Film „Człowiek ze stali” jest ekranizacją dziecięcych wspomnień – któż z nas nie pamięta „Supermana”? Nigdy nie przepadałem za tym bohaterem i uważałem film z nim za amerykański gniot, jednak na nową wersję „Supermana” w wersji 3D do kina się wybrałem. Generalnie nie jest źle. Mimo że film trwa prawie 2 i pół godziny nie ma podczas jego oglądania nudy i ziewania. Oglądamy genezę powstania super bohatera i historię jego dostania się na ziemię. Potem Clark Kent dorasta w rodzinie farmerskiej i poznaje swoje moce. Właściwie to zbytnio nie ma o czym opowiadać, gdyż film jest do bólu przewidywalny. Pojawia się zły generał Zod, który chce odrodzić Krypton na planecie Ziemi kosztem jej mieszkańców. Nasz bohater ujawnia więc swe moce i walczy o ocalenie Ziemian. Znana wszystkim historia z happy endem… Ta przewidywalność nieco męczy, ale sceny bitewne dobre, efekty 3D znośne, muzyka niezła – można obejrzeć bez zbytnich uniesień, ale i bez stresu. Niezła obsada aktorska – Costner, Crowe, Fishburne i w roli Kenta Henry Cavill nieco ratują film. Mało w tym filmie komedii, raczej bym go nazwał filmem akcji w konwencji science fiction.  Do obejrzenia, można wybrać się do kina – jak dla mnie 6 / 10.