Piękny, gorący czerwiec roku 1996 nie był dla fanów Bałtyku wesołym miesiącem. Już było wiadomym, że po 5 latach pobytu w drugiej lidze spadamy do trzeciej. Jak się okazało – do dziś nie udało nam się powrócić na ten poziom rozgrywek… Kibice Bałtyku jakoś zawsze mocno uzależniali jeżdżenie na mecze od wyników piłkarskich i ten wyjazd olali. Na szczęście nie wszyscy. W przeddzień meczu do Sopotu, gdzie wtedy mieszkałem, przyjechał kolega Skrzydło i rozpoczęliśmy całonocną libację, której ukoronowaniem miał być wyjazd do Chorzowa. Libacja była na tyle udana, że w sobotni ranek w barwach Bałtyku, głośno śpiewając, szliśmy we dwójkę przez Sopot na dworzec PKP, co – zapewniam was  - szczytem rozsądku nie było. Szczęśliwie nikt nas nie trafił.  Wsiadamy do pociągu zmierzającego w kierunku Katowic, którym już jechali Butelka i M. z Karwin, tak więc jechaliśmy w 4 osoby. Na wyposażeniu mieliśmy 4 szale i 2 flagi. Oraz ilość wódki zdolną do powalenia stada nosorożców. W pociągu było niezmiernie wesoło, aczkolwiek młodzi nie dawali rady pić równo z nami wódki i trochę oszukiwali, a my udawaliśmy, że nic nie widzimy. Dość powiedzieć, że w Bydgoszczy byliśmy już solidnie zrobieni. Kolega Skrzydło oznajmił, że idzie po paluszki, gdyż potrzebuje zagrychy, a  finanse miał mocno ograniczone. Gdy próbowałem mu uświadomić, że na pewno nie zdąży na pociąg, bo ten stoi w Bydgoszczy tylko 5 minut, Skrzydło odparł – „zdążę, zdążę”. I poszedł. Oczywiście nie zdążył. Smętnie patrzyłem na pociąg który ruszył i szybko nabierał prędkości, a Skrzydła nie było widać na peronie… Dworzec się skończył, pociąg przyspieszał.  Przenieśmy się teraz z pociągu na peron. Wybiega z tunelu zasapany Skrzydło z paluszkami w łapie, widzi że pociąg odjechał… stanął sobie, a życzliwa pani kolejarz mówi: – Co, uciekł panu? – E tam, nie uciekł… odpowiada Skrzydło.  – No jak to, przecież odjechał panu? Kontynuuje pani kolejarz. – No i co, zaraz się zatrzyma… odpowiada Skrzydło. – To niestety niemożliwe – odpowiada z pobłażaniem pani kolejarz. W tym momencie zgrzyt, pisk… Pociąg staje. – Mówiłem, że się zatrzyma? Powiedział do lekko oniemiałej pani kolejarz Skrzydło i majestatycznym krokiem wkroczył na tory, by udać się do swojego przedziału. Muszę wam powiedzieć, że pociąg zatrzymali nieznani sprawcy, a te czerwone koło na końcu pociągu to ciężko bardzo przekręcić w pozycję hamowanie, powinni oliwić albo coś… Po lekkim zamieszaniu wywołanym zaciągnięciem hamulca, wypisywaniem jakiś mandatów i tego typu pierdół ruszyliśmy dalej. Jak już wspomniałem nieopatrznie całość pieniędzy wydaliśmy na wódkę i zabrakło na takie drobiazgi jak jedzenie, bilet na pociąg czy inne sprawy. Postanowiliśmy ze Skrzydłem dorobić trochę grosza. Udaliśmy się w tym celu do przedziałów zajętych przez zwykłych podróżnych promować nasz program artystyczny. Polegał on  na tym , że ja śpiewałem skoczne, nasycone wulgaryzmami piosenki, a Skrzydło improwizował choreografię taneczną. No i ludzie płacili, acz muszę przyznać iż nie byli zachwyceni, dawali kasę raczej za to, byśmy przerwali jak najszybciej. Chamstwo bez obycia. Naprawdę, ten pociąg tętnił życiem dzięki naszej skromnej grupce.  