Zapewne wielu z was niepokoił nieaktywny dział Wolnej Polski o nazwie Alfabet Malkontenta. Redaktor zapomniał, jakie to litery są na początku alfabetu i stąd opóźnienie ;-) . Taka typowa publicystyka ma charakter ciągły, złożona jest ze spójnych zdań logicznie połączonych… przynajmniej teoretycznie. Tymczasem w moim alfabecie wzorem poprzedników – począwszy od Urbana (i to jedyna rzecz, którą po tej kanalii papuguję) a skończywszy na mnie w krótki i dosadny sposób poznacie najważniejsze kwestie życiowe w ciągu alfabetycznym. Zaczynamy od A, miłej lektury :twisted: :

A

Alkohol – Najpopularniejszy i najważniejszy środek odurzający w Polsce. Towarzyszy nam od narodzin aż do śmierci. Mi towarzyszył ćwierć wieku i odkąd nie piję, niektórzy dziwnie się na mnie patrzą. Może zacząłem kapować :mrgreen: ?? Generalnie nasi  rodacy najchętniej walą gorzałę, choć zmienia się to na korzyść piwa i wina… Ja tam właśnie od wina zaczynałem, w czasach marności finansowej nie było innej opcji. Wino to miało wiele nazw i twarzy 8-) .  Piło się zawsze i wszędzie, pamiętam libacje w różnych dziwnych miejscach jak choćby na dachu Rolniczaka w Lęborku, w kinie, w saunie, w pegeerowskiej stajni, no bez liku można by wymieniać. Koniec podstawówki… matura… wyjazdy, urodziny, imieniny… mnóstwo okazji, z których najczęstszymi były:  a – piątek, b – sobota c – inny dzień tygodnia ;-). Ciekawe o ile lat przybliżyła się kostucha na skutek ćwierćwiecza chlania… ? I choć teraz zrobiłem sobie przerwę, kto wie czy nie dożywotnią w chlaniu, to zawsze będę z sentymentem i pietyzmem wspominał upojne libacje z przestrzeni całego młodego i dorosłego życia… A co się dzieje na wspomnienie smaku oszronionej 50-tki wódki Belvedere, szklanki whisky Chivas Regal z dużą ilością lodu (i nic więcej! Żadnej coli, profani!) czy wina trefl, które  z takim charakterystycznym pyknięciem się otwierało, uwalniając bukiet uwięzionych siarczanów… Łza się w oku kręci i suchość przedziwna w gardle uwiera… Nie ma życia bez alkoholu. Bo jak nie my pijemy, to przynajmniej wszyscy w koło walą. Najczęściej do upadłego ;-)…

Afryka – kontynent na południe od cywilizacji. Jakkolwiek zła i przeżarta zgnilizną by nie była Europa, cieszę się jednak, że nie jestem, heh,  Afrykaninem ;-).  Kontynent ten jest matecznikiem goryli, AIDS i rasizmu rdzennych upośledzonych mieszkańców tegoż kontynentu w stosunku do białej rasy panów tego świata. Panowie jednak są łaskawi dla upośledzonych i nie gniewają się aż tak bardzo. Czasem nawet pogłaszczą małpkę po kędzierzawej główce (musi być tylko woda z mydłem w pobliżu), kupią od małpki banana i nawet 100 worków pszenicy wyślą czasem w ramach pomocy. Wtedy to w ZOO panuje radość i ożywienie, niczym w kłębowisku węży, do którego wpadła myszka. Afryka słynie z masowej produkcji dwóch maszyn. Pierwszą z nich jest maszyna do zbierania bawełny potocznie zwana murzynem, ale też niekiedy negrem lub czarnuchem. Jest to maszyna wysoce niedoskonała i wadliwa, niestety bardzo płodna i mnożna, więc miast jej ubywać, jest jej coraz więcej. Natura wyposażyła murzynów w wysoką płodność, rekompensując im tym samym wysoką umieralność na skutek AIDS, Ebola czy innych chorób powstałych na skutek spółkowania z bliskimi kuzynami murzynów – małpami. Innymi częstymi przyczynami zgonów maszyn do zbierania bawełny są krwiożercze lwy i pantery, wilcze doły o których kopiący je murzyni zapomnieli, czy tez ofiary z murzynów składane na ołtarzach przez szamanów plemiennych celem zapewnienia wysokich zbiorów pszenicy, bądź obfitych deszczów. Drugą znaną afrykańską maszyną jest maszyna do dojenia. Konkretnie turystów. Taka maszyna też jest często murzynem, ale też Arabem bądź jakimś mieszańcem. Przy czym murzyn do dojenia turystów jest bardziej ogarnięty od swojego kolegi do zbierania bawełny. Czasem nawet umie liczyć w zakresie pięciu i zna po 5-6 słów po angielsku bądź francusku.  Wyższa inteligencja tego murzyna wiąże się z tym, iż mieszka on na północy Afryki, czyli od cywilizacji oddziela go tylko Morze Śródziemne. Dużo dobrych panów z dolarami i świecidełkami różnymi przyjeżdżało odpoczywać do Egiptu czy Maroka, stąd tez wyższa lotność i poziom ludów tamtejszych od bardziej położonych na południe. No i te maszyny do dojenia biegają między białymi panami i naciągają ich na kupno figurki wielbłąda, pocztówki z piramidami lub jakiś ichnich przysmaków. A dobry biały pan płaci i uśmiecha się życzliwie, bo zagrożenia ze strony murzynów nie ma żadnego. Wystarczy ich nie przywozić w ilościach masowych statkami, bo jednak ta ich zdolność rozpłodowa i chroniczna nienawiść do jakiejkolwiek pracy przeraża i może być groźna. Jeżeli się ich nie przywiezie, sami nie przypłyną – nie ma obawy. Próbowali niedawno, to wsiedli prawie w 400 na łódź o ładowności do 50 murzynów. Efekt łatwy do przewidzenia: Koło włoskiej wyspy Lampedusa utonęli wszyscy co do jednego. Pozdrawiam wszystkich murzynów umiejących czytać!!! Równie dobrze mógłbym pozdrowić mieszkańców Saturna kupujących w Tesco. Piszę do nikogo 8-) .

Arka – tak myślałem, czy jest jakaś ważna definicja tego słowa? Oczywiście. To biblijna łódź Noego, na którą w celu ratowania przed potopem zapakował wszelkie możliwe zwierzątka – po parce. Zawsze mnie zastanawiały meandry technologiczne i logistyczne tego przedsięwzięcia. Natomiast innej definicji tego słowa nie znam, może jakieś gówno, pedalski syf tak się nazywa, coś ohydnego, niewartego uwagi? Nie wiem, nie znam i nie zajmuje mnie to 8-) .

 I to na tyle, jeśli chodzi o literę A mojego alfabetu. Za jakiś czas literka B, czekam na propozycje ciekawych słów na tą literę…