Witajcie! Czas kontynuować jedyny w świecie, niepowtarzalny alfabet Malkontenta z definicjami innymi, niż gdziekolwiek indziej… Literkę A już mamy za sobą. Ponieważ na literę ą nie ma słów w alfabecie polskim, przechodzimy do litery B…

B

Bałtyk – Uproszczona nazwa Morza Bałtyckiego oblewającego Polskę od północy. Jest to płytkie morze śródlądowe… nieważne. Niech Morze Bałtyckie zostanie przy swojej pełnej nazwie, bo tak naprawdę Bałtyk jest tylko jeden. Jest to, wbrew temu co mówią wszelakie media, źródła, statystyki etc. najważniejszy klub w Polsce. Wszystkie oficjalne źródła, które uważają inaczej, po prostu się mylą. Myślę, że wcale nie przemawia przeze mnie lokalny szowinizm i fanatyzm, po prostu mówię wam jak jest, i czynię to z pełnym przekonaniem :-D . Na razie nieliczni dostrzegają wielkość Bałtyku, albowiem nie są oni wystarczająco uduchowieni i nie widzą tego, co głęboko ukryte. Bo trzeba przyznać, wielkość Bałtyku póki co ukryta jest głęboko niezwykle, głębokość Rowu Mariańskiego przy tym to śmiech. Na pozór nasz Bałtyk wielki nie jest: strasznie marna gra w podrzędnej lidze, marna liczba kibiców u siebie, marna na wyjazdach, zerowa praktycznie chuliganka, żenujący sponsor,  brak własnego stadionu, gra na plastiku… To tylko pozory. Wierzę w dwie teoretycznie nierealne rzeczy: że w tym kraju jeszcze będzie się normalnie i godnie żyło, oraz że Bałtyk wróci na salony kibicowskie i ewentualnie piłkarskie. Jak widać wiara w niemożliwe nie jest mi obca. Miłość do Bałtyku jest bardziej skomplikowana i pełna piętrzących się problemów, niż miłość Scarlett O’Hara i Rhetta Butlera w „Przeminęło z wiatrem” ;-). Po prostu na kanwie przeżyć fanatycznego kibica Bałtyku można by swobodnie nagrać 6-godzinny melodramat z happy endem lub bez, pełen dramatów, zwrotów akcji i wzrastającego napięcia. Z happy endem to na dzień dzisiejszy byłoby coś w stylu „Mission Impossible 5”. Jeśli zadzwoni do mnie jakiś Cameron czy Jackson z pytaniami na temat scenariusza do filmowego przeboju, opowiem mu parę historyjek np. o strajku głodowym w Bałtyku, wyjeździe do Chojnic kiedyś i powrocie z tego miasta, derbach z Arką gdy  było nas 34 osoby, wyjazdach na Elanę czy Gryfa, umówionych solówkach z Wybrzeżem, meczu Polska – Anglia w Warszawie i wiele wiele innych… Tymczasem jednak żaden wielki reżyser do mnie jeszcze nie dzwonił, więc póki co jedyny film jaki powstał o Bałtyku, to żałosny gniot o dobrych kibicach jaki kiedyś puściła TVP 2 bodajże… Tyle wstydu co wtedy podczas jego oglądania to chyba nigdy w życiu się nie najadłem. Niemniej Bałtyk istniał, istnieje i istniał będzie przynajmniej do czasów, kiedy obejmiemy władzę w Gdyni i awansujemy do pierwszej ligi. Czyli zapowiada się baaaaardzo długo ;-).

