kalisz, Legii, Lechii, Śląska, robi się wręcz familiarnie. W końcu o godzinie 12 ksiądz Jarosław Wąsowicz rozpoczął mszę. To fantastyczny gość, na co dzień kibic Lechii Gdańsk, inicjator kibicowskich pielgrzymek. Inteligentny, posługujący się pięknym językiem polskim, zajadły antykomunista, przy tym człowiek optymista, z bardzo bojowym duchem. Nie pozwala bezwiednie toczyć się historii, walczy bardzo aktywnie ze złem i patologią. Jednym słowem gdyby takich księży było znacznie więcej, rzeczywistość polska byłaby inna, a ludzie do kościołów waliliby drzwiami i oknami. Na koniec mszy poświęcone zostały barwy kibicowskie oraz zaśpiewaliśmy hymn Polski. Co rzadko się zdarza – nikt nie chciał kończyć i odśpiewaliśmy wszystkie 4 zwrotki. Pierwsze trzy zwrotki poszły gładko, przy czwartej połowa się zacięła, ale to i tak znacznie lepsza znajomość naszego hymnu, niż u 90 % Polaków… Szkoda że u nas w Bałtyku takiego księdza nie ma. Następnie przyszedł czas na wykład Leszka Żebrowskiego, historyka współpracującego stale ze środowiskiem narodowym i niepodległościowym. Wykład dotyczył Powstania Warszawskiego. To było świetne półtorej godziny, takich ludzi chciałoby się słuchać codziennie. Jasne, konkretne, logiczne przedstawienie faktów dotyczących powstania, manipulacji medialnych dotyczących tegoż, złej woli wielu polityków, dziennikarzy i innych śmieci opisujących na swój, antypolski sposób przebieg tego wspaniałego zrywu Polaków. Takiej wiedzy nie przekazałaby wam towarzyszka „Stokrotka” vel Olejnik, Lejba Kohne alias Wałęsa też dysponuje „inną” wiedzą na ten temat, ale nie o nędznych karaluchach systemu miałem tu pisać, a o kwestiach podniosłych i przyjemnych, więc wracam do tematu. Po wykładzie Żebrowskiego z lekkim opóźnieniem przyszedł czas na prezentację patriotycznych transparentów i flag przy akompaniamencie setek rac i sztucznych ogni, oraz wiadomych pieśni i okrzyków. Oczywiście kibice bardzo wielu klubów nawet na ćwierć sekundy nie mieli myśli innych niż podniosłe, patriotyczne tego dnia, nikt nikogo nie zaczepiał, atmosfera była pokojowa (choć bojowa – antykomunistyczna) i sympatyczna. Na koniec udaliśmy się na koncert Tadka Polkowskiego. To był występ hip hopowy, Tadek robił krótki rys historyczny, opowiadał o czym będzie śpiewał, po czym słuchaliśmy jego utworów, wiele z nich miało piękne słowa i przesłanie, to była krótka muzyczna lekcja historii i patriotyzmu. Muza to wiadomo – dla fanów tematu, trudno żeby hip hop jako taki podbił moje wysublimowane artystycznie i muzycznie serce, ale nie to najważniejsze było, a przesłanie. A te było znakomite. Potem jeszcze ostatnie słowa od księdza Wąsowicza przerywane co rusz bojowymi okrzykami tysięcznego tłumu słuchaczy i nadszedł czas rozstania. Jeszcze ktoś szedł na małe spotkanie organizowane przez fanów Rakowa, my jednak udaliśmy się na miasto celem konsumpcji i udaliśmy się w podróż powrotną. Ja w domu byłem przed 4 w nocy. To była bardzo fajna impreza i już teraz wiem, że na stałe zagości w moim kalendarzu.

