Trzeci wyjazd wiosny był tym najdalszym w sezonie – z Gdyni do Dębna jest 410 km. To mała zapyziała 13-tysięczna dziura, 70 km od Szczecina, bodajże 16 km od granicy Polski w Kostrzynie. Wiadomo było, że na ten wyjazd znajdzie się kilku chętnych, ostatecznie pojechaliśmy w 4 osoby. Do składu znanego z wyjazdu do Szczecina – czyli FC Karwiny, Rumia i Lębork dołączył P – przedstawiciel FC Dąbrowa 8-) . Tym razem musieliśmy zrezygnować z pociągu (do metropolii Dębna kolej nie dojeżdża) i wybrać się autem. Ford Scorpio, szacowny rocznik 92 powiódł nas do Dębna szacownie, z gracją i bez najmniejszych kłopotów. Mimo drobnych usterek typu szalejąca wskazówka poziomu paliwa każdemu życzę podróży w równie luksusowych warunkach :lol: . Przed Koszalinem mijamy 3 autokary śledzi jadących na Flotę do Świnoujścia. Samochód podzielił się na 2 frakcje – „Trzeźwe świnie” (przednia) i „Pijane świnie” (tylna). Zbyt częste postoje, których domagała się tylna frakcja spowodowała, że  minimalnie się spóźniliśmy. Na mecz weszliśmy bodajże w 3 minucie spotkania. Okazało się, że w Dębnie wszystko strasznie zdziadziało, oprawa meczu godna B-klasy czyli żadna. Wejście na mecz bez żadnej kontroli, T wszedł z otwartym piwem w ręku, a ja z wypchanym plecakiem, do którego nikt nie zaglądał – to miłe. Bileciki po 7 złotych. Na przyzwoitym kameralnym stadionie wyróżniała się groźnie wyglądająca klatka dla przyjezdnych, piękna nawierzchnia boiska i duża flaga Dębu, która nie miała nic wspólnego z kibicami, była wywieszona przez klub. Kibiców miejscowych okrągłe zero. Na całym stadionie jakieś 350 osób, w tym może ze 3 miały szaliki, bez dopingu, no nie istnieli po prostu. A kilka lat temu nawet do nas zawitali w 2 osoby… My rozsiedliśmy się na trawiastym wale i sporadycznie dopingowaliśmy naszych orłów. Nasz doping był przerywany pojedynczymi okrzykami miejscowych typu „sędzia kalosz!” albo „Ej, ty, kurwa!!! No!!!”. Ponieważ zbyt wiele na boisku się nie działo, M postanowił wśród tubylców wzniecić ideę olimpijską i w jakimś metalowym badziewiu przypominającym znicz zaprószył ogień.  Próbował też robić prymitywną oprawę poprzez podpalanie trawy na naszym wale,  co tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że alkoholik z Rumi + zapalniczka = pożar. Spiker przez megafon nakazał zgasić płomienie, więc groźny 70-letni dziad z ochrony zgasił pożar trawy oraz nasz znicz, strasząc przy tym policją, która „już jedzie żeby nas wyprowadzić”. W przerwie meczu uraczyliśmy się darmowym kapuśniakiem serwowanym przez miejscowych, bardzo dobry! Spotkanie zakończyło się bezbramkowym remisem. Nasi piłkarze starali się grać, tamci też, obie drużyny miały gdzieś po 2 dobre sytuacje, ale my nie mamy dobrego napastnika, za to mamy dobrego bramkarza i skończyło się remisem. Pochwała dla naszych za ambicję, więcej po prostu nie potrafią, jesteśmy solidną drużyną czołówki tabeli. Myślę, że może nawet na 4 miejscu zakończymy sezon. Po meczu piłkarze ładnie się zachowali, podziękowali nam za przyjazd i doping, człowiek z brodą (chyba pan Wasielewski) nawet zamienił z nami kilka słów. Powrót z Dębna spokojny, w oparach melanżu, zabawnych wyzwisk i kłótni. Po 22 dzwonił do mnie człowiek z Kaszubii z pewnym problemem, niestety nie byłem w stanie pomóc. W domu byłem o 23, więc moi koledzy z Rumi i Gdyni zapewne około północy. Tym samym mój skromny jubileusz – 165 wyjazd z Bałtykiem – zakończony pomyślnie :twisted: .

To my! O matko, jak grubo wyszedłem…

Klubowa flaga Dębu

Nasi dzielni piłkarze zostawili sporo zdrowia na murawie…

Płonie znicz olimpijski!

Dziadzisko wstrętne za nic ma szlachetną ideę i gasi wszystko…

bilecik