Bieda – stan normalny, codzienny w tym kraju, co świadczy o jego tragiźmie i upadku. Bieda jest powszechniejsza, niż fotoradary przy drogach, niż wódka na urodzinach, niż sklepy Biedronka… Bieda dotyczy prawie wszystkich grup społecznych, mniej więcej połowa Polaków żyje w nędzy lub niedostatku. Bieda w sensie metaforycznym kojarzy mi się jako ciemna, cuchnąca maź, która otacza nas, oblepia, zastyga na nas… bardzo ciężko się z niej wyzwolić, uciec od niej. Olbrzymia część naszego narodu cały miesiąc drży, czy wystarczy na żarcie do pierwszego, czy starczy na zapłacenie rachunków, nerwowo reaguje na każde pukanie do drzwi, czy to aby komornik z nakazem eksmisji nie przychodzi… albo przynajmniej zapieczętować telewizor. Ludzie starzy, schorowani myślą czy zainwestować w chleb i pasztetową czy w lekarstwa przepisane przez lekarza. Ludzie młodzi nie mogą się wyprowadzić od rodziców, zakładać rodziny, być samodzielnymi… bo są bezrobotni, albo pracują na umowach śmieciowych, albo nieliczni szczęśliwcy robią za najniższą krajową 1180 zł… Bieda powoduje, że najwspanialszy moment w życiu u rodziny, czyli powstanie nowego życia powoduje ruinę finansową i dalsze życie z długopisem w ręku, a posiadanie dwójki dzieci to na ogół abstrakcja finansowa, rzecz nierealna całkowicie… Bieda powoduje, że jedynym kryterium zakupów jest cena, żremy i pijemy najtańsze świństwa z Biedronki, Tesco, Auchana czy innego złodziejskiego marketu, dzięki czemu do podłego życia finansowego trzeba będzie z czasem dołożyć kasę na leki, gdyż jedzenie tego marketowego szajsu wcześniej czy później odbije się na zdrowiu… Marazm psychiczny, syf i beznadzieja. I brak widoków na przyszłość. Życie w biedzie niszczy podwaliny każdego narodu i bezwzględnym obowiązkiem elit rządzących jest maksymalne staranie się o wyprowadzenie narodu z okowów ubóstwa. Tymczasem niestety tu leży pies pogrzebany, bo elity rządzące mają nas głęboko w dupie, na dodatek motłoch biedny i głupi jest im na rękę, bo takim to motłochem łatwiej jest rządzić i wygodniej. I dopóki skurwielom rządzącym sielanki nie przerwiemy, dopóki nie powywieszamy zbójów, dopóty bieda będzie u nas istnieć i trzymać się mocno. Najwyższy czas wziąć się do roboty, przywrócić godność i sprawiedliwość w tym kraju, a biedę wcześniej czy później przegonimy raz na zawsze…

Broń – Pod tym hasłem mieszczą się dwa pojęcia. Jest odległa Broń Radom, która walczy (z powodzeniem) o istnienie przy dominującym Radomiaku, i jest też broń jako taka. U nas broń posiadają praktycznie tylko służby mundurowe i gangsterzy. W Stanach Zjednoczonych z kolei posiada ją praktycznie każdy. Dość długo byłem orędownikiem 100% – owej wolności, w tym prawa do posiadania broni przez każdego. Teraz już mam poważne wątpliwości. Przypomniałem sobie to komando debili z jakim mam styczność na co dzień w pracy, prywatnie – nieistotne. Wyobraziłem sobie, że giwerę przy sobie nosi przy sobie stary ubek na emeryturze, naćpany małolat – blokers, sąsiad -  neurotyczny schizofrenik. Że niczym w westernowym saloonie pan sprzedawca w monopolowym ma obrzyna pod ladą, renoma w kolejce SKM jest wyposażona w podręczne parabellum, pani nauczycielka trzyma nagana w szufladzie biurka w klasie… I ogarnęło mnie przerażenie lekkie. Kiedyś wierzyłem w prawdy objawione Korwina Mikke, który jest orędownikiem wolnego dostępu do broni, dziś już najwyżej w 50% z nim się zgadzam, w kwestii broni niestety nie… Polacy na pewno nie dorośli jeszcze do legalnego posiadania broni, wiem że nie jest to „wolnościowe” ale niestety taki jest fakt. Zresztą wiem to sam po sobie, mając przy sobie solidny karabin wielostrzałowy miałbym problem z pokusą, by nie stać się takim polskim Breivikiem ;-)… Tylko ofiary bym miał starannie dobrane i waliłbym według listy.. Oj musiałbym mieć sporo magazynków w zapasie :twisted: .