A teraz drobne podsumowanie. Ludzi na pielgrzymce jest systematycznie coraz więcej. Na pierwszej było bodajże 40 osób. Dwa lata temu było chyba z 500 osób, rok temu 1500, w tym co najmniej 3.000 ludzi było, choć są źródła podające 5 czy nawet 6 tysięcy pielgrzymów. Myślę że to dane przesadzone nieco, aczkolwiek kto wie, czy takie 4.000 się nie przewinęły, np. dużo miejscowych wpadało i wypadało, nigdy w zasadzie wszyscy razem w jednym miejscu nie byli. Było przepiękne racowisko, oddychałem wręcz innym powietrzem – przepojonym optymizmem, miłością do ojczyzny, w koło sami porządni ludzie, bez kozery powiem 99%! Dlaczego nie 100? Bo jestem pewien, że krążyły jakieś przebrane kundle z Wyborczej czy TVN-u aby niuchać i swym przełożonym donosić. Zawsze tak jest w aparacie terroru że ma swoich szpicli, konfidentów, którzy chodzą i węszą…  Nachodzi mnie jednak fundamentalne nieco pytanie – i co dalej? O tym też mówił Tadek Polkowski. W 4 czy nawet w 10 tysięcy chłopa świata nie zmienimy. Zło komunistyczne, reżimowe, antypolskie panujące wciąż w tym kraju jest obecnie zbyt mocne. Może młodzi ludzie poznali trochę historii, zaczerpnęli trochę wiedzy i ducha bojowego, ale bez przesady… Albowiem na tej pielgrzymce nie było ludzi „do przekonania”, wahających się. Byli tam sami „nasi” że tak kolokwialnie to ujmę. Pięknie się śpiewa, słucha mądrości od fajnych patriotycznych wykładowców, razem się super krzyczy w kilkutysięcznym tłumie: ”Raz sierpem, raz młotem…”  czy „Nie czerwona, nie tęczowa, Polska tylko narodowa” czy jakieś inne teksty. Jednak, że wyrażę się metaforycznie – to drzewo, ta piękna jabłoń miłości, wiary i patriotyzmu jest piękne, wielkie i się rozrasta. Teraz jednak musi wydać ona owoce. Bo z czasem zestarzeje się i uschnie – jak my wszyscy. Ponoć Jezus właśnie powiedział – „Po owocach ich poznacie” i na tym polega nasza misja. Stworzyć warunki, by owoców powstało jak najwięcej. Jest nas legion, armia wręcz, ale to za mało. Dysponujemy może 300.000 kibicowskiego i narodowego wojska, a musi być nas 5 milionów. Dlatego każdy z nas musi każdego dnia pracować nad tym, by szeregi nasze rosły. Bądź patriotą nie tylko 5 razy w roku (pielgrzymka, marsz i ze 3 mecze kadry) . Ja np. poza jeżdżeniem na takie imprezy staram się nieść kaganek patriotycznej oświaty – po to jest ten blog. Staram się rozmawiać, uświadamiać ludzi – dzień po dniu zbliżamy się do zwycięstwa. Areną walki jest całe nasze życie.  Walcz z wykreślaniem lektur patriotycznych z kanonów szkolnych. Walcz z odejmowaniem godzin nauki historii w szkołach. Walcz z gender. Walcz z tym, aby twoje dziecko nie szło od 6 roku życia do szkoły. Nie dawaj łapówek. Nie ulegaj korupcji. Uważaj na zdrajców i faryzeuszy, oni pod płaszczykiem dobrodziejstwa  pozwalają panoszyć się złu (Owsiak – będzie o nim niedługo). Jesteś rozrabiaką i nie masz ochoty na te wszystkie protesty i pogadanki? I dla ciebie jest robota. Ja tylko poruszam temat, wierzchołek góry lodowej napoczynam, możliwości walki o nasz kraj, żeby był wielki, wspaniały, suwerenny są tysiące. Będę wam te możliwości przedstawiał. Moja misja dopiero się rozpoczęła. U schyłku mojego życia bloga będzie czytało 200.000 osób dziennie i też trochę zmienię Polskę – jestem tego pewien. Nie czekaj na jutro, bo możesz się spóźnić i nie dopchać do plutonu egzekucyjnego. Wojna trwa. Na koniec mam jedno zdanie do tych wszystkich  naszych bohaterów patrzących na nas z nieba – którzy się trochę pewnie cieszą, że ktoś kontynuuje ich walkę, że jeszcze Polska nie zginęła – nie będę wypisywał ksyw czy nazwisk bohaterów powstańczych, bo przecież wielu wspaniałych ludzi bym pominął, ale powiem wam wszystkim jeszcze raz głośno i donośnie -  CZEŚĆ I CHWAŁA BOHATEROM!!!