Przed Częstochową pojawił się kanar z zapytaniem o bilety, powiedzieliśmy mu „idź sobie” jednak w znacznie dosadniejszej formie. Poszedł, ale w Częstochowie przyszedł z sokistami, cwaniak jeden. Po drobnej szarpaninie wyciągnęli mnie i Skrzydła za szmaty z pociągu, aż się słyszało westchnienie ulgi pasażerów, że oto już nie muszą dalej z nami jechać. Młodzi pojechali dalej, gdyż pieniądze które dostali od rodziców na bilety przeznaczyli o dziwo na bilety i mniej się awanturowali od nas. Generalnie jakoś tam dojechaliśmy osobowym pociągiem do stacji Chorzów Batory. Stamtąd udaliśmy się na stadion Ruchu. Tu dostaliśmy pijackich lęków, że Ruch nas rozkmini, zajrzy do plecaków, skroi i obije. Wpadliśmy na pomysł, że będziemy udawali hanysów. Stanęliśmy w kolejce po bilety i gadaliśmy coś w stylu: – Mosz kasę na bileta? –  No żech wziął przeca, nie mortw się. Jacy z nas debile, przecież śląskiego nie znaliśmy kompletnie i takim gadaniem zamiast się uwiarygodnić, mogliśmy się wkopać :lol: . W końcu weszliśmy na nasz sektor. Nasi młodzi już byli, do tego doszedł kibic Bałtyku pracujący akurat w pobliskich Katowicach i nasza liczba na tym wyjeździe to ostatecznie 5 osób. Wywiesiliśmy nasze dwie flagi i byliśmy fantastycznie widoczni, gdyż byliśmy pośrodku 3 sektorów, poza nami całkowicie pustych, otoczeni psami. Na wielkim acz zrujnowanym chorzowskim stadionie było 2500 widzów, z tego ok 1000 chorzowskich stanowiło młyn.  Super dopingowali, cały mecz skakali, świecili, atmosfera wyborna! Nic dziwnego, ten mecz rozdzielał nas o dwie klasy rozgrywkowe, my spadaliśmy a oni właśnie awansowali do ekstraklasy. Ze 3 razy byli przez kilka sekund cicho i wtedy natychmiast darliśmy ryja, a fantastyczna akustyka powodowała, że chyba nas nawet słyszeli. Albo mi się wydaje ;-) . Mecz się skończył i wtedy… dopiero zaczęły się emocje. Aha, chyba skromnie 1-0 przegraliśmy. Udaliśmy się na dworzec PKP, z nami może 5 psów. Czekamy na pociąg do Katowic, mieliśmy ok. pół godziny. Gdy tak staliśmy na peronie, z każdego kąta dworca zaczęli wyłazić fani Ruchu, gwizdać do siebie, wskazywać nas… Powiem szczerze że miałem solidnego stracha, bo mogli pozamiatać i nami i tymi psami, co nas pilnowały. Atmosfera gęstniała. W końcu… uff. Wjechał pociąg do Katowic. Ulga… Ruszyliśmy. Jedziemy kilkanaście minut, spokojnie kukamy przez okna i widzimy nagle tłum… wielki tłum. Cały peron stacji Katowice – Załęże zajebany kibicami! Calutki! To kibice GKS-u Tychy w liczbie 1000 osób wracali z decydujących o ich utrzymaniu w ekstraklasie derbów na GKS-ie Katowice… szybko się rozdzielamy i palimy Jana, że niby tak sobie jedziemy. Pociąg błyskawicznie wypełnił się Tyszanami. Dorwali jakiś pikników z Ruchu wracających tym składem. Tamci, żeby ratować swoje dupy wsypali nas, że wracamy też tym pociągiem. No i niosą się krzyki przez cały pociąg: „Eee..! Gdzieś tu jedzie kilku kadłubów z Bałtyku! Macie ich? Tu ich nie ma! Tu też nie! W końcu nasz przedział. Jakiś duży łysy chłop spojrzał na nas: – A wy skąd?. Westchnęliśmy ciężko. – Tutaj są! Poszedł okrzyk po pociągu. Nawet nie było źle. Poszedł tylko jeden czy dwa liście. Jeden plecak udało się skitrać, ale jeden niestety znaleźli. Straciliśmy połowę dobytku – flagę i 2 szale. Już mieliśmy naprawdę dosyć.  Wysiedliśmy chwilę po Tychach na dworcu w Katowicach. Do pociągu mieliśmy ze dwie godziny. Wchodzimy na hall dworca, a tu wyskakuje na nas w około 20 typów… GKS Katowice. „Skąd kurwa jesteście?” pada dobrze nam znane pytanie… I wtedy w Butelce coś pękło, hi hi. Podszedł do największego i powiedział: „jesteśmy kurwa z Bałtyku Gdynia, wracamy z Ruchu Chorzów. Jest nas 4. Mamy już dość, możecie nas zajebać teraz jak chcecie, proszę bardzo”. Chłopaki z Gieksy zaniemówili. Liczyli raczej na jakiś FC Ruchu. „Nie, no już spokojnie, nic wam czterem nie zrobimy, ty gruby, uspokój się” – powiedzieli. Nawet wzięli nas na jakieś skromne żarcie, a po miłej pogawędce dostaliśmy na pamiątkę skrojony przez nich szalik Górnika Radlin jak dobrze pamiętam. W końcu emocje tego wyjazdu się zakończyły. Kupiliśmy za resztę kasy browary i spokojnie, na kredytach wróciliśmy do domu.