Załoga z auta pod klasztorem

Ja i ksiądz Isakowicz – Zaleski

Pięknie było…

Minął tydzień

 - Witajcie ludzie w nowym roku! Jak leci? Wytrzeźwieliście? Redakcja Wolnej Polski jako osobnik dostojny i nad wyraz porządny spędzał Sylwestra w otoczeniu trzech ledwie bliskich osób, sącząc wino wytrawne czerwone  i niekiedy wino musujące. Będąc trzeźwym i w domu spozierałem niekiedy na programy rozrywkowe naszej telewizji. Zarówno telewizja publiczna (nie mylić z domem publicznym, chociaż czy ja wiem?) jak i Polsat czy TVN robiły swoje imprezy odpowiednio w Gdyni, Wrocławiu  czy Krakowie. Pełna tragedia!!! Naprawdę jest to obecnie telewizja dla idiotów, takiego kiczu, chłamu i beznadziejnych występów już dawno nie oglądałem i w najbliższej przyszłości oglądać nie zamierzam :roll: . Zastanawiam się tylko, czy w telewizji wiedzą,  że większość ludzi to idioci i dla nich robią takie programy, dopasowują się do poziomu widza po prostu? Czy może jest to świadoma polityka robienia wody z mózgu ludziom i urabianie sobie komanda kretynów, które później zagłosuje na PO. Już na samym początku myślałem że zdechnę ze śmiechu, jak wyszła  ta stara tufta Rodowicz. Już pal licho żenujący program „artystyczny”  – przaśne wieśniackie piosenki tragicznie wykonane, ale wygląd… czy ta stara kobieta nie ma w domu lustra? Debilka ubrała się w jakiś plastikowy uniform maskujący zapewne jej tłuste fałdy, z jakimiś wstążkami zwisającymi z cycków, a do pleców przypięte kolorowe pióra. To był horror! Chyba że symbolizowała stary rok – brzydki, głupi, nieudany ;-). Albo taki Krawczyk – chłopina nie ma sił się odzywać, a co dopiero śpiewać.  Stary, opuchnięty biedny pan, który za parę groszy będzie tak długo zawodził na scenie, aż go zniosą… generalnie nic do niego nie miałem, po prostu jego parostatek już powinien odpłynąć i nie wracać. Co jest, że w tej pogoni za pieniądzem niektórzy nie mają świadomości ni godności, by zejść we właściwym czasie ze sceny… niepokonanym, dajmy na to, niczym w piosence Perfektu. Z ciekawostek to jeszcze np. pani Liszowska, która wyglądała jak dziwka. Jak można tak się ubrać, tak wyglądać? Nie będę szerzej tego badziewia komentować, takich obsranych „artystów” z niezwykle miernym programem artystycznym i fatalnym wyglądem było mnóstwo,  reasumując rozrywka jest w Polsce na tym samym poziomie, co i reszta kultury i życia społecznego. Nigdy więcej Sylwestra w telewizji – już więcej warta jest cisza całkowita przerywana ewentualnie hukiem petard 8-) .

- Po tragedii w Kamieniu Pomorskim nagle wszyscy się oburzają, jak to strasznie jest, gdy pijani jeżdżą autem. Oczywiście 6 zabitych osób jednorazowo działa na wyobraźnię, choć 6 osób które giną pojedynczo, to nadal 6 zabitych osób, ale one już dla mediów nie są tak ciekawe, bo pojedyncze osoby giną codziennie, a 6 naraz to już jest temat nawet na żółty pasek w TVN24! Można ściągnąć reporterów, zapytać sąsiadów, jaka była rodzina tego policjanta co zginął, przeprowadzić transmisję live ze szpitala, gdzie jedno dziecko było w bardzo ciężkim stanie… No coś się dzieje, i gdyby tak spektakularnych wypadków było więcej, to TVN byłby bardziej usatysfakcjonowany, gdyby tak raz na tydzień spłonął bądź spadł z mostu jakiś autobus z dziećmi, to hieny dziennikarskie dostałyby orgazmu…  Na kanwie tego tragicznego wypadku nie próżnują też partyjniaki i szybko zgłaszają złote myśli odnośnie zmiany przepisów prawnych. Np. pan Hofman z PiS postuluje, by taki wypadek uznać jako zbrodnię. A czemu od razu nie ludobójstwo? Niestety wybory się zbliżają i takich dobrodziejów, co to tylko o ludziach myślą będzie coraz więcej, a i obietnice coraz bardziej wyśrubowane będą.  Co nie zmienia faktu, że gnoja nachlanego i naćpanego który spowodował ten wypadek powinno się ukarać z cała surowością. Ja po prostu fałszywców nienawidzę i tępych zagrań pod publiczkę.

- No i redakcja rusza w końcu swą przystojną, acz leniwą dupę! Dziś w nocy już się wybieram do Częstochowy. I to jest naprawdę ważne wydarzenie, na którym warto być, które warto rejestrować. Zawsze miałem jakoś małe ciśnienie na Marsz Niepodległości i z czasem było krucho, a tu poza kasą wszystko gra (ach ta bieda poświąteczna) i na VI Patriotycznej Pielgrzymce Kibiców na jasną Górę się pojawię. Chyba że nie dojadę. Poza standardową mszą i pokazem flag na wałach będzie tez wykład Żebrowskiego o Powstaniu Warszawskim, którego to przecież 70 rocznicę w tym roku obchodzimy. Na kibiców Bałtyku zbytnio na tej imprezie nie liczę, wszak do Częstochowy jest dalej niż np. do Kościerzyny, za to coś czuję że spotkam się z naszą emigracją w postaci Kategorii C.  Zapowiada się miła i ciekawa sobota w gronie znajomych z całej Polski, kto nie jedzie niech już teraz zacznie zazdrościć. Relacja zaraz po powrocie…